Pięć dziwnych nocy wigilijnych

(opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w magazynie Opowieści Niesamowite 1/2013)

Puśćcie, do diabła! I nie patrzcie tak na mnie! Mam się uspokoić? Jestem, do cholery, spokojny. Nie potrzebuję wody, tabletek ani zastrzyków. Chcę tylko, żeby mnie ktoś wysłuchał. Nie zwariowałem. Tak, wiem, biegłem półgoły skrajem szosy, a jest zima, ale nie jestem wariatem. Musicie mi uwierzyć! I wcale nie krzyczę. Widzicie, już mówię całkiem spokojnie. Dajcie mi telefon, trzeba zadzwonić na policję. Jest na tym zadupiu posterunek, przecież wiem. Bo oni ją dopadną, rozumiecie? Jeśli czegoś nie zrobimy, wreszcie po wszystkich tych latach ją dopadną.
Nie, proszę, nie! Wszystko wytłumaczę. Nie jestem pijany, naćpany ani szalony. Proszę tylko o piętnaście minut. Pozwólcie mi mówić przez kwadrans, a jeśli potem nadal będziecie uważać, że zwariowałem, możecie mnie nafaszerować, czym tylko będziecie chcieli.
A jeśli was przekonam, dacie mi ten pieprzony telefon, zgoda?
Piętnaście minut, tyle mi potrzeba.
I proszę, nie przerywajcie. Chcę opowiedzieć wszystko po kolei, tak żebyście dobrze zrozumieli, co się stało.
Może nawet zrozumiecie więcej ode mnie, bo ja wciąż nie jestem pewien, czego właściwie byłem świadkiem.
Jest wieczór wigilijny, prawie dwunasta. Ludzie idą do kościoła na pasterkę. Święta. Wszyscy lubią święta, prawda? Cóż, ja nie. Lubiłem je kiedyś, dawno temu, gdy byłem dzieckiem, a Boże Narodzenie oznaczało pięknie opakowane prezenty pod choinką, mikołajki w przedszkolu i zapach pieczonych ciast. Ale to minęło. Teraz kojarzą mi się tylko z reklamą coca-coli w telewizji oraz wszechobecnym kiczem. I udawaniem, oczywiście. Udajemy serdeczność wobec ludzi, których wcale nie mamy ochoty spotkać, uśmiechamy się, przyjmując z ich rąk nietrafione prezenty.
Przede wszystkim jednak udajemy, że ciemność nie istnieje.
To najbardziej ponury okres roku. Noce są najdłuższe, dni tak krótkie, że słońce zachodzi, ledwo zdąży pojawić się na niebie. W takie zimne i ciemne godziny nasi przodkowie musieli sądzić, że świt nigdy nie nadejdzie. Uważamy ich teraz za barbarzyńców, ale oni byli mądrzejsi, o tak, oni znali mrok czający się za oknami domów, gdzie płoną jasne światła. My w porównaniu z nimi jesteśmy dziećmi, które chowają się przed prawdą pośród kolorowych bombek, kartek ze żłóbkami i sentymentalnych kolęd.
Nie chcemy wiedzieć, nie chcemy pamiętać.
Ja też nie chciałem. Byłem głupi, przez wiele lat wcale nie mądrzejszy niż ktokolwiek z was. Nie lubiłem świąt, ale aż do dzisiaj nie wiedziałem, dlaczego tak naprawdę darzę je niechęcią.
Dziesięć godzin, tyle czasu upłynęło od chwili, gdy odebrałem telefon. Minęło już południe, a ja powoli szykowałem się do świątecznego wieczoru z sześciopakiem piwa, puszką orzeszków wasabi i jakimś dobrym filmem. Więcej nie potrzebowałem i miałem nadzieję, że choć w tym roku rodzina zostawi mnie w spokoju.
Nie zostawiła.

***

Telefon zadzwonił, kiedy rozważałem, czy nie skoczyć do sklepu po więcej orzeszków. Odebrałem niechętnie.
– Musisz jechać do Laury – powiedziała Wanda, jedna z wielu moich ciotek. Właśnie tak, „Musisz jechać do Laury”, żadnego dzień dobry czy Wesołych Świąt, żadnego zaproszenia do wigilijnego stołu (jedno już co prawda odrzuciłem).
Zamrugałem.
– Po co?
– Miała przyjechać do nas z dziećmi, ale dziś rano zadzwoniła, że ona zostaje, a Janek i Kuba przyjadą sami. Franek właśnie przywiózł ich z dworca. Laura powiedziała, że chce w tym roku zostać w domu i spędzić święta samotnie. – Ostatnie słowo ciotka wyraźnie zaakcentowała.
Spróbowałem to sobie uporządkować. Laura to moja kuzynka. Może ją kojarzycie? Po mężu nosi nazwisko Karlik, ale od paru lat jest po rozwodzie. Ma dwóch synów, Janek skończył dwanaście lat, a Kuba... nie pamiętam dokładnie, chyba osiem. Mieszkają w Trzech Sosnach, dawnym domu naszego dziadka. Laura jako jedyna z rodziny nie uciekła do miasta, tylko uparła się, że zostanie w tej dziurze. Przepraszam, jeśli uraziłem czyjeś uczucia, ale przecież sami wiecie, jak tu, w okolicy, jest. Moja kuzynka latem wynajmuje pokoje i ma z tego trochę grosza, a jesienią i zimą walczy z przeciekającym dachem, zapychającym się kominem i tysiącami innych drobiazgów, które szwankują w starych domach. Już dawno jej mówiliśmy, żeby rzuciła w diabły tę ruderę i przeniosła się do Wrocławia, gdzie mieszka większość naszych obdarzonych instynktem stadnym krewnych, ale ona wciąż odmawia. Jest sentymentalna, jak to kobiety. Dziadek chciał, żeby dom został w rodzinie, nie sprzeda go więc za żadną cenę. Jej sprawa, może zresztą faktycznie jest tu szczęśliwa. Tylko dzieci mi żal. Do szkoły mają kilka kilometrów, wokół żadnych kolegów. To nie jest życie dla chłopców. Pewnie uciekną stąd, jak tylko podrosną, Janek już wspomina o gimnazjum z internatem.
Tak czy inaczej zmierzam do tego, że niepokój ciotki wydał mi się przesadzony.
– Co z tego, że chce spędzić święta sama? – zapytałem niezbyt uprzejmie. – Niektórzy nie przepadają za rodzinnymi spędami.
– Na przykład ty, wiem. – Kpina przemknęła przez głos Wandy tak szybko, że ledwo ją zauważyłem. – Ale to Laura, sam przecież wiesz. Kiedyś miała... problemy.
No tak, jak mógłbym o tym zapomnieć. Moja kuzynka w okresie dorastania przeszła coś w rodzaju załamania nerwowego, o czym w rodzinie mówiło się eufemistycznie jako o „problemach”. Jednak to było dawno temu. Od tego czasu Laura zawsze sprawiała wrażenie dość normalnej. Może nieco ekscentrycznej, bo wierzyła w zjawiska nadprzyrodzone i, jak sama mawiała, „była otwarta na różne możliwości”, co mnie, racjonalistę twardo stąpającego po ziemi, trochę irytowało, a trochę bawiło, niemniej z pewnością nie wyglądała na potencjalną samobójczynię.
– Uważasz, że chce zostać sama, żeby w wigilię podciąć sobie żyły albo coś w tym rodzaju? – zapytałem brutalnie, bo ciotka niewątpliwie do takiego właśnie wniosku zmierzała.
Po drugiej stronie aparatu zapanowała cisza.
– Nie wiem – powiedziała wreszcie Wanda z ociąganiem i wyraźną niechęcią. – Janek mówił, że kiedy wyjeżdżali, mama powiedziała, że ze mną będą bezpieczniejsi.
– Nie możesz do niej zadzwonić?
– Próbowałam, ale chyba zerwało linię. A sam wiesz, że komórki nie mają tam zasięgu.
Uroki życia na wsi, pomyślałem, czując pierwsze, lekkie na razie ukłucie niepokoju. W dodatku moja kuzynka nie ma żadnych sąsiadów, więc ciotka nie mogła nawet poprosić, by ktoś do Laury zajrzał i zobaczył, czy wszystko z nią w porządku. Co jeszcze mogliśmy zrobić? Powiadomić policję? Ta myśl przemknęła mi przez głowę, ale ją odrzuciłem. Laura nie wybaczyłaby nam, że nasłaliśmy na nią policję, kiedy chciała w spokoju cieszyć się świętami. I co gorsza, miałaby rację.
– Ktoś musi do niej pojechać. – Ciotka wyczuła moją słabość i zaatakowała ponownie. – Jeśli Laurze coś się stanie, wszyscy będziemy ją mieć na sumieniu.
– Niech jedzie Stefan – powiedziałem. – Ja mam dyżur w pracy.
– Nie, nie masz. Mówiłeś Marcie, że zamierzasz całe Boże Narodzenie przesiedzieć przed telewizorem.
Jęknąłem w duchu. Marta to kolejna z ciotek, której faktycznie chyba coś wspomniałem o świątecznych planach. Moja rodzina przypomina mafię i potrafi sprawić, że wielki Wrocław przypomina wioskę, w której wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.
– Poza tym Stefan ma żonę i dzieci, a ty jesteś sam. – Ciotka z satysfakcją dobiła mnie ostatecznym argumentem.
– Niech będzie – zgodziłem się. – Ale jeśli się okaże, że Laurze nic nie jest, zwrócicie mi za benzynę.
Dlaczego nie? – myślałem kilkanaście minut później, oskrobując szyby samochodu ze szronu. Lubiłem Laurę, kiedy oboje byliśmy mali. Jesteśmy w końcu niemal w tym samym wieku. W dzieciństwie spędzaliśmy u dziadka każde wakacje; razem wdrapywaliśmy się na drzewa, budowaliśmy karmniki dla ptaków, kradliśmy powidła z piwnicy i chodziliśmy oglądać wielki kopiec mrówek, który odkąd pamiętam, wznosił się za domem. Potem nasze drogi się rozeszły i ostatnimi laty, gdy spotykaliśmy się przy okazji rodzinnych uroczystości, okazywało się, że niewiele mamy sobie do powiedzenia. Mimo to wciąż czułem do kuzynki sporo sympatii i... chyba też trochę się o nią martwiłem.
Dlaczego Laura powiedziała chłopcom, że z Wandą będą bezpieczniejsi? Dręczyło mnie to pytanie. Słowo „bezpieczniejsi” nie pasowało ani do depresji („problemów”, podpowiedział chochlik siedzący w mojej głowie), ani do tego, że kuzynka mogła po prostu mieć ochotę na samotne świętowanie Bożego Narodzenia.
Wrzuciłem na tylne siedzenie sześciopak piwa. Jeśli się okaże, że wszystko jest w porządku, zawsze możemy wypić je razem, wspominając dawne czasy i oglądając kiepski horror. Mogłem się założyć, że Janek ma na swoim dysku sporą kolekcję ściągniętych z sieci filmów.
Nie byłby to wcale najgorszy sposób na spędzenie wigilijnego wieczoru.
Samochód zapalił posłusznie, a ja już wkrótce jechałem Karkonoską w stronę Bielan. Czekały mnie dwie, może trzy godziny jazdy; jeśli będę miał szczęście, dotrę na miejsce, nim zapadnie zmrok.
Z nieba sypał śnieg – wielkie, posczepiane ze sobą płatki śniegu, które przywodziły na myśl łabędzie pióra. A może anielskie? Wycieraczki pracowały, ogrzewanie dmuchało mi w twarz gorącym powietrzem, aż musiałem je trochę przykręcić. Droga była śliska, samochody, które wyprzedzałem, wyglądały nierealnie, jak przemykające w białej kurzawie duchy. Zwolniłem, godząc się powoli z myślą, że chyba jednak przed zmierzchem nie zdążę.
Które to dziwne święta w moim życiu? – zastanowiłem się przelotnie. Czwarte? Nie, chyba jednak piąte.
Miałem jak dotąd pecha. Tak myślałem, jadąc samochodem. Och, gdybym już wtedy wiedział, czym w istocie było to, co uważałem za zwykły zbieg okoliczności! Wówczas wszystko potoczyłoby się inaczej, a ja nie tkwiłbym teraz tutaj, próbując was przekonać, że nie postradałem zmysłów.
Wtedy jednak pomyślałem: głupi pech i nawet fakt, że za każdym razem zły los dopadał mnie w Trzech Sosnach, nie wydał mi się niczym dziwnym. Ostatecznie za życia dziadka tam właśnie wszyscy gromadziliśmy się w Boże Narodzenie. Od rodzinnej tradycji nie było ucieczki – uwolniliśmy się od niej dopiero cztery lata temu, gdy senior naszego rodu skonał w szpitalu na zjadającego go powoli raka trzustki.
Pech po raz pierwszy zaatakował, gdy miałem sześć lat: przyśnił mi wtedy sen tak straszny, że wrzaskiem pobudziłem cały dom, a matka do rana nie potrafiła mnie uspokoić. Nie pomagało ciepłe mleko ani opowiadanie bajek. I choć czas zatarł szczegóły tamtego koszmaru, dobrze pamiętałem, że przez kolejne pół roku sypiałem wyłącznie przy zapalonym świetle, a każdy szelest pod łóżkiem czy w szafie powodował, że znowu zaczynałem drzeć się jak obłąkany (to tylko takie porównanie, droga siostro, proszę odsunąć się ode mnie z tą strzykawką, jestem i zawsze byłem całkowicie normalny).
Po raz drugi pech zaatakował, gdy byłem w siódmej albo ósmej klasie podstawówki. Skończyłem wtedy w szpitalu z połamaną nogą. Nie pamiętałem dokładnie, jak do tego doszło, chyba goniliśmy się wieczorem po ogrodzie, jak to dzieciaki, i w ciemności wpadłem do jakiejś dziury.
Trzeci – byłem wtedy na studiach i wreszcie oficjalnie wolno mi było pić. Wykorzystałem tę wolność, częstując się wódką, a ta pierwszy i na szczęście ostatni raz w życiu zadziałała na mnie tak, że omal nie pobiłem Bogu ducha winnego wujka Wiktora, którego wziąłem za jakiegoś potwora, ducha czy inną zmorę.
I wreszcie pech numer cztery, który miał miejsce kilka lat przed śmiercią dziadka. Niemal zamarzłem wtedy na śmierć w ogrodzie. Moja ówczesna dziewczyna winiła babciną nalewkę, ja zaś nadmiar podanych na kolację potraw, które sprawiły, że z ciężkim żołądkiem lunatykowałem w środku nocy. Jak było, tak było – grunt, że Laura znalazła mnie w porę, obudziła i zabrała do domu.
Przynajmniej wtedy tak właśnie postrzegałem wszystkie te wydarzenia. Teraz oczywiście znam prawdę.
Zatrzymałem się tylko raz, za Świdnicą, żeby zatankować i kupić coś do picia na małej stacji benzynowej. Jedyną żywą duszą był tam siedzący za kontuarem chłopak, wyraźnie niezadowolony z faktu, że musi pracować w wigilijne popołudnie. Z niechętną miną skasował moją colę, doliczył ją do benzyny, po czym wrócił do wpatrywania się w zawieszony pod sufitem odbiornik telewizyjny.
Gdy wyszedłem, śnieg niemal przestał padać, tylko po szarzejącym niebie dryfowało kilka zagubionych płatków. Usłyszałem dźwięk kościelnych dzwonów, niosący się ponad lasem i pustą szosą; brzmiały płasko, nierzeczywiście, jakby ich odgłos docierał do mnie z innego świata. Nagle poczułem się bardzo samotny i co gorsza, dopadły mnie wątpliwości. Co ja wyprawiałem? Jeśli Laura wpadła w depresję i zamierza zrobić sobie krzywdę (albo już ją sobie zrobiła, podpowiedział chochlik), w niczym jej przecież nie pomogę. Nie jestem psychologiem, nie znam się na takich sprawach. A jeśli wszystko jest w porządku, wyjdę na idiotę, zjawiając się u niej z kontrolną wizytą. Jaką miałem gwarancję, że moja kuzynka w ogóle wpuści mnie za próg? Dawna Laura, z którą przyjaźniłem się jako dziecko, z pewnością by mnie nie wyrzuciła, ale nowej Laury, tej dorosłej, wcale dobrze nie znałem.
Przez chwilę byłem bliski zawrócenia i pośpiesznej rejterady do Wrocławia, ostatecznie jednak, zaciskając zęby, pojechałem dalej. Było za późno, żeby się wycofać.
 Zimowy wieczór zapadał szybko, ciemność wokół gęstniała, gdy ostrożnie prowadziłem samochód drogami coraz węższymi i bardziej pustymi. Była taka chwila, gdy po obu stronach szosy ciągnęły się przemiatane wiatrem białe równiny pól czy może łąk, czasem tylko złamane pionową linią bezlistnego drzewa, a ja niemal uwierzyłem, że oto dotarłem na koniec świata i teraz samotnie przemierzam lodową pustkę. Potem w oddali pojawiły się pierwsze wzgórza i ściana lasu. Zbliżałem się do celu.
Przez cały czas dręczył mnie niepokój, nie wiedziałem bowiem, co zastanę w Trzech Sosnach.
Najgorszy z możliwych scenariuszy? Proszę bardzo: martwa Laura wykrwawiająca się na podłodze. Najlepszy? Kuzynka witająca mnie radośnie w drzwiach i żartująca pobłażliwie z niepokoju ciotki Wandy.
Nie wiem czemu, ale obie wersje wydawały mi się równie nieprawdopodobne. Miałem przeczucie, że w domu dziadka czeka na mnie coś, czego zupełnie się spodziewam.
Omal nie przegapiłem skrętu w prawo. Jodłowe gałęzie zazgrzytały po dachu, śnieg posypał się na przednią szybę, gdy wjeżdżałem w wiejską drogę. Na wzgórzu widziałem już Trzy Sosny. Świeciło się w salonie i chyba też w kuchni – z tej odległości nie byłem pewien.
Trochę mnie to uspokoiło.
Tylko trochę, bo wciąż nie dawało mi spokoju słowo „bezpieczniejsi”. Co mogło grozić dwóm chłopcom w ich własnym domu w wigilijny wieczór?
Droga pięła się teraz w górę, a ja wyrzuciłem z głowy inne myśli i skupiłem się na prowadzeniu. Chwila nieuwagi groziła utknięciem w śnieżnej zaspie; raz mi się to zdarzyło i nie miałem ochoty na powtórkę.
Ciężka żelazna brama okazała się otwarta, wjechałem więc do ogrodu. Jak zawsze byłem odrobinę rozczarowany widokiem domu. W dzieciństwie wydawał mi się ogromny, a teraz był tylko przysadzistą kamienną budowlą, której kontury odcinały się od niemal granatowego już nieba.
Wysiadłem z samochodu, wcisnąłem dłonie w kieszenie płaszcza i pobiegłem w stronę drzwi. Wiatr gonił mnie z wyciem, ciskając w tył głowy drobinki śniegu. Jak ja nie znoszę zimy, zdążyłem pomyśleć, zanim zadzwoniłem, a potem dla pewności ująłem jeszcze staroświecką kołatkę i uderzyłem nią kilka razy.
Cokolwiek czekało mnie w tym domu, chciałem jak najszybciej mieć to za sobą.
Laura otworzyła, zanim zdążyłem się zniecierpliwić.
Miała na sobie luźne spodnie od dresu i koszulkę, chyba Janka, z nazwą jakiegoś zespołu metalowego. Jasne włosy związała w kucyk, po raz pierwszy też od kilku lat zobaczyłem ją bez makijażu. Wyglądała na dziesięć lat młodszą i wcale nie sprawiała wrażenia nieszczęśliwej.
– Rodzina cię zmusiła, co? – uśmiechnęła się.
Z wdzięcznością skinąłem głową.
– Ściślej biorąc, ciotka Wanda. Powiedziała, że pewnie wpadłaś w depresję czy coś w tym rodzaju.
Kpiący ton podkreślał, jak bardzo pomysł wydaje mi się głupi.
Laura nadal stała w progu, ani myśląc wpuścić mnie do środka. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami, a ja znów poczułem ukłucie niepokoju.
Westchnęła wreszcie i otworzyła szerzej drzwi. Ulga, jakiej doznałem na widok uśmiechniętej kuzynki, zdecydowanie zaczynała blednąć. Laura nie sprawiała wrażenia kogoś, kto zamierza zrobić sobie krzywdę, ale wyglądała na... spiętą, tak, to chyba było właściwe słowo. Podekscytowaną i jednocześnie nerwową. I wciąż nie znajdowałem żadnego wyjaśnienia dla faktu, że odesłała synów i zdecydowała się spędzić święta samotnie w domu na odludziu.
Poszedłem za nią do kuchni. W zimne dni tu właśnie jest najprzyjemniej. Kuchnia jest duża, ale nie aż tak bardzo jak salon, nagrzewa się więc szybciej, a zawieszone na ścianach staroświeckie patelnie, chochle i inne akcesoria nadają jej przytulny charakter.
– Dasz mi klucze do garażu? Nie chcę zostawiać samochodu na zewnątrz.
– Jasne, wiszą w sieni.
Ściągając klucze z haczyka, zerknąłem przez uchylone drzwi do salonu. Żadnej choinki, żadnego śladu przygotowań do wigilii, choćby najskromniejszej, bo jednoosobowej. Nie powiem, żeby podniosło mnie to na duchu.
Gdy wróciłem do kuchni, Laura parzyła właśnie herbatę.
– Brama jest otwarta, wiesz o tym?
– Wiem. – Skinęła głową. – Skrzydła przymarzły do ziemi, kiedy spadła temperatura, i nie dałam rady ich ruszyć. To bez znaczenia. W ogrodzie nie ma niczego, co warto by ukraść.
Podała mi kubek z herbatą, który objąłem zziębniętymi palcami. Otwarta brama faktycznie nie miała większego znaczenia, ale była jednym z wielu sygnałów, że Laura nie radzi sobie z tak dużym domem. Tą posiadłością powinno się opiekować kilka osób, a nie jedna drobna kobieta. Rodzina od czasu do czasu dawała pieniądze na remonty, ale nikomu nie przyszło do głowy, by zaproponować jej fizyczną pomoc. Prawdę mówiąc, mnie też nigdy nie przyszło to do głowy.
– Chcesz kanapkę? – Laura zajrzała do lodówki. – Mam trochę szynki, ser i parę puszek tuńczyka... Obawiam się, że nic lepszego, ale na kolację powinno wystarczyć.
– Jest wigilia – przypomniałem delikatnie.
– Co z tego? Święta są dobre dla dzieci.
Zgadzałem się z nią, a jednak poczułem się lekko urażony. Może dlatego, że w tej rodzinie to ja miałem patent na cynizm, a może Boże Narodzenie obchodziło mnie bardziej, niż byłbym skłonny przyznać?
Wyjęła na stół masło i bochenek chleba. Nie trzeba było wiele, żebym poczuł się jak w domu, bez namysłu więc sięgnąłem do szuflady po nóż i pomogłem Laurze smarować kromki. Potem zdecydowaliśmy się na tuńczyka i resztkę majonezu, którą znalazłem w lodówce.
– Nie żal ci, że nie spędzasz świąt z dziećmi? – zagadnąłem podstępnie, kiedy na talerzu piętrzył się stos kanapek, a ja dolewałem soku malinowego do herbaty. – Im pewnie jest przykro...
– U Wandy będą mieć znacznie lepszą wigilię niż tutaj. – Wzruszyła ramionami.
– Może powinnaś zadzwonić i złożyć chłopcom życzenia? Telefon już działa?
– Nie działa. Zresztą życzyłam im Wesołych Świąt przed wyjazdem.
Niecierpliwiła się; synowie Laury byli dziś wyraźnie na drugim planie, moja kuzynka nie miała ochoty zaprzątać sobie nimi głowy, bo jej myśli zajęte były... No właśnie, czym? Wciąż wyglądała na podenerwowaną, kanapkę ledwo skubnęła, a jej blade palce splatały się i rozplatały ponad okruszkami chleba.
– I tak po prostu chciałaś zostać sama w Boże Narodzenie?
– Z całej naszej rodziny ty powinieneś najlepiej mnie rozumieć. – Uśmiechnęła się, ale ja zamiast radości zobaczyłem tylko napięcie, które dostrzegałem w każdym jej ruchu. – Też przecież nie lubisz świąt.
– Nie lubię, ale spędzam je przynamniej w mieście, a nie na odludziu, gdzie nie ma nawet telefonu.
– Uważasz, że Wanda ma rację i zamierzam powiesić się na strychu? – W oczach Laury pojawił się swawolny błysk, tym razem chyba prawdziwy, jakby na ułamek sekundy udało jej się zapomnieć o tym, co ją dręczyło. A może na co niecierpliwie czekała?
– Nie – przyznałem niechętnie. – Tylko wciąż nie rozumiem, co cię podkusiło, żeby odesłać dzieci i zostać tutaj.
– Zobaczysz. – Sięgnęła po nadgryzioną kanapkę, spojrzała na nią i po chwili wahania odłożyła z powrotem na talerz. – Chciałam być sama, ale... To chyba przeznaczenie, prawda? Zawsze jesteśmy razem.
– O czym ty mówisz? – Wtedy, rzecz jasna, nie miałem pojęcia, ale teraz wiem aż nazbyt dobrze.
– Nieważne. Sam musisz się przekonać.
Przyjrzałem jej się, a Laura spokojnie wytrzymała mój wzrok. Poczułem się w pewnym momencie nieswojo, trochę... jakbym patrzył w lustro? Ja i moja kuzynka jesteśmy do siebie bardzo podobni. Oboje mamy tak jasną karnację, że brwi i rzęsy ledwo odznaczają się na tle bladej skóry (Laura zawsze je sobie przyciemniała, dlatego zdziwiłem się, widząc ją bez makijażu), oboje też odziedziczyliśmy po dziadku wąskie usta i szerokie, wypukłe czoła. Stara krew, jak mawiał staruszek, a ja zastanawiałem się, o co mu chodzi.
Tak wielu rzeczy dawniej nie pojmowałem.
– Pamiętasz nasze święta? – zapytała Laura.
– Te spędzane tutaj, u dziadka? Oczywiście.
– Nie mam na myśli wszystkich wigilii, tylko te szczególne. Na przykład kiedy złamałeś sobie nogę albo rzuciłeś się na wujka Wiktora...
Ach, mówiła o moim bożonarodzeniowym pechu.
– Albo gdy znalazłaś mnie w środku nocy w ogrodzie, bo lunatykowałem? O co ci właściwie chodzi?
– To właśnie pamiętasz? Że lunatykowałeś? – Napięcie w jej głosie było niemal namacalne i teraz już nawet nie starała się go ukrywać. Zaczynało mnie to irytować.
– A co innego mam pamiętać? Lauro, jeśli nie życzysz sobie mojego towarzystwa, po prostu to powiedz. Wsiądę do samochodu i wrócę do Wrocławia.
Wpatrywała się we mnie przez chwilę, a ja miałem wrażenie, że w jej oczach widzę rozczarowanie. Wreszcie potrząsnęła głową i chyba trochę się rozluźniła.
– O tej porze? Daj spokój, skończysz zakopany w zaspie. Zresztą nie mam nic przeciwko twojemu towarzystwu. Przeznaczenie czy nie, zawsze byłeś moim ulubionym kuzynem.
– W porządku, wykorzystajmy więc jakoś ten wieczór. W samochodzie mam piwo, zaraz po nie skoczę. Możemy obejrzeć film. Co powiesz na porcję solidnej, świątecznej grozy? Na pewno Janek ma coś u siebie...
Skinęła głową, roztargniona.
Przenieśliśmy z salonu do kuchni telewizor i odtwarzacz DVD, a ja przytachałem wszystkie płyty, jakie znalazłem w pokoju Janka. Potem, popijając piwo z malinowym sokiem, obejrzeliśmy horror o morderczym świętym Mikołaju. Nawet się wciągnąłem w akcję, lecz Laura przez cały czas sprawiała wrażenie nieobecnej duchem.
Gdy seans dobiegł końca, zacząłem przeglądać kolekcję Janka w poszukiwaniu kolejnego filmu.
– „Dyniogłowy”? Nie, to bardziej na Halloween. „Krwawe Walentynki” też odpadają... Jak myślisz, czemu jest tak mało horrorów o Bożym Narodzeniu?
Wymieniałem tytuły, coraz bardziej świadom, że Laura nie zwraca na mnie uwagi. Nasłuchiwała dobiegających z zewnątrz odgłosów: wycia zimowego wiatru, dźwięku, jaki wydają gałęzie ocierające się o pokryte szronem szyby. Nagle kuchnia przestała mi się wydawać przytulna. Tkwiliśmy tu, uwięzieni w cieple i złudzeniu bezpieczeństwa, podczas gdy tam, w ciemności, coś się poruszało, coś nadchodziło.
– Lauro... – powiedziałem ze ściśniętym gardłem.
– Za późno – oznajmiła spokojnie. – Już tu są.
– Kto?
– Ciii... Słuchaj.
I wtedy usłyszałem. Ciche, poświstujące dźwięki, momentami wysokie i jakby ptasie, momentami niespodziewanie chrapliwe, na granicy warknięcia. Było w nich coś nieodparcie ludzkiego i świadomego, a jednocześnie z trudem przychodziło mi uwierzyć, że taki odgłos mogłoby wydać gardło człowieka.
Wzdrygnąłem się.
– Chodź. – Laura chwyciła mnie za rękę. Nie ruszyłem się, sparaliżowany nagłym lękiem – te dźwięki... były ludzkie, owszem, ale też obce i dzikie. Przywodziły na myśl duszny gąszcz lasów rosnących pod bezkresnym niebem, kamienie i otoczony ciemnością, nikły płomień ogniska.
– Nie bój się. – W głosie Laury brzmiało lekkie zniecierpliwienie. – Nie zrobią ci krzywdy. Zresztą przecież ich widziałeś.
– Kiedy?
– Przypomnisz sobie. – Uśmiechnęła się. – To nasza wspólna tajemnica.
Nie wiem, dlaczego ruszyłem za nią. Może z ciekawości albo dlatego, że moja kuzynka się nie bała. Możliwe też jednak, że po prostu byłem zbyt oszołomiony, by zdobyć się na jakąkolwiek inną reakcję.
Powinienem był wtedy coś zrobić. Sprawdzić, czy drzwi są zamknięte, zaprowadzić Laurę na piętro, gdzie moglibyśmy przeczekać bezpiecznie aż do świtu. Powstrzymać ją, gdyby chciała wyjść, choćby siłą. Powinienem. Wszystko byłoby lepsze od wyjścia na zewnątrz.
Gdybym tylko wiedział! Teraz, oczywiście, jest już za późno.
Laura otworzyła drzwi.
Nie wiem, czego się spodziewałem, ale zobaczyłem zwyczajny ogród. Gładka połać zmrożonego śniegu połyskiwała w świetle księżyca, szarpane wiatrem drzewa, czarne na tle granatowego mroku, rzucały niespokojne cienie. Wielu ludzi dostrzegłoby w tym piękno, mnie jednak znajomy widok wydał się w pewien sposób straszny: zbyt zimny, zbyt obcy, jak głosy, które słyszałem wcześniej.
Laura ścisnęła mnie za rękę.
– Dalej – ponagliła, a ja poszedłem za nią posłusznie. Nie zdążyłem nawet zdjąć płaszcza z wieszaka w sieni; wyszedłem do ogrodu tak, jak stałem, w samej koszuli. Laura miała na nogach tenisówki, które zapadały się w śnieg.
– Nic tu nie ma – zaprotestowałem i w tej samej dostrzegłem, dokąd kuzynka mnie prowadzi.
W ciemności była szczelina. Właśnie tak, szczelina – nie potrafię znaleźć innego słowa. Widać było przez nią kawałek ogrodu na pozór ten sam, a jednak inny: jakby wyciąć fragment znanego rysunku, zmienić go w subtelny sposób i wkleić z powrotem, tak iż przyglądający się z zewnątrz człowiek z trudem będzie mógł dostrzec granicę, za którą zaczyna się anomalia. Pomyślałem, że to złudzenie optyczne, jednak im dłużej wpatrywałem się w mrok, tym bardziej byłem przekonany, że istotnie patrzę na pęknięcie w rzeczywistości. Oblizałem zeschnięte nagle wargi. Były tam – istoty, które słyszałem wcześniej, poruszały się zgrabnie i lekko jak koty, tak drobne, wysmukłe i ciemne, że w pierwszej chwili można je było wziąć za cienie tańczących na wietrze gałęzi.
Gromadziły się w jednym miejscu niczym zbiegające się fale. Ktoś skrzesał ogień i zapłonęły pochodnie: jedna, potem kolejne. Wreszcie mogłem przyjrzeć się bliżej tajemniczym postaciom, jednak niewiele zobaczyłem: były ubrane w zwierzęce skóry, twarze i włosy miały wymazane ciemną farbą albo po prostu błotem.
– Kim oni są? – szepnąłem, lecz Laura przyłożyła palec do ust. Podeszliśmy bliżej, aż do granicy, gdzie zaczynała się szczelina. Zakręciło mi się w głowie, choć moje stopy pewnie opierały się na ziemi.
– A co, jeśli nas zauważą? – Pochyliłem się w stronę kuzynki.
– Nic takiego nigdy się nie zdarzyło.
– To się powtarza?
– O tak, co siedem lat.
Moje dziwne noce wigilijne, pomyślałem.
Tłum falował, słyszałem poświstywania i warknięcia, które były chyba ich językiem. Kłócili się o coś? Wreszcie grupa się rozpadła, istoty odskoczyły od siebie, pozostawiając leżącą na śniegu drobną sylwetkę. Dziecko? Chyba tak. Wyglądało na chore czy może oszołomione, żyło jednak, bo niemrawo próbowało odpełznąć w bok. Przełknąłem ślinę, nagle pewny, co zaraz się wydarzy.
– Chodźmy stąd – powiedziałem, ale Laura z uporem potrząsnęła głową.
– Nie, chcę zobaczyć jego twarz. Tym razem mi się uda.
– Twarz? Posmarowali się jakimś błotem, nic nie zobaczysz.
– Ten nie ma błota, patrz.
Nad dzieckiem pochylił się wysoki mężczyzna. Był odwrócony tyłem, nie mogłem więc dostrzec twarzy, ale włosy faktycznie miał czyste. Połyskiwały w świetle księżyca, jakby zrobiono je ze srebra.
Mężczyzna uniósł ramiona, a ja – choć nie mogłem tego widzieć – miałem pewność, że w ręku trzyma kamienne ostrze.
Prymitywny nóż spadł na klatkę piersiową dziecka, krew zbryzgała śnieg. Laura zatkała mi usta, gdy chciałem wrzasnąć. Niejasno przypomniałem sobie, że kiedyś już tak było, miękka dłoń opadająca na moje wargi, krzyk więznący w gardle. A potem... kuzynka ostrożnie, cicho zbliżająca się do skraju szczeliny. Bliżej. Chciałem ją zatrzymać, ale moja dłoń ześliznęła się po materiale koszulki. Ze zdenerwowania mimo chłodu pociły mi się ręce. Wciąż chyba nie do końca wierzyłem w realność tego, co widzę, i jakaś część mojego umysłu szczerze uważała, że za chwilę obudzę się we własnym łóżku.
Jeszcze bliżej.
Wtedy potknęła się o ukryty pod śniegiem konar. Mógł leżeć tu od dawna, może nawet od czasu, gdy odłamała go któraś z silnych jesiennych burz. A moja kuzynka miała zbyt wiele ważniejszych obowiązków, by uprzątnąć przed zimą ogród...
Przewróciła się, padając z wyciągniętymi rękami.
– Laura! – krzyknąłem, zanim zdążyłem pomyśleć.
Mężczyzna z nożem odwrócił się w naszą stronę i ujrzałem jego twarz. Wrzasnąłem ponownie, tym razem z czystej grozy. Ta, twarz, o Boże, ta twarz... Jak dobrze ją znałem... Laura gramoliła się, podczas gdy tamten... ta istota spoglądała na nas poprzez barierę czasu.
Odzyskałem wreszcie zdolność ruchu, jednym skokiem znalazłem się przy kuzynce i pomogłem jej wstać.
– Uciekamy – powiedziałem.
– Oni... oni nie przejdą. – Wyglądała na oszołomioną, spod włosów sączyła jej się krew.
– Jesteś tego pewna?
Pociągnąłem ją i pobiegliśmy w stronę domu. Za plecami usłyszałem cienki, wysoki okrzyk, brzmiący jak wezwanie do polowania. Krew zastygła mi w żyłach, zmieniając się w lód. To niemożliwe, myślałem. Takie rzeczy w normalnym życiu się nie zdarzają. Dopadliśmy domu i dopiero wtedy, już w progu, odważyłem się obejrzeć.
Wylewali się ze szczeliny jak niepowstrzymany przypływ.
Zatrzasnęliśmy za sobą drzwi, przekręciliśmy wszystkie klucze. Jednak to nie mogło wystarczyć, oboje o tym wiedzieliśmy.
– Na piętro – zdecydowałem.
Pobiegliśmy schodami w górę, do pokoju Janka. Tu było tylko jedno okno, niewielkie i wysoko umieszczone, a pod nim gładka ściana – żadnego dachu, na który można skoczyć, żadnej gałęzi, po której można się wspiąć. Laura żartowała kiedyś, że specjalnie dała ten pokój starszemu synowi, żeby mieć pewność, że nie będzie wymykał się w nocy.
Wspomnienie przeleciało mi przez głowę, gdy barykadowałem drzwi, przysuwając do nich biurko. Z dołu już dobiegał brzęk rozbijanych szyb i tupot stóp – najpierw miękki, gdy biegli po dywanie, a potem głośniejszy, bardziej dudniący, kiedy znaleźli prowadzące na piętro schody.
– Co teraz? O Boże, co teraz? – jęczała Laura.
Objąłem ją, choć sam nie czułem się zbyt pewnie.
– Drzwi są solidne, a do okna po gładkiej ścianie przecież się nie wespną. Jesteśmy bezpieczni. – Odsunąłem ją lekko i obróciłem twarzą w stronę światła. Była bardzo blada, włosy na czole miała mokre od krwi. – Uderzyłaś się o coś.
– To nic takiego.
– Nabiłaś sobie solidnego guza, możesz mieć wstrząs mózgu. Nie kręci ci się w głowie czy coś w tym rodzaju?
– Nie... nie wiem, może trochę... Boję się.
– Lepiej usiądź i przyłóż to, aż krew przestanie lecieć. – Podałem jej chusteczkę, którą znalazłem w kieszeni spodni.
Na korytarzu panowała cisza. Odeszli, moje serce zatrzepotało radośnie, ale wiedziałem przecież, że to nie może być prawda. Oni wciąż tam byli, oddzieleni od nas cienką warstwą drzwi. Wyczuwałem ich obecność.
Myślą, szepnął chochlik w mojej głowie, rozważają, jak się najlepiej do nas dobrać.
A potem oboje usłyszeliśmy... odgłosy. Najpierw te poświstujące, warkliwe dźwięki, które już znałem, a potem, o Boże, potem skrobanie, ostre paznokcie wdzierające się w miękkie drewno, cicho i uporczywie, jakby ci, którzy stali po drugiej stronie, mieli całą wieczność, by wreszcie wydrapać sobie do nas drogę.
Wstrząsnął mną dreszcz.
– Jesteśmy bezpieczni – powtórzyłem z nieco mniejszym przekonaniem.
– Co z tego? – Laura z trudem powstrzymywała płacz. – Nie możemy przecież tu zostać. Jesteśmy odcięci od świata, nie mamy nawet telefonu.
Zagryzłem wargi. Moja kuzynka miała rację. Nawet gdyby linia została szybko naprawiona, stacjonarny aparat znajdował się na dole – podobnie jak moja komórka, która zresztą i tak nie miała zasięgu. W zwykły dzień moglibyśmy liczyć, że listonosz zajrzy do Trzech Sosen i zawiadomi kogoś, jednak były święta. Janek i Kuba mieli zostać u ciotki przez tydzień, a brakiem wiadomości od Laury nikt się nie będzie się martwił – wszyscy byli przyzwyczajeni, że zimą telefony działają tu bardzo kapryśnie. Ponadto moja kuzynka nienajlepiej wyglądała i powinien obejrzeć ją lekarz.
A my mogliśmy tkwić uwięzieni na pierwszym piętrze aż do Nowego Roku.
Podszedłem do okna, otworzyłem je i wyjrzałem. Ile tu mogło być metrów? Cztery? Pięć? Gdybym skoczył, połamałbym sobie nogi albo przynajmniej skręcił kostkę, ale może dałoby się zrobić z rzeczy Janka prowizoryczną linę i zejść po niej na dół?
– O czym myślisz? – Laura złapała mnie za ramię. Wciąż była śmiertelnie blada, wąskie usta wyglądały jak pozbawione krwi. Wzdrygnąłem się lekko, bo była to ta sama twarz, którą ujrzałem w szczelinie, twarz mężczyzny z nożem.
Twarz moja i Laury. Stara krew, jak mawiał dziadek.
Wyjaśniłem. Kuzynka najpierw wpadła w histerię, jednak stopniowo udało mi się ją uspokoić. Ostatecznie zrozumiała, że to jedyne wyjście, choć wciąż miała wątpliwości.
– Zamarzniesz gdzieś, a ja zostanę tu z nimi sama.
– Nie zamarznę, na zewnątrz wcale nie jest bardzo zimno – tłumaczyłem cierpliwie. – Poza tym wezmę samochód.
– Zwariowałeś?! Samochód jest w ogrodzie, oni stamtąd właśnie przyszli.
– Ale teraz ich już tam nie ma, bo wszyscy siedzą pod naszymi drzwiami.
– Nie masz klucza do garażu.
– Wyłamię zamek, skobel i tak ledwo trzyma. – To akurat była prawda. Kolejny przykład, że w Trzech Sosnach wszystko rozpadało się i psuło.
– A jeśli oni... – przełknęła ślinę – oni cię złapią?
– Nie sądzę, nie są chyba na tyle inteligentni, żeby wpaść na to, że któreś z nas może wyjść przez okno. Zresztą, tak czy inaczej musimy zaryzykować.
– I jesteś pewny, że się tu nie dostaną?
– Jasne. – Spojrzałem na drzwi zza których wciąż dochodziło upiorne skrobanie. Parę godzin powinny wytrzymać, a do tego czasu na pewno zdążę wrócić.
W szafie Janka znalazłem głównie letnie ubrania: cienkie T-shirty z krótkim rękawem, kolorowe bermudy i plażowe szorty. Ciepłe rzeczy chłopak najwyraźniej zabrał do Wrocławia. Ostatecznie więc zdecydowałem się poświęcić moją własną koszulę z grubej bawełny, która nie powinna pęknąć pod ciężarem dorosłego mężczyzny. Powiązałem ją ze szkolną bluzą chłopca, poplamionymi farbą spodniami od dresu i poszewką z poduszki – reszta pościeli, jak wyjaśniła Laura, poszła do prania zaraz po wyjeździe braci.
Przywiązałem linę do okna. Była za krótka, pomyślałem jednak, że potem mogę już po prostu skoczyć.
Objąłem Laurę i pocałowałem ją w czubek głowy.
– Wrócę szybko – zapewniłem, starając się zdusić własny lęk.
– Przepraszam. Nie powinnam cię w to mieszać. Przepraszam – powtarzała. – Boże, jaka ja jestem głupia... Na początku, kiedy byłam dzieckiem, jeszcze się bałam, rozumiesz, ale potem, cholera, potem zaczęłam czuć się dumna, że widzę coś, czego nie potrafią dostrzec zwykli ludzie. Dziadek też taki był, wiesz? Jak ty i ja. Przez te wszystkie lata tak bardzo chciałam z tobą o tym porozmawiać...
– Będzie dobrze. – Nic innego nie przyszło mi do głowy.
Gdy złapałem linę, chwyciła mnie jeszcze za rękę.
– Pamiętaj, że tu na ciebie czekam... – Jej słowa zaczynały zlewać się ze sobą i chwilami chyba trochę odpływała. Naprawdę potrzebowała lekarza, jednak to musiało poczekać. Najważniejsze było sprowadzenie do Trzech Sosen policji, oddziału wojska, kogokolwiek z bronią, kto przepłoszyłby upiorne istoty z powrotem do ich czasu.
– Zobaczysz, wrócę, zanim się obejrzysz. – Odsunąłem ją delikatnie.
Usiadła na łóżku, włosy opadły jej na twarz. Nie jestem pewien, ale chyba płakała.
Zejście po linie było trudne (zdecydowanie powinien pić mniej piwa i popracować nad kondycją), ale dałem sobie radę. Potem było łatwiej, bo bez problemów obszedłem dom i dotarłem do garażu. Wyłamanie zamka zajęło mi kilka sekund i po chwili siedziałem już w samochodzie. Przekręciłem kluczyk pewien, że najtrudniejszą część mam za sobą i teraz muszę tylko sprowadzić pomoc.
Pech dopadł mnie kilkanaście metrów przed wjazdem na szosę. Wciąż jeszcze porządnie wystraszony i zaprzątnięty myślami o Laurze, nie patrzyłem na drogę, przyznaję, jechałem też trochę za szybko. W rezultacie spotkało mnie to, czego się obawiałem, czyli w pewnym momencie wpadłem w poślizg, zjechałem na pobocze i utknąłem w zaspie.
Jak ja nienawidzę zimy, pomyślałem, gdy pojąłem, że samochód nie ruszy z miejsca, a ja muszę iść dalej pieszo.
W ten właśnie sposób znalazłem się na skraju szosy, na wpół nagi, wyziębiony i opowiadający o potworach, które wyszły ze szczeliny czasu.

***

One są prawdziwe, musicie mi uwierzyć. Istoty, które były naszymi przodkami i które dawno temu zamieszkiwały te ziemie.
Ludzie niewiele jeszcze różniący się od zwierząt, ale już na tyle świadomi, by bać się ciemności i w najdłuższe, najstraszniejsze w roku noce składać obrażonemu słońcu ofiary.
Nie kłamię, przecież musicie to rozumieć! Nie jestem też szaleńcem. Czy mówię niespójnie i bełkoczę?
Nadal nie wierzycie, prawda?
To spróbujmy inaczej. Może rzeczywiście jestem wariatem i zrobiłem mojej kuzynce krzywdę. Może ona umiera teraz w Trzech Sosnach, podczas gdy wy gapicie się na mnie jak na cyrkowe dziwo?
Czy nikogo to nie obchodzi? Nadal żadne z was nie chce zawiadomić policji?
Tak, dziękuję, Boże, dziękuję. Proszę mi dać ten telefon. Na chwilkę, jedną sekundę... Muszę wyjaśnić... Błagam!
Halo! Policja? Do diabła, niech mnie pani nie szarpie, zaraz oddam... Nie, to nie do pana... Słyszy mnie pan? Jestem w szpitalu, ja... ja... Coś się stało, coś złego, ale... Moja kuzynka... jest w niebezpieczeństwie... Oni... tamci... O Boże, przecież pamiętam, wszystko pamiętam, tylko mnie trochę zamroczyło... Nie, proszę się nie rozłączać, zaraz sobie przypomnę, proszę dać mi chwilę! To bardzo ważne! Już... Mam to na końcu języka...
Naprawdę nie wiem, dlaczego dzwonię.
Siostro, jak ja się tu właściwie znalazłem? A, oczywiście. Przyjechałem do Laury, bo ciotka Wanda się o nią martwiła, zobaczyłem, że z kuzynką wszystko w porządku, a potem... chyba chciałem wrócić do domu, tak, tak właśnie musiało być, ale po drodze wpadłem w tę cholerną zaspę i ruszyłem po pomoc.
Potwory? Jakie potwory? Nic nie wiem o żadnych istotach spoza czasu. Pewnie Laura opowiadała mi jakieś głupstwa, ona jest czasem trochę ekscentryczna, wiecie, a mnie coś się pomieszało. To przez szok i wyziębienie, ale już mi lepiej, dziękuję, chętnie wezmę tabletkę.
Czemu nie mam płaszcza ani kurtki? Chyba musiałem zostawić je u kuzynki, głupio z mojej strony, prawda? Wszystko przez ten wigilijny pech, który prześladuje mnie od dzieciństwa. Zapewniam, że na co dzień zachowuję się znacznie rozsądniej. Nie, naprawdę, nic mi nie jest. Potrzebuję tylko miejsca, gdzie mógłbym się przespać. Rano znajdę kogoś, kto pomoże mi wyciągnąć samochód i wrócę do Wrocławia, a potem spróbuję zadzwonić do Laury, może do tego czasu naprawią jej linię.
Uśmieje się, kiedy jej opowiem o mojej kolejnej wigilijnej przygodzie.

3 komentarze:

  1. Bardzo mi się podobało to opowiadanie, a najbardziej lekkość, brak łopatologii, czyli natrętnego wyjaśniania, co, jak, kto i kiedy. Lubię, kiedy opowieść kończy się troszkę tajemniczo i nawet pozostawia leciutki (pozytywny) niedosyt, niż prostackie "kawę na ławę". Przepraszam za tak nieskomplikowany komentarz, ale jestem tylko prostym człowiekiem, który lubi czytać. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo miły komentarz, dziękuję. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. też uwielbiam czytać, a w szczególności "Panią", ale ... od pewnego czasu niepokoi mnie jedno ... jest Pani Mistrzynią "nakręcania" sprawy, stopniowania napięcia, budowania atmosfer :) i dokładnie w tej chwili, w której wydaje mi się, że jest Pani znawczynią tego co ciemne, tajemnicze, niepoznane :) pojawiają się całkiem inne istoty, lub wyjaśnienie, jakiego człowiek się spodziewa ... to niestety minus ...kiedy oczekuję opisu "zła" znajduje kosmitów, kiedy istot z czasów przedchrześcijańskich, napotykam na tych tu ... kurcze ... pozdrawiam Pani Aniu, jest Pani super :)

    OdpowiedzUsuń