Czwarta nad ranem

(opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w magazynie Esensja)         
           
          Gdy wyszła z wody na suchy, chłodny piasek plaży, faun właśnie wciskał włochate stopy w jej sandałki.
Podeszła do niego, drżąc z zimna. Morze za jej plecami miało kolor ołowianych kul, a różowa łuna na wschodzie przypominała rumieniec powracający niespodziewanie na policzki trupa. Świtało. Godzina czwarta nad ranem. Doskonała pora na zawał serca albo na samobójstwo.
Niepewnie przestąpiła z nogi na nogę. Palce przebiły wierzchnią warstwę suchego piasku i dotknęły dolnej, wilgotnej i jeszcze zimniejszej. Wzdrygnęła się, potarła bosą stopą o łydkę. Potem uciekła spojrzeniem w bok, gdzie spoczywały wyciągnięte na plażę rowery wodne, łodzie i smukłe kajaki.
– To moje sandały – powiedziała niepewnie.
Faun obdarzył ją miłym uśmiechem.
– Wiem, kotku. To zdecydowanie nie mój rozmiar. Poza tym nigdy nie byłem aż tak ekstrawagancki, by nosić obcasy.
– Czy w takim razie mogłabym je odzyskać?
Podał jej buty. Włożyła je, wcześniej niezbyt dokładnie otrzepawszy mokre stopy z piasku. Czy kąpała się w morzu? Chyba nie, bo przecież miała na sobie sukienkę, a rozsądne dziewczęta nie kąpią się w ubraniu. Fakt, że sukienka była wilgotna, złożyła na karb słonych bryzgów, które wzbijały się w powietrze, gdy fale uderzały o skały.
Faun spoglądał na nią z ciekawością, a wiatr bawił się kosmykami na jego szpiczastych uszach. Wyglądał całkiem sympatycznie, taki zarośnięty. Aż się miało ochotę wziąć szczotkę i go wyczesać.
– Jak ci na imię? – zapytał.
Poczuła zawrót głowy i ściskanie w dole brzucha, zupełnie jakby zajrzała w głąb bardzo głębokiej i bardzo ciemnej studni. Z wysiłkiem przełknęła ślinę. Gardło miała suche jak papier ścierny.
– Ja... Paola. – Odetchnęła z ulgą. – Oczywiście, mam na imię Paola.
– Oczywiście – przyświadczył faun, a coś w jego głosie sprawiło, że poczuła niepokój. Cofnęła się znad brzegu studni, ale ona wciąż tam była. Tak głęboka, że gdyby wrzucić do niej pieniążek, spadałby aż po kres czasu.
– Ja jestem Cornelius. Teraz, gdy prezentację mamy za sobą, chodź ze mną. Widzę, że przydałoby ci się coś suchego do ubrania i kubek gorącej kawy.

***

Zaprowadził ją do salonu gier. Było to ostatnie miejsce, o którym w tej chwili by pomyślała, ale w końcu czego można się spodziewać po faunie?
Automaty mrugały czerwonymi i niebieskimi światłami, a ich kolory w szarówce świtu były bardzo blade, jakby cierpiały na poważną anemię. W sali siedziały dwie driady, bose, długonogie i bujnowłose. Czupryna jednej była czarna, a drugiej kasztanowa. Miały na sobie płócienne sukienki i lekkie swetry, jakie nosi się nad morzem w letnie wieczory. Rozmawiały przyciszonymi głosami, popijając coś z plastikowych kubków. Na widok wchodzących podniosły głowy i obrzuciły Paolę ciekawymi spojrzeniami.
– To Amalea, a to Mona – przedstawił je faun. – A to Paola. Znalazłem ją nad morzem. Dokładnie na brzegu – dodał, jakby to miało znaczenie. – Pokażcie jej prysznic, dziewczęta, i znajdźcie coś ciepłego do ubrania.
Amalea, ta kasztanowłosa, uśmiechnęła się szeroko i zaprowadziła Paolę do pomieszczenia z napisem: „Tylko dla personelu”. Była tam toaleta i prysznic, a odrapaną ścianę w kolorze owsianki zdobił nieaktualny kalendarz ze zdjęciem półnagiej pary, która całowała się na tle zachodzącego słońca. Podpis pod zdjęciem głosił: Dajerna – miłość nigdzie nie znalazła piękniejszej przystani.
Dajerna, pomyślała Paola, przypominając sobie hasła reklamowe, które słyszała o tym miejscu. Raj dla zakochanych, romantyczne ruiny i intymne zatoczki nad morzem, w śródmieściu puby i dyskoteki, gdzie przedstawiciele jednej płci mogli poznać przedstawicieli drugiej, a ponadto także zabytkowa fontanna i barokowy kościółek, słynny z obrazu, który przedstawiał świętego Franciszka wśród leśnego ludu. Maleńkie miasteczko, położone na równie maleńkiej wyspie, historią sięgało starożytności, lecz teraz zostało zamienione w modny kurort. Specyficzny kurort, bo Dajerna nigdy nie była szeroko reklamowana i dzięki temu uniknęła najazdu tłumów wczasowiczów, zachowując wiele staroświeckiego uroku. A w pewnych kręgach miała opinię miejsca, do którego należy się wybrać, jeśli ktoś szuka romantycznej letniej przygody.
Paola pamiętała tylko, że przypłynęła tu promem, nic więcej. Miała jednak pewność, że nie szukała letniej przygody. Była na to przecież zbyt młoda.
Odkręciła prysznic, chcąc zagłuszyć kotłujące jej się w głowie myśli. Potem zdjęła wilgotną sukienkę i bieliznę. Sandałki zostawiła. W powietrzu unosiła się woń detergentów, wilgoci i niechybnej grzybicy stóp.
Wyszorowała się dokładnie kawałkiem szarego mydła i umyła włosy, ciężkie od morskiej soli. Gdy skończyła, weszła Amalea, niosąc sukienkę, ręcznik, a nawet grzebień.
Paola wytarła się i ubrała pospiesznie. Sukienka była zbyt duża, ale miła w dotyku, z jakiegoś naturalnego materiału. Potem dziewczyna sięgnęła po grzebień. W łazience brakowało lustra, więc rozczesała tylko włosy, licząc, że po wyschnięciu ułożą się same.

***

– Trzymaj. – Amalea podała jej monetę. – Kup sobie coś z automatu. Dzieci uwielbiają wrzucać pieniążki do automatu.
– Nie jestem dzieckiem – obruszyła się Paola, ale podeszła do stojącej w rogu kolorowej skrzyni i wybrała przycisk z napisem „cappuccino”.
Kawa była paskudna, ale Paoli wydawała się dobra. Miała smak przygody. Pijąc ją o czwartej nad ranem, dziewczyna czuła się niczym policjant z telewizyjnego serialu, wyrwany ze snu o świcie po to, by jechać na miejsce zbrodni. Usiadła na pustym stole bilardowym, machała nogami w powietrzu i patrzyła, jak Cornelius bawi się jednym z automatów. Prowadził wyścigówkę, a Mona i Amalea kibicowały mu, piszcząc głośno, gdy na ekranie auto rozbijało się o przeszkody.
Paola pociągnęła łyk kawy, rozkoszując się jej słodyczą. Byłaby zupełnie szczęśliwa, gdyby do kompletu mogła dostać jeszcze pączka. Policjanci w amerykańskich filmach zawsze jedli pączki.
Policjanci przywiedli jej na myśl ofiary wypadków, a to z kolei sprawiło, że nagle pobladła, a ostatni łyk kawy zmienił się w jej ustach w płynne błoto.
– Corneliusie? – zapytała z drżeniem w głosie. O tak, jej głos naprawdę drżał, choć nie przeszkadzało jej to przy okazji rozkoszować się dramatyzmem tej chwili. Ostatecznie, rzadko ma się okazję zadać takie pytanie.
– Słucham cię, kotku. – Faun przerwał grę, a mały samochodzik na ekranie uderzył w barierkę, efektownym łukiem wyleciał w powietrze i wybuchł.
– Czy ja... hmm... czy ja umarłam?
Miało to zabrzmieć dramatycznie, a zabrzmiało głupio. Zaczerwieniona aż po białka oczu Paola pomyślała, że jedną z najbardziej przykrych wad dorastania jest fakt, że wszystkie mądre w zamierzeniu słowa natychmiast po wypowiedzeniu wydają się kompletnie idiotyczne.
Zanotowała sobie w myśli, by powtórzyć komuś to spostrzeżenie przy najbliższej okazji.
– A czujesz się martwa?
– No cóż... – zawahała się. – Nie, zdecydowanie nie.
– Moim zdaniem wyglądasz na jak najbardziej żywą – zapewnił ją Cornelius. – A więc wszystko jest w porządku.
Paola nie była tego pewna. Pamiętała już, że przyjechała do Dajerny ze starszą siostrą. Elettra lubiła to miejsce, jeździła tu co roku i zawsze wracała zadowolona, a przez następnych kilka miesięcy telefon urywał się od westchnień jej odrzuconych wielbicieli. Tego lata zabrała Paolę ze sobą, bo dziewczyna stanowczo odmówiła wyjazdu na kolejny obóz. Elettra ostrzegła przy tym siostrę, że niewiele tu będzie młodzieży w jej wieku. Dajerna nie była miejscem dla niemal-już-piętnastoletnich dziewcząt, tylko dla dorosłych, najlepiej zakochanych dorosłych. Albo dla tych, którzy chcieli się zakochać.
Przez głowę Paoli przelatywały wspomnienia z wakacji, tak wyraziste, a jednocześnie obojętne, jakby oglądała je na pocztówkach. Oto ona: siedzi samotnie na plaży i stara się ignorować czułe szepty pary, która tuli się do siebie za jej plecami. Boi się zasnąć i czyta w pokoju hotelowym książkę, podczas gdy Elettra bawi się na dyskotece. Pije colę w towarzystwie pryszczatego chłopaka, zerkając przy tym dyskretnie na zegarek, bo przecież o dwudziestej musi już być z powrotem w hotelu. Wypożycza kajak i wypływa nim z dala od ludzi, sam na sam z morzem, które wcale nie ma koloru ołowianych kul, lecz jest zielonkawobłękitne i przejrzyste jak szyba.
Paola przypomniała sobie wszystko aż do wczorajszego wieczora, który poprzedzał dzień jej piętnastych urodzin. Nie pamiętała, co wydarzyło się zeszłej nocy. Dlaczego znalazła się nad morzem. Nie chciała o tym myśleć.
– Będzie dobrze – szepnęła do siebie, celując plastikowym kubkiem w kosz na śmieci. Trafiła. O szyby zabębnił deszcz. Podniosła głowę i ujrzała w nich pazury i kły, lisie ucho i wilczą kitę. A może to było tylko światło rozmazane w kroplach wody?
– Nic ci nie jest, kotku?
– Nnnie... – odparła niepewnie. – Co ze mną będzie?
– Jak to co? – Faun uśmiechnął się szeroko. Bardzo szeroko, niczym klaun. – Pójdziesz z nami na bal.

***

– Tu zawsze jest czwarta nad ranem, prawda? – zapytała, gdy szli wilgotną po deszczu ulicą. Wiatr to cichł, to znów wzmagał się, szarpiąc ich ubrania.
Mijali pozamykane sklepy, restauracje i stragany z pamiątkami. Z nielicznych czynnych barów dolatywały ciche śmiechy i dźwięki muzyki. Jakaś para tańczyła na chodniku przy dźwiękach Wonderful World Louisa Armstronga, nieco dalej dwie nimfy obejmowały się i chichotały jak pensjonarki, a przez pusty rynek kłusował centaur, niosąc na swym grzbiecie zielonego jak trawa sylena.
– Oczywiście – przyznał Cornelius.
Jako dziecko Paola lubiła wstawać o czwartej. Taka pobudka niosła w sobie zapowiedź jakiejś przygody, najczęściej dalekiej podróży. Lubiła oglądać niemal puste ulice, po których wiatr przeganiał śmieci, objuczonych srebrnymi bańkami mleczarzy, sennych dozorców i pijaczków, którzy wracali do domów po całonocnych libacjach. Nie widywała ich o późniejszej porze i pewnie dlatego godzina czwarta nad ranem miała dla niej posmak zaglądania za kulisy świata. Zupełnie jakby w teatrze weszła za scenę i zobaczyła poprawiające fryzury aktorki, rusztowanie, tył dekoracji z dykty i faceta, którzy przy pomocy liny ciągnie kurtynę do góry.
A teraz już naprawdę jestem za kulisami świata, pomyślała Paola. Podobało jej się to określenie: kulisy świata. Uwielbiała słowa, choć one ją nie bardzo, bo inaczej nie brzmiałyby tak głupio, gdy tylko wypowiedziała je na głos.
Czwarta nad ranem miała swój kolor, zapach i smak, a nawet ciężar. Była szara, pachniała świeżością i wilgotnym kurzem, miała smak kawy z automatu pitej w plastikowym kubku i była ciężka jak głowa, do której Piaskowy Dziadek nasypał pół kilograma piasku.
Zatrzymali się przy stacji benzynowej, gdzie Paola kupiła sobie colę i snickersa. Sprzedawcą był posiwiały faun, a za zakupy zapłaciła Amalea. Na pytanie, skąd ma pieniądze, odparła beztrosko, że z fontanny, do której wczasowicze na pamiątkę wrzucają drobne monety.
Dziewczyna odpakowała snickersa i ugryzła, uznając, że to całkiem niezły ekwiwalent amerykańskiego pączka. Poza tym rano należało jeść słodycze, by podnieść poziom cukru we krwi. Nie ma to jak cukier na depresję, a o czwartej nad ranem człowiek ma do niej szczególne skłonności. Wtedy zdarza się najwięcej samobójstw, a w szpitalach często umierają pacjenci. Paola czytała o tym w gazecie.
Wyszła na zewnątrz. Zostawiła otwarte drzwi i gdy jadła batonika, popijając go colą, dobiegała ją rozmowa Mony i Corneliusa, którzy zatrzymali się przy stoisku z prasą.
– Myślisz, że On tam będzie? – Ten śpiewny, łagodny głos to oczywiście czarnowłosa Mona. Nacisk na słowie „on” sprawił, że Paola od razu wyobraziła sobie Jego jako kogoś pisanego wielką literą.
– Chyba tak. – To Cornelius, najpewniej wzruszający teraz ramionami. – On przekracza granicę, kiedy chce. Po co tu przychodzi? Niech się bawi z kobietami, niech tańczy i uwodzi. Ale takie łażenie w tę i z powrotem sprawia tylko, że mylimy się w rachunkach.
Nagły podmuch przywiał zmiętą gazetę, która u stóp Paoli wpadła w kałużę. Dziewczyna przydepnęła ją, zaczekała, aż ucichnie wiatr, a częściowo suchy jeszcze papier przestanie się szarpać. Potem odsunęła stopę i nachyliła się.
Spojrzała wprost w czarno-białą twarz Maurizia, jednego z wielbicieli Elettry, porzuconego przed kilkoma dniami dla bardziej atrakcyjnego kandydata.
Zamieszczony obok zdjęcia artykuł mówił, że mężczyzna zmarł wczorajszego ranka w szpitalu. Powodem śmierci były liczne obrażenia, jakich doznał, gdy jego samochód uderzył w barierkę i stoczył się do morza. Policja wstrzymała się na razie z wyjaśnieniem, jak doszło do wypadku. Sugerowano tylko, że przyczyną mogła być zła widoczność, bo poranki w Dajernie bywały mgliste.
Autor artykułu nie podał godziny, o której zdarzył się wypadek, lecz Paola mogłaby się założyć, że była wtedy czwarta nad ranem.
Kucnęła, by przeczytać ostatnie zdania. „Maurizio Rizzardi twierdził, że stracił panowanie nad kierownicą, ponieważ nagle w lusterku wstecznym ujrzał...”. W tym miejscu tekst przesłaniał ciemnobrązowy odcisk jej podeszwy. Błoto układało się w fantazyjne linie, tworząc zarysy zwierzęcych uszu, pysków i zębów. Zawiał wiatr, powierzchnia kałuży zafalowała, a uszy, pyski i zęby zakotłowały się, najpierw w rytm podmuchów, a potem coraz szybciej, zyskując barwy i wyrazistość lustrzanego odbicia.
– Paola?
Pisnęła i odskoczyła. Ale to tylko Cornelius podawał jej kurtkę przeciwdeszczową.
– Włóż to. Za chwilę znów może padać.
Jaki on miły, pomyślała Paola i z przyjemnością zanurkowała w ocieplany, pachnący gumą materiał.
– Kim jest ten On? – zapytała po chwili, walcząc z obszernym kapturem, który opadał jej na oczy. – Ten, który ma być na balu?
– Nikt ważny – zlekceważył jej pytanie faun. – Nie jest jednym z nas. Ma wiele imion albo nie ma żadnego, to zależy, jak na to patrzeć. Poznasz go od razu, ale najlepiej nie odzywaj się do niego ani nie zwracaj na niego uwagi.
Paola pokiwała głową, choć odpowiedź niewiele jej mówiła. Myślała o balu, prawdziwym balu, na który została zaproszona, a także o biednym martwym Maurizio, który niegdyś chodził z jej siostrą, a potem został sam, bez pary, porzucony niczym niepotrzebny dodatek.

***

        W holu czterogwiazdkowego hotelu „Giberti” kręciło się mnóstwo dziwnych postaci w jeszcze dziwniejszych strojach. Były tu nimfy w wyszywanych perłami sukniach, driady w skórzanych kurtkach i wściekle kolorowych wełnianych pończochach, faunowie w aksamitno-koronkowych kubrakach i sylenowie, ubrani w futurystyczne srebrne kombinezony. Paola bez trudu domyśliła się, skąd pochodzą te stroje, bo kiedyś z nudów wybrała się na popołudniowe przedstawienie do miejscowego teatru. Czy bal już się rozpoczął? Sądząc po przebraniach i dobiegającej z głębi hotelu muzyce, chyba tak.
Przy recepcji siedział zielony i brodaty sylen. Jako jedyny w tym towarzystwie nosił po prostu dżinsy i koszulkę z napisem: I’m one of those bad things that happen to good people. Pochylony, stukał pracowicie w klawiaturę komputera.
– Co on robi? – szepnęła Paola, a Mona w odpowiedzi zbliżyła usta do jej ucha.
– To Renato, najważniejszy z nas wszystkich. On liczy.
– Co liczy? – Dziewczynie przypomniały się znajdowane w fontannie pieniążki. Może Renato był tu kimś w rodzaju księgowego?
– Ludzi – odparła czarnowłosa driada. – Tych, którzy przyjechali tu na wakacje. Oczywiście tylko dorosłych, nie dzieci. Pilnujemy, żeby wszystko było w porządku. Takie jest nasze zadanie. Jaki wynik, Renato? – zapytała głośno.
Sylen podniósł głowę. Jego oczy lśniły różowo, jakby nosił kolorowe szkła kontaktowe.
– Dwa tysiące czterysta czterdzieści dwa. Cudowna liczba. – Wyszczerzył do Paoli ostre zęby, a ona wzdrygnęła się lekko. – Parzysta. Bóg uwielbia parzyste liczby. To znaczy, że przynajmniej na razie nikt nie musi się niczego obawiać.
Stojąca obok Amalea roześmiała się perliście, a Mona z roztargnieniem poklepała Paolę po ramieniu.
– Zaczekaj tu, a my poszukamy dla ciebie jakiegoś stroju.
Nim dziewczyna zdążyła zaprotestować, odeszła wraz z Amaleą i Corneliusem. Renato wrócił do swojej pracy. Pomrukując pod nosem, stukał w klawiaturę, a komputer w zamian wypluwał rzędy cyfr. Paola zauważyła, że na ścianie recepcji wisi zegar wskazujący godzinę dziesiątą, pamiętała też okrągły czasomierz, który widziała na stacji benzynowej. Oba niewątpliwie działały.
Po co zegary w świecie, w którym zawsze jest czwarta nad ranem?
Sięgnęła do okrągłego stojaka, na którym pocztówki pyszniły się wszystkimi barwami tęczy. Oglądała pary przytulone do siebie na tle malowniczych zachodów słońca, śmiejące się pod plażowymi parasolami i spacerujące bulwarem z dłońmi splecionymi i wyrazem rozmarzenia na twarzach. Tylko dwie pocztówki przedstawiały coś innego niż zakochanych i to one właśnie przyciągnęły jej uwagę. Na jednej z nich mężczyzna w tradycyjnym stroju wypoczywał pod drzewem pomarańczowym, a na drugiej uśmiechnięty stary rybak, stojąc w łódce, podnosił do góry sieci. Takie zdjęcia rodowitych mieszkańców można było znaleźć w każdej wczasowej miejscowości, ale te z Dajerny wyglądały na pozowane, a widoczni na nich mężczyźni byli odrobinę zbyt włochaci i szpiczastousi jak na zwyczajnych ludzi.
Możliwe, pomyślała Paola, że w Dajernie wcale nie ma już rodowitych mieszkańców, a tylko wczasowicze i właściciele hoteli czy sklepów, którzy zjeżdżają tu na lato. Oni pracują, ale tak naprawdę wszyscy przybywają do Dajerny po to, by posmakować romantycznej przygody.
A także by być policzonymi przez sylena Renata.
Sięgnęła po leżący na ladzie recepcji folder. Dajerna nie straciła nic ze swego staroświeckiego uroku. To oaza spokoju, w której przed gwarem cywilizacji schronili się dawni mieszkańcy tych ziem: sylenowie, driady czy faunowie...
Odłożyła folder i spojrzała na Renata, który wciąż pochylał się nad klawiaturą komputera. Wyglądało na to, że ten akurat przedstawiciel dawnych mieszkańców z cywilizacją radzi sobie świetnie.

***

W łazience skorzystała z toalety i umyła ręce. Chciała poprawić włosy, ale nigdzie nie było lustra. Zirytowało ją to. Do licha, pomyślała, czy czterogwiazdkowego hotelu, choćby i tak małego jak „Giberti”, nie stać na lustro w każdej łazience?
Mieszkała w tym hotelu i mogłaby po prostu pójść do swojego pokoju, tyle że nie pamiętała jego numeru. Sto sześć? Szesnaście? Potrząsnęła głową. Nie chciała o tym myśleć i bała się, co zastanie w środku. A raczej kogo nie zastanie, bo rozsądek podpowiadał, że w rzeczywistości, gdzie zawsze jest czwarta nad ranem, nie ma miejsca dla jej siostry.
Kręciła się przez chwilę po holu, zbyt nieśmiała, by do kogoś zagadać. Osamotnienie nie było wcale przykre. Zbyt duża sukienka miękko układała się na jej szczupłym ciele, sprawiając, że czuła się jednocześnie dziecinnie i dorośle, jak dziewczynka zmuszona, aby wcześnie dojrzeć. Dziewczynka z książki albo filmu, bo przecież sukienka była pożyczona i dzięki niej Paola stała się kimś innym, a jej życie nabrało tempa i dramaturgii prawdziwej opowieści.
Przypomniała sobie, że w kącie hotelowego holu jest coś w rodzaju biblioteczki, nic specjalnego, ot, zamykana na zamek szafka, z której za zgodą recepcjonisty można było wziąć do pokoju paperbackowe wydanie jakiejś rozrywkowej powieści. Paola kilkakrotnie wypożyczała w ten sposób książki i wiedziała, gdzie znaleźć kluczyk.
Wisiał w recepcji, niedaleko kluczy do pokoi.
Korzystając z nieuwagi Renata, zdjęła go z haczyka. Teraz, bezpiecznie ukryta za rosnącą w doniczce palmą, mogła otworzyć szafkę. Przejrzała znajdujące się wewnątrz książki. Romanse, tanie powieści sensacyjne, parę kryminałów Agathy Christie – same starocie, z których większość już czytała, a pozostałe miały wyjątkowo zniechęcające tytuły. Rozczarowana właśnie zamykała szklane drzwiczki, gdy dostrzegła małą książeczkę wciśniętą w głąb szafki. Sięgnęła po nią.
„Na skraju rzeczywistości. Mity i legendy.”
Strony były pożółkłe, a na kolana Paoli sypał się kurz, gdy przewracała kartki. Dostrzegła podkreślone długopisem zdania i dopiski na marginesach – ktoś z uwagą studiował tę książkę, choć biorąc pod uwagę jej stan, musiało to być dawno temu.
Brzegi rzek, jezior, dróg i ścieżek tworzą naturalną granicę pomiędzy naszym a ich światem. Łatwo w nim było zabłądzić, stając na takiej granicy w godzinie zmierzchu bądź świtu, gdy dzień zmienia się w noc lub odwrotnie.
Brzeg morza także jest granicą, prawda? – pomyślała Paola, patrząc na dwukrotnie podkreślone zdanie. W ustach jej zaschło, zadrżała. Najchętniej odłożyłaby książeczkę na półkę i zapomniała o tym, co przeczytała, ale nieodparty impuls – może desperackiej odwagi, a może po prostu ciekawości – kazał jej przewrócić stronę i poszukać wzrokiem kolejnych śladów po długopisie.
Wierzono też, że szczególnie narażeni na zabłądzenie w owym świecie są ludzie stojący na granicy dwóch etapów swego życia: przechodzący inicjację chłopcy czy kobiety w dzień zamążpójścia – już nie panny, lecz jeszcze nie mężatki. Zabłąkani śmiertelnicy rzadko wracali do swych domów...
Zamknęła książkę. Była wystraszona, ale jednocześnie w przyjemny sposób podniecona. Czuła się jak postać z powieści czy filmu. Postać, której grozi niebezpieczeństwo, lecz która jednocześnie wie, że wydostanie się cało z opałów, bo przecież jest główną bohaterką.
Wepchnęła Mity i legendy z powrotem w głąb szafki. Nie w to samo miejsce, z którego je wyjęła, lecz w inne, w zakurzony, ciemny kąt. Pusty, a przynajmniej prawie pusty.
Warknięcie, błysk małych ślepek. Paola odruchowo puściła książkę, cofając jednocześnie dłoń, a coś, co przypominało okrągły kłębek kurzu, skoczyło i ugryzło ją w palec. Krzyknęła, strzepnęła owo coś niczym zębatą piłkę tenisową, po czym zatrzasnęła szklane drzwiczki szafki.
Coś pozostało po drugiej stronie szyby, szczerząc do niej kiełki wielkości piniowych igieł.
Dziewczyna zaczerpnęła powietrza. Palec pulsował bólem, ale ranka nie była głęboka, a krew sączyła się wolno. Miała ochotę zawołać kogoś i zapytać, co to u diabła jest. Nie zrobiła tego, bo prawdziwym bohaterom groziły prawdziwe niebezpieczeństwa, a nie warczące i gryzące kłębki kurzu. Czułaby się jak idiotka, skarżąc się na coś takiego.
Właściwie to już czuła się jak idiotka. Policzki wciąż płonęły jej wstydem, gdy przemywała rankę w łazience, a potem osuszała papierowym ręcznikiem. Krwi było bardzo mało, ledwo kilka kropel. Nic poważnego się nie stało.
Paola podskoczyła na dźwięk otwieranych drzwi.
– Mam dla ciebie suknię – oznajmiła Amalea radośnie.
Suknia była niewątpliwie balowa i równie niewątpliwie piękna: z bufiastymi rękawami, złoto-czerwona i obszyta czarną koronką, bez krynoliny, a więc wygodna.
Kasztanowłosa driada na widok Paoli w nowej kreacji klasnęła w ręce.
– Ślicznie wyglądasz.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Chciałabyś jeszcze coś? – zapytała Amalea. – Może kolorowy balonik do zabawy? Albo kauczukową piłeczkę czy maskotkę z automatu?
Urażona Paola potrząsnęła głową. W skaleczonym palcu znów odezwał się ból, który niczym odłamek lustra w oku sprawił, że Amalea nagle wydała jej się pusta i głupia. Uśmiech driady był bezmyślny, a jej troskliwość bardzo powierzchowna. Przypominała jedną z tych kobiet, które w miejskim parku zagadywały matki z dziećmi, a potem, świergocząc radośnie, pochylały się nad wózkami, czochrały brzdącom włosy, a nawet próbowały całować, lecz gdy tylko malec zaczynał ryczeć, odchodziły pospiesznie.
– Nie chcę nic – powiedziała Paola, zaciskając usta i wbijając wzrok w podłogę.
Driada nie przejęła się ani trochę złym humorem dziewczyny.
– W takim razie zaprowadzę cię do reszty towarzystwa. Chodź.

***

Najpierw tańczyła z faunem ubranym w strój żołnierza z czasów Garibaldiego, a muzyka grała Waltzing Mathilda, potem z sylenem w tabaczkowym surducie i z monoklem, podczas gdy Cher śpiewała I Got You Babe. Później byli jeszcze inni, mniej lub bardziej włochaci bądź zieloni, ubrani w koronki i aksamity, hippisowskie koszule, berety z kolorowymi piórami, szkockie spódniczki czy czarne płaszcze à la Nosferatu. I love rock and roll. Muzyka zmieniała się z przytulankowo-nastrojowej na skoczno-dziką i odwrotnie, atmosfera w sali balowej zgęstniała od potu, śmiechów i błyszczących pożądaniem spojrzeń.
Paola tańczyła.
Było jej gorąco i była zmęczona, ale odzyskała już dobry humor. Jej partnerzy uśmiechali się do niej, szczerząc rzędy ostrych białych zębów. Obok wysmukłe jak topole driady i dziecięco drobne nimfy wystukiwały obcasami rytm Heavy metal hamsters.
Wtedy właśnie zobaczyła Jego. Tańczył pośrodku sali, tak inny od wszystkich pozostałych, że to właśnie o nim musiał mówić wtedy Cornelius. Twarz przesłonił czarną maską, a w jego stroju czerwień krwi wgryzała się ostrymi rombami w soczystą żółć. Był niezwykle zwinny, szybki i precyzyjny w najdrobniejszych ruchach, jak linoskoczek w cyrku albo mim na scenie.
Arlekin, wiecznie zakochany błazen.
Paola rozpoznała go mimo maski. Przysiadł się kiedyś do ich stolika, przedstawił jako Fabio jakiś tam i zaczął podrywać Elettrę, na młodszą siostrę w ogóle nie zwracając uwagi. Elettra była nim zauroczona, ale on odszedł po chwili, rzuciwszy na pożegnanie jakieś niezobowiązujące słowa. Paola widziała go później kilka razy. Flirtował, bezczelnie zaglądał kobietom w dekolty i zadzierał im spódnice, a raz nawet dostrzegła kątem oka jak wyrzucił w powietrze plik szkiców ulicznego rysownika. Śmiał się, gdy kartki spadały, unoszone łagodnym wiatrem, a jego koszula wydawała się wtedy bardziej żółta niż lipcowe słońce.
Nikt nie zwrócił mu uwagi. Czasami Paola myślała, że jako jedyna zauważyła go podczas tego incydentu.
Zatrzymała się, pozwalając, by spocony i rozdokazywany tłum popychał ją przez chwilę.
Była głodna, żołądek podpowiadał jej, że najwyższa pora na obiad. Albo śniadanio-obiad, zważywszy na to, która była godzina. Mniejsza z tym. Trzeba coś zjeść, i to najlepiej zaraz, zanim Arlekin zauważy ją i rozpozna.
Przemknęła do ustawionych pod ścianami stołów i jęknęła rozczarowana.
Do wyboru miała batoniki z automatów, chipsy, cukierki i trójkątne kanapki, jakie można kupić na stacji benzynowej.
– Czego się spodziewałaś? – Wysoki sylen poklepał ją współczująco po ramieniu. – Jest przecież czwarta nad ranem.
Liczyłam na gorącą pizzę albo moje ulubione spaghetti z owocami morza, pomyślała Paola, ale nie odezwała się. Wypiła ice-tea z puszki i zjadła kanapkę. Przeżuwała powoli, czując, jak w jej odsłonięty kark wwierca się czyjeś spojrzenie.
W zranionym palcu znów odezwał się ból, a ona żałowała, że jest już zbyt dorosła, by schować się pod stół.
– Znam cię, prawda?
– Uhm – mruknęła niewyraźnie i odwróciła się, zakładając splecione dłonie za plecy. Dopiero po chwili znalazła w sobie dość odwagi, by unieść wzrok.
Arlekin pod wąską maską miał twarz młodzieńca, ale jego oczy były bardzo stare, jakby oglądał początek świata i miał zobaczyć jego koniec. I jakby te wszystkie minione lata w ogóle go nie zmieniły.
– Zatańczyłbym z tobą – powiedział swobodnie – ale po pierwsze, jesteś chyba na to zbyt młoda, a po drugie, masz ręce czerwone od krwi.
Podniosła dłonie do oczu. Ranka na palcu znów krwawiła, i to o wiele mocniej niż dotychczas.
– Muszę iść... – powiedziała niepewnie. – Ja...
– Zaczekaj. – Zatrzymał ją. – Nie lubię, kiedy ładne dziewczęta odchodzą bez choćby drobnego upominku.
Zastanowiła się, co jej ofiaruje. Jakąś zabawkę albo paczkę cukierków? Miała tego dość. A może kwiaty? To byłoby lepsze. Nie mówiąc już o gorącej pizzy.
– Dostaniesz ode mnie dobrą radę. Nie patrz w szyby, a gdy znów przyjdzie deszcz, uważaj na kałuże.
Roześmiał się i zniknął w tłumie, pozostawiając ją samotną, obolałą i nieszczęśliwą.

***

– Ugryzł cię lemur. – powiedziała Mona. – Rana będzie goić się długo, a co gorsza, skoro jeden z lemures poznał smak twojej krwi, inne będą cię atakować.
Paola z trudem odnalazła driadę w tłumie, licząc, że ta łagodna istota okaże jej zrozumienie i troskę. Mona nie zawiodła przynajmniej pod tym względem, że odprowadziła dziewczynę do pokoju sto szesnaście – jej własnego pokoju, pustego teraz i pachnącego świeżo wykrochmaloną pościelą – a potem opatrzyła rankę kawałkiem płótna oddartego z prześcieradła. Ale na tym skończyła się jej opieka.
– Co mam zrobić?
Czarnowłosa driada wzruszyła ramionami.
– Nie chodź tam, gdzie są lemury.
– Czyli gdzie?
– Szczerze mówiąc, nie wiem. One mogą być wszędzie, mniejsze bądź większe. Czasem dorastają nawet do rozmiarów kul do kręgli, a zęby mają długie na pół palca i ostre jak igły. Ale nie martw się, będzie dobrze – dodała niefrasobliwie.
– Przepraszam na chwilę – szepnęła Paola.
W łazience zimną wodą opłukała twarz, czekając aż przejdą jej zawroty głowy. Podejrzewała, że jest bardzo blada. Tylko podejrzewała, bo nie mogła tego sprawdzić. W łazience nie było lustra. Pozostały po nim cztery dziurki w ścianie, w miejscach, gdzie niegdyś tkwiły śrubki.
Nie patrz w szyby, a gdy znów przyjdzie deszcz, uważaj na kałuże.
Daj na razie spokój szybom, kałużom i lustrom, nakazała sobie. Myśl. Przecież w szkole jesteś dobra z logiki. Po co tu potrzebne są zegary? Cornelius mówił, że Arlekin przekracza granicę, kiedy zechce. Gdyby inni w ogóle nie byli do tego zdolni, powiedziałby po prostu, że Arlekin umie przekraczać granicę. I tyle. Ale skoro Cornelius dodał „kiedy zechce”, to znaczy, że faunowie, sylenowie, driady i nimfy też to potrafią, ale są przy tym w jakiś sposób ograniczeni.
Na przykład przekraczają granicę tylko wtedy, gdy po obu stronach jest czwarta nad ranem. A zegary pokazują czas biegnący w tamtym świecie. Moim świecie.
Jeśli to prawda, dochodziłaby tam teraz szósta wieczorem, do czwartej rano jeszcze sporo czasu. Paola nie chciała czekać. Chciała wracać do domu. Teraz, natychmiast. Pragnęła tego tak bardzo, że poczuła, jak gardło ściska jej płacz, a w oczach zbierają się łzy.
– Jesteś tam? – Mona zapukała w drzwi.
– Tak! – odkrzyknęła dziewczyna.
Po czym otworzyła okno i wyskoczyła wprost na mokry od porannego deszczu trawnik.

***

– Gdzie jest Arlekin? Widział go ktoś?
– Ja na pewno nie – odparł faun ubrany w bufiaste spodnie do kolan i kusą kamizelkę. – Pilnuję własnych spraw.
– Przed chwilą z nim tańczyłam – pisnęła nimfa o rozmarzonym wyrazie twarzy. – Ach, jak on pięknie tańczy.
– Zdaje się, że musiał wyjść... – W głosie złotowłosej i błękitnookiej driady brzmiał smutek.
– Na szczęście – warknął sylen w cylindrze.
Paola wybiegła przed hotel. Arlekin właśnie znikał w jednej z uliczek. Krzyknęła, ale nawet się nie odwrócił.
Pędziła za nim, ignorując zmęczenie, które szarpało jej oddech i zaczynało już kłuć w boku, pędziła ile sił w nogach. Arlekin nie biegł, po prostu szedł, ale jakimś cudem wciąż ją wyprzedzał. Jego żółto-czerwony strój odcinał się od szarości świtu, a on sam chwilami zdawał się płynąć w powietrzu. Skręcał raz w jedną wąską uliczkę, raz w drugą, klucząc w labiryncie siedemnastowiecznego miasteczka, a Paola ścigała go.
Na rynku zatrzymała się, zdyszana, i oparła o jedną z kamieniczek. Zgubiła Arlekina. Znikł, jakby zapadł się pod ziemię. A może – dziewczyna uniosła z nadzieją głowę – po prostu wszedł do kościoła: barokowego, biało-złotego, z fasadą pełną splątanych krzywizn i czarnych gargulców.
Ostrożnie przekroczyła próg świątyni. W środku panował półmrok, tylko gdzieniegdzie płonęły mdło elektryczne lampy udające świece. Zapach kurzu zawiercił Paolę w nosie. Kichnęła. Rozejrzała się, ale kościół był pusty, cichy i chłodny.
Pomodliła się przed ołtarzem, prosząc Boga, by pozwolił jej odnaleźć Arlekina i wrócić do domu. Tylko tyle, mówiła, to nie jest przecież zbyt dużo?
Bóg na krzyżu milczał. Wstała z kolan i przeszła do prawej nawy, gdzie wisiało malowidło przedstawiające świętego Franciszka, który nauczał leśne istoty: faunów, sylenów, driady i nimfy. Lubiła ten obraz, święty był na nim tak łagodnie ojcowski, a leśne plemię uroczo rozmarzone i zasłuchane w jego mądre słowa.
Ale nie o czwartej nad ranem. O tej godzinie usta Franciszka z trudem układały się w nieporadny uśmiech, będący właściwie grymasem lęku. Święty jeszcze rozkładał ręce w geście błogosławieństwa, ale prawą nogę już cofnął, gotów w każdej chwili obrócić się na pięcie i uciec. A leśne istoty otaczały go kołem i uśmiechały się szeroko, ukazując ostre zęby.
– Boże... – szepnęła Paola, ale Bóg na krzyżu wciąż nie odpowiadał.
Wybiegła z kościoła.
Na progu potknęła się i przewróciła, omal nie odgryzając sobie języka. Zaniepokojone gwałtownym ruchem gargulce poderwały się i zaczęły krążyć nad rynkiem. Skrzeczały przy tym tak obrzydliwie, że Paola przycisnęła dłonie do uszu.
Podniosła się niezgrabnie, czując pieczenie zdartej z kolan i łokci skóry. Wciąż zasłaniając uszy, spojrzała w górę. Gargulce kołowały niczym sępy, ciemne i brzydkie. Miały błoniaste skrzydła, a także długie szpony. To harpie, pomyślała z przerażeniem. Tak naprawdę to są po prostu harpie.
Jedna z nich zniżyła lot i pęd powietrza wywołany łopotem skrzydeł uderzył dziewczynę w twarz. Pisnęła i schowała się za ciężkimi wrotami kościoła. Dopiero po chwili odważyła się wyjrzeć. Część harpii siedziała już na gzymsach kamieniczek, inne wciąż krążyły nad rynkiem.
Czego ja się boję? Przecież chyba nie zaatakują bez powodu? – pomyślała Paola.
A dlaczego nie? – podpowiedział jej rozsądek.
Na rynek wjechał autobus. Skulona przebiegła kilka metrów, które dzieliły ją od przystanku, i wskoczyła do środka. Chciała jak najszybciej wydostać się z tego miejsca.
– A kto zapłaci za bilet, hę? – warknął kierowca-sylen, po czym podniósł do ust dłoń, w której trzymał papierosa. Zaciągnął się łapczywie niczym skazaniec przed egzekucją.
– Nie mam pieniędzy – wyszeptała Paola, purpurowa ze wstydu. – Ale może wystarczy to. – Zdjęła z palca złoty pierścionek i podała go kierowcy.
Skinął głową i rzucił jej pomarańczowy kartonik.
– Możesz jeździć, jak długo sobie życzysz – powiedział łaskawie. – Trasa: kościół, stary port rybacki, aquapark, supermarket, znowu kościół i tak w kółko.
Mijając rzędy  pustych siedzeń i zasłonięte okna, Paola przeszła na tył autobusu, na swoje ulubione miejsce. I natychmiast zawróciła, bo na ostatnich siedzeniach leżał, pochrapując, cuchnący przetrawionym alkoholem i wymiocinami faun.
Usiadła z przodu, za plecami kierowcy. Prowadził jedną ręką, pogwizdując pod nosem, a popiół z papierosa strzepywał wprost na podłogę. Paoli nie zdziwiło wcale, że w autobusie nie ma wstecznego lusterka, nie odważyła się też odsunąć zasłon przy oknach. Zerkała tylko przez szparę, wypatrując Arlekina.
O szyby zaczęły bębnić krople deszczu, które wkrótce zamieniły się w miotane wiatrem strugi. Światła latarni, które mijali, rozpływały się na mokrej szybie w bladożółte  plamy, czasem na ich tle wykwitał tętniący chorowitą czerwienią znak stopu.
Faun ignorował sygnalizację świetlną. Po prostu przyciskał pedał gazu, zatrzymując się tylko na przystankach, a Paola była zbyt wyczerpana, by zaprotestować.
Skuliła się na siedzeniu w swej balowej sukni, oparła czoło o szybę. Czasem ktoś wsiadał do autobusu, pochylał się nad nią i użalał, głaszcząc czy proponując słodycze. Paola raz jeszcze tylko dała się nabrać, gdy zagadnęła ją driada o macierzyńskim wyglądzie. Dziewczyna rozpłakała się i opowiedziała jej wszystko. O tym, jak przez całą noc czekała na siostrę, bo chciała dostać prezent na piętnaste urodziny, i o tym, jak Elettra przyszła wreszcie nad ranem, pijana i zła.
– Nie myśl sobie, że jestem chciwa – chlipała Paola. – Ale urodziny liczą się dopiero wtedy, kiedy dostanie się prezent, choćby najdrobniejszy. A ja tak bardzo chciałam mieć już piętnaście lat. I poprosiłam Elettrę, żeby dała mi prezent. Czy to coś złego? Ale ona wściekła się na mnie i zaczęła wrzeszczeć, żebym dała jej spać, a ja też krzyczałam i pokłóciłyśmy się jak nigdy dotąd i trzasnęłam drzwiami. A potem pobiegłam nad morze.
Driada tuliła ją, głaskała.
– Chcę do domu – Paola wyszlochała jej w sukienkę. – Gdy po tamtej stronie znów będzie czwarta nad ranem, pójdę nad brzeg morza i wrócę.
– To nie wystarczy – potrząsnęła głową driada. – Żadnemu człowiekowi nie udało się w ten sposób wrócić.
– Więc co mam zrobić?
– Nie wiem. Zresztą, czy ci tu źle? Baw się, skarbie. – Driada odgarnęła dziewczynie kosmyk z czoła. – Chodź na bale, pływaj żaglówką, gdy nie będzie deszczu, jedz czekoladę i wybierz się na przejażdżkę na grzbiecie centaura. Po prostu się baw, a wszystko będzie dobrze.
Nieprawda, nie będzie. Paola czuła, jak narasta w niej wrzask. Nikt tu nie potrafił jej naprawdę pomóc. Nikt, z wyjątkiem może Arlekina.
Musiała go odnaleźć. Myśl, że zostanie po tej stronie granicy, budziła w niej przerażenie.

***

Beztroska driada wysiadła, kierowca wyrzucił wreszcie pijanego fauna. Autobus opustoszał, a Paola usnęła, ukołysana monotonnym ruchem pojazdu i bębnieniem deszczu o szyby.
Gdy się obudziła, niebo było czyste, a słońce świeciło mocniej niż dotychczas.
– Która godzina? – zapytała, podrywając się z przestrachem.
– Oczywiście czwarta nad ranem – odparł kierowca. – Spójrz, jaką mamy ładną pogodę.
Spojrzała, wrzasnęła i zasłoniła oczy dłońmi.
– Ccco to? – wykrzusiła.
Sylen wzdrygnął się, ale nie stracił panowania nad kierownicą.
– Kurwa, jak ja ich nie znoszę... – wymamrotał. – O, już znikły. Możesz patrzeć. To Furie – dodał wyjaśniająco. – Często się pojawiają w lustrach, szybach czy wodzie. Wyglądają paskudnie, ale nic ci nie zrobią.
„Maurizio Rizzardi twierdził, że stracił panowanie nad kierownicą, ponieważ nagle w lusterku wstecznym ujrzał...” i dalej zamazany tekst, esy-floresy z błota układające się w zarysy pysków i uszu.
– Czasem można je także zobaczyć po drugiej stronie granicy, prawda? O czwartej nad ranem. A może – zawahała się – może w Dajernie Furie potrafią wyjść z lustra czy tam z wody i otoczyć kogoś kołem, a potem śmieją się i szczerzą do niego zęby, duże, ostre zęby, i nikt się nie dziwi, kiedy taki ktoś umiera na zawał albo przerażony skacze przez okno, bo przecież o czwartej zawsze jest dużo zawałów i samobójstw... – wyrzuciła z siebie jednym tchem.
Kierowca-sylen milczał. Palił kolejnego papierosa, a autobus gładko sunął pustą ulicą.
– Mam rację?
Sylen nucił coś do siebie w przerwach pomiędzy kolejnymi haustami dymu, a Paola miała wrażenie, że ta mruczanka interesuje go znacznie bardziej niż kierownica, nie wspominając nawet o stojącej za jego plecami dziewczynie.
– Pytasz niewłaściwą osobę – powiedział, gdy straciła już nadzieję, że zwróci na nią uwagę. – Ja niewiele wiem.
– A kto wie?
– Renato, na przykład – rzucił niedbale, a Paola skrzywiła się. Nie chciała wracać do hotelu „Giberti”. – I Siostry, oczywiście.

***

Sylen powiedział jej, gdzie wysiąść i którędy iść. Wedle jego słów miała szukać całodobowej kafejki internetowej, bo tam właśnie Siostry spędzały większość czasu.
Po drodze dwa razy zeszła z chodnika i ukryła się w bramie pierwszej z brzegu kamienicy. Raz, gdy zauważyła na końcu uliczki trzy postaci bardzo przypominające Corneliusa, Monę i Amaleę, które na szczęście skręciły wkrótce w jedną z przecznic, a drugi, gdy mijała ją grupa pijanych centaurów, przeklinając i łomocząc kopytami o płyty chodnikowe.
W bramie, gdzie schowała się za drugim razem, coś szeleściło i drapało. Paola z początku sądziła, że to koty albo szczury żerujące pośród śmieci. Ale to coś było znacznie większe niż szczur. I o wiele bardziej kuliste niż kot.
Centaury klęły i łomotały, a okrągły lemur zbliżał się do niej, drapiąc o kamienie małymi pazurkami.
Wytrzymała jeszcze chwilkę, skulona pod ścianą i dygocząca, potem wyskoczyła z piskiem na ulicę. Jeden z centaurów odwrócił się, wrzasnął coś, na co jego towarzysze roześmiali się, a dziewczyna poczuła, jak na jej policzki wypełza rumieniec.
Później zakręciła się na pięcie i pobiegła, ciągnąc za sobą urwany skraj balowej sukni.

***

W kafejce internetowej siedziały trzy Parki. Jedna z nich układała właśnie komputerowego pasjansa, druga gawędziła z kimś przez sieć, a trzecia parzyła w ekspresie kawę.
– Ile życzycie sobie cukru, kochane? – zapytała ta, która stała przy ekspresie. Miała siwe włosy upięte w ciasny kok i okulary w kwadratowych oprawkach. Przypominała dobrotliwą nauczycielkę ze staroświeckich powieści dla panien.
– Ja dwie kostki – odparła ta, która układała pasjansa. Ona z kolei wyglądała na prowincjonalną wróżkę: była pulchna, ubrana w liczne warstwy powiewnej odzieży i obwieszona tanimi koralikami.
– Zawsze o to pytasz – mruknęła ta, która toczyła internetową rozmowę. – Po pięciuset latach mogłabyś wreszcie zapamiętać, że piję kawę bez cukru. Tylko z mlekiem.
Trzecia Parka miała na sobie prosty garnitur z szarej wełny, a jej jedyną ozdobą był męski sygnet. Przypominała typ groźnej bizneswoman.
– Oczywiście, kochana, już dolewam ci mleka – powiedziała gorliwie nauczycielka.
– Nudzimy się tu – westchnęła prowincjonalna wróżka. Tęskniła za dawnymi dobrymi czasami, gdy zamiast komputerów miały kądziel, a zamiast klawisza z napisem „Enter” porządne metalowe nożyce. A poza tym nie lubiła układać elektronicznego pasjansa. Nie można było wtedy oszukiwać. – Oczywiście – zastrzegła pośpiesznie – wcale nie chcę, aby zmieniła się liczba. Dwa tysiące czterysta czterdzieści dwa to znakomity wynik. Parzysty.
Zamilkła i upiła łyk kawy, którą podała jej nauczycielka.
– Po tamtej stronie jest trzecia w nocy – powiedziała bizneswoman. – O tej godzinie nikt nowy nie przybędzie na wyspę. Prom kursuje tylko dwa razy dziennie, a ludzie są co prawda dziwaczni, ale nie do tego stopnia, by nocą wypływać jachtem w morze. Mamy więc trochę spokoju.
– To dobrze. – Nauczycielka w dłoniach ściskała filiżankę z kawą, a jej usta drgały nerwowo. – Pamiętacie tę niemiecką grupę? Kiedy przypłynęli na wyspę, liczba skoczyła z dwóch tysięcy pięciuset trzydziestu sześciu do dwóch tysięcy pięciuset czterdziestu dziewięciu, a my wypuściłyśmy Furie na tego łysego nieparzystego, takiego z brzuszkiem, który grał na rynku na flecie i czasem próbował podrywać młode Polki...
– Pamiętamy go – wtrąciła chłodno Siostra w szarym garniturze. – Nie każdy ma taką kurzą pamięć jak ty.
– Och, jak on się długo bronił… – Nauczycielka z wysiłkiem przełknęła łyk kawy. – To było straszne. Po wszystkim musiałam zażyć aż dwie porcje melisy. Moje nerwy...
– Tak, wiemy – bizneswoman znów jej przerwała, jeszcze bardziej zjadliwym tonem. – Nerwy dokuczają ci od paru tysięcy lat.
– Mam bardzo obciążającą psychicznie pracę – broniła się nauczycielka.
– Ja tam swoją pracę lubię – powiedziała kapryśnie prowincjonalna wróżka. Właśnie wyszedł jej pasjans, a ona nigdy nie była zbyt konsekwentna. – Właściwie nawet... Och!
– Zdaje się, że mamy gościa. – Siostra w szarym garniturze podniosła się z krzesła. – Jak długo stoisz w drzwiach, panienko? I jak wiele usłyszałaś?
– Ja... – Blada jak papierowa chusteczka Paola przestąpiła próg. – Ja...
– Mniejsza zresztą z tym – bizneswoman nie dała jej dokończyć. – Z pewnością przyszłaś tu, by o coś zapytać. Masz do tego prawo, ale pamiętaj: tylko trzy pytania, po jednym do każdej z nas. Taka jest zasada.
– Którą wymyśliłaś właśnie przed chwilą – wymamrotała nauczycielka i umilkła, zgromiona wzrokiem Siostry.
– Dddlaczego… – Paola zająknęła się. – Dlaczego to robicie?
– Bo Bóg lubi parzyste liczby. To proste. – Bizneswoman na powrót usiadła przy komputerze.
Paola odwróciła się w stronę Parki, która wyglądała jak prowincjonalna wróżka.
– Och proszę, powiedz mi, jak przedostać się przez granicę! – krzyknęła, wyciągając do niej błagalnie ręce, ale pulchna Siostra tylko roześmiała się i wzruszyła ramionami.
– Nie mam pojęcia, kotku. Najmniejszego. Słowo honoru.
Dziewczyna spojrzała na ostatnią Parkę, tę w typie nauczycielki. Drżała tak bardzo, że musiała oprzeć się o futrynę. Miała wrażenie, że lada moment zemdleje albo wybuchnie histerycznym płaczem. Albo po prostu nie wykrztusi już ani słowa i tak czy inaczej straci swoją szansę.
Ostatnia z Sióstr uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
– Powiedz mi, proszę – głos Paoli z początku był cichy i drżący, ale stopniowo nabrał siły, a ona uniosła podbródek i wyprostowała się – gdzie znajdę Arlekina?

***

Wczesnoporanne słońce oświetlało barokową fasadę kościoła. Złotoszare cienie ułożyły się w załomach murów, miękkie i ciepłe, jakby już nasycone letnim dniem, który nigdy nie miał nadejść. W rześkim powietrzu rozlegał się śpiew ptaków, śmigających na tle rozjaśnionego od wschodu nieba.
Czerwono-żółty strój i czarna maska Arlekina odbijały się w wodzie, on sam tańczył na powierzchni jeziora. Bo to, co rozlewało się na rynku, z pewnością nie zasługiwało na miano kałuży. To było prawdziwe płytkie jezioro, a Arlekin poruszał się w rytm muzyki, którą tylko on słyszał, lecz która była złota, szara i różowa jak budzący się dzień.
Ku niemu szła Paola, wciąż w balowej sukni. Stąpała z gracją po trójgłowych lisach i wilkach, którym gigantyczne kły wyrastały wprost z piersi, po kotach o dziewięciu ogonach i oczach wielkich jak kurze jajka, po stworach, które z jednej strony były hieną, a z drugiej szakalem, a także po kłębowiskach pazurzastych łap, zębów i czerwonych języków, nie wiadomo do kogo lub czego należących. Nie patrzyła pod nogi. Patrzyła na Arlekina, a Arlekin patrzył na nią.
Stanęła przed nim i spojrzała w oczy widoczne w wycięciu czarnej maski.
– Czego sobie życzysz? – zapytał grzecznie.
– Dziś są moje urodziny – powiedziała. – A jeszcze nie dostałam prezentu.
– I tego właśnie pragniesz?
Z powagą skinęła głową.
– Chciałabym dostać swój urodzinowy prezent. Nie słodycze i nie zabawki. I nie dobrą radę – uśmiechnęła się lekko – lecz prawdziwy prezent.

***

Arlekin zaprowadził ją na plażę. Morze nie miało już barwy ołowianych kul, lecz było ciemnoniebieskie, z pasmami czerwonawego złota i białymi pióropuszami piany.
Paola stanęła tyłem do wody. Wiatr wydymał balową suknię, a spojrzenie uśmiechniętego Arlekina paliło jej twarz.
Zamknęła oczy, gdy objął ją i pocałował. Miała wrażenie, że jego wargi na jej wargach wciąż układają się w lekki uśmiech. Pocałunek był początkiem i końcem jednocześnie, słodki jak piosenki o pożegnaniu kochanków, których słuchała w ciepłe noce.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. – Arlekin ujął ją za ramiona i odwrócił. Wciąż czuła smak jego pocałunku na wargach i na języku, gdzie topniał jak dziecięca landrynka, napełniając jej żyły cierpką słodyczą.
Miała ochotę tańczyć.
– A teraz idź. – Arlekin pchnął ją w stronę morza. – Teraz już wszystko będzie dobrze.
Tym razem Paola uwierzyła.

***

– Oż... – Renato z najwyższym wysiłkiem powstrzymał się, by nie zakląć. Zawsze był dumny ze swego opanowania.
– Livio! – krzyknął. – Chodź szybko! Coś ci pokażę.
Przybiegł drobny faun, w ręce ściskający otwartą puszkę sprite’a. Z automatu, oczywiście, bo przecież była czwarta nad ranem. Ponaglony gestem Renata postawił ją na stoliku i pochylił się nad ekranem.
Zdumiony, wciągnął głośno powietrze.
Ładna, miła Bogu liczba 2442 znikła, a komputer raz jeszcze liczył wszystkich dorosłych mieszkańców Dajerny. Cyfry zmieniały się tak szybko, że oko z trudem za nimi nadążało.
1567... 1890... 2147... 2442...
2443.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz