Dobry człowiek w piekle

(opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w magazynie Science Fiction 04(49)/2005)
 
Czterdziesty siódmy dzień w piekle. Boże, pozwól mi wreszcie umrzeć.
Jeszcze wczoraj na odrapanej ścianie kamienicy nie było tego napisu. Pojawił się w nocy, a może nad ranem, wymalowany czerwonym jak krew sprayem. Mikołaj S. jadł śniadanie przy oknie, raz po raz odczytując te dwa zdania. Zastanawiał się, jak bardzo musiał cierpieć człowiek, który je napisał i gdzie podziewa się teraz.
Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie była zbyt trudna.
Oczywiście autor napisu nadal przebywał w piekle.
Mikołaj S. wypił ostatni łyk aromatyzowanej herbaty, zagryzł słodką bułką. Męczył go kac po wczorajszej popijawie, ale on nawet na kacu zawsze miał dobry apetyt.
Przypominał sobie sen, który dręczył go dzisiejszej nocy. Uginające się pod ciężarem potraw stoły, a wokół ludzie, jedzący bez umiaru i bez zahamowań. Ludzie, którzy bekali i oblizywali ociekające tłuszczem palce, a potem znów żarli, pochłaniając olbrzymie kęsy, a ich umorusane czekoladą i zawiesistymi sosami usta otwierały się i zamykały w rytm ruchów szczęk. Scena jak z koszmarnych obrazów Boscha budziła w Mikołaju S. odrazę, a mimo to nie potrafił zapomnieć o potrawach, które wyśnił. Truskawki z bitą śmietaną, wielkie jak koła ratunkowe torty, pieczone mięsa, misy parującego spaghetti, krewetki natarte czosnkiem, usmażone na oliwie i podane z majonezowym sosem... Boże, jak on dawno nie kosztował krewetek. Ostatni raz u babki, ponad dziesięć lat temu. Ale zawsze musiał jeść wstrzemięźliwie, bo wszak obżarstwo to jeden z grzechów głównych.
Szybko wyrzucił z pamięci ów osobliwy sen. Dzisiejszego dnia potrafił myśleć tylko o wyniku konkursu. To już za dziewięć godzin, pomyślał. Dokładnie o osiemnastej rozstrzygnie się jego los.
Jeszcze przedwczoraj, ba, nawet wczoraj, zanim zaczął pić w Narrenturmie, łudził się, że zdąży. Nie wydawało się to takie trudne. Wszak mimo wszystko był dobrym człowiekiem, prawda? Pomagał mieszkającej po sąsiedzku staruszce robić zakupy, czasem też opiekował się dzieckiem koleżanki z pracy i nigdy nie wziął za to ani grosza. Nie plotkował, rzadko kiedy podnosił głos, nie mówiąc już o obrażeniu kogoś. Krótko mówiąc, był jednym z tych może nie najlepszych, ale w każdym bądź razie uprzejmych ludzi, którzy w większości zaludniają ten świat.
I coś mu się, do kurwy nędzy, za to należało.
Otworzył okno, wciągnął w płuca chłodne, pachnące wiosną powietrze. Ból głowy odrobinę zelżał i Mikołaj S. nabrał optymizmu. Postanowił wyjść na miasto i zobaczyć, co da się zrobić.
W łazience ochlapał twarz zimną wodą, potem podniósł głowę i spojrzał w lustro. Miał ziemistą cerę, przedwcześnie posiwiałe włosy i głęboko osadzone czarne oczy, w których czasem zapalał się niebezpieczny błysk. Typowy wygląd szalonego poety, na który, jeszcze za studenckich czasów, zdarzało mu się podrywać dziewczyny. Lubił, gdy bogate i miłe kobiety zapraszały go do siebie, nie dlatego bynajmniej, że chciał zaciągnąć je do łóżka, ale dlatego, że w ich domach mógł spróbować różnych frykasów. Z doczesnych przyjemności Mikołaj S. znacznie bardziej cenił jedzenie niż seks.
Założył lekki wiosenny płaszcz, już na klatce schodowej zapiął go niedbale, a dłonie wcisnął w kieszenie.
Ulice prowincjonalnej mieściny P. były czyste i ozdobione maleńkimi klombami, na których kwitły pierwsze bratki. Podmuchy wiatru ziębiły skórę, ale nawet w ich chłodzie wyczuwało się przyjemną wiosenną świeżość. Uśmiechnięci ludzie przystawali na chodniku by pogawędzić ze znajomymi, a na pożegnanie wszyscy obejmowali się serdecznie.
Mikołaj S. szedł nasłonecznioną stroną ulicy, starannie omijając miejsca, gdzie kamienice rzucały głęboki i zimny cień.

***

„Nie sądzimy, że pańskie dzieło znajdzie czytelników”.
Z taką adnotacją wracało od wydawców „Jesienne światło”, jego pierwsza powieść. Odmówili wszyscy, jeden po drugim. Wtedy właśnie bliski załamania Mikołaj S. dowiedział się o konkursie, organizowanym przez stołeczny Klub Literatów. Główną nagrodą było dwadzieścia tysięcy w gotówce, sprzedaż praw do ekranizacji i oczywiście wydanie książki. Z tym wiązały się rzecz jasna wywiady w prasie, sława i pieniądze, a nawet podpisywane z góry umowy na kolejne powieści. Mikołaj S. pomyślał wówczas, że jeśli nie docenią go uznani pisarze ze stolicy, to nie zrobi tego już nikt.
Szczęśliwy traf chciał, że w Klubie pracował jego dawny kolega, jeszcze z czasów liceum. Był tylko szatniarzem, ale wiedział o wszystkim, co tam się dzieje. To on właśnie tydzień temu zdradził Mikołajowi S. w zaufaniu, że szansę na nagrodę mają tylko dwie powieści: „Jesienne światło” właśnie oraz „Ojciec marnotrawny”, dzieło niejakiego Roberta P.
Mikołaja S. to nie martwiło. Szczerze wierzył, że jego inteligentna i nowatorska książka po prostu jest lepsza. Przeraził się nie na żarty dopiero gdy w jednej z gazet przeczytał krótką notkę informującą, że Robert P., autor kilku opowiadań, przypadkiem znalazł się na miejscu samochodowej kraksy i ryzykując własnym życiem wyciągnął z wraku matkę, dziecko oraz psa.
Matkę, dziecko oraz psa, powtarzał w myślach Mikołaj S. idąc ulicą coraz szybciej i szybciej.
Nawet psa sobie nie odpuścił, sukinsyn jeden.

***

Przed kościołem siedział żebrak. Rozpiął ciepłą koszulę, tak iż widać było jego tułów, blady i naznaczony czerwonymi śladami cięć. Spod chirurgicznych nici sączyła się krew i ropa, szwy puściły już gdzieniegdzie i w tych miejscach brzegi ran rozchyliły się, niczym szkarłatne dziobki głodnych ptaszków.
Oczy żebraka przysłaniały ciemne narciarskie gogle. Cuchnął stęchłym potem i moczem, a wypełniona drobniakami puszka drżała w jego dłoni.
Mikołaj S. nerwowo sięgnął do kieszeni. Nim jednak zdążył wyjąć portfel, przed żebrakiem zatrzymała się jakaś kobieta. Jedną ręką prowadziła dziewczynkę, na oko siedmioletnią, drugą nieco młodszego chłopczyka. Dzieci w wolnych rączkach ściskały wielkie kolorowe lizaki. Na widok żebraka malec przytulił się do matki, a jego siostra podniosła głowę i spojrzała pytająco.
– No dalej – zachęcała kobieta – dajcie temu panu lizaki. Na pewno ma ochotę na coś słodkiego.
Chłopiec wykrzywił usta w podkówkę,  dziewczynka zmarszczyła brwi.
– On jest zły – pisnęła cienko – Jest zły i dlatego Bóg go ukarał. Niech więc sobie tu leży głodny, skoro nie potrafi być dobry.
Żebrak poruszył się lekko, ciemne gogle, niczym oczy ogromnego żuka, skierowały się w stronę małego chłopca. Dzieciak zadygotał. Matka przytuliła go mocniej, ale wciąż patrzyła na córkę. Dwie kobiety: duża i malutka, mierzyły się spojrzeniami. Obie miały identycznie zmarszczone brwi, a na ich twarzach malował się upór.
– Niekoniecznie – powiedziała matka. – Może to sprawka Złego, któremu Bóg pozwala czasem doświadczać dobrych ludzi. A nawet jeśli człowiek ten jest grzesznikiem, to i tak należy mu pomagać, bo tak nakazuje Bóg.
Mała popatrzyła na żebraka i cofnęła się ze wstrętem.
Mikołaj S. doskonale ją rozumiał. Babka, która go wychowała, była dobrą kobietą. Bardzo, bardzo dobrą. Tam, gdzie mieszkała, rosły najpiękniejsze kwiaty, autobusy nigdy się nie spóźniały, kromki upadały masłem do góry, a staruszkowie konali we własnych łóżkach, bez bólu i pogodzeni ze śmiercią. Babka mogłaby tam spędzić resztę swoich dni, bo dość harowała w młodości, zajmując się umierającymi w hospicjum. A mimo to od czasu do czasu decydowała się opuścić ten rajski świat. Szła w stronę Śródmieścia, gdzie gromadzili się potępieni. Dla każdego miała słowo otuchy, uśmierzające ból środki, chleb i ciepłe koce. Nalegała, by wnuk towarzyszył jej w tych wyprawach, a chłopiec starał się być dzielny, choć od smrodu i widoku ran robiło mu się niedobrze.
Żebrak obrócił żuczą głowę w stronę dziewczynki i uklęknął. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał wstać. To wystarczyło.
Mała krzyknęła, puściła patyczek i kolorowy lizak rozbił się pod jej stopami. Chłopiec zawtórował siostrze wrzaskiem. Matka podniosła go, a dziewczynkę pociągnęła za rękę. Odeszła wraz z dziećmi, mrucząc coś pod nosem.
Mikołaj S. zbliżył się, by wrzucić do puszki monetę. W tym momencie żebrak zdarł z głowy gogle, odsłaniając krwawą pustkę oczodołów.
– Alleluja! – wrzasnął, wyrzucając ręce w górę, a drobniaki z puszki rozsypały się wokół. – Oto głos z dna piekła! Byłem sługą Szatana, całowałem jego śmierdzący tyłek i robiłem wszystko, co mi kazał! Lecz on porzucił mnie, a Bóg skazał na potępienie. Alleluja! Chwalę Pana, choć moje rany nie chcą się goić! Alleluja! Chwalę Pana, choć rzygam wszystkim, poza chlebem i czystą wodą! Alleluja! Chwalę Pan, choć od spania pod dachem robią mi się wrzody na całym ciele! Alleluja! Sprawiedliwość Pańska jest wielka!
Ludzie spoglądali na ślepca z mieszaniną odrazy, fascynacji i litości. Ktoś cisnął mu własny płaszcz, ktoś inny położył obok zwitek banknotów. Mikołaj S. zawahał się. Jaki sens miało dawanie pieniędzy komuś, kto nie mógł spać pod dachem i kogo żołądek przyjmował tylko najprostsze potrawy?
Schował portfel do kieszeni.
Gdy odchodził, wciąż ścigał go głos szalonego żebraka.
– Diabeł jest wśród nas! Pamiętaj o tym!! Możesz mu służyć, lecz on nigdy nie da ci nagrody! Za każdy dzień służby splunie ci dwa razy w twarz!!

***

W szpitalu powiedziano Mikołajowi S., że aby zostać dawcą szpiku kostnego bądź nerki, trzeba najpierw zapisać się w kolejce do szeregu badań. Dzisiejszego dnia nie zdążyłby nawet wykonać pierwszego z nich.
W hospicjum zażądano, by przedstawił listy polecające od co najmniej dwóch osób. Nie miał takich, a nawet gdyby zdołał szybko kogoś namówić, to i tak pracę mógłby zacząć najwcześniej za kilka miesięcy, bo chętnych było znacznie więcej niż wolnych miejsc.
Na Dworcu Centralnym kupił zupę pewnej zabiedzonej staruszce. Starowinka okazała się wredną jędzą, zjadła zupę i na pożegnanie sklęła dobroczyńcę. Mimo to Mikołaj S. poczuł odrobinę ulgi. Udało mu się spełnić dobry uczynek.
Ale to wciąż było mało, rozpaczliwie mało, w porównaniu z tym, czego potrzebował. Przez dłuższą chwilę stał w dworcowej hali, tuż przy szybie, patrząc jak niebo na zewnątrz ciemnieje i zaczyna siąpić drobny wiosenny deszcz.
Znów przypomniała mu się babka. Kłopot w tym, że nie pasował do jej świata. Za dużo i zbyt łapczywie jadł, bywał leniwy i niedbały, a widząc nieszczęście, wolał odwrócić wzrok niż spieszyć z pomocą. Po ukończeniu piętnastego roku życia zaczęły spotykać go dziwne wypadki – to zaciął się nożem przy krojeniu chleba, to znów potknął na zupełnie prostej drodze. Wciąż gubił najpotrzebniejsze rzeczy, a jego jedzenie dziwnym trafem bywało zepsute, choć inni jedli to samo i nigdy nie chorowali. Zdał sobie wówczas sprawę, że musi odejść. Zamieszkał w internacie, zaś dobre rady babki, które otrzymał w prezencie pożegnalnym, stopniowo blakły w jego pamięci.
Skończył szkołę średnią, potem studia. Już pod koniec ostatniego roku zaczął pracować jako dziennikarz. Żył ubogo, spokojnie, a jego codzienność wypełniały drobne radości i drobne smutki.
Dopiero gdy napisał „Jesienne światło”, zbudził się w nim apetyt na więcej. To była naprawdę cholernie dobra powieść. Zasługiwała na zwycięstwo w konkursie. Problem w tym, że Mikołaj S. musiał zdobyć pierwsze miejsce. Dalszych nagród nie przyznawano, więc nie mógł nawet liczyć, że któryś z wydawców, tych samych, którzy powieść już raz odrzucili, zdecyduje się jednak ją wydać, usłyszawszy, że „Jesienne światło” omal nie wygrało prestiżowego konkursu. O tym, jak bliski jest zwycięstwa wiedział przecież nieoficjalnie i w razie porażki nie mógłby niczego udowodnić.
Mikołaj S. przyciskał czoło do chłodnej szyby, upstrzonej kropelkami deszczu. Modlił się z całej duszy tak, jak nie zdarzyło mu się od czasów dzieciństwa.
Gdy skończył modlitwę, podeszła do niego kilkunastoletnia dziewczyna, ubrana w kusy różowy sweterek, spódniczkę mini i siatkowe rajstopy. Uznał ją za początkującą prostytutkę. Świadczył o tym jej strój, niepewność, z jaką się do niego zbliżała, a także desperacja w oczach.
Zatrzymała się tuż przed nim, oblizała pokryte różową pomadką usta. Spojrzał na nią, a ona uciekła oczami w bok.
– Pan wygląda na nieszczęśliwego – wymruczała. – Może potrzebuje pan towarzystwa?
Odwrócił się demonstracyjnie. Nie miał ochoty na tanią dworcową dziwkę.
– Proszę! – Dziewczyna chwyciła go za rękę. – Chcę tylko pomóc. Mogę posiedzieć z panem, pogadać. Jeśli pan tego potrzebuje, pójdę z panem do łóżka!
Mikołaj S. pojął wreszcie, z kim ma do czynienia.
– Daj spokój, mała – powiedział, delikatnie uwalniając dłoń z jej uścisku. – Mam identyczny problem. Też szukam kogoś, komu mógłbym pomóc.
Na twarzy dziewczyny odmalowało się rozczarowanie, ale także odrobina ulgi.
– Chce pan spełnić dobry uczynek?
Skinął głową. Na zewnątrz rozpadało się na dobre. Wielkie krople deszczu tłukły o szybę, w rytmie przypominającym niecierpliwe bębnienie palcami.
– Ja także. To naprawdę nie moja wina, że muszę zdawać jeszcze raz ten egzamin! Myślę, że uwziął się na mnie Szatan. Uczył o tym ksiądz na religii. Bóg za dobre uczynki wynagradza, a za złe karze, lecz czasem wtrąca się Szatan i sprawia, że złych ludzi spotyka szczęście, a dobrych cierpienie. Tak bywa, prawda?
Znów przytaknął.
– Jak pan myśli, dlaczego on to robi?
– Szatan? – spytał z lekkim uśmiechem. Bawiły go dylematy teologiczne tej panienki.
– Tak.
– Nie mam pojęcia.
Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, ale najwyraźniej też nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.
– A co się stało panu?
Wzruszył ramionami. Nie miał ochoty tłumaczyć jej, że autor kilku przeciętnych opowiadań zgarnie mu sprzed nosa nagrodę i to wyłącznie dlatego, że uratował życie matce i dziecku, a nawet pieprzonemu psu.

***

O czwartej po południu Mikołaj S. znalazł się w Narrenturmie. Wbrew nazwie była to spokojna knajpka, gdzie szacowni ojcowie rodzin wpadali po pracy wypić piwo i zagrać w brydża. Klimat lokalu tworzyły zawieszone na ścianach reprodukcje dzieł Boscha. Fascynację i wstręt zarazem budził zwłaszcza Ogród Rozkoszy Ziemskich. Mikołaj S. wiedział, że nękające go ostatnio sny o wielkim obżarstwie sporo mają wspólnego z przesiadywaniem naprzeciw tego właśnie obrazu.
Zamówił wódkę, potem następną. Z szafy grającej sączyła się tęskna muzyka. Mikołaj S. przymknął oczy, pozwalając, by słowa zapadały się powoli w pustkę w jego sercu.
W cieple jego mokre włosy parowały, czasem jakaś kropla spłynęła na czoło lub policzek i sunęła wolno po skórze, łaskocząc leciutko.
Wraz z ostatnim łykiem wódki skończyła się piosenka, a Mikołaj S. zaczął płakać. Czoło wsparł na zwiniętych w pięści dłoniach i smakował słone łzy, które zmieszane z deszczową wodą spływały mu na wargi.
Ktoś podszedł do niego i chrząknął. Mikołaj S. podniósł głowę, blask lampy poraził nagle otwarte oczy.
– To od tamtego pana w rogu – powiedział kelner. Położył na stoliku papierową chusteczkę i odszedł, zdegustowany widokiem płaczącego pijaka.
Mikołaj S. spojrzał we wskazany róg i zobaczył mężczyznę, zmierzającego w stronę jego stolika. Nie zwrócił uwagi na elegancki strój nieznajomego, na delikatną owalną twarz ani na ciemne, starannie uczesane włosy.
Ważne było tylko jedno. Z każdym krokiem tego człowieka w jego serce wlewała się nadzieja, zupełnie jakby ktoś przechylił nad pustym naczyniem dzban pełen wody.
Gdy nieznajomy usiadł przy stoliku, Mikołaj S. uświadomił sobie, że skórę ma pokrytą warstewką potu, a jego ręce drżą.
– Mam nadzieję, że wybaczy mi pan tę chusteczkę? – zapytał mężczyzna. – Chciałem pana poznać, a głupio mi stawiać facetowi drinka. Zresztą chusteczka bardziej się panu przyda. Proszę wytrzeć twarz.
Mikołaj S. spełnił polecenie, niemal nie zdając sobie sprawy z tego, co robi.
– Kim pan jest? – wychrypiał po chwili.
– Przecież wiesz. – Nieznajomy swobodnie przeszedł na „ty”.
I rzeczywiście wiedział.
Gdy był dzieckiem, babka opowiadała mu a aniołach. Na pozór wyglądają jak ludzie, mówiła, ale poznasz ich bez trudu. Po czym? zapytał wówczas. Po tym, że każde ich słowo odczujesz w swym sercu, odparła. I po blasku skrzydeł, który dostrzeżesz kątem oka.
Tak właśnie było. Serce Mikołaja S. kurczyło się w rytm słów nieznajomego, a jego oczy na granicy pola widzenia wychwytywały obraz rozłożystych skrzydeł, czarnych i delikatnych jak hiszpańska koronka.
– W dzisiejszym świecie niełatwo jest spełnić dobry uczynek – powiedział anioł. – Ludzie są dla siebie uprzejmi i mili, więc Pan nagradza ich szczęściem. Ci zaś, którzy cierpią, najczęściej sami są sobie winni. Jak ów żebrak, którego widziałeś dziś przy kościele. Jemu nie da się już pomóc. Można tylko łagodzić jego cierpienie.
Anioł umilkł i pochylił się w stronę rozmówcy.
– Jesteś dobrym człowiekiem i zasługujesz na szczęście – ciągnął. – Potrzebujesz tylko szansy, by się wykazać. I ja mogę ci taką szansę dać. Jeszcze dziś, zanim będzie za późno!
Serce Mikołaja S. zabiło mocniej, bo ostatnie słowa anioł wyrzucił z siebie pospiesznie, z pasją.
– Co mam zrobić?
Anioł uspokoił się, uśmiechnął.
– Chcę, żebyś kogoś zabił.

***

Mikołaj S. w jednej kieszeni płaszcza miał pistolet, a w drugiej zdjęcie. Fotografia przedstawiała mężczyznę siedzącego na parkowej ławce, tuż obok piaskownicy, w której bawiły się dzieci.
Kim był? Według słów anioła po prostu złym człowiekiem. Cieszył się szczególną opieką Szatana i dlatego właśnie należało go ukarać ludzkimi, nie boskimi czy anielskimi rękami.
Mikołaj S. raz jeszcze spojrzał na zdjęcie. Twarz mężczyzny była okrągła, dość nijaka, ale sympatyczna. Z trudem mieściło się w głowie, że ktoś o takim wyglądzie popełnił zbrodnie tak straszliwe, że dla dobra ludzkości należało go zabić.
Ale przecież aniołowie się nie mylą, prawda? Jeśli jeden z nich nakazuje kogoś zastrzelić, to należy to zrobić. Bez wahania, bo ustami aniołów przemawia sam Bóg, zaś Jego słowa są prawem.
Winowajcę znalazł w miejskim parku, tam, gdzie zrobiono zdjęcie. Siedział na ławce, moknąc w deszczu. Wokół było pusto. Dlaczego mężczyzna nie schował się pod dach, jak inni ludzie? Być może to aniołowie zaaranżowali taką sytuację, bym mógł wypełnić zadanie, odpowiedział sam sobie Mikołaj S.
Zresztą, tak naprawdę nie miało to znaczenia.
Spojrzał na mężczyznę z daleka, upewniając się, że to właściwy człowiek. Potem zawrócił, obszedł ławkę szerokim łukiem. Szum ulewy zagłuszał jego kroki, gdy skradał się w stronę ofiary. Wyjął pistolet z kieszeni i odbezpieczył. To wydawało się proste, bardzo proste. Wystarczyło tylko strzelić w tył głowy, podczas gdy tamten niczego się nie spodziewał.
Mikołaj S. myślał o babce, która prosiła, by zawsze postępował zgodnie z nakazami Boga
Myślał o konkursie i o tym, jak niewiele dzieliło go od wygranej.
Myślał o krewetkach w majonezowym sosie, które mógłby jeść jako bogaty dobry człowiek.
Nie nacisnął spustu.
Zatrzymał się za plecami niedoszłej ofiary, zamknął oczy. Deszczowa woda spływała za kołnierz jego płaszcza, w uszach słyszał tylko monotonny szum ulewy.
Nie mogę go zabić. Po prostu nie mogę. Nic mi nie zrobił, więc i ja nie mam prawa go skrzywdzić. Do diabła z konkursem i główną nagrodą.
I zamiast żalu, że przegrał swoją szansę, nieoczekiwanie poczuł złość.
Do diabła z aniołami, a nawet z Bogiem. Nie będę dla nich zabijał.
Włożył pistolet do kieszeni, odwrócił się.
– Zaczekaj.
Cichy głos zatrzymał go w połowie ruchu. Obejrzał się powoli.
Siedzący na ławce mężczyzna spoglądał wprost w jego twarz. Nie był to jednak ów okrągłolicy człowiek z fotografii, lecz anioł o skrzydłach czarnych i delikatnych jak hiszpańska koronka.
Po chwili Mikołajowi S. udało się odzyskać głos.
– To była próba, prawda? – zapytał. – Próba mojego posłuszeństwa wobec Boga. Przegrałem i nie dostanę nagrody.
– A czego byś chciał? – spytał anioł z uśmiechem, wyraźnie widocznym nawet w strugach deszczu. – Czego pragniesz tak naprawdę?
Mikołaj S. zastanowił się. Znów zbudziła się w nim złość, tym razem zabarwiona odrobiną humoru.
– Krewetek – rzucił. – Natartych czosnkiem, usmażonych na oliwie i podanych z majonezowym sosem, przyprawionym tabasco, curry i szczyptą cukru.

***

Dostał krewetki, majonezowy sos, a nawet butelkę starego wina. Z kuchni niewielkiej knajpy, do której zaprowadził go anioł, dochodziły smakowite zapachy. Byli jedynymi gośćmi, a kelner bez pytania przynosił coraz to nowe smakołyki: łososia z rusztu i zawijane w liście winogron gołąbki, prawdziwą włoską pizzę z kiełbasą i pieczarkami, a nawet złotobrązowe chińskie pierożki.
Mikołaj S. jadł chaotycznie i zachłannie, wpychając w usta wielkie kęsy. Potem zwolnił, zaczął delektować się smakiem. Zastanawiał się, skąd, u licha, anioł wytrzasnął taką knajpkę. W lokalach, które znał, jedzenie podawano tylko w małych porcjach i nigdy nie więcej niż trzy potrawy na raz.
– Dlaczego dostałem to wszystko? – zapytał z pełnymi ustami. – Wszak sprzeciwiłem się woli anioła.
– Ja nie jestem aniołem. Już nie. Byłem jednym z nich, lecz zbuntowałem się.
Mikołaj S. wybałuszył oczy i omal nie zakrztusił się kawałkiem pizzy. Popił winem.
– Jesteś...
– Dokończ.
– Diabłem?
– Oczywiście. I powiem ci, że to właśnie ja trzymam w ryzach ten zwariowany świat. Od początku byłem przeciwny nagradzaniu i karaniu ludzi od razu, jeszcze za życia. To wyjątkowo głupi pomysł. Jesteś dość inteligentny, więc powinieneś wiedzieć, dlaczego. Z przyjemnością jednak zauważam, że nie tylko aniołowie potrafią się zbuntować. Istnieją także ludzie niepokorni, zdolni sprzeciwić się rozkazom Pana. Takich właśnie ludzi szukam.
– Chcesz, abym ci służył? Wypełniał twoje rozkazy? – zapytał Mikołaj S. z niedowierzaniem. Zaskakujące, ale nawet nie przyszło mu do głowy, że mógłby to być sen. Spotkanie z diabłem było bardziej realne niż całe jego dotychczasowe życie.
Przez twarz upadłego anioła przemknął cień irytacji.
– Nie potrzebuję ślepego narzędzia, lecz człowieka inteligentnego, z charakterem.
– Pójdę za to do piekła – powiedział mężczyzna ponuro.
Diabeł roześmiał się, a serce Mikołaja S. omal nie wyskoczyło z piersi.
– Już jesteś w piekle. Masz fatalne znajomości, Mikołaju. Kto to widział, by przyjmować poczęstunek od diabła? Obawiam się, że nigdy nie zobaczysz nieba. Lecz zapewniam cię, że dla ludzi tak niepokornych jak ty, piekło wcale nie musi być nieprzyjemnym miejscem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz