Pająk

(opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w kwartalniku NOL, lato 2008)

– Jest piękny, prawda? – to nie było pytanie, lecz stwierdzenie.
Carl skrzywił się i wzruszył ramionami. Tylko Peter uważał, że Pająk jest piękny. Ale Peter Peter van Hise, o czym wszyscy doskonale wiedzieli, był ksenoarcheologiem i wariatem. Najpierw wariatem, potem dopiero ksenoarcheologiem.
Stali pośrodku niemal całkowicie zagrzebanej w ziemi Kopuły. Ponad powierzchnię wystawał tylko czubek, w którym wycięto okrągły otwór o średnicy mniej więcej półtora metra. Przez ten właśnie otwór do środka wpadał snop jaskrawożółtego światła.
Ponieważ temperatura była tu niemal normalna, Carl zdjął hełm i poluzował pasek przy skafandrze chłodzącym. Potem obrócił się wkoło, jakby spodziewał się, że zobaczy coś nowego.
Oczywiście nie zobaczył. Ściany Kopuły, podobnie jak podłoga, były białe i gładkie. Doskonale białe i gładkie, bez żadnych rzeźb, malunków czy nawet uszkodzeń. Jak wnętrze olbrzymiego niczym katedra igloo.
Nie było tu nic.
Oczywiście nic z wyjątkiem Pająka.
Stał nie na środku, lecz odrobinę z boku, tak że snop jaskrawego światła muskał dwie z jego czarnych nóg. Pozostałe cztery oraz pękaty tułów o średnicy niecałych trzech metrów też były czarne.
Czerń, kolor Pająka, i biel, kolor Kopuły. Niebo i Ziemia, Jing i Jang.
Nikt nie wiedział, z jakiego metalu zbudowano Pająka. Co gorsza, nikt nie wiedział, co to w ogóle jest.
Carl podszedł i spojrzał wprost w czerń kulistego tułowia. Gładka powierzchnia odbiła jego nastoletnią twarz, zniekształcając ją niczym lustro w Gabinecie Śmiechu. Było w tym odbiciu coś jeszcze, coś dziwnego i nietypowego. Carl zauważył to już dawno, ale wciąż nie potrafił znaleźć słów, by opisać niejasne wrażenia.
Najbliższe prawdy byłoby chyba stwierdzenie, że gdy patrzył w metal Pająka, widział coś jakby... głębię. Po jednej stronie on, Carl prawdziwy, po drugiej Carl-odbicie, a za nim długi, mroczny korytarz.
Na końcu korytarza coś mignęło, jakiś ruch, jakaś... postać?
Carl wzdrygnął się, odskoczył i w tym samym momencie ciężka ręka opadła mu na ramię.
– Spałeś z moją żoną – powiedział Peter.
– C...co?
Chłopak desperacko próbował przypomnieć sobie, czy rzeczywiście przespał się z Sofią. Ostatnio nie był zbyt przytomny, ciągle łaził wściekły i naćpany, no i raczej nie miał nastroju do uwodzenia mężatek.
Chyba że sama wlazła mu do łóżka, ale wtedy to była jej wina i niech Peter ma pretensje do swojej żony kurwy, a nie do niego.
Oblizał zeschnięte wargi. Skafander chłodzący nie nadążał z przywracaniem równowagi ciału, w którym gwałtownie skoczyło ciśnienie. Carl czuł, że cały spływa potem.
Peter zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu. Broń nie była groźna, służyła do paraliżowania ofiary, a nie do zabijania. Chyba że strzelało się z bliskiej odległości i w jakąś wrażliwą część ciała.
Peter podniósł pistolet i wycelował prosto w oko Carla.
Chłopak wydał z siebie zduszony, dziewczęcy pisk.
– Nie... p...proszę, to p...pomyłka...
Peter pociągnął za spust.

***

Carl wrzeszczał.
To było jego pierwsze wspomnienie. Krzyczał i bełkotał, a słowa wylewały się z niego niczym kipiąca zupa z garnka. Dopiero po chwili zaczął je rozróżniać i zorientował się, że wciąż błaga o pomoc. Że leży na podłodze swojej własnej kabiny, mokry od potu, i wciąż błaga o pomoc. Podniósł dłonie do twarzy.
Gałka oczna była nienaruszona.
– Przestań wyć, to tylko senny koszmar.
Uniósł głowę. Mayte Haranda stała sztywno, z rękoma złożonymi na piersi, a na jej drobnej, bladej twarzy malowała się pogarda.
– Ogarnij się.
Mamrocząc coś niezrozumiale, podniósł się do pozycji klęczącej. Wciąż nie miał dość sił, by wstać.
Dupa, a nie koszmar senny, pomyślał, pamiętam przecież...
Zaszlochał na wspomnienie własnego przerażenia, a potem krótkiego, ostrego bólu, gdy pocisk paraliżujący wdzierał się w mózg. To było tak wyraziste, tak prawdziwe.
A przecież nie mogło być prawdziwe. Nawet gdyby przeżył, to z pewnością nie miałby w tej chwili nienaruszonych gałek ocznych.
– Zrób coś ze sobą – dodała Mayte. – Cuchniesz.
Poruszyła perkatym noskiem i skrzywiła cienkie usta. Mayte była specjalistką od kontaktów z Obcymi, co wiązało się ze specjalnie zmodyfikowanymi do tej pracy genami. Miała węch czuły niczym pies policyjny, a jej uszy wychwytywały dźwięki niesłyszalne dla normalnego człowieka. Do tego potrafiła myśleć kilkutorowo, a wszczepiony na jej karku chip nieustannie przetwarzał dane, analizując i znajdując prawidłowości w zachowaniu istot, z którymi Mayte nawiązywała kontakt.
Carl nie miał pojęcia, jak Mayte radzi sobie z Obcymi – jak dotąd żadnego nie spotkali, choć w tym rejonie podobno czasem ich widywano. Wiedział jedynie, że każdy człowiek najdalej po dziesięciu minutach przebywania w towarzystwie Mayte staje się dla dziewczyny otwartą księgą. Nie sposób było jej oszukać, potrafiła przejrzeć każdego z taką łatwością, jakby ludzie paradowali przed nią emocjonalnie nadzy i bezbronni.
Dlatego właśnie pozostali członkowie załogi jej nie lubili. A dla ścisłości, większość jej nie lubiła. Carl jej nienawidził.
Podniósł się na wciąż drżące, miękkie jak z gumy nogi. Był świadom, że jego woń przerażonego zwierzęcia drażni wrażliwy nos dziewczyny.
Do diabła z tym.
– Peter chciał mnie zabić – powiedział.
Zmarszczyła brwi. Analiza danych musiała jej wskazać, że chłopak mówi prawdę. A przynajmniej że jest przekonany, iż mówi prawdę. To w jednym momencie zepchnęło Carla z pozycji głupiego, popisującego się szczeniaka do pozycji zwykłego świra.
– Chodź na śniadanie – pominęła milczeniem jego słowa. – Może wreszcie ustalimy, co z Pająkiem.
Jak długo tkwili na tej planecie? Carl zatracił rachubę. Ostatnim wyrazistym wspomnieniem była noc, która zdarzała się tu raz na pięć miesięcy. To było.... zaraz... przed tygodniem? A może dwoma? Chłopak nie pamiętał już, ile razy budził się w białej, czystej i absolutnie pozbawionej jakiejkolwiek indywidualności kabinie, którą dzielił z Simonem-mechanikiem, ile razy wędrował do mesy, równie białej i nijakiej, na nijakie, pozbawione smaku śniadanie, a potem na obiad, który różnił się od śniadania tym, że jedzenia było odrobinę więcej.
Jak na ironię, planeta zwana Gideonem także była biała. Niemal całą powierzchnię lądu pokrywały ruiny, strzaskane, porozbijane i zmiażdżone pozostałości czegoś, co dawno temu było zapewne białymi pałacami, domami i świątyniami. Z daleka wyglądało to jak olbrzymie wysypisko gigantycznych kości. Z bliska zresztą też.
Ruiny prażyły się w morderczym świetle dwóch słońc. Temperatura na planecie wynosiła przeciętnie jakieś 65-70 stopni. Nikt nie mógł wytrzymać tam bez specjalnego skafandra, a i w nim prace wykopaliskowe były mordęgą. Dlatego wielkie kompanie wycofały się z badania planety. Za duże wydatki, za mało efektów. Od tego czasu na Gideona przylatywali tylko i wyłącznie awanturnicy, którzy liczyli na łut szczęścia w postaci choć jednego dobrze zachowanego przedmiotu. Pozostałości zniszczonej cywilizacji osiągały zawrotne ceny, więc poszukiwaczy nie odstraszał nawet fakt, że zdecydowana większość wracała z pustymi rękami.
Załoga „Argosa” miała szczęście, bo natknęła się na Pająka.
I jednocześnie miała też pecha. Pająk był duży, znacznie większy niż wszystkie znalezione do tej pory na Gideonie artefakty. Żadną miarą nie dałoby się go wyciągnąć tym wąskim, spadzistym tunelem, który wykopali, by zapewnić sobie wygodne dojście do znaleziska. Jedynym rozwiązaniem było rozbicie podziemnej Kopuły, które pochłonęłoby mnóstwo energii, a to z kolei mogło spowodować, że w drodze powrotnej wysiądzie system podtrzymywania życia. Jak precyzyjnie obliczył pokładowy komputer, możliwość takiej awarii wynosiła 63,5%.
Mieli więc tylko 36,5% szans, że dolecą na Ziemię żywi, będą mogli sprzedać Pająka i cieszyć się bogactwem.
Poproszenie o pomoc załogi innego, większego statku i podzielenie się zyskiem nie wchodziło w grę – na Gideonie byli sami i mogły minąć miesiące, zanim ktoś się tu pojawi.
Peter van Hise chciał zaryzykować, a popierały go jego żona Sofia oraz jej siostra Vonda. Przeciwko byli kapitan, Mayte Haranda oraz mechanik Simon.
Carl nie miał zdania. Po prostu chciał się stąd jak najszybciej wynieść, z Pająkiem czy bez.

***

Przy śniadaniu atmosfera zrobiła się napięta, a Mayte i Peter znowu skoczyli sobie do oczu. Ona nazwała go wariatem o skłonnościach samobójczych, on wrzeszczał, że jeszcze będzie żałowała zaprzepaszczonej szansy.
– Chodź, zapolujemy na salamandry – zaproponował Simon, podchodząc do Carla. – A oni niech urywają sobie łby bez naszego towarzystwa.

***

Gdyby Carl był zdolny jeszcze kogokolwiek lubić, to owym kimś byłby niewątpliwie mechanik Simon, łagodny olbrzym, który – sądząc być może, że zobowiązuje go imię – wyhodował sobie imponującą brodę biblijnego patriarchy. Simon był jedynym, który na wybryki Carla patrzył z ojcowską wyrozumiałością, ale chłopak nie potrafił odpłacić mu sympatią. Już nie.
Mimo to zgodził się wziąć udział w polowaniu. Lepsze towarzystwo jednego człowieka niż kilku, uznał.
A polowanie na salamandry było niezłą rozrywką.
Z pewnością owe ciepłolubne stworzenia miały jakąś mądrą, naukową nazwę, ale wszyscy, których Carl znał, nazywali je po prostu salamandrami. Mierzyły przeciętnie jakieś pół metra długości i przypominały ni to jaszczurki, ni to ptaki z dziwacznymi błoniastymi skrzydłami, na których szybowały w gorącym powietrzu. Ludzie polowali na nie głównie po to, by zmierzyć się z ich szybkością i zwinnością; żadne inne powody nie wchodziły w grę, gdyż mięso salamander było trujące, a skóry nie miały wielkiej wartości.
Stąpając cicho w lekkim skafandrze, Carl odbezpieczył broń, a Simon po chwili poszedł w jego ślady. Tym razem obaj mieli pistolety załadowane ostrą amunicją. Co prawda strzelanie do salamander prawdziwymi pociskami było cholernym marnotrawstwem, ale kto by się tym przejmował. I tak już niedługo wyniosą się z tej planety.
Jakże Carlowi brakowało porządnych, ziemskich cieni. Tutejsze były tak blade, że ledwo je zauważał. Tu wszystko było białe i żółte, rozpalone niczym w płomieniu świecy, gorące powietrze drgało, tworząc zwodnicze miraże, wzrok męczył się i bywały chwile, gdy ruiny zlewały się w jedną gigantyczną ścianę jasności, bez żadnych kątów, załamań, czy szczelin. I to właśnie niosło ze sobą niebezpieczeństwo, ponieważ oczywiście wokół istniało mnóstwo kątów, głazy miały ostre krawędzie, a w szczelinach pomiędzy nimi można było skręcić kostkę czy nawet połamać nogi. Dlatego też teraz, gdy stracił już z oczu punkt orientacyjny w postaci ciemnej sylwetki „Argosa”, Carl poruszał się ostrożnie, bardziej dowierzając zmysłowi dotyku niż wzroku.
Coś mignęło na granicy pola widzenia, coś dużego, znacznie większego niż jakakolwiek salamandra. Człowiek? Obcy?
– Pójdę sprawdzić, tam ktoś jest – powiedział Carl zduszonym przez hełm głosem.
– Nikogo nie widziałem. – Simon z niepokojem rozejrzał się dookoła.
– Zaczekaj.
Idąc w stronę szczątków białego muru, Carl czuł się dobrze. Miał broń, był dorosły i odpowiedzialny. Cokolwiek tam jest, on sobie z tym poradzi, a załoga „Argosa” będzie jeszcze żałować, że go nie doceniła.
Za murem znów coś przemknęło. Człowiek? Wyglądało bardziej na człowieka niż na Obcego, choć było zdumiewająco niskie, nie wyższe niż kilkuletni chłopiec.
Carl poczuł się niepewnie. Obecność dziecka w takim miejscu była niezwykła, a on nie radził sobie dobrze z niezwykłymi sytuacjami.
– Hej, mały! – krzyknął, zdając sobie sprawę, że brzmi to głupio.
Naprawdę wolałby, aby za murem czaił się Obcy albo przynajmniej dorosły mężczyzna i żeby on, Carl, mógł wreszcie się wykazać i użyć swojej broni na czymś większym niż...
Salamandra. Wyprysnęła spod jego nóg i skoczyła w powietrze. Pełen urazy syk, małe paciorkowate oczka niczym dwie krople zakrzepłej krwi i rozpostarte błoniaste skrzydła. Przez krótką chwilę stworzenie znajdowało się tak blisko twarzy Carla, że mógłby je schwytać gołymi rękami.
Nie zrobił tego. Nie miał szans, bo w tej samej chwili coś pchnęło go w pierś z taką siłą, że poleciał do tyłu, na plecy, na rozpalone kawałki gruzu. Zdumiony chciał unieść dłoń, ale nie zdołał, przekręcił tylko odrobinę głowę i zobaczył, że gruz, na którym leży, już nie jest biały. Był czerwony od krwi.

***

– Słuchaj, stary, nie masz do mnie urazy, prawda? – Simon siedział przy łóżku Carla, nerwowo wyłamując palce. – To przez to parszywe światło. Nie widziałem cię, naprawdę, słyszałem tylko syk salamandry i odruchowo strzeliłem w tamtym kierunku. Wybacz. Miałeś cholerne szczęście, kula musiała minąć cię o włos.
– Nie minęła mnie.
– Co?
– Nie minęła mnie, tylko przebiła na wylot. Pamiętam, że leżałem w kałuży krwi.
Simon zrobił nieszczęśliwą minę. Najwyraźniej czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za to, że Carl wreszcie ze szczętem zwariował.
– To przez to światło – powtórzył po chwili niepewnie. – Na dole człowiek widuje różne dziwaczne rzeczy. Ale nie martw się, wyciągniemy cię z tego...
– Wynoś się... – powiedział Carl słabym głosem.
– Hę? – Przyjacielsko nastawiony do całego świata Simon w pierwszej nie mógł uwierzyć, że ktoś go skądś wyrzuca.
– Wynoś się. Nie chcę cię widzieć.
– Jasne, jasne. – Potężny mężczyzna wstał gorliwie. – Lepiej, żebyś sobie teraz odpoczął, po takim omdleniu...
Wyszedł, a Carl zacisnął zęby.
Nie zemdlał ze strachu ani z gorąca. Pamiętał krew.
Do kabiny wsunęła się Sofia.
Na początku podróży wszyscy uważali, że z dwóch bliźniaczek to Sofia jest tą bardziej pewną siebie, a Vonda tą słodką i milutką. Teraz Vonda była co najwyżej „w miarę sympatyczna”, a Sofia zmieniła się we wredną, zimną sukę. Zamknięcie w ciasnym wnętrzu statku wszystkim działało na nerwy.
– Przyszłaś się ze mnie nabijać? – wymamrotał Carl. – Czy przekonywać, że mam świra?
– A ty masz zamiar płakać mi w rękaw? – zachichotała Sofia. – Może zajmiemy się czymś przyjemniejszym?
Była dużą, ładną kobietą o czerwonych ustach i włosach ciemnych jak tropikalna noc. Gdy usiadła na nim, Carl poczuł ciężar słodkich osiemdziesięciu kilogramów wagi.
Silne, opalone dłonie sięgnęły jego twarzy, a potem zsunęły się w dół, na szyję.
– Czy ty też zamierzasz mnie zabić? – Chłopak uśmiechnął się szelmowsko.
– Oczywiście, że tak – odparła, zaciskając palce.

***

– On zwariował – oznajmił kapitan Gasset, a pozostali siedzący wokół stołu zgodnie pokiwali głowami. – Od początku wiedziałem, że będą z nim kłopoty – dodał.
Tak naprawdę wcale o tym nie wiedział. Na początku nowy członek ich załogi wydawał się bardzo sympatycznym, chętnym do pomocy i energicznym młodzieńcem. Gasset lubił go, był nawet taki moment, gdy rozkrochmalony odrobiną dżinu kapitan uznał nastolatka niemal za syna i zdradził mu coś, czego zdradzać nie powinien. A potem zapał Carla zaczął słabnąć. Jeszcze później okazało się, że chłopak chciał wziąć udział w wyprawie, bo liczył na jakąś bliżej nieokreśloną „przygodę”, że rozczarował się już po kilku dniach lotu, a przede wszystkim, że na pokład przemycił sporą ilość środków halucynogennych, przy pomocy których zabijał nudę i popadał w coraz większą paranoję.
Gasset nie znał się na ludziach. Poza tym starzał się, coraz częściej popełniał błędy i coraz mniej chętnie się do nich przyznawał. Pozostała mu jednak odrobina godności, a także wiara w zasady „starej szkoły”, a one mówiły, że nie porzuca się ot tak, po prostu, członków załogi.
– Myślicie, że to syndrom odstawienia? – zapytała Vonda. – Dziwne, że tak późno... Kiedy odebraliśmy mu prochy? Dwa dni temu? Trzy? Tydzień?
Nikt nie pamiętał, od czasu gdy na krótko zapadła ciemność, wszyscy jakoś stracili rachubę czasu.
– Mniejsza z tym – kapitan przerwał jałowe rozmyślania. – Gówniarz zwiał na powierzchnię i siedzi gdzieś tam, cały rozhisteryzowany. Musimy go znaleźć...
– Twierdzi, że wszyscy chcemy go zabić – wtrąciła Vonda. – A co dziwniejsze, że część z nas już to zrobiła.
– Świr. – Sofia wydęła pogardliwie czerwone usta.
– Idę o zakład – kontynuował Gasset – że Carl siedzi teraz w Kopule, tuż przy Pająku. To jedyne podziemne pomieszczenie, jakie znaleźliśmy. Tylko tam można schronić się przed słońcem.
– No właśnie, co z Pająkiem? – niecierpliwie zagadnął Peter. Los zaginionego Carla najwyraźniej mało go obchodził. – Czy nie powinniśmy wreszcie podjąć...
– Później. – Kapitan wstał energicznie. Do działania pobudzała go nie troska, lecz złość. Na siebie, bo okazał się naiwny, na załogę, bo wcześniej, kiedy jeszcze był czas, nie potrafili sobie z Carlem poradzić. A przede wszystkim na tego stukniętego gówniarza, od którego wszystkie kłopoty się zaczęły. – Teraz trzeba odnaleźć chłopaka. Sam po niego pójdę.

***

Schodząc wąskim tunelem, kapitan Gasset potknął się i omal nie upuścił latarki. Zaklął najpierw cicho, a potem, gdy zorientował się, że i tak nikt go nie usłyszy, głośno.
Lubił mówić sam do siebie i trochę się tego wstydził.
– To jego wina – kontynuował, w samotności dając upust swemu upodobaniu. – Gdybym był ojcem tego smarkacza, już dawno stłukłbym mu tyłek na kwaśne jabłko.
Zamilkł, zdając sobie sprawę, że lanie nie jest adekwatną karą do tego, co zrobił Carl.
A jaka byłaby właściwa? Na przykład biblijna, oko za oko, ząb za ząb. My cierpieliśmy przez niego, więc niech on cierpi przez nas.
Z każdą chwilą ulatniały się resztki sympatii, jaką kiedykolwiek miał do Carla. Zagłębiając się pod ziemię, Gasset postanowił, że jednak porzuci tu smarkacza. O tak, porzuci go, a teraz schodzi do Kopuły tylko i wyłącznie po to, by oznajmić Carlowi, że za kilka dni zdechnie tu z pragnienia.
Nie miał pojęcia, dlaczego do tej rozmowy potrzebna mu jest dłoń zaciśnięta na rękojeści pistoletu.
– Carl? Przyszedłem z tobą porozmawiać!
Gasset rozejrzał się. Słup jasnego światła jak zawsze wznosił się pośrodku Kopuły, lecz dalej panowały półmrok i mrok.
– Carl, gdzie jesteś? Chowasz się przede mną po ciemnych kątach? Wiesz przecież, że i tak cię znajdę.
Mały chłopiec, którego obecność tutaj była tak oczywista i naturalna, przyłożył palec do ust, mrugnął okiem, a potem palcem wskazał w prawo.
Kapitan podziękował skinieniem głowy.
Uznał, że śmierć z pragnienia jednak nie będzie wystarczającą karą.
– Już po ciebie idę – zawołał. – Założysz się, że cię dorwę, zanim doliczę do dziesięciu?
Raz, dwa, trzy... Na osiem strumień światła wyławia z mroku skuloną sylwetkę, na dziewięć Carl podrywa się do biegu, na dziesięć Gasset strzela mu w tył głowy.
Potem kapitan wraca na statek, całkiem zadowolony z tego, co zrobił.

***

Carl wyszedł na zewnątrz, znalazł prostokątną płytę i zaciągnął na dół. Potem, już w Kopule, obrócił ją i oparł się o nią plecami, blokując w ten sposób wejście.
Poczuł się odrobinę bezpieczniejszy. Być może minie chwila, zanim przyjdzie kolejna osoba, by go zabić. Potrzebował tego czasu, aby zebrać myśli.
Objął kolana rękami i kołysząc się lekko, spróbował uporządkować panujący w głowie chaos.
Duch, pomyślał, czując, jak mroczna panika podpływa mu do gardła. Odpowiedzią jest duch.
Zaczął kołysać się szybciej, ale to nie pomagało, więc włożył do ust kciuk prawej dłoni i zaczął obgryzać paznokieć. Panika cofnęła się odrobinę, zupełnie jak morze w czasie odpływu.
Widział ducha za każdym razem, gdy ginął. Wtedy, z Peterem w Kopule, podczas polowania z Simonem, i teraz, gdy strzelił do niego kapitan. I wcześniej, gdy dusiła go Sofia... Tak, na pewno tak. Dzieciak stał w kącie i uśmiechał się, zupełnie jakby... jakby chciał dodać Carlowi otuchy?
Paznokieć skończył się i chłopak gryzł teraz ciało, szarpiąc je zębami aż do krwi. Mimo to panika powracała, skradała się podstępnie w stronę jego gardła. Za chwilę Carl zacznie krzyczeć i będzie krzyczał tak i krzyczał, aż znikną wszelkie rozsądne myśli i naprawdę zostanie wariatem.
Duch, potrzebował ducha. Gdyby mógł choć przez chwilę z nim pogadać...
– Carl? – na zewnątrz rozległ się dziewczęcy głos. – To ja, Vonda! Odsuniesz tę przeklętą płytę i pozwolisz mi wejść?
– Wynoś się!
– Nie bądź niegrzeczny. Wysłali mnie tu, żebym ci przemówiła do rozsądku. Powiedzieli, że ze mną będziesz rozmawiał, bo mnie lubisz. To prawda, co? Lubisz mnie?
– Wynoś się! Myślisz, że nie wiem, po co przyszłaś?
– Po co?
– Nie udawaj pieprzonej kretynki! Chcesz mnie zabić! Jak wszyscy.
– Carl, nie mam przy sobie broni...
– Twoja siostra udusiła mnie gołymi rękami!
Dziewczyna parsknęła, najwyraźniej odrobinę zniecierpliwiona.
– Słuchaj, Carl. Nie wydaje ci się, że gdyby naprawdę kilka osób cię zabiło, to byłbyś, jak by to powiedzieć, trochę... martwy?
Chłopak milczał. Po twarzy spływały mu łzy, czuł na wargach ich smak zmieszany ze smakiem krwi.
– Nie skrzywdzę cię, Carl, obiecuję.
– Ja cię skrzywdziłem – powiedział cicho. – Pamiętasz? Wtedy, nocą, kiedy przyszłaś zabrać moje prochy... A potem siedziałem tutaj, patrząc w ciemne niebo, i widziałem czerwoną zorzę...
– Tu nie ma zorzy. Coś ci się pomyliło.
– Masz do mnie żal?
– O tamto? – Vonda zamilkła i Carl z mocno bijącym sercem pomyślał, że chyba odpowie szczerze. – Nie, właściwie to nie mam. Wybaczyłam ci.
– W takim razie możesz wejść.
Odsunął płytę.
– Okropnie wyglądasz – Przyjrzała mu się, mrużąc oczy.
– Zrobisz to tak, żeby nie bolało? – poprosił cicho.
– Co?
– Kiedy będziesz mnie zabijać.
Parsknęła po raz drugi, tym razem głośniej.
– A ty dalej swoje. Posłuchaj...
– To ty posłuchaj – mówił, połykając końcówki, byle szybciej, zanim zwycięży w nim panika i zanim stchórzy. – Muszę z kimś pogadać, a on przychodzi tylko wtedy, gdy umieram. Dlatego ja teraz położę się, o tutaj – wyciągnął się sztywno na podłodze – i zamknę oczy, a ty mnie zabijesz i zrobisz to łagodnie, bo mi wybaczyłaś, a ja cię lubię, w porządku?
– W porządku – zgodziła się Vonda i dotrzymała słowa.

***

Carl z powrotem zasunął płytę, a potem usiadł na podłodze po turecku. Przed nim, również ze skrzyżowanymi nogami, siedział kilkuletni chłopiec.
Vondy nie było i Carl nie zamierzał nawet o nią pytać. Nie liczyła się już.
– Kim jesteś? – zwrócił się do dziecka.
Chłopiec wyglądał na lekko urażonego.
– Tobą z czasów wczesnej młodości? No wiesz, taką niewinną wersją? Czymś... – z trudem dobierał słowa. – Czymś w rodzaju nauczki moralnej?
– W życiu bym na to nie wpadł.
Mały skrzywił się.
– OK, nie wyszło mi, przyznaję. Zajmijmy się poważniejszymi kwestiami. Wiesz już, co zrobiłeś? Pamiętasz, co wydarzyło się tamtej nocy?
– Uderzyłem Vondę – zaczął niepewnie. – Upadła na ziemię i... krwawiła, było naprawdę mnóstwo krwi. Bałem się i... i myślałem, że jeśli tamci ją znajdą, to znowu będzie moja wina, nienawidzę ich, zawsze o wszystko mają do mnie pretensje... – Zmarszczył brwi i wrócił do obgryzania kciuka. – Było ciemno, tak bardzo ciemno, a ja uciekałem, potykając się i przewracając. A jednak trafiłem tutaj, do Pająka, musiałem trafić, bo pamiętam, że siedziałem tu i obserwowałem piękną, czerwoną zorzę.
Zamilkł. Tak, świetnie pamiętał szkarłatny odblask wpadający przez otwór i odbijający się w czerni Pająka.
Tu nie ma zorzy, powiedziała Vonda, zanim go zabiła.
Chłopiec patrzył uważnie.
Carl pogrążył się w myślach. Krew z obgryzanego kciuka zdążyła zaplamić mu podbródek, ale nie czuł bólu.
Po chwili uśmiechnął się szeroko.
– To nie była zorza – oznajmił z satysfakcją, bo nareszcie wszystko stało się jasne – tylko ogień z płonącego statku. Wysadziłem statek przy pomocy kodu, który podał mi kapitan, i zabiłem ich wszystkich. A skoro ich zabiłem, to oni nie żyją, a ja tak... Umarłem już pięć razy, ale wciąż żyję.
Mały potrząsnął głową.
– To nie takie proste. – Wskazał Pająka. – Wiesz, co to jest?
– Nie.
– To Sędzia. Popełniłeś zbrodnię, a potem usiadłeś tutaj i w ten sposób poprosiłeś o wyrok.
– O nic takiego nie prosiłem...
– Poprosiłeś przez samą swoją obecność – upierał się chłopiec. – Sędzia uznał cię winnym śmierci sześciorga inteligentnych istot i zdecydował, że sprawiedliwe będzie, jeśli każda z nich za karę zabije ciebie.
– A ty kim jesteś?
– Jestem głosem Sędziego. Długo trwało, zanim rozpracowałem twój umysł na tyle, by się z tobą porozumieć. Dlaczego nie przyjmiesz pokornie kary, którą nałożył na ciebie Sędzia? Dlaczego wciąż się bronisz?
– Nie rozumiem. – Carl wyjął kciuk z ust, z trudem tłumiąc chęć, by znów zacząć się kołysać. – To w końcu jestem martwy czy żywy?
Mały westchnął zniecierpliwiony.
– A jakie to ma znaczenie? Śmierć i życie to kwestie względne. Tak czy inaczej, musisz umrzeć jeszcze raz.
– Nie chcę. – Carl zastanowił się chwilę. Dopiero teraz poczuł pulsujący w palcu ból i to rozjaśniło mu umysł – A co będzie potem? Kiedy już zginę po raz szósty?
– Nie mam pojęcia – przyznał chłopiec uczciwie. – Ja tylko pilnuję, by kara została wykonana.
– W takim razie ja nie idę na taki układ. Nie ma mowy. Nie dam się znowu zabić. Nic z tego...
Mały westchnął.
– Jak tam sobie chcesz. Ja zrobiłem, co do mnie należało.
Carl wstał i podszedł do zabarykadowanego wyjścia. Miał plan, bardzo chytry plan.
Po drugiej stronie stała Mayte Haranda. Ona również miała plan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz