Harfa Pustyni

(opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w antologii Smok urojony, ŚKF 2010)     

                Najpiękniejszym dniem w życiu każdej małej dziewczynki jest ten, gdy dostaje ona swoją pierwszą w życiu broń. Tak mówiła Sable mama, a Sable jej wierzyła.
                W przypadku Sable pierwszą bronią był pistolet Stigr-4. Ojciec podarował go jej, gdy skończyła siedem lat, a potem skłonił się przed córką.
                Mama uczyła wcześniej Sable, że w takiej chwili powinna zachować powagę, ale dziewczynka i tak nie potrafiła powstrzymać radosnego chichotu.
                Pistolet Stigr-4 podobał się Sable, ponieważ był nowy i ślicznie połyskiwał w słońcu. Był też lekki, najlżejszy z dostępnych modeli, a przynajmniej tak mówili dziewczynce dorośli, bo ona sądziła, że i tak jest trochę za ciężki i za duży. Wiedziała jednak, że ręce jej urosną i wkrótce pistolet będzie w sam raz.
                Na początku było ciężko i Sable czasem płakała. Najbardziej brakowało jej rodziców, bo teraz nie mieszkała już w domu, tylko w budynku szkoleniowym razem z innymi dziećmi w swoim wieku. Mamę i tatę widywała od czasu do czasu, kiedy Taj pozwolił. Taj miał trzynaście lat i wydawał się Sable bardzo duży. Bała się go, bo krzyczał i karał dzieci, gdy zrobiły coś źle. Była jednak na tyle mądra, że nigdy nie poskarżyła się rodzicom. Wiedziała, że to by im się nie spodobało.

***

Papieros smakował, jakby Clem wdychał dym z płonącej smoły. Obrzydliwa woń siarki i iskry; chłopak mógłby się założyć, że wciąga w płuca wciąż płonące drobinki popiołu, które zmieniają jego gardło w siedlisko jaskrawoczerwonego bólu. W dodatku za każdym razem, gdy sfatygowany jeep podskakiwał na wybojach, Clem czuł, jak żołądek łomocze mu o zęby. Myślał wtedy o czystej, chłodnej wodzie, o tym, jak przyjemnie byłoby zanurzyć w niej najpierw ręce, a potem całe ciało i napić się do woli.
Wdech, wydech. Spokojnie, byle się nie porzygać.
Ponadczterdziestostopniowy upał niemal fizycznie przygniatał do ziemi, sprawiając, że Clem miał ochotę zakryć głowę rękami, a potem wpełznąć w najbliższą jamę. Tyle że wokół nie było żadnej jamy, tylko łagodnie pofałdowana czerwona pustynia, a nad nią słońce zawieszone na niebie tak jasnym, że wydawało się białe.
Wdech, wydech. Woda, myśl o czystej, chłodnej wodzie.
Kolejna strużka potu zniknęła za kołnierzem Clema i popłynęła w dół pleców, łaskocząc między łopatkami. Chłopak skrzywił się i poruszył niespokojnie, czując przy tym, jak pod mundurem szorstkie drobinki trą o wilgotną skórę. Po tygodniowym pobycie na pustyni piasek miał wszędzie – wydmuchiwał go z nosa, spluwał nim, pewnie nawet srał piaskiem.
Przy ostatnim wdechu znów oblał się potem i przez chwilę przerażony myślał, że jednak zwymiotuje. Z trudem zwalczył mdłości, wyrzucił niedopałek i posłał Salowi wymęczony, blady uśmiech.
Sal odpowiedział szerokim, radosnym wyszczerzem, a potem poklepał się po kieszeni mundurowej bluzy.
– Mam więcej – powiedział, podczas gdy jego twarz podskakiwała w rozedrganym upałem powietrzu jak dziecięca piłka. W górę i w dół, w górę i w dół. – Najlepszy towar na pograniczu.
Clem zamrugał, strząsając z rzęs krople potu i walcząc z zawrotami głowy. W górę i w dół. Przy każdym podskoku zamknięte w skrzyni karabiny uderzały o siebie z metalicznym zgrzytem. Na tle jasnego nieba płynęły twarze towarzyszy Clema – jedna wciąż uśmiechnięta i dwie poważne. W górę i w dół.
– Jesteśmy już niedaleko – powiedział Sal. – Na ostatnim postoju patrzyłem na mapę i mówię wam, że jeszcze przed zachodem słońca będziemy w Harfie Pustyni. Wspominałem wam, czemu tak nazywają to miasto?
Bernie mruknął, że owszem, wspominał, ale Sala to nie zniechęciło.
– Bo ono śpiewa – wyjaśnił. – W nocy, gdy nadchodzi wichura, całe miasto jest jak olbrzymi instrument, na którym wiatr wygrywa melodie. To ma coś wspólnego z układem budynków, rozumiecie.
 Bernie wzruszył ramionami, a siedzący obok Duży Królik powtórzył jego gest. Clema od początku intrygowała ta dwójka – Królik zwalisty, o szerokiej, indiańskiej twarzy i Bernie szczupły, przystojny, z ciemnymi oczami scenicznego amanta. Byli tak różni, a jednak potrafili zachowywać się identycznie jak syjamskie bliźnięta.
Sięgnął po manierkę i napił się ciepłej wody.
Niezrażony Sal ciągnął dalej:
– Wiecie, że na pustyni wiatr potrafi wiać z taką siłą, że w kilka minut odziera ciało z kości? Serio, znam historię człowieka, który wyszedł za obozowisko i wpadł w trąbę powietrzną, a jego kumple mogli już tylko się gapić, jak z gościa zostaje szkielet. Rozumiecie, widzieli wszystko dokładnie – najpierw jak facetowi zdziera skórę i odsłania mięśnie, potem mięso i żyły, a na końcu zostały same kości, które stały jeszcze przez chwilę, a potem spadły na piasek.
Clem uparcie patrzył w inną stronę, jakby pośród wydm znajdowało się coś niezwykle interesującego. Nie miał pojęcia, jak traktować opowieści Sala. Z jednej strony brzmiały niewiarygodnie, a z drugiej Bernie i Duży Królik nigdy otwarcie nie nazwali Sala kłamcą, więc coś w tych historiach mogło być.
Licząc na jakąś wskazówkę, zerknął na kolegów, lecz ich twarze miały identyczny wyraz zainteresowania podszytego nutą rozbawienia tak lekką, że niemal niedostrzegalną. Clem spróbował zrobić podobną minę, a kiedy mu nie wyszło, wrócił do kontemplacji wydm.
– Ale wiatr i tak wcale nie jest najgorszy – ciągnął Sal. – Najgorsze na pustyni są potwory.
Clem zacisnął palce na kolbie karabinu, bo potwory niewątpliwie były prawdziwe.
W górę, w dół – podczas gdy rzężący jeep podskakiwał na wybojach, Clem słuchał, jak za jego plecami Sal szczegółowo opisuje pewien specyficzny gatunek pustynnego monstrum. Kły, pazury, zdolność mimikry i naśladowania ludzkiego głosu, przede wszystkim zaś nieodparta chęć wysysania krwi ze wszystkiego, co żyje – do tego momentu Clem zachował powagę, jednak gdy Sal dotarł do trujących kolców, którymi jakoby miały być zakończone sutki potworzyc, odwrócił się i parsknął śmiechem, ośmielony wyraźnie już teraz widocznym rozbawieniem Berniego i Dużego Królika.
Sal spojrzał na Clema, a potem przysunął twarz tak blisko, że chłopak poczuł smolistą woń „najlepszego towaru na pograniczu”.
– Śmieszy cię to, co? Ciekawe, czy będziesz tak samo rozbawiony, kiedy dorwie cię któryś z tych stworów. Ja nie byłem, wiesz? Nie śmiałem się, ale przynajmniej udało mi się przeżyć, chociaż skurwysyn zostawił mi coś na pamiątkę. Chcesz zobaczyć?
Odpiął górny guzik bluzy i odsłonił obojczyk, z którego coś zdarło kawał skóry, pozostawiając w zamian bliznę w bladosrebrnym kolorze rybiego brzucha.
– I jak, nadal chce ci się śmiać?
Clem otworzył i zamknął usta, całkowicie świadomy, że wygląda w tej chwili jak idiota. Humoru nie poprawiał mu fakt, że Bernie i Duży Królik rechotali teraz zupełnie otwarcie.
– Co z tobą, ugryzłeś się w język? – Dla odmiany Sal był poważny, a przynajmniej takiego udawał. – Czy z wrażenia odebrało ci mowę?
Clem uznał, że nie jest to najlepszy moment na stwierdzenie, że tę bliznę Sal pokazywał już trzykrotnie, za każdym razem podając zupełnie inną wersję jej powstania.
– Nie.
– Co: nie?
– Nie, z wrażenia nie odebrało mi mowy. Ta blizna jest bardzo imponująca, naprawdę. Nigdy już nie będę lekceważył żadnych potworów, zwłaszcza rodzaju żeńskiego.
Sal wybuchnął śmiechem i poklepał Clema po plecach.
– Nie martw się, młody, jakby co, jesteśmy z tobą. Nie damy ci zginąć.
Duży Królik wyszczerzył zęby, a Bernie pokazał uniesiony kciuk. Clem odpowiedział nieśmiałym uśmiechem, niezupełnie pewien, co się przed chwilą zdarzyło i czy tamci wciąż z niego żartują, czy też wręcz przeciwnie – powiedział coś autentycznie zabawnego, a koledzy docenili dowcip.
Bernie wstał i przez chwilę balansował na szeroko rozstawionych nogach, z trudem utrzymując równowagę. Dłonią osłonił oczy.
– Coś widzę – powiedział. – Sal, to chyba to twoje miasto.
Salomon Peshke wyciągnął z kieszeni bluzy zmaltretowanego papierosa i zapalił z wprawą, dzięki której nie uronił ani odrobiny cennego tytoniu.
– Mówiłem, że będziemy na miejscu przed zachodem słońca – uśmiechnął się łagodnie, wydmuchując dym. – Nikt mi nie wierzy, a przecież ja szczerą prawdę mówię, tylko prawdę.

***

Na początku miasto wyglądało jak burzowa chmura, ciemna i gęsta. Dopiero później, gdy słońce zawisło nad horyzontem tak nisko, że piasek zapłonął świetlistą czerwienią starego wina, Clem zaczął odróżniać kształty poszczególnych budynków: wysokie na kilkadziesiąt pięter graniastosłupy oraz walce, nieco niższe piramidy, klockowate sześciany i nawet dwie albo trzy masywne kule. Wszystkie miały ten sam kolor dymnej szarości, który być może był ich naturalną barwą, a może zawdzięczały ją wieloletnim pokładom brudu.
Sal gwizdnął cicho, a Clem pomyślał, że dziś nikt nie byłby w stanie czegoś takiego zbudować, i razem z tą myślą przyszedł strach. Chłopak odczuł go niemal fizycznie, jak powiew zimnego powietrza z niedomkniętego okna. Inni też musieli coś poczuć, bo Bernie i Duży Królik odwrócili się jak na komendę, skrywając twarze, a Sal zamarł z ustami ułożonymi do kolejnego gwizdnięcia. Wszystko trwało bardzo krótko, lecz ta chwila wystarczyła, by świat pociemniał: ułożone w bruzdach pomiędzy wydmami cienie zgęstniały, a purpurowy blask pustyni przygasł.
Pierwszy poruszył się Sal.
– Słońce zachodzi – mruknął. – Dobrze że jesteśmy prawie na miejscu, bo za chwilę będzie piździć jak cholera.
Clem uśmiechnął się z odrobiną ulgi – tylko odrobiną, bo nie do końca był przekonany, że chodzi o coś tak prostego jak zachód słońca. Kilkanaście minut później, gdy w błyskawicznie zapadającym mroku samochód zatrzymał się przed pierwszymi budynkami, chłopak spojrzał na pustynię, teraz ledwie widoczną, i poczuł niespodziewany żal, że ją opuszczają.

***
               
Chłopiec imieniem Rakeem dużo płakał, nie chciał ćwiczyć i bał się, kiedy trzeba było wspiąć się do okna albo przejść po wysoko zawieszonym gzymsie. Taj często go karał, ale to nie pomagało i którejś nocy Rakeem uciekł z powrotem do domu. Rodzice przyprowadzili go rano i Sable widziała po ich minach, że bardzo się wstydzą. Ucieszyła się wtedy, że sama nigdy nie uciekła, choć czasem miała na to ochotę.
                 Taj zawołał dzieci i powiedział im, że muszą dać Rakeemowi nauczkę. Na początku nikt zbyt dobrze nie wiedział, co powinni zrobić, dopiero kiedy jeden z większych chłopców popchnął Rakeema, wszystko jakoś ruszyło z miejsca. Taj stał z boku i się przyglądał. Wszystkie dzieci biły mocno, ale Sable najmocniej, bo bała się, że zobaczy w niej słabość.

***

Clem stał z bronią w ręku, starając się nie trząść pod narzuconym na ramiona kocem, który najlepsze czasy dawno miał za sobą. Obok Bernie i Duży Królik szeptali coś do siebie, dalej w mroku jarzył się ogienek papierosa Sala. Włączone światła jeepa padały na barykadę usypaną z kawałów gruzu, resztek przegniłych mebli i diabli wiedzą, czego jeszcze – Clem zauważył tam z między innymi zardzewiały przód wagonika kolejki miejskiej. W barykadzie pozostawiono wyrwę na tyle szeroką, by mógł przez nią przejechać samochód, lecz w tym miejscu drogę zagradzał żelazny szlaban, za którym od czasu do czasu coś się poruszało. Chłopak słyszał kroki, czasem głośniej wypowiedziane słowo w obcym języku.
Ludzie pustyni, pomyślał i w jego głowie natychmiast pojawiło się mnóstwo plotek i strzępów legend. Surowe wychowanie kształtujące charakter i nieustająca walka o przetrwanie pośród pustynnych monstrów, a na drugiej szali piękne i chętne kobiety z bielonymi twarzami, tańce przy dźwiękach dziwacznych instrumentów oraz smak nasączonych alkoholem melonów.
Wszystko to mogło być prawdą, ale mogło też być czystą fantazją, bo opowieść powtarzana z ust do ust potrafi zmienić się nie do poznania. Tak naprawdę nikt z nich nie wiedział, z czym i kim będą tu mieli do czynienia. Sal, choć obijał się trochę po świecie, na pustyni nigdy wcześniej nie był, a sierżant Bidou robił mądre miny, lecz Clem znał go już na tyle dobrze, by zorientować się, że ich dowódca niczego konkretnego nie wie.
Chłopak zerknął w stronę szoferki, gdzie obok sierżanta siedziała jedyna osoba, która niewątpliwie wiedziała wszystko: czego się można spodziewać po ludziach pustyni, jak wyglądają miejscowe monstra, a przede wszystkim po co tak naprawdę tu przyjechali.
Teoretycznie po to, by Merino mógł przehandlować tubylcom kilkadziesiąt sztuk karabinów, które leżały w skrzyni na jeepie, lecz ani Clem, ani reszta najemników nie bardzo w to wierzyli. Wożenie takiej ilości broni przez pustynię równało się – jak kiedyś powiedział Sal – dziesięciokilometrowemu spacerowi na targ, by sprzedać tam garść śliwek, i rozumiał to każdy, kto miał jako takie pojęcie o handlu. Albo więc Merino był idiotą – i w to na początku wszyscy wierzyli – albo też coś ukrywał, co z każdym dniem stawało się bardziej prawdopodobne, gdyż człowiek, który ich wynajął, na idiotę jednak nie wyglądał.
Jee Merino obrócił się, jakby czując na sobie wzrok Clema, i chłopak spojrzał w rozmazaną za szybą plamę twarzy człowieka, który mu płacił, a z którym przez cały miniony tydzień podróży zamienił może z dziesięć zdań.
Sierżant Bidou pochylił się, powiedział coś i otrzymał krótką odpowiedź. Chwilę później mężczyźni wysiedli, dwie niewielkie sylwetki w ciemności, z których jedna – ta ubrana w mundur – poruszała się z chłopięcą zwinnością, a druga sztywno niczym drewniana kukiełka. Merino podszedł kilka kroków w kierunku barykady i zatrzymał się dopiero na ostrzegawczy pomruk Bidou. Stał teraz lekko zgarbiony, z kolanami odchylonymi na zewnątrz i łokciami uniesionymi do góry, niczym dziecko, które naśladuje kurę. Clem wiedział, że niezgrabna postawa oraz sztywność chodu są efektem choroby stawów, ale nie czyniło to w jego oczach pracodawcy ani odrobinę mniej cudacznym.
Jee Merino krzyknął coś; słów Clem nie zrozumiał, ale nuta zniecierpliwienia w głosie łatwo dała się rozpoznać. Zza barykady ktoś odpowiedział okrzykiem, zapłonęło światło pochodni, a szlaban został zdjęty. Bidou gestem nakazał, by czwórka żołnierzy ustawiła się po obu jego stronach z bronią gotową do strzału.
Z ciemności wynurzył się mężczyzna trzymający pochodnię. Ubrany był w liczne warstwy odzieży albo brudnej, albo naturalnie szarej, która spływała luźno aż do kostek. Siwe, mocno przerzedzone włosy sięgały mu do ramion, a spaloną na brąz twarz znaczyły głębokie zmarszczki, nie sprawiał jednak wrażenia starca. Za nim niczym obstawa szło dwoje dzieci tak do siebie podobnych, że Clem dopiero po chwili zauważył, że to chłopiec i dziewczynka. Oboje mieli ciemnoblond włosy splecione w zakończone koralikami warkoczyki, a w rękach trzymali dwa bliźniacze karabinki szturmowe. A może nie bliźniacze – ten, który należał do dziewczynki, chyba był nowszy, choć w tym świetle trudno to było ocenić.
Nie mają więcej niż dwanaście, góra trzynaście lat, pomyślał Clem, szacując wiek dzieci, a potem przyszło mu do głowy, że w Harfie Pustyni musi być naprawdę ciężko, skoro broń daje się komuś tak młodemu i nieodpowiedzialnemu.
Tymczasem siwowłosy mężczyzna konferował z Merino. Ich rozmowa była cicha, lecz pełna wyraźnie wyczuwalnego napięcia. Clem przez chwilę słuchał, próbując zrozumieć którekolwiek ze słów, wyłapał jednak tylko coś, co brzmiało podobnie do wyrazu oznaczającego w jego języku broń. Zniechęcony przeniósł wzrok na dzieci, które przez cały czas stały bez ruchu z poważnymi minami, niczym miniaturowa gwardia. Clema to rozbawiło i jednocześnie napełniło ciepłym uczuciem sympatii. Uśmiechnął się zachęcająco, ale dzieci albo tego w ciemności nie zauważyły, albo świadomie zdecydowały się zignorować, bo na ich twarzach nie drgnął ani jeden mięsień.
Czekolada, pomyślał, ciekawe, czy skusiłyby się na mój zachomikowany czekoladowy batonik. Przez chwilę bawił się możliwym ciągiem wydarzeń: on rzuca im smakołyk, one tracą opanowanie i zaczynają się o niego bić jak para zwyczajnych małolatów. Niezły miałby wtedy ubaw, choć z drugiej strony byłoby mu też trochę żal, bo dzieciaki wyglądały uroczo z tą swoją powagą, a Clem doskonale pamiętał, jak bardzo dumny i dorosły sam się czuł, gdy po raz pierwszy dostał do ręki broń.
Siwowłosy mężczyzna powiedział jeszcze kilka długich, śpiewnych słów, po czym odwrócił się i nie oglądając się odszedł wraz ze swoją gwardią przyboczną. Clem w pierwszej chwili pomyślał, że negocjacje zakończyły się fiaskiem i będą musieli zawrócić na pustynię, ale nie – po przejściu siwowłosego szlaban pozostał zachęcająco uniesiony, a Merino ruchem głowy wskazał jeepa.
– Jedziemy. – Bidou nie wydawał się zadowolony, może dlatego, że przez ostatnie piętnaście minut słuchał rozmowy w języku, z którego nic nie rozumiał, a może z innego, głębszego powodu.
Jeep ruszył, gładko wsuwając się w cień gigantycznych budynków, i nad głowami Clema oraz jego towarzyszy zamknęła się Harfa Pustyni.

***

Tej nocy spali w wysoko sklepionej sali, gdzie spod warstwy kurzu prześwitywał różowo żyłkowany marmur, a ściany zdobione były medalionami zwierzęcych masek. Nie było okien, ale na szczęście tubylcy podarowali im przenośny generator, dzięki któremu mogli oświetlić przynajmniej część pomieszczenia. Nie marzli; Sal twierdził, że na pustyni domy specjalnie budowano tak, by nocą było w nich ciepło, a za dnia chłodno i nawet jeśli sam to wymyślił, to tym razem mógł przypadkowo trafić w sedno.
Zjedli kolację, gulasz z puszki podgrzany tak, że miejscami był gorący, miejscami zaś lodowato zimny, a przy tym wystarczająco gęsty, by nie dało się go porządnie wymieszać. Niebieskawe płomyki gazowej kuchenki nadawały ich twarzom nierzeczywisty wygląd, jakby byli gromadą obszarpanych i brudnych widm. Wyróżniał się jedynie Bernie, który w plecaku zawsze nosił specjalną szczotkę do czyszczenia ubrania i drugą, mniejszą, do paznokci, ale nawet on tego wieczoru był zmęczony i sprawiał wrażenie postarzałego.
Clem zasypiał, słysząc dźwięk osypującego się piasku i pojękiwania wiatru, które towarzyszyły mu każdej nocy na pustyni. A przynajmniej zdawało mu się, że słyszy. Starając się je ignorować, myślał o przejrzystej i chłodnej wodzie, o tym, jak zanurza się w niej i szorstką gąbką zmywa cały brud.

***
               
Sable zamieniła pistolet na karabin, kiedy skończyła dziesięć lat. Karabin też był lekki, „jakby stworzony dla dzieci”, jak mówili starsi i tym razem Sable przyznawała im rację. Wtedy już wszyscy dorośli musieli być dla niej uprzejmi, a przy posiłkach zawsze ustępowali jej przy stole. To było strasznie zabawne i Sable czasem specjalnie udawała obrażoną, żeby ją przepraszali, starała się jednak nie robić tego w obecności Taja, który cały czas sprawował nadzór nad ich grupą. Niektóre dzieci próbowały z Taja żartować albo traktowały go z pogardą, ale on szybko przywoływał je do porządku. Był jednym z nielicznych dorosłych, którzy mogli im rozkazywać i karać je, kiedy były nieposłuszne. Niektórzy z tych dorosłych byli mili i nigdy się nie buntowali, kiedy dzieci płatały im figle; inni, jak właśnie Taj, łatwo wpadali w złość i mieli ciężkie pięści. Tych drugich Sable nienawidziła, miała jednak na tyle rozumu, żeby trzymać język za zębami.

***

Ślady krwi zauważył rano, gdy już wysikał się pod pochyłym murem i zapiął spodnie, a potem rozpiął bluzę, bo nocny chłód zaczynał właśnie przechodzić w leniwe ciepło poranka. Clema otaczały piramidy, jedna mniejsza po prawej stronie i druga większa po lewej, Widok ten od razu wydał mu się naturalny – może dlatego, że kiedyś, dawno temu, ojciec podarował mu w prezencie plik starych, związanych gumką pocztówek, wśród których jedna pochodziła z miejsca zwanego Egiptem. Piramidy i pustynia niewątpliwie pasowały do siebie i Clem nawet trochę żałował, że w Harfie są także budynki o innych kształtach, które psuły panoramę.
Ślady krwi widniały na ścianie mniejszej piramidy. Zaczynały się obfitym rozbryzgiem na wysokości mniej więcej dwóch metrów i biegły w górę, strużki krwi coraz węższe i rzadsze. Clem gapił się na nie dobrą chwilę, zanim pojął, że po pierwsze, brązowawe zacieki na tle szarych murów są właśnie krwią, a po drugie, że coś musiało tu człowieka porwać, zabić go, a potem unieść w niebo, bo nic innego tak wyglądających śladów nie tłumaczyło.
A może nie, zreflektował się Clem, może ktoś zwyczajnie ze szczytu piramidy spadł. Tyle że wtedy plamy znajdowałyby się też na dole – trudno przecież uwierzyć, że ów ktoś wykrwawił się całkowicie na wysokości dwóch metrów i kiedy uderzył w chodnik, nie pozostały już żadne ślady krwi. A może ślady były, tylko je wyczyszczono? Też nie, bo brązowawe rozbryzgi biegły pod lekkim skosem, a człowiek spadałby prosto.
Więc jednak latające monstrum, pomyślał Clem, czując, jak robi mu się gorąco. Powinien o tym zameldować, ale tu pojawiał się kolejny problem, bo chłopak wcale nie był do końca przekonany, że ma rację, że brązowawa ciecz jest krwią, a skrzydlata bestia faktycznie istnieje. Mógł się pomylić, nieraz się już mylił. Koledzy wciąż jeszcze od czasu do czasu dręczyli go żartami na temat pewnej nocy sprzed miesiąca, gdy zaczął strzelać do buszującego w śmieciach dzikiego psa. Na samą myśl, że teraz mogłoby być podobnie, zrobiło mu się jeszcze bardziej gorąco. W gruncie rzeczy ta perspektywa, tak bliska i realna, wydawała się znacznie bardziej przerażająca niż hipotetyczny smok, który nawet jeśli istniał, to pewnie był teraz daleko stąd.
Zatem meldować czy nie? Zgnębiony Clem gapił się zacieki, roztrząsając wszystkie za i przeciw. Ten nieszczęsny zakrwawiony (albo i nie) mur wydał mu się nagle częścią spisku, jakby wszyscy, cała ich drużyna, los, moce piekielne i nawet potwory zmówili się, żeby uprzykrzyć życie Johnowi Clemensowi. Nie powinni mnie tak traktować, pomyślał, nie precyzując, o których konkretnie „onych” mu chodzi i o jakie traktowanie. Jestem z dobrego domu, dodał, tyle że to nic już nie znaczyło. Kiedyś owszem, znaczyło wiele – jeszcze przed kilkoma miesiącami, gdy jako nowy w drużynie przechodził rytualny okres tępienia, ta myśl podtrzymywała go na duchu, ale teraz, prawie zaakceptowany, niemal „swój”, Clem z rozpaczą uświadomił sobie, że nie pamięta twarzy ojca. Próbował ją sobie przypomnieć, ale im bardziej się starał, tym bardziej mu umykała, aż wreszcie pozostał tylko rozmyty obraz sumiastych wąsów i patriarchalnej brody.
Jestem z dobrego domu, powtórzył Clem w myślach, ale słowa na dobre straciły magię i zniechęcony chłopak ruszył w gęstniejącym upale na spotkanie losu, bo ostatecznie argumenty „za” przeważyły „przeciw”.

***

Meldując o znalezieniu śladów krwi, Clem spodziewał się... właściwie sam dokładnie nie wiedział czego, ale liczył przynajmniej na coś konkretnego. Na przykład, że sierżant Bidou zmusi wreszcie Jee Merina do wyjaśnienia, jakiego rodzaju potwory grasują w Harfie. Albo wręcz przeciwnie – Bidou roześmieje się i powie, że krew wcale nie jest krwią, tylko, powiedzmy, naturalnym osadem pustynnego piasku. Tymczasem sierżant najpierw po prostu na zacieki patrzył, potem przez chwilę szeptał z Merinem, aż wreszcie odwrócił się i odszedł, purpurowy ze złości jak przejrzały pomidor.
Przy ścianie pozostali Sal, Clem i Merino, ten ostatni patrzący na pozostałą dwójkę bez wyrazu, jeszcze bardziej cudaczny w dzień niż w nocy, bo widać było teraz w całej okazałości jego żabią twarz oraz strój składający się z niegdyś białej, a teraz poplamionej i wymiętoszonej koszuli oraz czarnych spodni, których nogawki obcięto na wysokości połowy ud, tak iż światło słoneczne ujrzały kościste kolana.
– Jak pan sądzi, co mogło pozostawić te ślady na murze? – zapytał zaczepnie Clem.
Na żabiej twarzy coś drgnęło i w oczach Jee Merina pojawiła się kpina.
– Ranny człowiek, oczywiście. Krew zazwyczaj pozostawia ranny człowiek. Albo umierający. Zwierzęta możemy wykluczyć, tu nie ma wystarczająco dużych.
Clem poczuł ze złością, że się rumieni. Rozsądnie nie spojrzał w stronę Sala, który z pewnością szczerzył zęby w radosnym uśmiechu.
– Miałem na myśli stworzenie, które tego człowieka zabiło. Tego potwora. On musi mieć skrzydła, prawda? Jak smok.
Merino długo międlił w ustach odpowiedź i odezwał się, gdy Clem stracił już nadzieję.
– Nie przejmujcie się potworami – powiedział. – Waszym zadaniem było przeprowadzić mnie bezpiecznie przez pustynię, tu już w niczym nie możecie mi pomóc.
Minął osłupiałego chłopaka, a gdy jego kanciasta sylwetka zniknęła za rogiem, Sal leniwymi ruchami zaczął bić brawo.
– No proszę, udało ci się zmusić starego drania, żeby powiedział trzy zdania, i to w dodatku całkiem sensowne. Do mnie najwyżej mówi „dzień dobry” tonem, jakby chciał powiedzieć „ugryź się w dupę”.
– Ale o czym on gada? Że niby mamy nie przejmować się potworami?
– Może jest z nimi w dobrej komitywie i stąd wie, że zostawią nas w spokoju. – Sal posłał Clemowi swój firmowy wyszczerzony uśmiech. – Jak dla mnie pasuje, nie zamierzam narzekać.

***
               
Sable zabiła pierwszego smoka wkrótce po tym, gdy oddała młodszym dzieciom pistolet, a w zamian otrzymała karabin. Wystraszyła się wtedy i zaczęła strzelać na oślep. Tak naprawdę to, że w ogóle trafiła, ratując tym samym życie piątce kobiet, które plotkowały wokół kranu z wodą, zawdzięczała ślepemu trafowi. Nie przyznała się jednak, kiedy wszyscy zaczęli ją podziwiać i nawet Taj ją pochwalił. Powiedział wtedy Sable na osobności, że zawsze uważał ją za swoją najzdolniejszą uczennicę i dlatego właśnie tak dużo od niej wymagał i często krzyczał. Zapytał, czy Sable to rozumie, a ona skinęła głową, bo nie potrafiła już go nienawidzić. Było jej przyjemnie, a jednocześnie męczyło ją poczucie winy, postanowiła więc, że będzie ćwiczyć jeszcze więcej i już nigdy nie będzie się bać, tak żeby Taj naprawdę mógł być z niej dumny.

***
               
Przez cały dzień do ich obozowiska w marmurowej sali przychodzili ludzie – bezzębni starcy i staruszki, matki z zawiniętymi w chusty niemowlętami, barczyści młodzieńcy i śliczne dziewczyny w barwnych strojach, a każda grupa eskortowana była przez jedno lub dwoje dzieci z bronią. Niektórzy chcieli kupić antybiotyki i odchodzili rozczarowani, gdy Merino tłumaczył im, że lekarstwa mają tylko na własne potrzeby. Inni oglądali karabiny przywiezione w skrzyni na jeepie i też odchodzili, zniechęceni wysokimi cenami, jakie Merino dyktował. Pozostali przychodzili z czystej ciekawości. Kobiety czasem próbowały zagadywać i chichotały, szepcząc coś między sobą, mężczyźni raczej trzymali się z dala, lecz na ich twarzach również widać było zainteresowanie. Clema na początku to bawiło, chodził nawet za Merino, prosząc o tłumaczenie każdej rozmowy, później jednak zaczął się irytować, zwłaszcza podczas południowego posiłku, gdy trzy wyraźnie zaintrygowane tubylki wtykały nosy w ich menażki i usiłowały grzebać w plecakach. Wściekłe okrzyki Bidou pomagały o tyle, że kobiety rozbiegały się na chwilę, jednak zaraz wracały, uparte i wciąż przyjaźnie uśmiechnięte.
                Trwało to do zmroku, potem szeregi gapiów się przerzedziły. Wtedy do obozowiska przyszedł siwowłosy mężczyzna – ten sam, który wczorajszego wieczoru wyszedł im na spotkanie i w którym Clem domyślał się miejscowego przywódcy. Jee Merino nazywał go Choredonem, co równie dobrze mogło być imieniem, jak i zwyczajowym określeniem głowy klanu.
                Choredon przyniósł im zaproszenie na miejscową imprezę.

***
               
Kilka razy w roku do Harfy przybywali obcy, którzy nigdy w życiu nie widzieli smoka, i Sable zastanawiała się czasem, co mogłaby im opowiedzieć, gdyby potrafiła się z nimi porozumieć.
                Mogłaby na przykład powiedzieć, że tak naprawdę smoki nie mają ciała, a przynajmniej nie takiego jak ludzie. Dowodem na to, mówiłaby, jest fakt, że kiedy smok zostanie zastrzelony, to po prostu znika jak duch, nie zostawiając śladów krwi ani zwłok. Z tego też wynika, że smoki nie polują na mieszkańców Harfy dla jedzenia, bo przecież komuś, kto nie ma ciała, mięso do niczego nie jest potrzebne. Dlaczego więc smoki lubią zabijać, i to wyłącznie ludzi? – zapytałby pewnie obcy, a Sable odpowiedziałaby, że nikt tak naprawdę tego nie wie, ale istnieją dwie teorie. Większość mieszkańców Harfy uważa, że dla smoków to coś w rodzaju sportu, inni jednak twierdzą, że ludzie emitują pewien rodzaj energii, która bardzo smoki drażni.
                Sable przedstawiłaby obie teorie uczciwie, a potem powiedziałaby, że jej zdaniem to i tak nie ma najmniejszego znaczenia.
                Później mogłaby smoki opisać. Są duże, mówiłaby, wielkie jak płynące niebem okręty, smukłe i w kolorze wypolerowanego metalu. Gdy znajdą się blisko, w ich wężowo gibkim, srebrzystym ciele można zobaczyć różne rzeczy – krajobrazy z dalekich krain, morze, przedmioty, a nawet ludzkie twarze. Te rzeczy nie wyglądają jak odbite w lustrze, a raczej tak, jakby się patrzyło odwrotnie przez lunetę, bo są malutkie i tkwią głęboko wewnątrz smoka.
                Sable zobaczyła tak kiedyś samą siebie, starszą o dziesięć lat i ciężarną. Mało wtedy nie zginęła, bo zapomniała o podstawowej zasadzie, jakiej uczy się w Harfie wszystkie dzieci.
                Nigdy nie patrz w głąb smoka. A kiedy jesteś starszy i musisz patrzeć, nie zwracaj uwagi na to, co widzisz.
                Potem Sable powiedziałaby, że we wnętrzu widać także pulsujący czarny organ wielkości ludzkiej głowy. To serce. Jeśli dziecko chce smoka zabić, musi w nie celować, bo wszystkie inne kule przechodzą przez ciało jak przez dym.
                A smoka wcale nie jest trudno zabić, oznajmiłaby Sable lekceważąco. Nie jeśli jesteś dobrze wyszkolony, szybki i nie dasz się rozproszyć przez obrazy we wnętrzu bestii.

***
               
Stoły rozstawiono w wielkiej sali (zdaje się, że w Harfie Pustyni w ogóle nie było małych sal), pod oplecionymi pajęczynami szczątkami żyrandoli i w miarę możliwości z dala od ścian, których zakurzona chwała kontrastowała z topornością nieheblowanego drewna. Gdzieniegdzie na gołych kablach zwisały żarówki, których blask uzupełniały ognie rozpalone w metalowych koszach. W powietrzu unosił się ciepły zapach pieczonego mięsa i ostrych przypraw. Clemowi, który przez ostatni tydzień skazany był na wojskowe racje, ślina natychmiast napłynęła do ust. Problem w tym, że musiał czekać, bo najpierw przy stołach usiadły dzieci w wieku mniej więcej od dziesięciu do trzynastu lat. Wszystkie miały twarze wysmarowane kredową pastą, z podkreślonymi węglem łukami brwi i szkarłatnymi kręgami wokół ust, co z daleka wyglądało tak, jakby nosiły groteskowe maski. I wszystkie najwyraźniej świetnie się bawiły, chlapiąc wokół rozcieńczonym winem i rzucając pestkami daktyli, podczas gdy ubrani w barwne stroje i obwieszeni złotem dorośli podpierali ściany, popijając samogon z drewnianych kubków.
                – O co tu chodzi? – szepnął Clem do Berniego i w odpowiedzi otrzymał wzruszenie ramion.
                – Jakieś miejscowe zwyczaje. Dzieci jedzą pierwsze, bo to przyszłość plemienia albo coś w tym sensie.
                – A te malowane twarze?
                – Skąd mam wiedzieć?
                Chłopak zerknął na pozostałych członków drużyny, ale nikt nie wyglądał na bardziej zorientowanego. Duży Królik wlewał w siebie kubek bimbru za kubkiem, jakby brał udział w zawodach, Sal podrywał jedną z miejscowych kobiet, a sierżant Bidou milczał z ponuro-wściekło-zaciętym wyrazem, który nie schodził z jego twarzy, odkąd znaleźli ślady krwi. Brakowało Jee Merina – Clem rozejrzał się dyskretnie, lecz nigdzie nie dostrzegł charakterystycznej niezgrabnej sylwetki. Tymczasem Sal i dziewczyna osiągnęli etap porozumienia pozwalający na wymianę imion, po czym ucieszona panna poszła gdzieś i wróciła z pulchnym niemowlęciem w ramionach, które również przedstawiła. Na widok spłoszonej miny Sala Clem roześmiał się, rekompensując sobie w ten sposób wszystkie te chwile, gdy sam był obiektem żartów.
Dzieci skończyły jeść, a kobiety uprzątnęły stoły i przyniosły dzbany świeżego wina. Dorośli wreszcie mogli zasiąść do posiłku.
Placki polane grzybowym sosem, krojone w cienkie paski mięso jaszczurek, zagęszczone mleko kokosowe i chrupkie jak orzeszki mrówki w miodzie, wyławiane palcami wprost z wielkiej misy... Clem w pewnym momencie stracił rozeznanie, ile i czego zjadł. Popity rozcieńczonym winem bimber rozgrzewał mu ciało, powietrze drgało jak w upalny dzień. Przedmioty i ludzkie twarze nabrały wyrazistych kolorów, a jednocześnie ich kontury zmiękły, jakby wszystko wokół zrobione było z gorącego szkła. Chwile rozciągały się w nieskończoność, nasycone intensywnością barw, muzyki i śmiechu, po czym ginęły, zanim Clem zdążył je zapamiętać.
Muzyka... skąd właściwie wzięła się muzyka? Ktoś grał na gitarze, ktoś inny na instrumencie wydającym z siebie przeciągłe jęki, które Clemowi kojarzyły się z zawodzeniem zagubionego kociaka. Było gorąco i duszno, ostra woń ludzkiego potu mieszała się z zapachem przypraw oraz ziół. Chłopak zgubił chwilę, gdy stoły zostały zsunięte w jedno miejsce i rozpoczęły się tańce, na pozór chaotyczne, a jednak mające jakąś wewnętrzną logikę, której, oszołomiony alkoholem, nie potrafił do końca pojąć. Kobiety pląsające z kobietami, mężczyźni z mężczyznami i mieszane pary schodzące się gdzieś pośrodku do wtóru głośnych okrzyków oraz braw. Clem też tańczył, choć w ruchu wszystko zamazywało mu się przed oczami i bywały chwile, gdy nie widział niczego poza wstęgami barw – brąz twarzy na górze i złoto naszyjników poniżej. I jeszcze kolory strojów: czerwień, zieleń, błękit oraz żółć zlane w rytmicznie pulsujące plamy.
Jak przez mgłę widział Berniego i Dużego Królika opierających się o ścianę i zajętych rozmową. Ich miny, niemal identyczne, uśmiechy i bliźniacze gesty... I żaden nie wydawał się zainteresowany którąkolwiek z ładnych dziewcząt, jakie kręciły się wokół. Clem nie chciał patrzeć w tamtą stronę, niemniej patrzył i przez chwilę nawet rozumiał, czemu Sal, gdy mówi o Berniem i Króliku, czasem ma dziwny wyraz twarzy. Potem zrozumienie utonęło w pijackim oszołomieniu.
 W następnej chwili, którą pamiętał, nieco już trzeźwiejszy Clem siedział pod ścianą i obserwował tańczących, podczas gdy muzyka, teraz spokojniejsza i jeszcze bardziej jękliwa, wwiercała mu się uszy. Wraz z resztkami bimbru parowała z niego radość; wahadło wychyliło się w drugą stronę i chłopak zaczynał odczuwać pierwsze skutki poalkoholowego przygnębienia. Co ja tu robię, myślał, nie w formie pytania, ale raczej pełnego zdumienia stwierdzenia.
Cojaturobię.
    Jeszcze niedawno jego przyszłość wydawała się prosta – miał zacisnąć zęby, przetrwać roczny kontrakt i zarobić trochę pieniędzy, a potem ruszyć na północ, gdzie czekało na niego życie, do jakiego się urodził.
Pochodzę z dobrego domu, przypomniał sobie z niejakim trudem; jego myśli wciąż były lepkie i zamazane. Zdobregodomu.
Tyle że ten dom już nie istniał, spalony do fundamentów pewnej październikowej nocy, gdy władzę w Lucienne przejęła kolejna grupa politycznych awanturników. Przez niemal dwadzieścia lat ojciec Clema balansował na cienkiej linie, wykorzystując swoją pozycję najlepszego lekarza w okolicy i starając się żyć w zgodzie ze wszystkimi skonfliktowanymi ugrupowaniami, aż wreszcie coś pękło, coś się zepsuło. W rezultacie Clem znalazł się na ulicy bez grosza przy duszy, w koszuli wciąż cuchnącej dymem pożaru i niosąc pod powiekami wspomnienie ojca, który wykrwawiał się, wisząc na krokwi z poderżniętym gardłem i czarną opaską na oczach.
Wszystko to zdarzyło się blisko pół roku temu.
Przez następnych kilka miesięcy Clem żył marzeniami: że pojedzie na północ, zdobędzie majątek, spotka dziewczynę o blond włosach i zielonych oczach, a potem zbuduje dla niej dom podobny do tego, w jakim się wychował – malowany na biało, z werandą i spadzistym dachem. Później wyrósł z tych marzeń, tak jak się wyrasta z dziecięcej koszuli, tyle że w zamian niczego innego nie miał, żadnych dojrzałych planów, żadnego rozsądnego pomysłu na to, co powinien zrobić ze swoim życiem. Tkwił więc zawieszony gdzieś pośrodku, zbyt dorosły i zbyt często wykpiwany, żeby snuć barwne fantazje, i jednocześnie zbyt młody, aby podjąć coś, co jego ojciec nazywał męską decyzją.
Cojaturobię.
Impreza powoli dogorywała. Bimber się kończył, jękliwa muzyka rwała się coraz bardziej, a pary coraz częściej znikały na wyższych piętrach budynku, nieodmiennie eskortowane przez chłopca lub dziewczynkę z bronią. Obecność tych dzieciaków, które krążyły po sali czujne i całkowicie trzeźwe, wydawała się Clemowi w jakiś sposób znacząca; miał wrażenie, że powinien wiedzieć, dlaczego one nie śpią grzecznie w domach ani nie bawią się wraz z rodzicami.
Powinien wiedzieć, ale nie miał zielonego pojęcia.
Pośrodku sali Sal rozmawiał z dziewczyną, być może tą samą, która przed kilkoma godzinami przedstawiła mu swoje dziecko, a może inną, tylko łudząco do tamtej podobną. Wokół nich tancerze poruszali się rozmiękczonymi przez alkohol ruchami, a oni sprzeczali się o coś, Clem nie wiedział o co, z zainteresowaniem jednak obserwował ową próbę porozumienia przy pomocy gwałtownych gestów. Dziewczyna uparcie pokazywała stojącego niedaleko chłopca z pomalowaną na biało twarzą i tupała dla podkreślenia swoich racji, a Sal równie uparcie kręcił głową. Po kilku minutach pantomimy panna nieoczekiwanie się poddała i ruszyła za mężczyzną w stronę schodów, odganiając przy tym chłopca, który chciał im towarzyszyć. Dzieciak sprawiał wrażenie zdumionego, Sal był po prostu zadowolony, a dziewczyna wyglądała na zdeterminowaną i jednocześnie wystraszoną.
Clem poczuł, jak robi mu się gorąco, wstał więc i poszukał dzbana z wodą, która – ciepła teraz i daleka od świeżości – niewiele pomogła.
Muszę wyjść, pomyślał.
Nim dotarł do drzwi, towarzyszyła mu już niczym cień dziewczynka dwunasto- albo trzynastoletnia. Jak wszystkie dzieci tego wieczoru, nosiła przewieszony przez ramię karabin i miała umalowaną na biało twarz.
– Nie trzeba – powiedział, gdy wyszła za nim na zewnątrz. – Jestem dużym chłopcem i nie boję się ciemności, OK?
Spróbował odgonić ją ruchem, jaki podpatrzył u panienki Sala, jednak na małej nie zrobiło to wrażenia, zrezygnował więc i pozwolił jej iść ze sobą. Ostatecznie, co za różnica?
Odetchnął głęboko powietrzem tak ostrym, że niemal raniło płuca. Dygotał z zimna, głowa zaczynała go boleć, ale myślało mu się zdecydowanie lepiej. Gdy nagle pociemniało, Clem spojrzał w górę i zobaczył chmurę nasuwającą się na księżyc, teraz widoczny już tylko jako plama w kolorze brązu, rozświetlona złotem na brzegach i przydymiona pośrodku jak brudne szkło, za którym ktoś ustawił lampę.
Z uchwytu przy wejściu wyjął pochodnię i ruszył w mrok. Chciał się przespacerować; tylko kawałek, bo chłód przenikał aż do kości.
Dziewczynka oczywiście poszła za nim, w każdej chwili gotowa chwycić za karabin. Jeszcze wczoraj wieczorem widok uzbrojonych dzieci wywoływał w Clemie rozbawienie zmieszane z niejakim wzruszeniem, lecz to minęło – teraz dręczyło go uczucie, że przegapił coś bardzo ważnego.
Zajrzał w jedną ulicę i zaraz zawrócił, potem w drugą, która wyglądała identycznie, zwłaszcza nocą, gdy w świetle pochodni Clem widział jedynie gładkie mury po jednej i po drugiej stronie, czasem tylko ozdobione krągłą maską przedstawiającą ludzką twarz lub rozwartą zwierzęcą paszczę.
Gdy skręcił w trzecią z kolei ulicę, a potem tradycyjnie chciał zawrócić, dziewczynka nieoczekiwanie chwyciła go za łokieć i pociągnęła dalej. Clem poszedł za nią, bardziej zdumiony niż zaciekawiony. Próg tolerancji na zimno właśnie został przekroczony i chłopak myślał już tylko o tym, żeby schronić się w ciepłej sali. Tymczasem dziecko zaprowadziło go pod ścianę, na której połyskiwały bielą splatane linie.
– Engili – powiedziała, odwracając w jego stronę swoją niesamowitą, równie białą jak linie twarz. – Engili.
Clem rozsądnie przetłumaczył to na „patrz”.
Dobrą chwilę zajęło mu zrozumienie, że to, na co ma patrzeć, jest wyrysowanym kredą monstrum. Łeb ni to psi, ni jaszczurczy, długa, smukła szyja i dwa spiczaste trójkąty, które prawdopodobnie miały wyobrażać skrzydła. Rysunek był kiepski, pysk potwora raczej bawił niż przerażał, łapy wyglądały jak wykręcone artretyzmem, a mimo to... mimo to było w nim też coś niepokojącego, groza uchwycona w koślawej karykaturze. Coś, co sprawiało, że człowiek parskał śmiechem i wciąż jeszcze chichocząc, czuł ciarki przebiegające po plecach.
– Ładne – wymamrotał Clem, który nagle mocniej zapragnął wrócić do ciepłej sali. – Trochę dziecinne, ale... eee... coś w tym jest. Zdecydowanie coś jest.
– Dregonis – dodała dziewczynka z naciskiem, po czym powtórzyła: – Dregonis.
Chłopak przetrząsnął pamięć w poszukiwaniu podobnego słowa i znalazł je, w dialekcie, którym posługiwała się jego zmarła dawno temu matka.
Dregonis, drego.
Czyli jednak smok.
Patrzył na kredowego potwora, czując przy tym, jak nocne zimno na dobre usadawia się w jego kościach. Tak, może i smok.
– Czy on, hmm... lata?
Dziewczynka zamiast twarzy miała białą, pozbawioną śladu zrozumienia maskę, zakreślił więc dwa łuki w miejscu, gdzie na rysunku znajdowały się skrzydłopodobne twory, po czym oddał dziecku pochodnię, sam zaś rozpostarł ramiona i zamachał nimi z poświęceniem.
– Lata?
Skinęła głową.
– Misi – pokazała siebie, a potem karabin – tetmeko.
Clem zmarszczył brwi.
– Polujesz na smoki? Wszystkie dzieci tutaj to robią? Dlatego nosicie broń? To jakiś obrzęd inicjacji czy coś w tym rodzaju?
Potarł skronie, nie oczekując odpowiedzi na żadne z pytań. Było mu zimno, coraz zimniej, choć jeszcze przed chwilą przysiągłby, że osiągnął apogeum zlodowacenia, a pod czaszką łomotało, jakby w głowie Clema skrzaty urządziły sobie potańcówkę.
– Wracajmy – powiedział, po czym zorientował się, że zabrzmiało to prosząco.
Odchrząknął.
– Wracamy – demonstracyjnie objął się ramionami i zatupał – bo zaraz tu zamarznę.

***
               
Pewnego dnia do Harfy przybyli obcy, z których najwyraźniej tylko jeden, ten najważniejszy, zdawał sobie sprawę z istnienia smoków. Wtedy Sable posprzeczała się z Choredonem – on uważał, że skoro przywódca nic swoim ludziom nie powiedział, to mieszkańcy Harfy nie mają prawa podważać jego decyzji, Sable natomiast upierała się, że przybyszy należy ostrzec dla ich własnego dobra. Sable rzecz jasna sprzeczkę przegrała i została ukarana za nieposłuszeństwo. To było tuż przed ucztą na cześć gości, więc przez cały czas zabawy dziewczynka chodziła wściekła i obolała, starała się jednak wypełniać swoje obowiązki, nie dając nic po sobie poznać. Takie były zasady – po pierwsze, obcych należało chronić nawet za cenę życia, a po drugie, nigdy nie wolno było ujawniać przed nimi słabości, ponieważ to byłby wstyd dla wszystkich mieszkańców Harfy.
Tych zasad Sable przestrzegała, złamała jednak inną, mniej ważną i wbrew woli Choredona, w noc zabawy, gdy jeden z przybyszy wyszedł na zewnątrz, powiedziała mu o niewidzialnych smokach. A przynajmniej spróbowała to zrobić.

***

W wielkiej sali panowała cisza, przerywana chrapaniem niedobitków, którzy zalegli pod ścianami. Żarówki były pogaszone, w metalowych koszach resztki płomieni pełgały po purpurowych węglach, a w gęstym jak para wodna powietrzu wciąż unosiła się woń potu i resztek uczty. Chrapanie na moment ustało, ktoś poruszył się we śnie i trącona przypadkiem gitara jęknęła cicho.
Z chwilą, gdy Clem wszedł do środka, dziewczynka straciła zainteresowanie nim i przepadła w mroku. Chłopak miał ochotę pójść w jej ślady – zniknąć gdzieś w ciemności, zawinąć się w nią jak w koc i zasnąć. Wiedział jednak, że nie zdoła tego zrobić przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Stał więc przez chwilę z przymkniętymi oczami, po prostu ciesząc się ciepłem, które wyganiało z kości wspomnienie pustynnej nocy. Stał bez ruchu, głowa wciąż go bolała, a przez pulsowanie krwi w uszach coś wychwytywał; dźwięk zdecydowanie inny niż wszystkie pochrapywania, mamrotania, szelesty i pierdnięcia, które rozlegały się w sali.
Coś jak... krzyk?
Na chwilę wstrzymał oddech, przypłacając to kolejną falą bólu pod czaszką. Tak, zdecydowanie krzyk, stłumiony przez grube mury. Wrzeszczał ktoś na wyższych piętrach. W miejscu, gdzie podczas imprezy znikały pary, podpowiedział Clemowi umysł, nagle jak na złość całkiem sprawnie działający.
Chłopak rozejrzał się, ale nawet jeśli ktoś z jego drużyny tu był, to i tak nie zdołałby go znaleźć, bo w mroku widział tylko ludzkie kłody pozbawione płci i wieku.
Mógł jednak znaleźć karabin, pamiętał przecież, gdzie go położył na początku imprezy.
Ruszył w tamtą stronę i przystanął po kilku krokach. Kusiło go, żeby zignorować krzyki – w końcu dziś już zameldował o tych nieszczęsnych śladach krwi i tym samym wyczerpał swój limit postępowania zgodnie z zasadami. Problem w tym, że stojąc samotnie pośrodku sali, czuł się odsłonięty, zwłaszcza że był tu chyba jedyną osobą, której sylwetkę na tle mroku dało się rozpoznać. I miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, czekając, co chłopak zrobi. To było głupie, bo kto miałby go obserwować i po co? A jednak Clem nie potrafił tak po prostu odwrócić się i pójść spać.
Odetchnął głęboko, podejmując decyzję, znalazł karabin i wszedł na schody. Jeszcze przed chwilą męczyło go przeczucie, że tam, na piętrze, dzieje się coś strasznego, lecz zniknęło bez śladu, zastąpione przez mocniejsze z każdym krokiem przekonanie iż Clem natknie się po prostu na uprawiającą seks parę. Już teraz czuł się jak kompletny idiota, a jednak szedł dalej, zdecydowany dla spokoju sumienia przynajmniej rzucić okiem.
Krzyki umilkły, w głębokiej ciszy wyraźnie słychać było oddech Clema. Odrobina światła, jaką dawały dogasające węgle, nie sięgała na schody i przez chwilę chłopak szedł w kompletnej ciemności. Piąty stopień, szósty, siódmy... Zanim zdążył pożałować, że nie wziął ze sobą latarki (gdzie ona była, swoją drogą?), dostrzegł zarys stopnia numer dziewięć i jednocześnie poczuł wilgotny zapach lasu. Blask sączył się zza uchylonych drzwi; Clem pchnął je i ujrzał pomieszczenie pełne roślin, z których większości nie potrafił nawet nazwać. Drzewa o postrzępionych koronach, rozłożyste krzewy i krągłe kształty owoców zwisających pośród listowia, a wszystko to oblane złocistą poświatą. Na niebie wisiał nakrapiany brązem księżyc, doskonale widoczny przez okna, które ułożone jedno tuż obok drugiego, zajmowały całą wschodnią ścianę i sporą część sufitu. Tyle szkła w jednym miejscu wzbudziło w Clemie niepokój. Na parterze, gdzie okien wcale nie było, wszyscy bawili się swobodnie, lecz gdy pary wymykały się na piętro, zawsze towarzyszyło im uzbrojone dziecko. To musiało coś znaczyć, i chłopak w gruncie rzeczy wiedział, co, ale wolał o tym nie myśleć.
Z trudem oderwał wzrok od szklanych tafli, na które od zewnątrz napierała ciemność, i rozejrzał się. Pod jednym z drzew dostrzegł coś, co w pierwszej chwili wziął za posąg nagiej, śpiącej kobiety. W umyśle Clema rzeźby i bujne ogrody pasowały do siebie tak jak piramidy i pustynia, oczywiste więc było, że to posąg, jednak gdy podszedł bliżej, przekonał się, że kobieta jest jak najbardziej żywa. Co więcej, obok, skryty w wysokiej trawie, leżał mężczyzna, również nagi i pogrążony w głębokim śnie. A jeszcze dalej siedziała dziewczynka, oparta o pień drzewa i z karabinem na kolanach. Gdy Clem spojrzał na nią, poruszyła się, odwracając w stronę chłopaka marmurowobiałą twarz o nieruchomych rysach i oczach ślepo wpatrzonych w ciemność. Dobrą chwilę zajęło Clemowi zrozumienie, że dziewczynka po prostu śpi z otwartymi oczami, a jej twarz wysmarowana została znaną mu już dobrze pastą.
Wycofał się cicho z uczuciem, że jest w tym miejscu intruzem.
Jeszcze jedno piętro, pomyślał, już spokojny i niemal wesoły, bo krzyki niewątpliwie były złudzeniem. Sprawdzę jeszcze tam, a potem idę spać.
Na drugim piętrze wszystko wyglądało niemal identycznie: uchylone drzwi, zza których sączył się księżycowy blask, a także zapach lasu, tyle tylko że tutaj woń była cięższa, z nutą duszno-słodkiej egzotyki i czegoś, co przywodziło na myśl gnijące kwiaty.
Clem wszedł do środka.
 Zobaczył drzewa, których nazw nie znał, i okna, całe mnóstwo okien ułożonych jedno obok drugiego, tak że zajmowały całą zachodnią ścianę, a także sporą część sufitu. Clem wzdrygnął się pod wpływem uczucia déjà vu, zdążył też zauważyć, że jednak nie wszystko jest tu identyczne, bo księżyca z tej strony nie było widać, a gwiazdy nie dawały tak mocnego blasku. Zdążył pomyśleć, że teraz rozumie, skąd ludzie mieszkający na środku pustyni mają w menu taką różnorodność owoców, i przy okazji zdziwił się, że system wewnętrznych ogrodów przetrwał w dobrym stanie, a miejscowi wciąż umieli go obsługiwać.
A to wszystko jeszcze zanim usłyszał jęk i zobaczył nagą dziewczynę Sala klęczącą pod drzewem. Podbiegł do niej, bo nagle bieg zdarzeń przyspieszył i nie było już czasu, by przyglądać się i rozmyślać.
– Co się stało? – Chwycił ją za ramię i szarpnął, próbując podnieść ciało, które bezwładnie leciało w dół. – Jesteś ranna?
Po chwili uprzytomnił sobie, że nawet jeśli dziewczyna domyśliła się, o co mu chodzi, to i tak nie jest w stanie odpowiedzieć w sposób, który byłby dla niego zrozumiały.
– Gdzie jest Sal? Gdzie Sal? – Zaakcentował imię, które powinna kojarzyć.
Nagie ciało dziewczyny przelewało mu się przez ręce, białka jej oczu połyskiwały w mroku jak dwie mleczne kulki. Od czasu do czasu jęczała cicho.
– Słyszysz mnie? – Potrząsnął nią; zastanawiał się nawet, czy nie powinien uderzyć jej w twarz, ale nie potrafił się na to zdobyć. Jeszcze nie. – Gdzie jest Sal?
Głowa opadła jej na plecy i Clem pomyślał w pierwszej chwili, że dziewczyna zemdlała. Szarpnął nią raz jeszcze i wtedy dopiero pojął, że ona wpatruje się w coś, co znajduje się bardzo wysoko.
Spojrzał w górę i zobaczył, że nad nimi nocne niebo ma nieco inny kolor – jakby bardziej czysty i intensywny. A to oznaczało, że jedno z okien zostało wybite.
– Sal – powiedziała dziewczyna.
Clem nie był pewien, czy się nie przesłyszał; być może był to tylko kolejny jęk.
– Sal – powtórzyła z uporem, wskazując otwór w szklanych sklepieniu.
– Nie rozumiem...
Puścił ją, próbując uporządkować to, czego się dowiedział. Okno było mniej więcej tych samych rozmiarów, jakie spotyka się w domach, a więc zbyt małe, aby przedostać się mogło przez nie coś naprawdę dużego. Drapieżne monstrum rozmiaru człowieka? Czemu nie, pod warunkiem że miałoby skrzydła, ale przecież nie smok, nie potwór, który zdołałby unieść ciało dorosłego mężczyzny!
A więc, do licha, gdzie podziewał się Sal?
W tym momencie Clem wyczuł, że do pomieszczenia do coś wtargnęło. Nie było żadnego dźwięku, tylko lekki powiew powietrza, jak wtedy, gdy ktoś szybko przechodzi obok, a jednak Clem miał pewność – nie byli tutaj sami.
Dziewczyna niespodziewanie odzyskała władzę w mięśniach, poderwała się z klęczek i szarpnęła w tył. A potem wrzasnęła, otwierając usta szeroko, bardzo szeroko i jeszcze szerzej, jak postać na komiksowych rysunkach. Z rozerwanych policzków pociekła czarna w mroku krew, stopy uniosły się kilka centymetrów nad ziemią. Clem chwycił ją, bełkocząc coś bez sensu, ale to było tak, jakby próbował utrzymać w rękach nabitą na haczyk rybę, podczas gdy z drugiej strony ktoś ciągnie za żyłkę. Dziewczyna była naga, skórę miała śliską od potu i krwi, która lała się strumieniem z czegoś, co niegdyś było jej twarzą, a co teraz, cóż, teraz powoli było zdzierane. Słowo to pojawiło się w umyśle Clema jak podświetlony neon i na chwilę wypchnęło wszystkie inne myśli. ZDZIERANE. Mógłby policzyć jej zęby, gdyby było odrobinę jaśniej, mógłby uczyć się anatomii na odsłoniętych mięśniach. Wreszcie ją puścił, a ona poszybowała w górę z rozpostartymi ramionami – anioł siejący wokół ciepłymi kroplami krwi. W górę, przez otwór w dachu i dalej w stronę nieba.

***
               
Pewnego dnia Sable chciała się popisać, zaproponowała więc innym dzieciom, żeby poszli do starej fabryki, gdzie smoki chroniły się na czas największych upałów i gdzie najczęściej zaciągały swoje ofiary. Po co czekać, aż potwory kogoś zaatakują, skoro możemy zabić ich więcej w jednym miejscu? – argumentowała. Niektóre dzieci wyglądały na bardziej przekonane, inne na mniej, ale żadne się jej nie sprzeciwiło. Wtedy jednak Taj dowiedział się o ich planie, wściekł się i zabronił podobnych eskapad, ale jednocześnie – Sable potrafiła to dostrzec – był z niej dumny. W twoim wieku też o tym myślałem, powiedział, dopiero potem dorośli wytłumaczyli mi, dlaczego nie możemy tego zrobić. Bo widzisz, mówił, dopóki dzieci zabijają smoki w obronie własnej albo dorosłych, potwory atakują pojedynczo, dla sportu, lecz jeśli wypowiemy im otwartą wojnę, poczują się zagrożone i zaatakują masowo, a wtedy przegramy. Kiedyś już tego próbowano i tak właśnie się stało. To były najczarniejsze dni w historii Harfy, zginęło wówczas mnóstwo dzieci i długo trwało, zanim wyszkoliliśmy następne.
                Tłumaczył też, że tak wcale nie jest źle, bo obecność smoków w Harfie to wola boska i nie można ich wytępić, ponieważ są potrzebne, aby dzieci od najwcześniejszego wieku ćwiczyły siłę i zręczność. Gdyby ich zabrakło, mówił, kolejne pokolenia mieszkańców Harfy rosłyby coraz słabsze i słabsze, aż wreszcie miasto zdobyliby ludzie z pogranicza
                Sable protestowała trochę, ale bardziej po to, żeby pokazać, jak bardzo jest dzielna, a nie dlatego, że naprawdę miała ochotę tam iść.

***

– Na pewno nie widziałeś żadnego potwora? – spytał Bidou, chyba już trzeci raz w ciągu ostatnich pięciu minut.
– Na pewno. – Clem pochylił się nad wiadrem i zanurzył ręce w wodzie, która powoli zmieniała kolor na czerwony. Opłukał mokre już włosy a potem nagi tors. I jeszcze raz, dla pewności. Szorował się od kwadransa, ale wciąż miał wrażenie, że oblepia go krew dziewczyny.
– Czy ktoś z was widział dzisiaj Jee Merino? Królik?
– Ostatni raz widziałem go na początku popijawy, potem już nie. – W wersji Królika „potem” brzmiało jak „potym” a „nie” jak „ni”, poza tym Indianin mówił, niemal nie otwierając ust, co sprawiało wrażenie, jakby głos wydobywał się z głębi mahoniowego posągu.
Clem i Bernie potwierdzili. Sierżant podszedł do plecaka Merino i kopnął go z wściekłością. Na marmurową posadzkę wysypały się rzeczy: mydelniczka i maszynka do golenia, zwinięte w kulkę brudne skarpety, maść na bolące stawy i plik kartek spiętych gumką.
– Jak dorwę tego sukinsyna, to będzie żałował, że jego chuda dupa pojawiła się na świecie. Ile razy prosiłem, prawie błagałem, żeby powiedział mi, co wie o tym mieście, jakie potwory tu siedzą i jak sobie z nimi radzić. A on zawsze to samo... – Bidou splunął, trafiając śliną prosto w mydelniczkę.
– Że wynajął nas, żebyśmy przeprowadzili go przez pustynię, a w mieście i tak mu się na nic nie przydamy? – upewnił się Clem.
– Taa... właśnie tak. Kto się założy, że drań doskonale wie, co zabrało Sala?
– Niewidzialny smok... – mruknął Clem tak cicho, że nikt go nie usłyszał. Niewidzialny. Nikt jak dotąd nie wypowiedział tego słowa na głos, ale chłopak wiedział, że wszystkim przyszło ono do głowy. Alternatywą oczywiście było to, że Clem kłamał lub miał pijackie zwidy, a on wiedział też, że taką możliwość koledzy również brali pod uwagę.
– Skoro wynajął nas, żebyśmy przeprowadzili go przez pustynię, to wróci, przecież musi się jakoś z Harfy wydostać, nie? – Bernie rozejrzał się, szukając potwierdzenia. – Poza tym zostawił plecak i to.
Ruchem głowy wskazał skrzynię z karabinami, która niemal zapomniana leżała pod ścianą. Duży Królik podszedł do niej, trącił lekko czubkiem buta, a potem otworzył i przez chwilę w zamyśleniu patrzył na zawartość. Zamknął wieko dopiero na wyraźne polecenie Bidou.
Clema natomiast intrygował ów plik kartek spiętych gumką, wytarł więc włosy w ręcznik, założył bluzę i podszedł do rozrzuconych rzeczy.
– Patrzcie. – Kucnął, wiedząc przy tym, że wkracza na niebezpieczny teren, bo ani Królik, ani sierżant nie potrafili czytać. Indianina nic to nie obchodziło, ale sierżant potrafił nieźle się wkurzyć, gdy ktoś mu o owym braku przypomniał.
– Co to? – warknął Bidou.
– Słownik, tak jakby. – Chłopak przewracał kartki. – Pisany na starej maszynie, czcionka jest nierówna i wyblakła, ale da się przeczytać. I są dopiski ołówkiem, strasznie rozmazane.
– Dobra, ale co nam to właściwie daje? Możemy się przy pomocy tego dogadać z miejscowymi?
– Tu jest dużo o handlu, jakieś zniżki, procenty, transakcje wiązane... Ale są też najczęściej używane słowa i zwroty. Tak, myślę, że w jakimś podstawowym zakresie możemy się teraz z tubylcami dogadać.
– Jak sobie radzisz ze słowami? – Bidou spojrzał na Berniego.
Clem uniósł znad papierów głowę, sam ciekaw odpowiedzi. Kiedyś, na samym początku, bardzo Berniego lubił, i to właściwie za nic – tylko dlatego, że Bernie był czysty, schludnie ubrany i nie klął, a więc wydawał się Clemowi kimś podobnym do niego. Wtedy odruchowo zakładał, że mężczyzna jest wykształcony, lecz potem nabrał wątpliwości. Sympatia też zresztą z czasem się zmniejszyła.
– Jeśli nie są zbyt długie, to sobie radzę. – Zapytany wzruszył ramionami.
– OK, w takim razie zrobimy tak. Clem i Bernie popytają miejscowych. Po pierwsze, gdzie podział się w dupę jebany Merino, a jeśli go znajdziecie, to przywleczcie go do mnie choćby i siłą. Jeśli nie, przynajmniej spróbujcie się dowiedzieć, co za cholerstwo lata nad miastem, jak duże to jest, jak można je zabić i gdzie znaleźć. Ja i Królik pójdziemy jeszcze raz do tego ich niby-ogrodu i zobaczymy, co tam znajdziemy w dziennym świetle.

***

Duży Królik potarł palcem o liść bananowca i z uwagę obejrzał skórę.
– Krew – powiedział.
– Nad nami jest tego więcej. – Sierżant Bidou uniósł głowę.
Istotnie, sufit zachlapany był krwią. Kałuża w pobliżu strzaskanej szyby, rozbryzgi ciągnące się na przestrzeni kilkunastu metrów i wreszcie wąskie, brązowawe strużki spływające po przeszklonej ścianie.
– Poleciał na zachód – powiedział Duży Królik, a Bidou przytaknął.
– Ano, na to wygląda. Ale to nam niewiele daje – żeby dorwać tego drania, musimy wiedzieć dokładnie, gdzie on jest. Rozejrzyj się, może znajdziemy jakieś ślady.
Indianin rozgarnął krzaki.
– Znalazłem gacie Sala – oznajmił, pochylając się. – I kolczyk, chyba tej dziewczyny, nie? Złoty.
– Pokaż.
Kółko tak duże, że śmiało mogłoby być bransoletką, połyskiwało wesoło w słońcu. Bidou zdjął krwawy strzęp skóry, który został na zapięciu, po czym kolczyk zniknął w jego kieszeni, jakby nigdy go nie było.
– Nic więcej?
– Nic. Panie sierżancie? Ten potwór czy tam smok, jak gada Clem, jest niewidzialny?
– Wątpię. – Sierżant skrzywił się. – Jeśli już, to niewidzialny w tym sensie, że świetnie się maskuje, jak kameleon albo coś w tym rodzaju.
– W nocy musiał być blisko Clema, nie? Bardzo blisko. Kameleona z bliska się widzi.
– Owszem, ale tu było ciemno jak w dupie u Murzyna. Zresztą jak chcesz wierzyć w niewidzialne potwory, twoja sprawa. Ja wierzę, że wszystko da się zabić przy pomocy tego. – Poklepał karabin. – Jedno, co mnie dziwi, to że ten smok w sumie musiał być niewielki, żeby się dostać przez okno. To jak zdołał porwać dwoje ludzi, hę?
– Może wcale nie wszedł do środka.
– Tylko co? Zarzucił wędkę?
– Tylko wsunął łapę. – Indianin uśmiechnął się, demonstrując białe zęby.

***

– To bez sensu. – Clem przeczesał palcami mokre od potu włosy. Wiedział, że to pot, ale cały czas wydawało mu się, że krew. – Wracajmy, bo i tak niczego się nie dowiemy.
– Poczekaj chwilę.
Bernie usiadł na schodach jednego z domów. Wybrał najwyższy stopień, bo tylko tam sięgał cień. Niedawno minęło południe i niemal cała ulica prażyła się w pustynnym słońcu.
Bernie wyciągnął manierkę, napił się, po czym podał ją Clemowi, który usiadł obok. Chłopak zwilżył gardło resztką wody, zwalczając przy tym pokusę, by wylać sobie tę wodę na głowę. Był zmęczony, niewyspany, a przede wszystkim miał wrażenie, że utkwił w połowie drogi między sennym koszmarem a rzeczywistością, jakby ów krótki moment, gdy oszołomiony człowiek siada na łóżku z miękkimi kolanami i uczuciem ciążenia w żołądku, w przypadku Clema rozciągnął się na minuty, a potem godziny. Tylko że on tak naprawdę wcale nie spał – wszystko, co zdarzyło się nocą w wewnętrznym ogrodzie, było prawdą, prawdą, prawdą. Wciąż to sobie powtarzał, wciąż coś robił: chodził, rozmawiał i wykonywał rozkazy, a mimo to sen, którego nigdy nie było, oblepił go, jakby chłopak był muchą uwięzioną w plastrze miodu.
Niewidzialny smok, pomyślał, mając nadzieję, że te dwa proste słowa przywrócą go do rzeczywistości, lecz one sprawiły, że wszystko zaczęło wyglądać jeszcze bardziej nierealnie.
Dlaczego, u diabła, jego pierwszym potworem nie mogła być jakaś normalna bestia, na przykład ta, o której opowiadał Sal, z zatrutymi sutkami, ale przynajmniej widoczna?
Uśmiechnął się i poczuł się odrobinę lepiej.
– To miasto musiał projektować wariat – powiedział Bernie, który najwyraźniej przez ostatnie minuty myślał o czymś zupełnie innym. – Ulice proste i równe jak od linijki, ściany domów w tym samym pieprzonym szarym kolorze, jak futro mokrej myszy, no i kształty budynków, jasna panienko z dredami, czy to budował stuknięty wielbiciel geometrii? Te piramidy, te, jak im tam...
– Graniastosłupy – podpowiedział Clem. – I sześciany, walce, stożki i kule.
– No właśnie, aż się rzygać chce. Ja lubię różnorodność.
Clem wzruszył ramionami.
– Dzięki temu przynajmniej łatwo zapamiętać drogę powrotną. No właśnie, Bernie.... eee... myślę, że naprawdę powinniśmy już wracać. To nie ma sensu.
Od kilku godzin krążyli po mieście, wypytując napotkanych ludzi, ale niczego przydatnego się nie dowiedzieli. Tubylcy reagowali zdziwieniem, a potem potrząsali głowami, co równie dobrze mogło znaczyć „nie rozumiem”, jak i „nie wiem” albo wręcz „nie mam ochoty z tobą rozmawiać”. Albo inaczej: Clem lub Bernie z niewątpliwie koszmarnym akcentem zadawali swoje niewątpliwie bardzo niegramatyczne pytanie, tubylcy zaś uznawali, że przybysze świetnie posługują się miejscowym językiem i w związku z tym zasypywali ich gradem własnych, kompletnie niezrozumiałych pytań. Nic nie pomagały wówczas rozpaczliwe prośby „mówić wolno, bardzo wolno”, jedynym wyjściem był natychmiastowy odwrót. W pierwszy sposób częściej reagowali mężczyźni, a w drugi kobiety, ale tak czy inaczej wychodziło na to samo.
– Wracajmy – powtórzył Clem.
– A co ci się tak śpieszy? Salowi i tak już jest wszystko jedno.
– Myślisz, że on nie żyje?
– A ty myślisz, że żyje?
Clem zawahał się, niepewny, czy powiedzieć to, co przyszło mu jakiś czas temu do głowy. Wreszcie się zdecydował.
– Dziewczyna siedziała dokładnie pod wybitym oknem, ale nie była zakrwawiona, kiedy ją znalazłem. Czyli kiedy smok porwał Sala, jego krew na nią nie poleciała.
– A to znaczy, że on wtedy jeszcze żył, tak? Brawo, teraz jeszcze popisz się tą dedukcją przed Bidou.
Clem zaczerwienił się, bo Bernie trafił w czuły punkt. Byłoby lepiej – dla nich wszystkich lepiej – gdyby Sal już nie żył, bo jeśli żył, to Bidou pewnie zechce go szukać, a wtedy mogą trafić na to coś strasznego, co było tej nocy w wewnętrznym ogrodzie. I nawet jeśli smoka znajdą, nawet jeśli jakimś cudem go zabiją, to co im to da? Być może Sal nie zginął od razu, ale mało prawdopodobne, by bestia trzymała go żywego przez tyle godzin.
Nie, Clem, choć lubił Sala mimo wszystkich jego złośliwych żartów, wolał wierzyć w śmierć kolegi.
Na ulicy pojawiło się dwoje dzieci, chłopiec i dziewczynka, chyba ta sama, która pilnowała Clema w nocy. Szły osobno – ona na przedzie z urażoną miną, za nią najwyraźniej zakłopotany on.
Coś powiedział i dziewczynka odwróciła się z wściekłością. Wrzasnęła, chłopiec odpowiedział buńczucznie, lecz zaraz zamilkł, gdy towarzyszka wycelowała karabin w jego głowę.
– Co u licha... – Clem poderwał się, ale Bernie chwycił go za łokieć i osadził w miejscu.
– Zostaw, to nie nasza sprawa.
Chłopiec ukląkł i dopiero teraz Clem zauważył, że dzieciak nie ma broni. Dziewczynka miała, ale chłopak nie. On milczał ponuro, ona wrzeszczała, domagając się czegoś.
Zaraz odstrzeli mu głowę, pomyślał Clem, czując, jak coraz głębiej grzęźnie w koszmarze.
Wreszcie chłopiec pochylił się i powiedział coś cicho, a dziewczynka opuściła karabin. Wygrała, jasno o tym świadczył pełen satysfakcji uśmiech na twarzy. Zaraz potem odesłała chłopca ruchem podbródka, tak jak zniecierpliwiona arystokratka mogłaby oddalić nieudolnego sługę. Dzieciak podreptał, nie oglądając się za siebie.
Clemowi przez chwilę było go żal, ale już myślał o czymś innym.
– Chodź – powiedział, gdy dziewczynka została sama. – Teraz mamy szansę.
– Na co?
– Żeby z nią porozmawiać.
– Zwariowałeś? To dziecko.
– Co z tego? Próbowaliśmy rozmawiać z dorosłymi i gówno nam to dało. Chodź.

***
               
Chłopiec imieniem Rakeem, którego Sable kiedyś zbiła, został potem jej przyjacielem. Nigdy nie był zbyt odważny i zabił tylko kilka smoków, ale za to potrafił wszystkich rozbawić i opowiadał najciekawsze historie. Gdy się kłócili, co się zdarzało od czasu do czasu, Sable się złościła, a Rakeem odpowiadał celnymi żartami, co dziewczynkę jeszcze bardziej wyprowadzało z równowagi.
                W dzień, który nastąpił po nocy, gdy zginął jeden z obcych, Sable i Rakeem kłócili się na ulicy, gdy nagle dwadzieścia metrów od nich przeleciał smok.
                Rakeem w ogóle nie zwrócił na niego uwagi i Sable zrozumiała, że chłopak smoka nie widzi.
                Kazała mu wtedy oddać broń, a potem odwróciła się i odeszła, Rakeem zaś poszedł za nią, próbując tłumaczyć coś, czego wcale nie chciała słuchać. Od tego tłumaczenia wściekła się jeszcze bardziej i kazała Rakeemowi uklęknąć i przeprosić ją, ponieważ mogła to zrobić, bo on teraz był dorosły, a ona wciąż pozostała dzieckiem.
                Nie podobało mu się to, widziała wyraźnie, jednak takie były zasady i Rakeem im się poddał.
                Kiedy odszedł, Sable starała się nie rozpłakać. Myślała o tym, że jej to nigdy nie spotka, ona na zawsze pozostanie dzieckiem i będzie bronić wszystkich mieszkańców Harfy przed smokami, a oni będą wypowiadać jej imię z wdzięcznością i czcią. Na chwilę zalała ją ciepła duma z tego, kim jest i jak ważne jest to, co robi. Gdy podszedł do niej obcy i spytał, gdzie można znaleźć smoki, Sable pokazała mu kierunek, a nawet narysowała odpowiedni budynek, nie zastanawiając się wcale, po co przybyszowi ta informacja. Pomyślała o tym dopiero później i wtedy uświadomiła sobie, że obcy pewnie pójdą do fabryki, żeby szukać zaginionego kolegi, i spotkają tam własną śmierć.
                Sable wciąż bała się opuszczonej fabryki, ale wiedziała, że musi naprawić błąd. Sprzeciwiając się woli Choredona, już raz zawiodła mieszkańców Harfy i nie chciała zrobić tego po raz drugi.
                Bo Sable zawsze poważnie traktowała swoje obowiązki.
                Od tego momentu sprawy zaczęły wyglądać coraz gorzej i przez pewien czas było naprawdę bardzo źle.
                A potem znów było dobrze.

Część 2
Ujrzawszy fabryczną halę, Clem pomyślał, że chyba będzie musiał zrewidować swoje pojęcie „wielki”. Sala, w której rozłożyli obóz, wydawała mu się wielka, a sala, w której imprezowali, wręcz ogromna, lecz to, co zobaczył teraz, było pieprzonym kolosem, gigantem wystarczająco dużym, by kilkanaście drużyn rugby mogło równocześnie rozgrywać kilkanaście meczów. Zalegała tu warstwa kurzu tak gruba, że buty tonęły w niej do połowy, kurz unosił się w powietrzu, kurz pokrywał resztki szyb w bardzo wysokich i bardzo wąskich oknach. Nawet wpadające do hali słoneczne światło miało złocistoszary kolor. Środkiem biegły trzy szerokie pasy taśmy montażowej, dzielące halę na cztery mniej więcej równe części. Wzdłuż pasów stały maszyny, z daleka wyglądające jak parowe lokomotywy, a z sufitu zwisały haki tak wielkie, że śmiało można by na nich zawiesić samochód, i to z pasażerami w środku.
– Królik pójdzie prawą stroną od ściany, Bernie prawą od środka, ja lewą, a Clem lewą przy ścianie. W ten sposób znajdziemy tego sukinsyna – rozkazał Bidou.
Bernie odwrócił się do Królika, porozumiał z nim wzrokiem i mruknął coś cicho.
Bidou poczerwieniał.
– Masz coś do powiedzenia? Jeśli tak, powiedz to głośno i patrz mi przy tym w oczy!
Bernie spojrzał na sierżanta. Z jego zaciśniętych ust i napiętych mięśni nietrudno było odczytać bierny opór.
– Mam wątpliwości co sensowności naszej akcji, panie sierżancie. Od ataku minęło prawie dwanaście godzin i Sal z pewnością już nie żyje.
– Z pewnością nie żyje, tak? Ciekawe, jak byś się czuł, gdybyś to ty leżał tutaj i się wykrwawiał, a ja bym powiedział, że z pewnością już nie żyjesz, i poszedłbym grzać sobie dupę w śpiworze, co?
Clem pomyślał, że grzanie dupy w upale to idiotyczny pomysł. Zaraz potem wbił wzrok we własne buty i skulił ramiona. Pragnął być niewidzialny, bo nagle wydało mu się, że Bidou zwróci gniew przeciw niemu. Czego on tak się wścieka? – myślał mętnie chłopak, drugą częścią umysłu zajęty innym, znacznie ważniejszym pytaniem (gdzie smok, czy już zwęszył nasz zapach...). Może – tak jak wielu niskich facetów – cholerycznym temperamentem rekompensuje sobie brak wzrostu? Ale nie, Bidou, choć faktycznie drobny i niewysoki, nie zasługiwał przecież na nazwę kurdupla. Najwyraźniej więc taki już był i tyle.
– Masz coś jeszcze powiedzenia?
– Nie. – Bernie wiedział, że przegrał, ale wzrok spuścił dopiero po chwili.
– Świetnie – sapnął Bidou. – Ruszamy!
Odchodząc, Bernie rzucił Clemowi długie uważne spojrzenie. „Jeszcze ze sobą pogadamy” mówiły jego oczy.
„Nic mu nie mówiłem”, Clem ułożył wargi w krótkie zdanie, lecz Bernie nie dał żadnego znaku, że rozumie. A na tłumaczenie było za późno, bo rozdzielili się i weszli w głąb fabryki.

***

Clem szybko się nauczył, że należy ostrożnie stawiać kroki, bo kiedy szedł powoli, podnoszące się tumany sięgały mu najwyżej do ud, lecz gdy tylko wykonał gwałtowny ruch, natychmiast otaczała go szara chmura, kurz wciskał się do nozdrzy, a oczy łzawiły tak, że chłopak tracił widoczność.
A więc ostrożnie, bardzo ostrożnie.
Wypatrywał w kurzu śladów, lecz znalazł jedynie tropy drobnych zwierząt, być może pustynnych lisów lub skoczków. Natknął się też na wyschniętą skórę węża, którą podniósł czubkiem buta i odrzucił ze wstrętem. Taśma montażowa poplamiona była ptasimi odchodami, ale żadnych ptaków tu nie widział. Przeniosły się gdzie indziej? A może zjadło je coś, co tu mieszkało?
Zepchnął to pytanie w głąb umysłu i skupił się na poszukiwaniach. Dam sobie radę, powtarzał jak mantrę, dam sobie radę. Nigdy nie uważał się za tchórza (inna rzecz, że nie był też jakoś przesadnie odważny), lecz teraz był cholernie, kurewsko przerażony. Oddychał płytko, pot zalewał mu oczy, musiał więc co chwila przecierać czoło. Sama myśl, że to... coś, ten smok mógł zbliżyć się niedostrzeżony, być może już nad Clemem wisiał, już rozwierał paszczę, olbrzymie szczęki obejmują jego głowę, a on nawet ich nie widzi, potem zaciskają się, czaszka pęka, tryska krew...
Nie myśleć o tym, nie myśleć. To bzdura, oczywiście, nawet gdyby niczego nie zobaczył, to musiałby coś usłyszeć albo poczuć – tam, w wewnętrznym ogrodzie, przecież poczuł. Poza tym sierżant z pewnością ma rację: smok nie jest niewidzialny, tylko świetnie się maskuje, trzeba więc wypatrywać tego, co może świadczyć o obecności kameleona. A więc niewielkie zmiany w kolorze otoczenia, coś, co w pierwszej chwili może wyglądać jak drgnienie powietrza, czy wreszcie nietypowo rozłożone cienie. Skupić się, rozglądać się, szukać. To jest w porządku, to oddala panikę.
Odbity echem huk ogłuszył Clema, który przez chwilę miał wrażenie, że właśnie dostał zawału. Wreszcie udało mu się odetchnąć, a serce ruszyło.
– Co jest? – wrzasnął Bidou.
– Fałszywy alarm – odkrzyknął Bernie. – Lezie za nami dzieciak, szlag, przed chwilą mało go nie zastrzeliłem. Przepraszam, myślałem, że to...
– Jaki, kurwa, dzieciak?
– Dziewczynka, chyba ta sama, która powiedziała nam, gdzie znaleźć smoka. Teraz gdzieś się schowała. Mam jej poszukać i przegonić?
– Zostaw ją i zajmij się swoją robotą.
Ten incydent w pewien sposób rozładował napięcie. Clem odetchnął i nie kulił się już bezustannie w oczekiwaniu, że za chwilę szczęki potwora zacisną się na jego czaszce. Przeszedł obok kolejnej maszyny, tak szczelnie oplątanej warstwą pajęczyn, że przypominała gigantyczny kokon.
Ciekawe, jak ta maszyna naprawdę wygląda?
Zawahał się i rozejrzał, ale wokół nie było nic, co można by uznać za podejrzane.
W porządku.
Końce palców wbił w sztywną od kurzu warstwę pajęczyn. Niechętnie ustępowała pod jego naciskiem; wrażenie było trochę takie, jakby próbował rozerwać gruby kożuch na mleku. Wreszcie puściła, a palce Clema trafiły na pustkę. Krzywiąc się z obrzydzeniem, odgarnął postrzępione resztki i zajrzał do środka.
Wewnątrz nie było mechanizmu. Z maszyny pozostała sama obudowa, skorupa równie bezwartościowa jak skóra węża, którą niedawno widział. Tubylcy zabrali silnik? Ale po co?
Może po to, by niektórych części użyć przy naprawianiu systemu wewnętrznych ogrodów, odpowiedział sam sobie Clem.
Wytarł dłoń w spodnie i obejrzał się z nagłym przypływem lęku, bo na krótką chwilę niemal zapomniał, gdzie jest i co mu grozi. Na szczęście od czasu, gdy rozglądał się ostatni raz, nic wokół się nie zmieniło. Żadnych śladów smoka-kameleona, znakomicie. Podniesiony na duchu Clem zaczynał wierzyć, że cała akcja skończy się tym, iż wrócą do obozu potwornie brudni, przy czym owo „potwornie” będzie jedynym ich dzisiejszym kontaktem z potworami.
Nagły przypływ optymizmu wywołał w nim lekkie poczucie winy, zaczął więc modlić się w duchu. Pani Cienistej Doliny, daj Salowi lekką śmierć a jego duszy spokój. Ojcze nas wszystkich, nie pozwól, proszę, żeby pierwszym potworem, z którym będę walczył, był niewidzialny smok. Każdy, tylko nie ten, błagam. Niech to będzie najbardziej niebezpieczne monstrum świata, zniosę wszystko i nie spanikuję, jeśli tylko będę mógł je zobaczyć. I obiecuję że jeśli spełnicie moją prośbę, to już nigdy was o nic nie będę prosić i zapalę wam świecę w kościele. Zapalę mnóstwo świec, wszystkie pieniądze, które dostanę za tę wyprawę, przeznaczę na świece.
Połowę pieniędzy, poprawił się w myślach. Albo ćwierć, tak, ćwierć wystarczy, nie można przecież od niego wymagać, żeby pozbywał się środków do życia. Ani Ojciec, ani Pani Cienistej Doliny z pewnością by tego nie chcieli.
Modląc się, dotarł wreszcie do końca fabrycznej hali. W rogu stała metalowa drabinka prowadząca na pomost, który obiegał halę wokół. Clem zawahał się, niepewny, czy powinien wejść na górę. Dotknął jednego szczebla – był zakurzony, czego chłopak się spodziewał, ale też jakby lepki, a gdy potarł końce palców, brud rozmazał się jego na skórze w wilgotne, czarno-czerwone smugi.
Krew.
Clema ogarnęło gorąco, od którego miękną kolana; chciał coś powiedzieć, ale nie mógł.
Z boku dobiegł łomot, jakby ktoś zepchnął worek ziemniaków z żelaznych schodów. Potem krótki krzyk, a jeszcze później soczyste przekleństwo.
– Tu jest krew! – wrzasnął Clem, nagle odzyskawszy głos. – Znalazłem krew!
– A ja, kurwa, znalazłem trupa!

***

W miejscu, do którego dotarł Bernie, znajdowała się kolejna drabina, identyczna jak ta, na którą trafił Clem. Chłopak nie zamierzał sprawdzać, czy owa identyczność obejmuje również zakrwawione szczeble, zresztą chwilowo zajęty był odwracaniem wzroku.
– Mało brakowało, a spadłaby mi na głowę. – Bernie był nieco blady, ale sprawiał wrażenie opanowanego. Clem mu zazdrościł – on sam w ciągu ostatnich pięciu nawet nie spojrzał w górę na martwą dziewczynę. Spora część jej torsu znajdowała się poza pomostem, ramiona zwisały, wciąż jeszcze kołysząc się lekko. Kołysało się także to, co niegdyś było jej twarzą, oraz kępka włosów ocalałych na jedynym fragmencie skóry, który nie został zdarty z czaszki. Kosmyk zlepiony był zakrzepłą krwią.
Clem odruchowo zrobił krok w tył.
– Zleciała gdzieś z góry, spod sufitu, rąbnęła po drodze o coś chyba ze dwa razy i zatrzymała się dopiero tutaj – oznajmił Bernie.
– Królik, właź na pomost i rozejrzyj się. – rozkazał Bidou.
Indianin wszedł na drabinę. Jeśli się bał lub miał jakiekolwiek wątpliwości, to nie sposób było tego poznać. Pod ciężarem umięśnionego ciała szczeble dygotały, a wraz z nimi trząsł się pomost oraz zwłoki dziewczyny, które lada moment mogły utracić kruchą równowagę i runąć w dół.
Clem cofnął się jeszcze pół kroku, dokładnie tyle, na ile mógł sobie pozwolić bez ryzykowania, że Bidou znowu się wścieknie. Nadal nie patrzył na dziewczynę, ale czuł jej zapach, tę charakterystyczną, słodkawą woń mięsa, które zaczyna rozkładać się w upale. Gdyby nie fakt, że od kurzu miał paskudnie opuchnięty nos, pewnie wyczułby ją znacznie wcześniej.
– Co tam, Królik? – W głosie Bidou brzmiała wyraźna nuta niepokoju. – Masz coś?
– Nic, panie sierżancie. Wszędzie czysto.
– Dobra, złaź. A ty, Clem, prowadź do tej drabiny, gdzie widziałeś krew.

***

– I jak, Królik?
– To samo, panie sierżancie, znaczy nic, tylko cholernie duża kałuża krwi. Musiała ściekać na drabinę.
– Żadnych ciał?
– Nie, tylko krew.
Clem spojrzał na Berniego, a potem na sierżanta Bidou. Obaj mieli wyraz twarzy, którego odczytanie nie stanowiło dla chłopaka problemu, bo gdyby zerknął w lustro, zobaczyłby identyczną minę.
Wszyscy trzej sądzili, że krzepnąca krew należy do Sala i w związku z tym nie ma już co liczyć na to, że odnajdą go żywego. Clem poczuł wstydliwą ulgę, gdy Bidou wreszcie zaakceptował ten fakt.
– Złaź, Królik.
Indianin zeskoczył z ostatniego szczebla, gdy nagle pomost zadygotał. Ktoś po nim biegł, kierując się w ich stronę; kroki były lekkie, drobne.
Kroki dziecka.
Dziewczynka zeskoczyła z pomostu, jakimś cudem utrzymała równowagę, jeszcze większym cudem wylądowawszy miękko, i już trzymała karabin wycelowany w pierś Clema. Duży Królik, Bidou i Bernie nie byli tak szybcy, ale mieli więcej czasu i w rezultacie oni też mieli gotową do strzału broń, dla odmiany wycelowaną w dziewczynkę. Klasyczny pat, pośród którego Clem nawet nie dotknął swojego karabinu. Bynajmniej nie dlatego, że sparaliżował go strach.
Sparaliżowało go zrozumienie, bo nagle wszystko to, co uważał za bezsensowne, sensu nabrało.
– Nie róbcie jej krzywdy... – wyszeptał zdrętwiałymi wargami. Niemal jednocześnie dziewczynka warknęła słowo, którego nie znał, ale i tak wiedział, co znaczy. Nim przebrzmiał dźwięk, Clem już leżał płasko na podłodze, a dziewczynka strzelała. Coś nad nim przeleciało, poczuł powiew powietrza i nagłe gorąco w boku. A kątem oka zobaczył, jak stopy Berniego nagle wybrzuszają się i rosną, jakby patrzył na nie przez szkło powiększające. Potem usłyszał trzask łamanych kości.
– Nie waż się mdleć, słyszysz? Clem, to powierzchowna rana, kurwa, nic ci nie jest!
Nieprawda, bo było mu mdło i gorąco, a światło wokół wydawało się nienaturalnie jasne i jednocześnie jakieś takie... rozmazane.
– Co się stało? – zdołał powiedzieć, a jego głos brzmiał, jakby przybył tu z bardzo daleka i w dodatku miał wyjątkowo męczącą podróż.
– Sukinsyn przejechał ci pazurami po boku, masz trzy paskudne szramy, które mocno krwawią, ale nic ci nie będzie, uwierz, znam się na tym. – Dopiero teraz z rozmazanej jasności wyłoniła się twarz sierżanta Bidou. – Masz, przyciskaj to do boku. Trzymaj!
Clem posłusznie chwycił szmatę, w której rozpoznał własną rozdartą koszulę. Gdy napiął mięśnie, próbując zatamować krwawienie, zrobiło mu się niedobrze. Odetchnął, poluzował odrobinę ucisk i mdłości minęły.
– Nie jest niewidzialny... – wyszeptał.
– Z daleka jest. – To był chyba głos Berniego. – Z bliska faktycznie widać coś jakby wykrzywienie rzeczywistości...
– One widzą smoki przez cały czas, z bliska i z daleka. To dlatego noszą karabiny i bronią dorosłych.
– Mówisz o dzieciach? – Tak, to na pewno był Bernie, Clem widział już jego twarz ponad ramieniem sierżanta. Obraz wyostrzał się z każdą chwilą.
– Aha. Co z dziewczynką?
– To coś ciebie ledwo zaczepiło, ale ją mocno poharatało. I chyba ma połamane jakieś kości.
– Przeżyje?
– Skąd, kurwa, mam wiedzieć? Ty jesteś synem lekarza, nie ja. Ja myślę, że powinniśmy się stąd wynieść, zanim to wróci i zeżre nas jak Clema. Nie mówiąc już o tym, że tu może być więcej takich milutkich stworzonek.
Clem przymknął oczy. Smok nie wróci, pomyślał, dziewczynka zraniła go na tyle poważnie, że uciekł i zdechł w jakimś kącie. Musiało tak być, bo inaczej nie dałby nam spokoju. Te istoty nie rezygnują z ofiary, gdy już jakąś dopadną.
Tak podpowiadał mu instynkt, ale przeczucie to nie dowód, nie zamierzał więc niczego mówić.
Może tylko jedno:
– Zabierzmy ją, proszę. Uratowała mi życie i jesteśmy jej to winni.

***

Czekali w chłodzie nadciągającego szybkim krokiem zmroku, w odległości kilkuset metrów od fabryki. Grupa dorosłych, w tym mężczyzna zwany Choredonem oraz kilkoro dzieci – oczywiście uzbrojonych, jakżeby inaczej. Bez słowa patrzyli na Dużego Królika, który podszedł do nich i położył na ziemi nieprzytomną dziewczynkę.
– Zaatakował ją smok – powiedział, niepomny, że tamci nie rozumieją jego języka. – Jest ranna, ale żyje.
Po chwili niezręcznego milczenia dodał:
– Była bardzo dzielna. Uratowała życie jednemu z naszych.
Jakby to miało cokolwiek wyjaśnić.
Przez mgiełkę własnego bólu Clem obserwował tubylców. Na twarzach dorosłych malowały się dezorientacja, strach i nieufność oraz, w przypadku jednej z kobiet, wyraźnie widoczne współczucie. Dzieci za to miały nienaturalnie kamienne miny, jakby za wszelką cenę chciały udowodnić, że cierpienie rówieśnicy nie robi na nich wrażenia. Wyłamała się jedynie najmłodsza, na oko dziesięcioletnia dziewczynka, która krzyknęła, zobaczywszy zakrwawione ciało, lecz natychmiast zatkała usta dłonią, skarcona spojrzeniem starszego kolegi.
Duży Królik odsunął się, pozostawiając ranną na ziemi.
Choredon podszedł do niej, pochylił się i badał przez chwilę, pomrukując coś pod nosem. Wąchał krew i pot nieprzytomnego dziecka, naciskał skórę wokół rany, niemal wpychał brudne paluchy do zalanego czerwienią wnętrza. Clem odwrócił wzrok i spojrzał, dopiero gdy mężczyzna wyprostował się, po czym zawołał coś do swoich. To nie mogła być dobra wiadomość, bo kobieta o współczującej twarzy wybuchła płaczem. Sąsiadka zaraz objęła ją i zaczęła pocieszać śpiewnymi słowami, które Clemowi skojarzyły się z kołysanką.
Wszyscy po kolei podchodzili, by pożegnać się z ranną dziewczynką. Głaskali blade policzki, niektórzy całowali pokryte potem czoło. Starszy chłopiec wyjął z kieszeni coś, co z daleka wyglądało jak błyszcząca moneta, i wcisnął jej do ręki. Tylko szlochająca kobieta nie zdobyła się na to, żeby dziecka dotknąć. Odwróciła głowę, kryjąc twarz na ramieniu sąsiadki, i odeszła krokiem tak szybkim, że pocieszycielka ledwo mogła za nią nadążyć.
Najmłodsza dziewczynka, odchodząc, obejrzała się kilka razy. Jej oczy były wielkie i pełne pytań.
– Uznali, że nie ma szans przeżyć – szepnął Clem, po czym powtórzył to, co oczywiste, bo nie potrafił uwierzyć.
Od samego patrzenia na ceremonię pożegnania poczuł się w pewien sposób zbrukany, jakby starszy, bo przygnieciony ciężarem niechcianego doświadczenia. Spojrzał na Bidou, który milczał z zaciśniętymi ustami.
– Ale my możemy jej pomóc, prawda? – Na przekór owemu poczuciu starszości głos Clema zabrzmiał chłopięco. – Mamy mnóstwo antybiotyków...
– Nie mnóstwo, tylko tyle, że powinno dla nas wystarczyć. Dla nas, Clem. – Sierżant wciąż miał ponurą, zaciętą minę, która nie wróżyła niczego dobrego. Bernie i Duży Królik po prostu czekali, aż dowódca podejmie decyzję – ten pierwszy nieco już zniecierpliwiony, a drugi z przymkniętymi oczami, kołyszący się lekko w zachodzącym słońcu, jakby jakimś cudem udało mu się zasnąć na stojąco. Clem doskonale wiedział, że nie ma co liczyć na pomoc z ich strony.
Został sam, ale nie zamierzał rezygnować.
– Ocaliła mi życie – powtórzył z uporem. – Wam prawdopodobnie zresztą też. Przyszła do fabryki sama jedna i stawiła czoła potworowi, z którym nie potrafiło dać sobie rady czterech dorosłych facetów, a wy chcecie za to ją zostawić, żeby zdechła tu jak pies?
Bidou westchnął, przez jego nieruchomą dotąd twarz przebiegł nerwowy tik.
– Jedna piąta, Clem. Straciliśmy jednego człowieka, a ona uratowała życie innemu, więc powiedzmy, że ma prawo do przydziału Sala. Jeśli nie uratujesz jej przy pomocy jednej piątej naszych leków, to trudno, niech umiera.
Chłopak skinął głowa, uznając umowę za wystarczająco sprawiedliwą.

***

Najpierw Clem zajął się trzema szramami, które ciągnęły się wzdłuż jego boku aż na plecy. Zaszył je częściowo sam, a częściowo z pomocą Berniego, który z pozostałej trójki żołnierzy miał najzręczniejsze palce. Ścieg wyglądał jak dzieło pijanej krawcowej i chłopak wiedział, że rany nie zagoją się gładko, ale to go nawet ucieszyło. Wreszcie zyska pierwsze blizny, którymi będzie się mógł chwalić. Poza tym czuł się zdecydowanie lepiej, co w dużej mierze zawdzięczał kilku łykom spirytusu rozcieńczonego wodą i wypitego „na odwagę” przed szyciem.
Potem dopiero podszedł do dziecka. Dziewczynka leżała w kącie sali na posłaniu pośpiesznie zmajstrowanym z kilku starych koców i wciąż była nieprzytomna. Puls miała słaby (jego ojciec powiedziałby „nitkowaty”), jej skórę pokrywał zimny pot. Clem odsłonił paskudną, poszarpaną ranę na brzuchu, nad którą unosił się lekki zapach treści żołądkowej.
Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Oczyścił ranę na tyle, na ile mógł, zdezynfekował i zaszył, a potem podał małej antybiotyk. Jeśli Pani Cienistej Doliny pozwoli, to wystarczy, a jeśli nie, to nie. Nastawił też złamaną kość w przedramieniu, co na szczęście poszło gładko, choć dziewczynka ocknęła się pod koniec zabiegu, krzyknęła, wykrzywiając w męce twarz, po czym znowu zemdlała. Korzystając z faktu, że leżała nieruchomo, Clem usztywnił jej rękę, a na koniec oczyścił drobniejsze otarcia i skaleczenia. Właśnie wtedy po raz pierwszy opadły go wątpliwości. Musiał dziewczynkę rozebrać, a potem umyć i zrobił to, czerwony z zażenowania oraz w pełni świadom, że koledzy patrzą na niego z mieszaniną politowania i rozbawienia. Dotarło do niego wówczas, że opieka nad tą małą nie będzie taka prosta, jak sobie wyobrażał. Cała jego wiedza medyczna sprowadzała się do tego, czego nauczył się, obserwując ojca, a przecież Clem nawet nie słuchał ani nie patrzył uważnie. Owszem, pomagał przy różnych zabiegach, ale bardziej z konieczności niż z zamiłowania, czasem też z nudów albo dlatego, że po śmierci matki chciał jak najwięcej przebywać z ojcem. Leczeniem nigdy tak naprawdę się nie interesował.
Poczuł złość na ludzi, którzy zostawili dziewczynkę na ulicy, a także odrobinę – tylko odrobinę – złości na samą dziewczynkę, która nie potrafiła ani uciec smokowi, ani umrzeć wtedy, gdy było trzeba. Zaraz pośpiesznie zapewnił samego siebie, że przecież wcale tak nie myśli, w żadnym razie, ale i tak jego uszy zrobiły się jeszcze bardziej czerwone.
Pocieszające natomiast było to, co powiedział sierżant Bidou. Jeśli Jee Merino nie wróci w ciągu trzech dni, zostawią go i wyruszą w drogę powrotną przez pustynię. Clem chyba wolałby, żeby nie wrócił. Miał dość tego miasta, no i skracałoby to czas opieki nad dziewczynką. Przez trzy dni mała albo umrze, albo poczuje się na tyle dobrze, że tubylcy uwierzą, iż może odzyskać zdrowie, po czym zabiorą ją do siebie.
Istniała także inna możliwość – że stan pacjentki nie polepszy się ani nie pogorszy i wyjeżdżając z Harfy, będą musieli porzucić dziewczynkę dokładnie tak samo, jak porzucili ją jej krewni, ale o tym Clem nie chciał myśleć.
W trzydniowy termin wierzył jak w Zreformowaną Biblię. Sierżant Bidou był obsesyjnie skrupulatny w takich kwestiach, więc Clem mógł mieć pewność, że nie zostaną tu ani minuty dłużej. Na tej samej zasadzie był też pewien, że dziewczynka nie dostanie ani jednej tabletki ponad jedną piątą zapasów, która jej się należy. Nawet gdyby życie dziecka zależało od tej jednej dodatkowej tabletki. Było to okrutne, może nawet sadystycznie chore, ale na swój sposób również uspokajające. Clem żył w świecie, w którym istniały potwory, a od niedawna także niewidzialne, mordercze smoki, i potrzebował reguł, choćby nawet zwariowanych.
Tej nocy spał niespokojnie, budząc się za każdym razem, gdy dziewczynka poruszyła się na swoim posłaniu. Miała gorączkę, majaczyła i czasem Clemowi wydawało się, że dziecko nie dożyje rana, a czasem wręcz przeciwnie – że ta gorączka to przełom i lada moment mała zacznie wracać do zdrowia. Czasem żałował, że nie przyglądał się uważniej ojcu, gdy ten leczył pacjentów, a czasem, że w ogóle przyznał się, iż jest synem lekarza, bo gdyby nie to, nikomu nie przyszłoby do głowy powierzenie mu obowiązków sanitariusza.
W środku nocy znów musiał umyć dziewczynkę, która zrobiła pod siebie. Miał przy tym wrażenie, że smród obudził jego towarzyszy i że ci przyglądają mu się z gęstej jak smoła ciemności. Siedział przez chwilę bez ruchu, sparaliżowany zażenowaniem i złością, po czym zmusił się, by wstać. Nie chciał zapalać ich jedynej żarówki, a światło latarki było tak blade, że ledwo wystarczyło, by oświetlić drogę, gdy Clem wyszedł po wodę. W Harfie krany wewnątrz budynków od dawna były nieczynne, lecz niektóre z zewnętrznych, teraz specjalnie oznaczone, wciąż działały.
Clem przyniósł pełne wiadro, wziął poplamiony zaschniętą krwią bandaż, który zapomniał wyrzucić, i obmył dziewczynkę, przez cały starając się o niczym nie myśleć. Nie myślał o pełnej szeptów ciemności za plecami ani o połyskujących bielą, wpatrzonych w niego oczach dziecka, które jakimś przewrotnym cudem na tych kilka chwil odzyskało przytomność. Robił to, co musiał zrobić, przy świetle latarki wyglądającym jak smętny krążek widmo, a gdy skończył, zapadł całkowity mrok. Clem wstał i ostrożnie wymacując drogę, wyszedł na zewnątrz, by wylać brudną wodę. Teraz już myślał, i to o wielu rzeczach.
Wyobraził sobie, że dziewczynka w nocy umarła, a on rano powiadamia Bidou o jej śmierci. Sierżant na początku przyjmuje to obojętnie, a może nawet z zadowoleniem („Kłopot z głowy” – ciekawe, czy tak właśnie by powiedział?), ale potem, widząc minę Clema, zdobywa się na kilka ciepłych słów. Na przykład, że chłopak się starał, ale nie wyszło, trudno, tak bywa. Na to Bernie przytaknie i powie, że Clem zrobił, co mógł, a Duży Królik po swojemu nie odezwie się ani słowem, tylko poczęstuje „najlepszym towarem na pograniczu”, który po śmierci Sala odziedziczył pół na pół z Berniem.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że ta wizja miała spore szanse się ziścić. Clem znał swoich towarzyszy na tyle dobrze, by wiedzieć, jak w konkretnej sytuacji zareagują. Teraz musiał znosić spojrzenia pełne politowania i drwiny, lecz jeśli tylko dziewczynka umrze, tamci okażą mu powściągliwe współczucie i cała sprawa przejdzie do historii jako kolejny błąd „nowego” – coś, co wkrótce będą wspominać, śmiejąc się z kogoś, kto był na tyle naiwny, by kosztem cennych leków podjąć próbę ratowania dziecka, którego uratować nie można było. A Clem roześmieje się wraz z nimi, bo będzie już innym człowiekiem. Takim, który wie, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi, niezależnie od tego, jak bardzo wydają się właściwe.
Jeśli tylko dziewczynka umrze.
Myślał o tym w przenikliwym zimnie i ciemności tak gęstej, jaka bywa tuż przed świtem. Wyobraził sobie tę scenę raz, a potem drugi i trzeci, za każdym razem dodając coraz więcej szczegółów. Wreszcie rozryczał się jak zagubione dziecko i pod koniec, gdy wreszcie zabrakło mu łez i wysmarkał się na ziemię, sam już nie wiedział, czy opłakiwał śmierć dziewczynki, czy może własną podłość.

***

Rano wydarzyły się dwie ważne rzeczy – po pierwsze, antybiotyki najwyraźniej zadziałały, dziewczynka przestała gorączkować i wyglądało na to, że jednak będzie żyć. Po drugie, Duży Królik, wiedziony jakimś szóstym indiańskim zmysłem, postanowił zajrzeć w głąb skrzyni z karabinami, które wieźli na sprzedaż. Przy milczącej zgodzie Bidou wyniósł ją na środek sali, zdjął pierwszą warstwę lśniących od smaru sztuk broni, a potem drugą, odsłaniając deskę zamocowaną wysoko ponad miejscem, gdzie powinno znajdować się dno.
Przyglądający się temu Bernie gwizdnął cicho.
– Skrytka – powiedział. – Potrzebujemy dłuta, żeby to podważyć.
Clem przyniósł skrzynkę z narzędziami i kucnął obok, patrząc rozszerzonymi z ciekawości oczami. Po chwili dołączył do nich Bidou, który przez ostatnich kilka minut z coraz mniejszym entuzjazmem udawał brak zainteresowania.
Duży Królik podważył deskę, a Bernie obcęgami wyciągnął poluzowane gwoździe. Gdy po chwili Indianin wyjął fałszywe dno, wszyscy czterej pochylili się nad skrzynią tak gwałtownie, że niemal zderzyli się głowami.
W środku leżał smukły srebrzysty cylinder, który na pierwszy rzut oka przypominał otoczoną trzema pierścieniami lunetę. Jeden z pierścieni, szerszy, znajdował się tuż przy podstawie, a dwa pozostałe, znacznie węższe, mniej więcej w jednej trzeciej długości urządzenia. Pokrywały je skomplikowane znaki – w części z nich Clem rozpoznał litery greckiego alfabetu, inne były mu zupełnie nieznane. Czubek cylindra zwieńczony był czymś na kształt spiczastej czapeczki, dla odmiany koloru złocistego.
– Co to kurwa jest? – wyszeptał bezgranicznie zdumiony Bidou.
– Mnie to wygląda jak wielki czopek na hemoroidy – oznajmił Królik. – Może Merino wiózł to, żeby sobie wetknąć w dupę, jakby co.
Nikt się nie roześmiał.
Bernie wyciągnął rękę i ostrożnie przekręcił jeden z węższych pierścieni. W mechanizmie coś zachrobotało, cyknęło dwa razy i umilkło.
– Nie waż się tego ruszać! – wrzasnął pobladły sierżant, podczas gdy Indianin i Bernie cofnęli się odruchowo, a Clem został na miejscu, jak zahipnotyzowany gapiąc się na cylinder. – Musimy przenieść skrzynię z powrotem pod ścianę, i to bardzo ostrożnie. To może być...
– ...bomba? – dokończył Clem, po czym niespodziewanie nawet dla siebie samego roześmiał się. – Jeśli tak, to ona łatwo nie wybuchnie, wieźliśmy ją przecież tyle dni w trzęsącym jak diabli samochodzie.
Bidou dla odmiany poczerwieniał. Na jego twarz wypełzł zdradziecki wyraz zakłopotania, zaraz przesłonięty złością.
– Wydaje ci się, że wszystkie rozumy pozjadałeś, co? No więc nie, dowiedz się, że nie, na takich rzeczach znasz się jak chigalska kurwa na uprawie roli, więc bądź łaskaw zamknąć mordę, kiedy nie masz nic mądrego do powiedzenia!
Clem wytrzymał jego wzrok przez chwilę, a potem z rozmysłem bardzo wolno odwrócił głowę. To drobne zwycięstwo zamiast satysfakcji przyniosło mu gorycz. Od pewnego czasu coraz wyraźniej dostrzegał, że Bidou nie jest człowiekiem, za którego Clem pragnął go uważać, lecz jak dotąd odpychał od siebie tę świadomość. Chciał – więcej, musiał wierzyć, że sierżant mimo wszystkich swoich wad jest człowiekiem godnym zaufania. Kimś, komu powierzyć można życie i kto w razie czego wyciągnie ich wszystkich z tej kabały. A to przekonanie mocno się teraz zachwiało, bo przez chwilę Clem widział w oczach Bidou zagubienie bliskie paniki i zrozumiał, że sytuacja zaczyna sierżanta przerastać.
Clem poczuł, jak obejmuje go chłód. Gdyby w tej chwili Bidou podtrzymał swój rozkaz i polecił im przenieść skrzynię pod ścianę z zastrzeżeniem, że mają to zrobić „bardzo ostrożnie”, pierwszy rzuciłby się do pracy. Uważałby na każdy ruch, aż sam by uwierzył, że ta ostrożność ma sens, a wtedy wszystko znów byłoby dobrze. Chciał, żeby Bidou raz jeszcze powiedział, że Clem na niczym się nie zna, i chciał tym razem przegrać, szybko odwracając wzrok.
Lecz sierżant rozkazał tylko szorstkim głosem „zabrać stąd to cholerstwo” i „nie spuszczać tego z oka, bo Merino ani chybi po to przyjdzie, a wtedy on, Bidou, dobierze mu się do tyłka”.
Przygnieciony ciężarem samotności Clem usiadł obok dziewczynki i spróbował z nią porozmawiać.

***

– Jak ci na imię?
Milczenie. Dziewczynka, teraz najzupełniej przytomna, z uporem odwraca głowę w kierunku ściany.
– Jak ci na imię?
Która to była próba? Piętnasta, dwudziesta? Gdzieś przy dziesiątej Clem stracił rachubę, lecz jak dotąd nie udało mu się uzyskać niczego, ani jednego słowa. A przecież był pewien, że zadaje właściwe pytanie. Mógł źle je wymawiać, owszem, ale konstrukcja gramatyczna była w porządku, bo to najczęściej używane pytanie zostało w słowniku zapisane w całości, tak iż nie musiał go składać mozolnie z kilku słów. Dziewczynka powinna więc go zrozumieć i po drgnięciu jej twarzy za pierwszym razem poznał, że chyba rzeczywiście rozumie.
Po prostu nie chciała z nim rozmawiać.
– Ja mam na imię Clem, a ty? – spróbował raz jeszcze.
Kierował nim podszyty złością upór, bo przecież, do licha, to było tylko dziecko, w dodatku takie, które powinno mu być wdzięczne za ocalenie życia. Można by się spodziewać, że mała będzie całować go po butach, a tymczasem nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa.
A więc jeszcze raz.
– Jak ci na imię?

***

– Ja nazywam się Clem, a ty? Ja Clem – puknął się z rozmachem w pierś – a ty?
– Ty?
Ręka wyciągnięta w kierunku dziewczynki opadła po chwili w gęstniejącym mroku.

***

– Wiesz, mogłabyś się odezwać choć słowem. Przecież wcześniej ze mną rozmawiałaś. To coś w rodzaju zasad, tak? Dzieci z tego miasta nie mogą zdradzać obcym swojego imienia? A może wolno dzieciom rozmawiać z obcymi na ulicy albo w sali pełnej ludzi, ale nie kiedy jesteśmy sam na sam? Albo nie wolno wam przyjmować od obcych pomocy i dlatego teraz nic nie mówisz? O to chodzi? Ale ja chciałem ci pomóc, wiesz? Gdyby nie ja, zdechłabyś tam na ulicy jak porzucone szczenię. I w zamian nie chcę nic, tylko żebyś mi powiedziała, jak masz na imię. To takie trudne? Jak-masz-na-imię?
Zaschło mu w gardle, napił się więc wody. Po chwili wahania podał kubek dziewczynce.
– Masz, ale pamiętaj: jeśli znów się zsikasz, to ja cię nie będę już mył.

***

Po dwudziestu czterech godzinach niemal stracił nadzieję. Mówił teraz do dziewczynki chyba wyłącznie po to, żeby zabić coraz dotkliwsze i coraz chłodniejsze uczucie samotności, które powoli przechodziło w paskudny, przejmujący lęk.
Że nikt z nich nie wyjdzie z tego miasta żywy, bo to co, dopadło Sala, dopadnie także ich, a Bidou nie będzie mógł nic na to poradzić.
– Hej, mała, powiesz mi wreszcie, jak ci na imię? – Zniżył głos do szeptu, tak aby nie usłyszał go Bernie, palący papierosa na skrzyni z fałszywym dnem. Poza nimi dwoma w sali nie było nikogo. – Wiesz, biorąc pod uwagę, że ten wasz smok pewnie zeżre mnie na śniadanie, mogłabyś przed śmiercią wyświadczyć mi tę przysługę.
Ostatnie zdanie zamiast przypływu wisielczego optymizmu wywołało w nim jedynie niesmak. Z trudem przełknął ślinę. Dziewczynka spojrzała na niego spoza splątanych, brudnych włosów. Nie miała już gorączki, ale była wychudzona i wyglądała żałośnie, zupełnie jak suka, którą ojciec kiedyś przyniósł Clemowi, gdy chłopiec marudził, że chce mieć psa.
Masz, to jest twój pies. Opiekuj się nim.
Suka również była ranna, przypomniał sobie Clem (a może po prostu chora? To było tak dawno...), zaś jej sierść sklejało błoto. I wówczas również Clem czuł tę samą mieszankę niechęci, ciekawości, litości i przygnębiającego poczucia winy. Nazywał ją Psicą – trochę dlatego, że nie miał sensowniejszego pomysłu, a trochę ponieważ (z czego zdał sobie sprawę znacznie później) w głębi duszy sądził, że ten wychudzony strzęp nie zasługuje na nic lepszego.
To jest twój pies, opiekuj się nim. To jest twoja dziewczynka, opiekuj się nią. Inaczej po co miałbyś ratować jej życie?
Pochylił się.
– Skoro nie chcesz powiedzieć, jak masz na imię, to będę nazywał cię Psicą, w porządku?

***

Po południu wyszedł na chwilę, a gdy wrócił, zastał Psicę stojącą na swoim posłaniu. Jej twarz była wykrzywiona i zlana potem. Jedną ręką przytrzymywała się ściany, a drugą wspierała na ramieniu dziewczynki, tej małej i nazbyt emocjonalnie reagującej, która przed dwoma dniami krzyknęła na widok zalanego krwią ciała, a potem, odchodząc, odwracała się z oczami pełnymi pytań.
– Co ty wyprawiasz? – wrzasnął Clem.
Duży Królik, siedzący na skrzyni w pozycji niemal identycznej jak wcześniej Bernie, spojrzał w ich stronę, po czym uniósł rękę z palącym się papierosem i wypuścił z ust długą, leniwą smugę dymu.
– Nie wolno ci wstawać!
Młodsza dziewczynka rzuciła Clemowi wystraszone spojrzenie i odsunęła się, lecz Psica ani drgnęła. Panowała nad sobą mimo bólu, który zmienił jej twarz w stężałą maskę. Udało jej się zrobić kilka kroków i nawet przy tym nie jęknęła. Puściła ścianę i wyprostowana patrzyła Clemowi prosto w oczy.
– Wracaj na posłanie – powiedział chłopak znacznie łagodniej niż zamierzał. – Za parę dni może pozwolę ci trochę pochodzić.
Zapomniał, że przecież jutro mają wyjechać z Harfy.
Przegonił małą dziewczynkę, a potem pomógł swojej pacjentce na powrót się położyć. Poczuł przy tym ukłucie winy.
– Wiesz, wcale nie chcę nazywać cię Psicą. Mówię tak tylko dlatego, bo jakoś muszę się do ciebie zwracać, a ty nie chcesz mi powiedzieć, jak masz na imię.
Usiadł tak, by zasłonić widok Dużemu Królikowi, i ostrożnie, z wahaniem wziął dziewczynkę za rękę. Jej skóra wydawała się gorąca, lecz Clem po chwili zorientował się, że to on ma lodowate dłonie. Chciał ją pocieszyć, zaopiekować się nią i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, ale miał tylko wrażenie, że jest kiepskim aktorem w kiepskiej sztuce, a za plecami czeka publiczność, która za chwilę wygwiżdże jego grę.
– Jak ci na imię? – spróbował jeszcze raz, mimo wszystko.
– Sable – odpowiedziało dziecko.

***

– Musi ci być ciężko, prawda? Żyć w takim miejscu, być pozbawionym dzieciństwa... Nie żeby u nas było o wiele lepiej – wiesz, tam gdzie mieszkam, chłopcy też szybko uczą się obchodzić z bronią, a dzieciom zdarzają się różne... rzeczy. Nieprzyjemne rzeczy, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Zamilkł i poruszył się niespokojnie. Sable patrzyła na niego poważnymi oczami. Bywały chwile, gdy zdawało mu się, że dziewczynka rozumie każde jego słowo, i czasem go to cieszyło, a czasem budziło w nim niepokój.
Teraz przeważał niepokój.
Nabrał jeszcze jedną łyżkę zupy i tym razem pozwolił, żeby spróbowała jeść sama. Szło jej topornie, połowa płynu wylądowała na kocu, ale Clem uznał, że liczą się chęci. Widać było, że męczy ją bezradność; dziewczynka jak najszybciej chciała wrócić do pełni sił, a Clem, pracując z ojcem, zdążył się nauczyć, że taka postawa to połowa sukcesu.
Sable była twarda – musiała taka być, żeby przeżyć w Harfie Pustyni.
Problem polegał na tym, że Clem nie miał pojęcia, jak należy obchodzić się z dziećmi. Jedyną dziewczynką, którą do tej pory znał bliżej, była córka jednego z przyjaciół jego ojca. Przychodziła czasem, odświętnie ubrana, ze swoim tatą, a Clem ciągnął ją za długi warkocz, pytał „Hej, mała, co tam u ciebie ciekawego?”, po czym wyłączał się, gdy zaczynała paplać. To było proste i zrozumiałe, ale niestety, w tej chwili nie mogło mu pomóc, bo Sable w niczym nie przypominała tamtej dziewczynki.
Była ulepiona z innej gliny, mówiła odmiennym językiem, a przede wszystkim powoli przestawała być dzieckiem. Co prawda nadal była płaska jak deska – za co Clem zdążył podziękować losowi, gdy ją mył – niemniej coś ledwo uchwytnego w niej świadczyło, iż wkrótce wkroczy w dorosłość.
Z drugiej jednak strony, może to tak naprawdę było ułatwienie, może Clem nie powinien porównywać jej z dziećmi, lecz z dorastającymi panienkami, które znał, gdy sam miał trzynaście lat.
Uśmiechnął się, czując, że wkracza na nieco pewniejszy grunt.
– Gdybyś urodziła się w Lucienne – wiesz, to takie małe miasteczko, w którym mieszkałem – to nie chodziłabyś w brudnych spodniach i w tunice, tylko miałabyś ładną sukienkę, zieloną, błękitną albo różową. Z falbankami. – Pamiętał, że dziewczyny bardzo lubiły falbanki. – To by ci się podobało, co? No i oczywiście nie biegałabyś po mieście z bronią, tylko chodziłabyś na zabawy albo na spacery z chłopcami. W wigilię świętego Jana zawsze urządzamy wielki piknik na łące za miastem, jest mnóstwo żarcia i morze alkoholu i wszyscy jedzą, piją i tańczą aż do rana. Niektórzy rodzice wyganiają dzieciaki w twoim wieku wieczorem do domu, ale inni pozwalają im zostać albo zwyczajnie o nich zapominają. Mój ojciec pewnego razu przypomniał sobie o mnie dopiero następnego dnia po południu, gdy wyleczył kaca. Założę się, że dobrze by ci u nas było... U nas jest fajnie, znaczy, bywa też paskudnie, ale to zależy od rodziny. Najważniejsze to pilnować własnego nosa i nie wchodzić w drogę silniejszym od siebie. Mój ojciec to umiał, ale potem... zresztą mniejsza z tym. Opowiem ci tylko o wesołych rzeczach, OK? O samych miłych, wesołych rzeczach. Żadnych potworów, żadnej krwi i zabijania. Będziesz mogła zapomnieć o tym chociaż na chwilę.

***

Clem zbudził się w nocy, słysząc odgłosy rozmowy. Przez chwilę, wciąż na wpół śpiący, sądził, że to dziewczynka do kogoś mówi – przez ostatnie dwa dni całe jego życie kręciło się wokół tego dziecka – ale nie, to był zdecydowanie męski głos. Męski i zagniewany.
Usiadł na posłaniu, w głowie mu się przejaśniło.
W świetle ich jedynej żarówki dwa długie, czarne cienie poruszały się na tle ściany. Jeden zwinnie, drugi niezgrabnie, jakby... kanciasto. Clem poznał ten ruch bez chwili wahania.
Zwinny cień chwycił swego niezgrabnego towarzysza i potrząsnął nim.
– Co jest, kurwa, w tej skrzyni? – warknął sierżant Bidou. – Mów, pieprzony sukinsynu, albo za chwilę będziesz zbierał zęby z podłogi.
– Broń... Mówiłem, że broń... – Jee Merino z trudem łapał oddech.
Clem wstał i zbliżył się do nich. Dalej w półmroku jaśniały już twarze Berniego i Dużego Królika.
Bidou wziął zamach i nie śpiesząc się, precyzyjnie uderzył Merino w twarz. Ten smarknął przez rozbity nos i zaczął osuwać na podłogę, lecz zanim do niej dotarł, sierżant złapał go ponownie, po czym pchnął na skrzynię. Kant musiał trafić na chory staw, bo Merino zawył z bólu.
Bidou sapnął z wyraźną satysfakcją.
– Masz dość? Zaczniesz gadać po ludzku?
– Tak... Dobry Ojcze, człowieku, przestań i posłuchaj mnie choć przez chwilę...
– Będę słuchał, jeśli będziesz mówił do rzeczy. Dlaczego nie powiedziałeś nam o niewidzialnych smokach? Jeden z nich zabił mojego człowieka, skurwielu!
Merino usiadł na skrzyni wygodnie i rozmasował bolące kolano. Z rozbitego nosa płynęła krew, rozmazana i w świetle lampy niemal czarna. Mężczyzna wyglądał teraz, jakby miał naciągniętą na pół twarzy bandycką maskę.
– A co by to zmieniło, gdybym wam powiedział? – Skrzywił się, spróbował wytrzeć krew, ale osiągnął tyle, że teraz maska sięgała linii oczu. – Dorośli nie mogą walczyć z tymi stworzeniami, niezależnie od tego, jak dobrze są przygotowani i uzbrojeni. Nie mogą, bo zwyczajnie ich nie widzą. Tylko dzieci mogą je zabić. Gdybym wam powiedział, że w Harfie grasują niewidzialne potwory, tylko niepotrzebnie byście się denerwowali, a i tak nic by to nie zmieniło.
A poza tym wtedy trzy razy byśmy się zastanowili nad przyjęciem twojej propozycji, dopowiedział w myślach Clem. Kiedyś zadał sobie pytanie, dlaczego ich pracodawca nie wynajął ludzi w miejscu, skąd zazwyczaj ruszały karawany do Harfy, i teraz znał już odpowiedź. Merino sprytnie udał się na wschód, do Chigali wystarczająco oddalonej od szlaku, aby mała była szansa, że ktoś tam wie o smokach, a jednocześnie wystarczająco bliskiej, by wyprawa do Harfy wydawała się... cóż, owszem, głupotą, ale nie jakoś szczególnie niebezpieczną głupotą. Przy pierwszym spotkaniu Merino sprawił na nich wrażenie naiwniaka, który kompletnie nie zna się na handlu i którego można bez wielkiego ryzyka obedrzeć z nadmiaru gotówki, i prawdopodobnie dokładnie o taki efekt mu chodziło.
Tymczasem Bidou pochylił się z miną wyrażającą ociekającą fałszem życzliwość.
– Denerwowali się, tak? – mruknął, po czym posłał Merino żartobliwy prztyczek w nos, pod wpływem którego mężczyzna zwinął się z bólu. Gdy wreszcie udało mu się wyprostować, po jego twarzy płynęły łzy, żłobiąc korytarze w krwawej masce.
– Skoro tak ci zależy, żebym się nie denerwował, to powiedz, co jest w tej skrzyni.
– B... broń...
Bidou pokręcił głową ze smutkiem.
– Naprawdę robię się coraz bardziej zdenerwowany. Nawet nie chcesz wiedzieć, jak bardzo. Spróbujemy jeszcze raz, co? Ostatnia szansa. Co-jest-w-tej-skrzyni?
– To naprawdę jest broń – powtórzył Merino uparcie i niemal spokojnie, choć zdradził go ruch ręki, którą uniósł, by osłonić twarz. – Czekaj, moment, daj mi wyjaśnić...
– Masz dwie minuty.
Clemowi przyszło do głowy, że mimo autentycznej wściekłości i żalu po śmierci Sala Bidou świetnie się bawi. Jemu zresztą też widok zakrwawionego, wystraszonego Merino sprawiał nielichą przyjemność.
– To urządzenie emituje dźwięki, które odstraszają smoki. Jeśli podłączyć je do generatora, będzie trzymało bestie z daleka od miasta. Tak robią ludzie z wybrzeża. Tam też są niewidzialne potwory, trochę inne co prawda, ale mam nadzieję, że jednak wystarczająco podobne, żeby zadziałało...
– Byłeś na wybrzeżu? Pierdolisz, to są tysiące kilometrów, a ty ledwo się ruszasz.
– Przecież nie szedłem pieszo, człowieku. Poza tym wtedy byłem jeszcze zdrowy.
– I wziąłeś od nich takie urządzenie?
– Wziąłem plany i prawie pięć lat mi zajęło, żeby coś podobnego zbudować. Wtedy właśnie zachorowałem, lekarze mówili, że z przepracowania...
– A teraz zamierzasz to sobie odbić, co? I trochę zarobić?
Jee Merino wzruszył ramionami, potwierdzając to, co oczywiste. Bidou pochylił się na nim, a kiedy się odezwał, jego głos był zimny jak lód.
– To powiedz mi, kurwa, czemu od razu nie przehandlowałeś tym ludziom urządzenia? Włączyliby je i miasto byłoby bezpieczne, a Sal by żył. Nie mogłeś się dogadać? Czekałeś, draniu, aż dadzą wyższą cenę?
– Nie rozumiesz...
– Więc mi wytłumacz.
– Człowiek, z którym się kontaktowałem, prosił mnie o dyskrecję, mówił, że tutaj nie wszyscy chcieliby takiego urządzenia. Że według tamtych potwory są po to, żeby miejscowi się od dzieciństwa hartowali, że tradycja i wola boska... Takie tam bzdury. Ale mój człowiek, on się nazywa Musa, obiecał, że znajdzie grupę ludzi, którzy myślą tak samo jak on, i gdy już włączą urządzenie, to pozostali się z tym pogodzą. Ja miałem przyjechać tutaj pod pozorem sprzedaży karabinów i trzymać gębę na kłódkę, dopóki nie skontaktuję się bezpośrednio z Musą. Problem w tym, że nie mogłem go znaleźć – trzy dni kręciłem się po mieście i niby przy okazji o niego pytałem, ale dopiero dziś wieczorem ktoś mi powiedział, że facet właśnie się ożenił i zamknął się w domu z młodą żoną... Dobry Ojcze, myślałem, że gościa zabiję gołymi rękami, ale na szczęście doszliśmy do porozumienia...
– A to porozumienie oznacza konkretnie jaką sumę?
Merino przełknął ślinę. Widać było, że chce skłamać, i widać było, że zrezygnował.
– Pięćdziesiąt tysięcy. Jak Musa wreszcie wylazł z ciepłego łóżka, to obiecał, że do jutra wieczorem będzie miał pieniądze.
Bernie gwizdnął z podziwu, a Królikowi w ciemności zaświeciły się oczy. Także sierżant Bidou wyglądał na o wiele bardziej radosnego, gdy poklepał Merino po ramieniu.
– Gratuluję zmysłu do interesów – wyszczerzył zęby. – W takim razie podniesiesz nam stawkę, a my bezpiecznie zabierzemy cię do domu.

***

Clem sięgnął po słownik. Zazwyczaj mówił do Sable w swoim własnym języku, od czasu do czasu tylko wtrącając zapamiętane obce słowa, ale tym razem musiał mieć pewność, że ona go zrozumie.
– My mieć coś – oznajmił. W słowniku, niestety, brakowało słowa „urządzenie”. – Straszyć smok i one iść daleko. – Brakowało też słów „odlecieć” i „trzymać się z dala”. – Nie ma smok, rozumieć? My dać wam to. Ty walczyć nie. Dzieci walczyć nie. Nie trzeba broń już. Nie ma smoki, nie ma dzieci z broń. Dzieci szczęśliwy tak, dzieci z broń nie.
Dziewczynka chyba zrozumiała, bo jej oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia, a potem przybrały wyraz zamyślenia. Clem był rozczarowany, choć wiedział już, że Sable nie lubi ujawniać uczuć.
Zostawił ją samą w nadziei, że kiedy przetrawi tę nową informację, okaże wreszcie odrobinę wdzięczności.

***

Koło południa przyszła mała koleżanka Sable. Tym razem Clem jej nie przegonił, obserwował tylko z daleka, czy jego pacjentka nie próbuje znów wstawać.
Nie próbowała. Dziewczynki rozmawiały jedynie przyciszonymi głosami o czymś – sądząc po ich minach – bardzo ważnym.

***

Clem nie zastanawiał się, w którym momencie popełnił błąd. To akurat było oczywiste. Rozmyślał za to, czy istniała szansa, aby tego błędu uniknąć albo przynajmniej naprawić go, gdy już został popełniony. Dręczony poczuciem winy, analizował tamten dzień godzina po godzinie i minuta po minucie. Gdyby dało się cofnąć czas, Clem miałby mnóstwo pomysłów, jak zmienić rzeczywistość.
To było oczywiście później, gdy po pierwsze, opatrzył rany, a po drugie, przejechał przez pustynię z powrotem do Chigali. Wtedy miał już czas, by rozmyślać w dzień i śnić koszmary nocą. Wcześniej liczyło się tylko przeżycie następnych kilku godzin.
Koszmary zaczynały się zawsze tak samo.
Od wkroczenia do sali sześciorga dzieci.
Tak naprawdę rzecz jasna nic w tym strasznego nie było. Nie wtedy, nie w momencie, gdy nikt z nich nie wiedział, co go czeka. Po prostu do sali weszła szóstka dzieciaków: dwie dziewczynki i czterech chłopców w wieku mniej więcej jedenastu-dwunastu lat. Wszyscy byli uzbrojeni, ale to Clem i jego towarzysze traktowali jak oczywistość.
Clem uznał, że dzieci przyszły odwiedzić chorą koleżankę, co był gotów zaaprobować. Mała potrzebowała rozrywki, a w razie gdyby przyszedł im do głowy jakiś głupi pomysł, zawsze mógł interweniować.
Bernie i Merino potraktowali dzieci jak powietrze – ten pierwszy zajął się czyszczeniem paznokci, a drugi bazgrał coś na kartce, od czasu do czasu obgryzając zawzięcie resztkę ołówka. Bidou burknął do Clema „Jak coś ukradną, to będzie twoja wina”, lecz nie zrobił nic, żeby małych gości wyrzucić. A Duży Królik w nagłym przypływie wielkoduszności podarował najmłodszej dziewczynce tabliczkę czekolady, po czym usiadł w kącie i przybrał wyraz twarzy nazywany przez nich „medytującym Indianinem”, który w rzeczywistości świadczył, iż Królik po prostu drzemie.
Wszystko było w porządku do chwili, gdy Clem zaproponował, żeby wypróbować urządzenie odstraszające smoki. Gdyby tego nie zrobił, niczego by to nie zmieniło – podstawowy błąd został popełniony znacznie wcześniej i sprawy toczyły się swoim biegiem do tragicznego finału, lecz Clem najczęściej wracał myślami do tego właśnie momentu, który wydawał mu się przełomowy, być może dlatego, że oddzielał pozorny spokój od początku końca.
Tak więc Clem rzucił propozycję, a pozostali zgodzili się na nią mniej lub bardziej entuzjastycznie. Zrobili to z różnych powodów: Merino, zgodnie z tym, co sam powiedział, po to, by przekonać się, czy urządzenie nie uległo uszkodzeniu w czasie podróży, Clem chciał udowodnić dzieciom, jak bardzo są dla nich dobrzy i hojni, a Bidou uznał, że i tak nie ma niczego lepszego do roboty. Co do Królika, on zawsze szedł tam, gdzie Bernie, a Bernie był ciekaw, czy działające urządzenie w ogóle daje jakikolwiek efekt, bo jak poznać, czy niewidzialny smok został odstraszony, czy też nie?
To pytanie przyszło do głowy także Clemowi, gdy wspinali się po schodach na dach budynku. Jee Merino i Bidou nieśli skrzynię z odstraszaczem, a Królik i Bernie generator – według Merino zbyt mały, by urządzenie działało przez dłuższy czas, ale na krótką próbę wystarczający. Clem miał wolne ręce, wziął więc owiniętą w koc Sable. Za nimi w zwartej grupce postępowała reszta dzieciaków, wszystkie z szeroko otwartymi oczami.
Clem zastanawiał się wówczas, czy odstraszasz nie jest aby jedną wielką hucpą. Tubylcy nie sprawiali wrażenia jakoś szczególnie naiwnych, z drugiej jednak strony być może byli zdesperowani i dlatego dali się oszukać. Bo co, jeśli Merino włączy urządzenie, powie wszystkim, że działa, i weźmie pieniądze, po czym wyjedzie z miasta, zanim zupełnie nieodstraszone smoki zabiją kolejną ofiarę?
Był to scenariusz tak prawdopodobny, że Clemowi na samą myśl zrobiło się gorąco. Spojrzał na Berniego i zorientował się, że tamten myśli o tym samym, tyle że jego taka perspektywa najwyraźniej bawiła, bo zademonstrował zęby w radosnym uśmiechu.
Chłopak nie po raz pierwszy zauważył, że uśmiech Berniego z każdym dniem coraz bardziej przypomina słynny wyszczerz Sala, jakby teraz, gdy Sala zabrakło, Bernie uznał za swój obowiązek przejęcie roli naczelnego wesołka drużyny.
Mniej więcej na wysokości dziesiątego piętra spocony jak ruda mysz Clem pocieszył się myślą, że Merino wygląda na bardzo przejętego. Z urządzeniem obchodził się ostrożnie jak z ukochanym dzieckiem i patrzył na nie z ojcowską dumą. Czyli może jednak wszystko jest OK, pomyślał chłopak, lecz gdzieś wewnątrz gniotło go przekonanie, że nie, nic nie jest w porządku.
Dotarli na ostatnie, piętnaste piętro, a potem po drabince wyszli na dach. Trupioblady Jee Merino wyglądał, jakby zaraz miał dostać ataku serca. Stanął nieco dalej i odwrócił głowę, wystawiając twarz na podmuchy ciepłego wiatru, lecz Clem i tak zdążył zauważyć, że rysy mężczyzny wykrzywia ból, a jego policzki są mokre od łez.
Chyba właśnie w tej chwili chłopak uznał z całą pewnością, że Merino jednak jest uczciwy. Oszust być może zacisnąłby zęby, znosząc cierpienie w imię zdobycia bogactwa, lecz przecież teraz nie chodziło o pieniądze, a jedynie o sprawdzenie, czy urządzenie działa, przy czym wokół nie było nikogo, komu trzeba by cokolwiek udowadniać czy demonstrować.
Bidou położył skrzynię, którą wtaszczył na dach niemal samodzielnie, bo Merino bardziej pozorował pomoc niż faktycznie pomagał. Sierżant usiadł na niej, otarł spoconą twarz i odetchnął.
Clem ułożył obok Sable, powiedział do niej kilka uspokajających słów, które może zrozumiała, a może nie, po czym odwinął koc. Co prawda zbliżał się już wieczór, ale wciąż jeszcze było ciepło.
Wszystko to obserwowały zbite w ciasną gromadkę, zawsze czujne dzieci.
– W porządku, bierzmy się do roboty. – Gdy Merino się odwrócił, jego rysy był już spokojne, ale twarz wciąż miał bladą.
Wyciągnęli urządzenie ze skrzyni i postawili mniej więcej pośrodku dachu. Wyglądało teraz jak miniaturowa rakieta wycelowana w niebo i Clem uśmiechnął się na tę myśl – ale tylko przez ułamek sekundy, bo wciąż nie opuszczało go przeczucie, że coś tu jest bardzo, bardzo nie tak.
Merino pochylił się i majstrował chwilę przy pierścieniach otaczających srebrny walec. Przesuwał je, podczas gdy z wnętrza mechanizmu dobiegały zgrzytliwe dźwięki kojarzące się do złudzenia z nakręcanym zegarem.
Wreszcie znalazł właściwe ustawienie i w ciszy od urządzenia popłynęła fala uderzeniowa, efekt drgającego powietrza zbyt silny, by złożyć go na karb kończącego się upalnego dnia. Clem z szeroko otwartymi oczami patrzył, jak sylwetka stojącego po drugiej stronie Berniego zniekształca się i wykrzywia, nagle osobliwie pękata pośrodku, a chudziutka w okolicy nóg i szyi.
Dzieci za jego plecami wydały z siebie głośne „och!”.
Później (gdy opatrzył rany i przejechał przez pustynię) Clem zastanawiał się też, czy to właśnie ten efekt ostatecznie przekonał dzieci, że powinny postąpić tak, jak w końcu postąpiły, i nieodmiennie dochodził do wniosku, że nie, że gdyby nawet żadnego drgającego powietrza nie było, to dzieci i tak zrobiłyby swoje po prostu na wszelki wypadek. Już wcześniej zdecydowały, a zwłoka oznaczała jedynie czekanie na dogodną okazję.
– Działa – oznajmił z satysfakcją Merino, przez kilka sekund jakby mniej blady, a po chwili już zupełnie nieblady, gdy rozległ się strzał i jego twarz zalała czerwień. Upadł na kolana z dziurą pośrodku czoła i wyrazem zdumienia w oczach, po czym ruchem, który w każdych innych okolicznościach Clem uznałby za melodramatycznie sztuczny, osunął się na dach.
Bidou zareagował najszybciej, odwracając się i sięgając po broń. Problem polegał na tym, że nie był wystarczająco szybki – dzieci miały już wycelowane karabiny w rękach, a po swojej stronie element zaskoczenia. Bidou dostał sześć kul, z czego trzy wryły się w klatkę piersiową, jedna zaś uszkodziła tętnicę szyjną. Tryskające krwią ciało zatoczyło się, po czym z impetem wpadło na najmniejszą i najbliżej stojącą dziewczynkę, przewróciło ją i unieruchomiło, sparaliżowaną w szoku pod drgającą spazmatycznie górą zdychającego mięsa. Być może w ostatnich chwilach życia sierżant czuł jednak odrobinę satysfakcji. Pozostali nie mieli nawet tyle. Duży Królik zdążył wystrzelić raz, ale nie trafił, gdyż ułamek sekundy wcześniej kula rozorała mu nadgarstek, podbijając dłoń. Druga trafiła go w czoło i ostatecznie Indianin zginął tak jak Merino, z ręki tego samego strzelca czy może kogoś równie uzdolnionego. Bernie zachował się najrozsądniej, bo nie próbował walczyć, tylko cofnął się kilka kroków, uniósł ręce i powiedział coś, co w uszach zmartwiałego z przerażenia Clema zabrzmiało jak „smokowie”, a co najprawdopodobniej znaczyło „spokojnie”.
Bernie cofał się dalej, z uniesionymi rękami i wyrazem twarzy zarazem chytrym oraz pełnym nadziei, jakby usiłował przekupić dzieci cukierkami i był pewien, że co jak co, ale na słodycze się skuszą. Nie skusiły się. Bernie dotarł do krawędzi dachu i zatrzymał się z piętami zwisającymi nad pustką i wielkim, czerwonopomarańczowym słońcem za plecami. Czworo dzieci zostało, by go pilnować, a jeden z chłopców pomógł Sable się podnieść, po czym włożył jej do ręki własny karabin. Czwórka dzieci odsunęła się, robiąc jej przejście. I to właśnie Sable strzeliła Berniemu w pierś, potem zaś, wciąż wsparta na ramieniu kolegi, najdłużej patrzyła, jak ciało spada, koziołkując.
Clem stał wówczas pośrodku dachu w towarzystwie trzech trupów oraz zalanej krwią dziewczynki, która właśnie wygrzebała się spod jednego z nich. Przez cały czas nawet nie drgnął i to także miał później wspominać, tamten paraliżujący bezruch, gdy stał w cieple wczesnego wieczoru z absolutną pustką w głowie. Nie żeby miał szansę kogokolwiek ocalić, skoro nie udało się to Bidou ani Królikowi, a Bernie wolał się poddać. Lecz gdyby Clem przynajmniej spróbował coś zrobić, cokolwiek, czułby się później lepiej.
Bo dzieci tak czy inaczej darowałyby mu życie, o tym był przekonany.
Gdy skończyły z Berniem, odwróciły się w kierunku Clema. Pod słońce nie widział ich wyraźnie – tylko kilka czarnych sylwetek o rozmytych krawędziach na tle czerwieni i pomarańczu. Zamrugał, oczy mu łzawiły. Jak ognista dziura w niebie, pomyślał nie wiedzieć czemu, a potem: powinniśmy się domyślić.
Ktoś coś powiedział (Sable?) i rozległ się huk wystrzału. Kula szarpnęła Clemem i obróciła go o dziewięćdziesiąt stopni, w ramię wgryzł się ból, a zaraz po nim przyszło omdlewające gorąco.
Powinniśmy się domyślić, że ci, którzy nie chcą żadnych zmian i wolą żyć z potworami, to właśnie oni – Clem dokończył myśl, po czym usiadł, bo jego nogi zrobiły się zdecydowanie zbyt miękkie, żeby utrzymać ciężar ciała.
Oni. Dzieci.
Siedział z zamkniętymi oczami, starając się nie zemdleć, choć miękki, czerwonawy i ciepły mrok kusił, by się w niego osunąć. Ramię bolało, mokry rękaw koszuli lepił się do ciała, ale mógł poruszać palcami dłoni.
Czyli nie było tak źle. Dzieci nie chciały go zabić, tylko dać mu nauczkę albo po prostu wyeliminować na chwilę z akcji.
Gdy otworzył oczy, słońce do połowy zniknęło za krawędzią budynku, a zimny wiatr studził spoconą twarz. Clem spojrzał na prawe ramię i skrzywił się, bo rękaw koszuli wyglądał, jakby ktoś zanurzył go w czerwonej farbie. Na szczęście materiał zasechł wokół rany, tamując tym samym upływ krwi, ale chłopak wiedział, że tak czy inaczej powinien teraz zejść na dół, znaleźć apteczkę i założyć porządny opatrunek.
Rozejrzał się i bez zdziwienia stwierdził, że jeśli nie liczyć trzech trupów, jest na dachu sam. Odstraszacza też nigdzie nie widział.
Zaciskając zęby wstał, opanował zawrót głowy i powlókł się w stronę krawędzi dachu. Na dole zobaczył Berniego, który z tej wysokości wyglądał jak porzucona lalka, a obok rozbite w drobny mak urządzenie.

***

Koniec końców jednak Sable okazała mi wdzięczność, myślał Clem, pakując do jeepa zapasy, śpiwory i broń. Z jedną tylko ręką sprawną – w dodatku lewą – trwało to długo, ale czekające przy wyjściu dzieci sprawiały wrażenie bardzo cierpliwych.
Wcześniej patrzyły, jak Clem męczy się przy zakładaniu opatrunku, a jeszcze wcześniej, zanim zszedł schodami, rozładowały wszystkie karabiny. Sprytne, orzekł w myślach chłopak, choć i tak nie miał zamiaru niczego próbować.
Gdy skończył, było niemal całkiem ciemno, Clema zaś czekała perspektywa wyprowadzenia samochodu z miasta, wciąż przy użyciu wyłącznie lewej ręki, a potem zimna noc spędzona na pustyni. Ranny, osłabiony i przede wszystkim samotny, jaką miał szansę bezpiecznie dotrzeć do domu? Jak jeden do dziesięciu? Mniej?
Mimo to nie zamierzał narzekać. Wściekłość, poczucie winy, a przede wszystkim strach – wszystko to przyszło później.
Milczał, gdy jego mali strażnicy ułożyli Sable z tyłu jeepa, i potem, gdy wymownymi gestami kazali mu ruszać. Jechał bardzo wolno, a dwie dziewczynki i czterech chłopców eskortowało go, wskazując drogę. W ten sposób dotarli do barykady, gdzie dzieci pomogły Sable zsiąść i podniosły szlaban.
Clem wcisnął gaz, zatrzymał się po drugiej stronie i obejrzał się do tyłu.
Tylne światła oświetlały całą siódemkę na tyle dobrze, że mógł dostrzec, iż Sable na chwilę się wyprostowała i stanęła samodzielnie, bez niczyjej pomocy. Dopiero teraz zauważył, że była najwyższa z całej grupy.
Ile czasu jej zostało, zanim nieuchronnie wkroczy w dorosłość i przestanie widzieć potwory? Pół roku, rok?
Tak czy inaczej, niewiele. I prawdopodobnie zdawała sobie z tego sprawę, ale to nie miało dla niej znaczenia.
Ruszając, Clem pomyślał z goryczą, że gdy człowiek ma dwanaście lat, sprawną broń, a przy boku wiernych przyjaciół, kilka miesięcy może wydawać się wiecznością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz