Angevina

(opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w magazynie Nowa Fantastyka 01(268)/2005)

             Martwy mężczyzna był bardzo młody, prawdę mówiąc musiał być niewiele starszy ode mnie. Leżał na plecach w płytkim jeziorku, a woda zamarzła nad jego ciałem. Ponad oszronioną powierzchnię wystawały tylko palce prawej dłoni, białe i podkurczone, kolano, kawałek uda, a także czubek głowy - jasne włosy zlepione były w cienkie sople i oprószone śniegiem. Jarguel przetarł lodową taflę, tak iż mogłem dojrzeć znajdującą się pod nią twarz młodzieńca. Jego skóra była bardzo blada, czy to z natury, czy to za przyczyna śmierci - tego nie mogę powiedzieć, a szeroko otwarte oczy miały niebieski kolor.
Stałem nad nim dygocząc z zimna w moim cienkim płaszczu. Padał śnieg, pierwszy tej zimy. Mróz przyszedł niespodziewanie nad ranem i ściął lodem pełne błota, jesienne drogi i pola. Na ziemi leżała teraz warstwa białego puchu, wciąż jeszcze cienka, z wystającymi spod niej martwymi liśćmi. Obute stopy zostawiały w śniegu płytkie, błotniste ślady. Niebo miało kolor ołowiu i wciąż sypał śnieg, mokry i gesty.
Jarguel obcasem buta rozbił skorupę lodu i krzyknął, bym pomógł mu przenieść trupa na wóz. Posłuchałem. Martwe ciało było ciężkie, sztywne i bardzo zimne. Nie miałem rękawiczek więc szybko poczułem, jak grabieją mi palce.
– Zdziczałe psy albo wilki – powiedział Jarguel, wskazując ranę na szyi młodzieńca, a potem na ciemną ścianę lasu, przy której leżało jeziorko. Naciągnąłem rękawy płaszcza, by ogrzać dłonie i udałem, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia.
Od strony miasteczka dobiegły zbliżające się głosy. Nie odwróciłem się. Słyszałem wyraźnie kobiecy szloch i pomyślałem, że musi to być matka, siostra bądź narzeczona zmarłego. Płacz nic jej nie pomoże. Młodzieniec nie należał już do niej. Należał do mnie i do Jarguela.

***

W mojej pamięci twarz Jarguela jest zatarta, przypominam sobie tylko, że był niewysokim, kościstym mężczyzna, z takich którzy do późnego wieku zachowują siłę i zdrowie. Znacznie lepiej pamiętam jego charakter. Ludzie unikali nas i gardzili nami. Jarguel udawał pogodzonego z losem, skromnego człowieka, dziś jednak, z perspektywy czasu, widzę, że wiele w nim było gniewu i goryczy. Nauczył się nawet gardzić tymi, którzy gardzili nim. To zdarza się czasem. Człowiek upokorzony broni się wyobrażając sobie, że tak naprawdę jest szlachetniejszy i więcej wart niż ci, którzy go upokarzają i że za znoszoną cierpliwie pogardę spotka go nagroda w Niebie. Czasem to przekonanie jest tak silne, że człowiek taki, w chwili gdy pojawia się nadzieja na odmianę losu, odrzuca ją, bo boi się, że straci w ten sposób swoją wyjątkowość. Na tej zasadzie Jarguel wierzył, iż jego powołaniem jest wyprawianie w ostatnia drogę umarłych i nie przyjąłby innej pracy, nawet gdyby miał ku temu okazję.
Jego żonę, Fermine, pamiętam gorzej. Była pulchna, milcząca i z tą samą dokładną troskliwością zajmowała się domem jak i martwymi ciałami, gdyż do jej obowiązków należało mycie i ubieranie zmarłych. Wzbudzało to we mnie niechęć. Pamiętam jej palce trzymające wilgotna gąbkę i łagodnymi, głaszczącymi ruchami przesuwające się po zimnej skórze, a później te same palce prasujące bieliznę czy rozkładające na stole obrus.
Były jeszcze dzieci. Starsze, dziewczynka, miało na imię Camille, imienia chłopca nie pamiętam. Do moich obowiązków należało także zajmowanie się nimi. Nie sądzę, bym wywiązywał się z tego dobrze.
Martwy młodzieniec nazywał się Simon Meury i był synem miejscowego bankiera. W południe jego matka przyniosła ubranie, w którym miał być pochowany i wybrała trumnę - ładną, zgrabną trumnę z sosnowego drewna. Miała przy tym miejsce nieprzyjemna scena. Zostałem oskarżony o kradzież krzyżyka na złotym łańcuszku, który Simon nosił na szyi od dnia Pierwszej Komunii Świętej. Płonąc ze wstydu i oburzenia nie mogłem wykrztusić ani słowa, lecz na szczęście Jarguel wziął mnie w obronę, argumentując, że pochodzę z uczciwej rodziny, a on zna się na ludziach i przenigdy nie przyjąłby na naukę złodzieja. Kobieta w końcu dała się przekonać, że łańcuszek zerwał się podczas szamotaniny z wilkiem i upadł w śnieg. Po jej wyjściu zasiedliśmy do posiłku. Nie mogłem jeść. Nie mdlałem już ani nie wymiotowałem na widok głębokich ran czy z powodu woni rozkładu jak na początku mej nauki, ale nadal w kilka godzin po znalezieniu pokiereszowanych zwłok nie potrafiłem nic przełknąć. Fermine nalała mi kieliszek anyżówki, bym uspokoił żołądek. Potem poprosiła mnie o pomoc przy obmywaniu ciała.
Trup odtajał już nieco i wokół stołu, na którym leżał utworzyła się kałuża wody. Jednak jego mięśnie nadal były sztywne i by zdjąć z niego ubranie najpierw musieliśmy rozciąć je ostrym nożem. Rzeczy zmarłego pali się zwyczajowo, gdyż nikt nie chciałby nosić czegoś takiego. Czasem jednak w kieszeniach znajduje się różne drobne przedmioty i te należy oddać rodzinie. Zgodnie z naukami Jarguela sprawdziłem więc kieszeń należącego do Simona płaszcza. Była tam tylko mokra kartka papieru. Położyłem ją przy piecu, a gdy wyschła przekonałem się, że jest to list, napisany ołówkiem, a więc czytelniejszy niż gdyby autor użył szybko rozmazującego się pod wpływem wody atramentu.
Bez trudu udało mi się odczytać imię adresatki: Angevina. Simon prosił ją o spotkanie przy jeziorze na skraju lasu. Pisał, że bardzo się o nią niepokoi w związku z mężczyzną, który niedawno przybył do miasta i rozpytywał o nią i o jej opiekuna. Zrozumiałem z tego, iż Simon uważał owego mężczyznę za kogoś złego, kto z jakiegoś powodu ściga dziewczynę i to podnieciło moją młodzieńczą ciekawość. Pojąłem też, ze Simon Meury był zakochany w dziewczynie imieniem Angevina i w mojej głowie pojawił się obraz młodej panny, pięknej i tragicznej, która właśnie straciła swego ukochanego. Chciałem ją poznać, chciałem poznać Angevinę, a pretekstem miało być oddanie adresowanego do niej listu. Nie myślałem o tym, że być może ona nawet nie wie jeszcze o śmierci Simona, a ja będę pierwszym, który przyniesie jej tę nowinę. Nie myślałem o jej bólu, ani o tym, by ja pocieszyć. Miałem szesnaście lat i często działałem pod wpływem impulsu, zaś podglądanie cudzego życia - potajemnego romansu, niebezpieczeństwa i tragedii -  wywoływało we mnie dreszcz wstydliwego podniecenia.
Dlatego tez jeszcze tego samego dnia zacząłem rozpytywać o dziewczynę imieniem Angevina. Było to niezwykłe, stare imię i nie sądziłem, by wiele dziewcząt w naszym miasteczku je nosiło.
W istocie dowiedziałem się tylko o jednej. Była przybraną córką pewnego mężczyzny (z pewnością byłego żołnierza, bo nosi się jak wojskowy, powiedziano mi), który przed kilkoma miesiącami przybył do miasta i wynajął tu dom.
Mężczyzna był treserem psów.
W miasteczku naszym jest mnóstwo psów. Psy tresuje się, by szukały w lesie trufli, do polowań i do stróżowania. Żaden dom nie obejdzie się bez dużego, złego kundla, uwiązanego przy budzie lub biegającego po ogrodzie. Żaden dom prócz naszego, gdyż psy bardzo źle reagują na obecność umarłych. Dlatego też byłem jedyną chyba osobą, która nie wiedziała, że miasteczko ma nowego tresera. Zamiast dziadka Luciena, którego znałem gdy byłem jeszcze dzieckiem i mieszkałem z rodzicami, nastał ten obcy mężczyzna, Bauseli Morlay.
Powiedziano mi, że mieszka on na obrzeżach miasta, za dębowym zagajnikiem. Trafiłem bez trudu, bo był to jedyny dom w tej okolicy.
Dom zbudowany został z szarych, masywnych kamieni. Okiennice na piętrze były zamknięte, okna na parterze przesłaniał drewniany płot. Patrząc ponad sztachetami widziałem zdumiewająco prostą budowlę, bez żadnych przybudówek, ganku ani werandy, kwadratową i ciężką, oplecioną martwymi gałęziami bluszczu. Tylko w rogu ogrodu stało coś, co pewno wziąłbym za niewielką szopę, lecz wiedząc już, że Morlay jest szczęśliwym posiadaczem jednego z pięciu samochodów w naszym miasteczku, domyśliłem się, że to garaż. Brama była zamknięta na kłódkę, ale znajdująca się nieco dalej furtka wyglądała na otwartą.
Odetchnąłem głęboko zimnym powietrzem i zastanowiłem się czy mój nos nie jest aby czerwony od mrozu. Potem położyłem dłoń na furtce. Przyszło mi do głowy to, o czym powinienem był pomyśleć już wcześniej: że za chwilę będę musiał spojrzeć w oczy dziewczynie opłakującej swego ukochanego. Omal nie stchórzyłem, lecz było mi wstyd się wycofać.
W tym momencie usłyszałem dochodzący z ogrodu dźwięk, który rozpoznałem od razu, mimo iż dzieciństwo miałem już za sobą.
Świst bicza przecinającego powietrze, a potem uderzającego o ciało. Czekałem na krzyk bitego dziecka, nie usłyszałem jednak nic. Po chwili świst powtórzył się, potem jeszcze jeden i następny. Nadal jednak nie słychać było krzyków ani przekleństw. Dźwięk rozlegał się samotnie w mroźnej ciszy. Zupełnie jakby bicza nie trzymała ludzka ręka. Zupełnie jakby pracował sam, w milczeniu katując milczące ciało.
Nim zdążył ogarnąć mnie lęk pchnąłem furtkę i wszedłem do ogrodu.
Na prawo, tuż przy rogu domu, stał mężczyzna, odwrócony do mnie tyłem. Był wysoki, szeroki w barach i trzymał się bardzo prosto, faktycznie jak były żołnierz. Mimo mrozu nie miał na sobie kubraka, a rękawy koszuli podwinął, odsłaniając umięśnione ramiona.
Gdy znalazłem się w ogrodzie podnosił właśnie rękę, by zadać kolejne uderzenie. Obserwowałem go przez chwilę. Nie wydawał się zmęczony ani rozwścieczony. Bił z mechaniczną dokładnością, sumiennie wykonując swą pracę.
Od furtki do głównego wejścia domu prowadziła wąska, wydeptana w śniegu ścieżka. Idąc nią podszedłem bliżej i ujrzałem, że Morlay - bo musiał to być właśnie on - bije uwiązanego do palika psa. Skręciłem w prawo i przeszedłem jeszcze kilkanaście kroków.
Palik i postronek wydawały się niepotrzebne. Zwierzę leżało bez ruchu na zbryzganym krwią śniegu. W jasnobrązowej sierści bicz wyciął purpurowe, podłużne rany, bardzo głębokie, odsłaniające mięso, a gdzieniegdzie i biel kości. Oczy psa zachodziły mgłą. Konał.
Morlay wreszcie mnie zauważył. Opuścił bicz i odwrócił się. Jego twarz była raczej okrągła, ale kanciasty podbródek i zdecydowany wyraz oczu sprawiały, że wyglądał bardzo męsko. Włosy miał ciemne i krótko ścięte na żołnierską modłę. Mógł mieć jakieś czterdzieści do czterdziestu pięciu lat, a więc zgodnie z moim ówczesnym wyobrażeniem był niemal starcem, lecz - dobrze to pamiętam - byłem wtedy pod wrażeniem siły promieniującej z jego barczystej postaci.
– Czego chcesz? – spytał chłodno, lecz bez złości. Ja jednak mając wciąż przed oczami skatowanego psa wystraszyłem się i jak dziecko spuściłem wzrok. Patrzyłem teraz na ziemię pod moimi stopami. Leżało na niej coś, co w pierwszej chwili wziąłem za martwe gąsienice, brązowe i włochate z jednej strony, różowe zaś z drugiej. Ale oczywiście nie były to gąsienice, lecz strzępki psiej skóry i gdy to zrozumiałem, nagle poczułem uderzającą mi do głowy falę gorąca, a moje kolana stały się miękkie jak masło. Rankiem nie zdążyłem zjeść śniadania, a później nie brałem do ust niczego prócz wody i kieliszka anyżówki, tak więc - choć wówczas bardzo się tego wstydziłem - myślę, że będę usprawiedliwiony jeśli powiem, że w tamtej chwili po prostu zemdlałem.

***

Wracałem do przytomności czując na czole przyjemnie chłodny dotyk wilgotnej szmatki. Otworzyłem oczy. Pochylała się nade mną dziewczyna, bardzo piękna dziewczyna o bladej, wąskiej twarzy rusałki i wielkich, błękitnych oczach. Z bielą skóry kontrastowała czerń rozpuszczonych włosów, które wydawały się zbyt ciężkie i długie, by nosiła je tak delikatna główka.
Angevina.
Chciałem coś powiedzieć, lecz zabrakło mi słów. Przede wszystkim wstydziłem się mojej słabości i w młodzieńczej naiwności sądziłem, że piękna dziewczyna nigdy nie zechce przychylnie spojrzeć na kogoś, kto mdleje na widok bitego psa.
Pragnąłem z całych sił na powrót stracić przytomność, lecz oczywiście było to niemożliwe. Mamrotałem coś niewyraźnie, gdy przerwał mi odgłos otwieranych drzwi. Do pokoju wszedł Bauseli Morlay, a ja, prócz upokarzającego wstydu, poczułem jak na widok tego człowieka ogarnia mnie znajomy już strach. Lecz on nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Podszedł do Angeviny - wciąż siedziała przy moim łóżku, plecami do drzwi, a więc i do Morlaya - i wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć jej gęstych, spływających na plecy włosów. Zrezygnował. Jego dłoń wisiała przez chwilę w powietrzu. To była duża, silna dłoń z kwadratowo zakończonymi palcami. Pod paznokciami widać było ciemne półksiężyce. Mógł to być brud, ale mogła to też być - i jestem pewien, że była - po prostu krew.
– Już czas – powiedział cicho. – Chodź.
Skinęła głową. Morlay rzucił mi krótkie: "Zaczekaj tu", a ja nie powiedziałem ani słowa.
Gdy wychodzili jego duża dłoń spoczęła na chwilę na plecach dziewczyny.
Zostałem sam. Odetchnąłem, starając się uspokoić i w tym momencie jak obuchem uderzyła mnie pewna myśl i znów poczułem słabość w kolanach, a moje serce na krótką chwilę przestało bić. Byłem głupcem, byłem podwójnym i potrójnym głupcem, bo nie skojarzyłem dwóch podstawowych faktów. Simon Meury prosił o spotkanie przy jeziorku na skraju. List spoczywał w jego kieszeni, a więc nigdy nie został wysłany a jednocześnie Simon stawił się przecież na spotkanie. Stawił się i umarł tam. A więc list ten musiał być tylko brudnopisem - dlatego napisano go ołówkiem, a Angevina otrzymała inny, przepisany na czysto egzemplarz. Nie miałem więc już żadnego pretekstu, by przebywać w tym domu. Bo i po co? Po to, by wręczyć dziewczynie brudnopis listu od jej zmarłego ukochanego? Na sama myśl o tym poczułem jak moje policzki płoną wstydem.
Dom był cichy, nie słyszałem głosów Morlaya ani Angeviny. Wyjrzałem ostrożnie na korytarz. Był pusty. Skradając się na palcach pomknąłem w stronę wyjścia. Gdy wyglądałem przez uchylone drzwi Morlay i Angevina pochylali się właśnie nad leżącym w śniegu psem. Za wszelką cenę chciałem wydostać się z tego domu. Odetchnąłem, zbierając się na odwagę i zanosząc modły, by żadne z nich nie odwróciło się w nieodpowiednim momencie. Chwilę później mknąłem już ścieżką w stronę furtki tak szybko, jakby ścigał mnie sam diabeł.

***

List podarłem, ale nie potrafiłem zapomnieć jego treści, a nade wszystko nie potrafiłem wyrzucić z pamięci obrazu twarzy Angeviny. Wspomnienie tamtego popołudnia - omdlenia, a potem pośpiesznej ucieczki bez słowa, dręczyło mnie. Postąpiłem jak głupiec i spędzałem teraz godziny, wyobrażając sobie, że mógłbym zachować się zupełnie inaczej. Mógłbym przecież przyjść do domu Angeviny nie z tym nieszczęsnym listem, lecz po prostu po to, by wyrazić jej swoje współczucie i pocieszyć ją. Zawarłbym z nią w ten sposób znajomość, a później... cóż, młodzieńcza wyobraźnia podsuwała mi obrazy, w których występowałem w roli bohatera, chroniąc dziewczynę przed owym tajemniczym mężczyzną z listu i stopniowo zajmowałem w jej sercu miejsce zmarłego Simona.
Nie miałem jednak odwagi wrócić do jej domu i naprawić tego, co zepsułem. Raz ujrzałem Angevinę na ulicy, spacerującą pod ramię z przybranym ojcem - ona tuliła się do niego z ufnością, on obejmował ją ostrożnie, jakby była ze szkła - ale nawet wtedy nie zdobyłem się na to, by podejść i wytłumaczyć się. Zaczerwieniłem się tylko i pośpiesznie przeszedłem na drugą stronę, a później znów przeklinałem swoją głupotę.
Tak minął tydzień. Simon Meury spoczął na cmentarzu. Wykopany w zmarzniętej ziemi grób był płytki, zaś ceremonia pogrzebowa - odprawiona podczas wzmagającej się zamieci śnieżnej, gdy płomienie lamp gasły za szkłem, a wiatr porywał słowa księdza - bardzo krótka.
W niedzielę w kościele znów ujrzałem Angevinę. Pamiętam, że usiadłem tak, by móc obserwować ją samemu nie będąc widzianym. Była w towarzystwie Morlaya i Ryżego Jacoba, którego znałem od dzieciństwa. Dwa lata starszy ode mnie pracował w sklepie swego ojca, lecz nie radził sobie dobrze z handlem, tak jak z niczym innym zresztą. Ryży Jacob był brzydki i niezgrabny, to zbyt milkliwy, to znów, najczęściej w dużym towarzystwie, gdzie koniecznie chciał być zauważonym, skłonny do wybuchów irytującego śmiechu z byle głupiego żartu. Dziwiłem się, jakim cudem udało mu się zdobyć serce tak pięknej dziewczyny jak Angevina. Bo to, że zdobył jej serce nie ulegało wątpliwości. W naszym miasteczku istniał zwyczaj - być może zresztą istnieje do dziś, nie wiem, bo wyjechałem stamtąd dawno temu - że jeśli dziewczyna pojawia się z chłopcem w kościele, to wkrótce należy się spodziewać zapowiedzi, a potem ślubu.
Rzecz jasno nie było to jedyne pytanie jakie mnie dręczyło. Zastanawiałem się, jak Angevina mogła tak szybko zapomnieć o Simonie i - przepełniony goryczą i gniewem na tę piękną dziewczynę - koniecznie chciałem jakoś ją usprawiedliwić. Wyobraziłem więc sobie, że Angevina potajemnie kochała Simona i spotykała się z nim w sekrecie, a gdy zginął, z rozpaczy zgodziła się wyjść za Ryżego Jacoba, którego wybrał jej opiekun.
Byłem na tyle rozsądny, by spostrzec, że teoria ta niewiele ma sensu. Simon Meury pochodził z rodziny o wiele bogatszej i bardziej szanowanej niż Ryży Jacob i gdyby Morlay faktycznie pragnął dla swej przybranej córki męża to Simon byłby o niebo lepszym kandydatem. Zauważyłem też, że Angevina wcale nie jest niechętna zalotom Ryżego Jacoba. On puszył się przy niej jak paw, a jego brzydka twarz, na której zazwyczaj malował się nieśmiały, głupi uśmieszek, była pełna buty. Obejmował Angevinę, każdym gestem, każdym spojrzeniem dając do zrozumienia, że należy teraz do niego, a ona nie broniła się. Co prawda, uświadomiłem sobie, nie wydawała się szczęśliwa. Zadowolona może tak, ale nie było w niej owego promieniejącego szczęścia, którego spodziewamy się po młodej narzeczonej. Wydawała się zdumiewająco bierna, a jej gładka, piękna twarz pozbawiona była wszelkiego wyrazu. Nie umiałem z niej nic wyczytać i - nie potrafiąc znaleźć innego wytłumaczenia - z ulgą wróciłem do poprzedniej teorii, uznając, ze dziewczyna jest zobojętniała, bo cierpi po śmierci Simona.
Dwa lub trzy dni później przechodziłem ulicą, mijając szereg domków (w naszym mieście niewiele jest kamienic, choć i to oczywiście mogło zmienić się od czasu mojego wyjazdu), gdy niespodziewanie w jednym z ogrodów rozszczekał się pies. Nie zwróciłbym na niego uwagi - wszak to naturalne, że pies szczeka na przechodnia - gdyby nie autentyczna wściekłość brzmiąca w głosie zwierzęcia. Ujadał i warczał tak, jakbym uczynił krzywdę jemu, albo jego panu. Zdumiało mnie to, bo przecież nawet nie wszedłem na teren psa, a tylko spokojnie spacerowałem ulicą. On jednak koniecznie chciał mnie dopaść. Wciąż ujadając wściekle, rzucał się całym ciężarem ciała na sztachety płotu i bałem się, że lada moment je wyłamie.
Stanąłem w bezpiecznej odległości i przyjrzałem się psu. To było to samo zwierzę, które widziałem zdychające przy domu Morlaya. Poznałem je po jasnobrązowej sierści i małej, czarnej łatce na pysku. Czy jednak było to możliwe? Nie znam się na tym, ale mógłbym przysiąc, że tamten pies konał i nic nie zdołałoby go uratować.
Podszedłem bliżej, spojrzałem na grzbiet zwierzęcia. Podłużne, szerokie blizny odcinające się od jasnej sierści przekonały mnie ostatecznie, że miałem racje. To było zwierzę, które Bauseli Morlay katował na moich oczach. Tym dziwniejsze było to, jakim cudem psu udało się nie tylko przeżyć, ale i tak szybko wrócić do zdrowia.
Przeniosłem wzrok z grzbietu zwierzęcia na jego oczy. To, co w nich ujrzałem sprawiło, że cofnąłem się kilka kroków.
W oczach psa była nienawiść. Pojąłem, że tak można nienawidzić tylko tego, kto wyrządził ci najgorszą z możliwych krzywdę. Znów przed oczami stanął mi obraz bicza, unoszącego się raz za razem i zwierzę, konające w ubrudzonym krwią śniegu.
Drzwi domu otworzyły się, kobiecy głos zawołał psa. I oto ujrzałem rzecz przedziwną, to wściekłe, przepełnione żądzą mordu stworzenie podkuliło ogon i skomląc pobiegło do swej pani. Pies łasił się do nóg kobiety, a gdy uniosła rękę, grożąc mu, rozpłaszczył się przed nią jak przerażony niewolnik błagający o łaskę.
Pokręciłem w zdumieniu głowa.
Za plecami usłyszałem stłumiony kaszel, a potem śmiech. Odwróciłem się. Po drugiej stronie ulicy stał dziadek Lucien. Wychudł i postarzał się od czasu, gdy widziałem go po raz ostatni i zrozumiałem, że suchoty, na które cierpiał już wtedy, gdy ja byłem dzieckiem, wkrótce zabiorą go do grobu.
Skinął, zapraszając, bym do niego dołączył. Przywitałem go jak nakazuje szacunek dla starszych, on zaś objął mnie serdecznie. Pamiętam, że poczułem się zakłopotany, ale jednocześnie było mi przyjemnie, gdyż odkąd rozpocząłem naukę u Jarguela ludzie niechętnie się do mnie zbliżali.
– Ten pies... – zacząłem, gdy wypuścił mnie z objęć i urwałem, nie wiedząc jak sformułować niejasne myśli tłukące się w mojej głowie.
– Właśnie, pies – zachichotał i znów zaniósł się kaszlem. Tym razem trwało to długo. Wyjął z kieszeni chustkę i przyłożył do ust. Gdy chował ją z powrotem dostrzegłem, że biel płótna splamiona jest krwią. Znów pomyślałem, że wkrótce będę zajmował się jego martwym ciałem. Zrobiło mi się smutno i przez chwilę nie pamiętałem o psie.
– Bauseli Morlay jest treserem – powiedział. – Doskonałym treserem. Dajesz mu psa, zwykłego niewychowanego kundla, który psoci, nie słucha i sika na podłogę w salonie, a on po kilku dniach zwraca ci zwierzę idealne, dokładnie takie, jakiego chciałeś. Ta kobieta na przykład boi się mieszkać sama, więc zażyczyła sobie psa, który będzie atakował każdego obcego, zaś wobec niej będzie łagodny i uległy.
– Przecież to niemożliwe.
– Co znaczy możliwe? Co znaczy niemożliwe? – zaśmiał się dziadek Lucien, ale w jego oczach nie było wesołości. – Posłuchałbyś kiedyś ludzi, rzeczy, które plotą siedząc w gospodzie. Ten spotkał w lesie rusałkę, inny znów wilkołaka. Jeden wierzy w czary, inny zaś w to, że odwiedza go duch zmarłego ojca. Cóż, może nie wszystko to są wyssane z palca bzdury?
– Myśli pan...
– Ja nic nie myślę – uciął. – Ale powiem ci jedno, chłopcze. Byłem treserem psów na długo przedtem, nim ty się urodziłeś. Uczyłem psy cierpliwością i miłością, a one w zamian darzyły mnie sympatią. Lecz to, co robi ten człowiek... On łamie im dusze, pojmujesz, chłopcze? Łamie im dusze na drobniutkie kawałeczki, a potem składa z powrotem. Na tym polega jego nauka.

***

Słowa dziadka Luciena skierowały moje myśli na nowy tor. Dotąd sądziłem, że Angevinie ewentualnie grozi niebezpieczeństwo ze strony nieznajomego mężczyzny, o którym Simon Meury wspominał w liście, lecz Morlay - choć z pewnością ekscentryczny i pod pewnymi względami okrutny - zawsze może ją obronić. Teraz przyszło mi do głowy, że być może prawdziwym zagrożeniem dla Angeviny jest właśnie Morlay. Człowiek, który potrafi złamać duszę psa i złożyć ją na powrót.
Chciałem porozmawiać z owym mężczyzna wymienionym w liście Simona. Być może wiedział coś o praktykach Morlaya i dlatego właśnie o niego wypytywał?
Trudność polegała na tym, że nie znałem nawet nazwiska tego człowieka. Wiedziałem tylko, że interesował się Morlayem i jego przybraną córką. Zacząłem więc obchodzić miejscowe gospody, lecz nie wiedząc o co pytać ani jak, byłem niezręczny i gospodarze przepędzali mnie, każąc wracać do domu i zająć się swoimi sprawami. Zniechęciłem się szybko, ale nie zapomniałem o Angevinie.
Następnego dnia wróciłem pod jej dom. Stałem po drugiej stronie ulicy, w szybko gęstniejącym zimowym zmroku, z głową wciągniętą w ramiona i postawionym kołnierzem płaszcza, który wcale nie chronił mnie przed podmuchami wiatru. Dygotałem tyleż z zimna, co z powodu trawiącej moje ciało gorączki. Wiedziałem, że to, co robię pozbawione jest sensu, a jednak nie potrafiłem się powstrzymać. Każdego dnia, gdy tylko zapadł zmrok, zaczynałem krążyć wokół domu Angeviny, coraz bliżej i bliżej, jak ośmielone zwierzę. Nie spotkałem żadnego z poddawanych tresurze psów i szybko doszedłem do wniosku, że Morlay wieczorami zamyka je w domu. Miałem więc wolną drogę i mogłem zrobić to, czego pragnąłem: wejść do ogrodu i zajrzeć przez okna, szukając wzrokiem Angeviny.
Jednak tego wieczoru, gdy zebrałem się na odwagę i przeskoczyłem płot, zdarzyło się coś, co nielicho mnie wystraszyło i jednocześnie podważyło moją teorię o psach zamykanych na noc w domu.
Księżyc wisiał nisko niebie, napęczniały i srebrzystoróżowy jak naznaczona plamami krwi moneta. Tego dnia temperatura spadła o kilka stopni, ale nie czuło się tego, bo ucichł wreszcie wiatr i zniknęła wisząca w powietrzu wilgoć. Tę mroźną, suchą noc z cienką warstwą zlodowaciałego śniegu trzeszczącą pod stopami uważałem za pogodną.
Przeskoczyłem płot i ruszyłem w stronę oświetlonego okna. Szedłem przygarbiony, skradając się ostrożnie, co oczywiście niewiele miało sensu. Śnieg chrzęścił pod butami, a moja sylwetka w ciemnym płaszczu odcinała się wyraźnie od srebrzystej, zalanej księżycowym światłem powierzchni ogrodu. Gdyby ktoś podszedł teraz do szyby, zauważyłby mnie z pewnością.
Byłem już w połowie drogi, gdy coś zwróciło moją uwagę. Nie był to odgłos otwieranego okna, nie był to także chrzęst śniegu pod innymi niż moje stopami. To było po prostu... nie wiem, jak to określić, uczucie, że nie jestem już w ogrodzie sam.
Zamarłem w bezruchu, zatrzymując oddech. Potem wolno, wolniutko rozejrzałem się wokół.
Przy furtce stał pies, szary, wyrośnięty wilczur. Właściwie nie widziałem go wyraźnie - dostrzegłem tylko dwoje sterczących uszu i zarys pyska, a później, gdy zwierzę poruszyło się, smukłą, pełną wdzięku sylwetkę. Trwało to ledwo chwilę i pies zniknął jakby był tylko snem. Nie pobiegł w głąb ogrodu - zimowe krzewy i drzewa były nagie i nie zdołałby się za nimi skryć. Jedyną rozsądną, choć dość niepokojącą myślą było to, że pies wybiegł na ulicę, przez otwartą furtkę lub też przeskakując nad płotem.
Ale o tym wszystkim pomyślałem dopiero później. Teraz wycofywałem się powoli, idąc tyłem po własnych śladach, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, by podejść do furtki i - zakładając, że naprawdę została ona otwarta dla owego zagadkowego psa - przez nią wydostać się na ulicę.
Wydarzenia następnych dni pamiętam niejasno, miesza mi się też ich kolejność, częściowo z powodu upływu lat, a częściowo dlatego, że byłem wówczas na wpół przytomny, niewyspany i rozgorączkowany.
Myślę jednak, że najpierw, nim wreszcie udało mi się podejrzeć przez okno Angevinę wraz z Morlayem, odbyłem rozmowę z Marią Grieu.
Maria Grieu była największą plotkarką w naszym miasteczku. Jeśli ona czegoś nie wiedziała, to nie wiedział tego nikt. Dlatego też właśnie do niej przyszedłem, by wypytać o Angevinę. Staruszka bała się mnie po trosze - a raczej zawodu, którego się uczyłem - i tłumiła ten strach niewybrednymi żartami. Nie lubiłem do niej chodzić, ale tego dnia gotów byłem znieść wszystko - nawet dowcipy mówiące o tym, że przedsiębiorcę pogrzebowego można rozpoznać po unoszącej się wokół niego woni trupa.
Silenie się na wybiegi i sztuczki nie miało sensu - Maria Grieu była bystrą, ciętą w języku starowinką i przejrzałaby mnie w jednej chwili. Dlatego też po prostu zapukałem do drzwi, a gdy otworzyła zapytałem o Angevinę i jej przybranego ojca.
Chwilę później siedziałem naprzeciwko niej przy kominku, pijąc czarną kawę i jedząc ciasto. Ciasto było twarde i wyjątkowo niesmaczne, a Maria Grieu spoglądała na mnie tak, jakby wiedziała, że nie przypadnie mi do gustu i z góry się na to cieszyła. Paliła fajkę jak mężczyzna, wydmuchując dym w moją stronę, ja zaś z całych sił starałem się nie krzywić.
Gdy zjadłem już tyle ciasta, że odłożenie talerzyka nie wyglądało na nieuprzejmość wobec gospodyni, przypomniałem jej o Angevinie.
– Ach – powiedziała. – Niewiele o niej wiadomo. Ani o nim, rzecz jasna. Tajemnicze postaci, ta panna Angevina i pan Bauseli Morlay.
Zdanie to znaczyło nie tyle, że Angevina i Morlay to tajemnicze postacie, ile że są nimi dla reszty ludzi, lecz nie dla Marii Grieu, która wie wszystko na ich temat.
Nie zadałem pytania, a tylko spojrzałem na starowinkę wyczekująco, mając nadzieję, że w ten sposób najszybciej skłonię ją do zwierzeń. Czułem mdłości - może z powodu tego nieszczęsnego ciasta i dymu z fajki, a może z powodu gorączki, jaką miałem od kilku dni. A może też ze strachu, co powie mi Maria Grieu.
Staruszka chichotała przez chwilę, kręcąc się na fotelu, najwyraźniej ubawiona bladością mojej twarzy i głodem a zarazem lękiem wyzierającymi mi z oczu. Potem raz jeszcze pyknęła z fajeczki.
– Ona jest dzikim dzieckiem, wiesz o tym?
Spodziewałem się wszystkiego, nawet, a może najbardziej informacji, że Angevina nie jest przybraną córką Morlaya, lecz jego kochanką. Ale nie tego. Zdumienie moje było tak wielkie, że w pierwszej chwili nie zrozumiałem, co staruszka powiedziała.
– Dzikim dzieckiem? – powtórzyłem bezmyślnie.
– Dzieckiem wychowanym w lesie – powtórzyła zirytowana moją tępotą. – Przez dzikie zwierzęta. Morlay znalazł ją, gdy miała pięć czy sześć lat, zabrał do siebie i wychował jak córkę. Przyznaję, że nieźle mu to wyszło. Dziewczyna wygląda na prawdziwą damę. Oczywiście jest strasznie... – udawała, że szuka właściwego słowa, wpatrując się we mnie z lubością – łatwa, lecz przecież to nie jej wina...
Cios trafił w próżnię. Wciąż gapiłem się na Marię Grieu bezmyślnymi oczyma.
– Biedactwo potrzebuje miłości – powiedziała, już bardziej z gniewem niż złośliwie. – A nie sądzę, by Morlay był zbyt czułym ojcem, choć – wyraz jej twarzy zmienił się i zachichotała – z drugiej strony może i jest nazbyt czuły. A przynajmniej chciałby być. Nieważne. Sieroty zawsze potrzebują miłości. Nigdy nie jest im dość. Tak jakby była w nich taka wielka, głodna dziura bez dna, w którą wrzucasz miłość i wrzucasz, lecz nigdy nie zdołasz jej zapełnić. Pojmujesz? Dlatego właśnie gotowa jest pójść z każdym, kto okaże jej choć cień sympatii. Nawet jeśli wygląda jak Ryży Jacob. Skoro tak zależy ci na tej dziewczynie dlaczego i ty nie spróbujesz szczęścia? Nie sądzę, by ci odmówiła. Oczywiście musiałbyś podzielić się z innymi konkurentami, lecz...
Dopiero teraz jej słowa dotarły do mnie w pełni. Zerwałem się na nogi, krzycząc głośno. Próbowałem bronić Angeviny i oskarżać staruszkę. O bezduszność i złośliwość. O to, że nie ma pojęcia jaka naprawdę jest Angevina.
Maria Grieu śmiała się zadowolona.

***

Mniej więcej w tym samym czasie - nie jestem pewien czy było to w noc następującą po owej rozmowie z Marią Grieu czy może nieco później - podkradłem się wreszcie pod okna domu Angeviny i zajrzałem do środka.
Byli tam we dwoje: ona i on. Poruszali się w takt muzyki, niesłyszalnej dla mnie, stojącego w ciemnościach z czołem przyciśniętym do zimnej jak lód szyby. Potem Morlay zmienił płytę w gramofonie i znów zaczęli tańczyć. Nie potrafiłem rozpoznać tańca, teraz jednak, bogatszy o doświadczenie tych wszystkich lat i wciąż mając tę scenę przed oczami wiem, że to był walc.
Twarzy Angeviny skrytej za ramieniem mężczyzny nie widziałem. Patrzyłem na niego, na Morlaya. Miał na wpół przymknięte oczy i jedynie temu zawdzięczam fakt, że nie zostałem odkryty.
Chciałem odejść, a przynajmniej odwrócić głowę, lecz nie mogłem. Zażenowanie, jakie odczuwałem wdarłszy się w najbardziej intymne sekrety obcego człowieka walczyło we mnie z wstrętem i rozgoryczeniem. Próbowałem dopasować wyraz twarzy Morlaya do owej skomplikowanej układanki, której głównymi postaciami byli on, Angevina i martwy Simon. Nie potrafiłem, choć wiedziałem, że to, co widzę właśnie w twarzy mężczyzny jest ważne, może nawet najważniejsze.
Dopiero gdy skończyła się płyta i Morlay wypuścił Angevinę z objęć, byłem w stanie odejść od okna. Pobiegłem przez ogród, nie dbając o to, czy ktoś mnie usłyszy. Przeskoczyłem płot i zatrzymałem się na skraju dębowego zagajnika, w miejscu, z którego obserwowałem dom pierwszej nocy.
Całkiem niespodziewanie dla siebie samego rozpłakałem się. Łkałem jak dziecko, uderzając pięściami w pień drzewa, a jednocześnie, jakąś trzeźwą cząstką umysłu tłumacząc sobie, że nie ma o co płakać, że to nie ma przecież żadnego znaczenia i naprawdę, ale to naprawdę, nie ma powodów do płaczu...

***

Następnego dnia udałem się do domu Angeviny w dzień, jak każdy inny człowiek, a to tylko dlatego, że Maria Grieu ubzdurała sobie, że wyświadczy mi przysługę.
Choć, znając jej charakter, być może wcale nie była to przysługa. Może Maria Grieu od początku wiedziała, co z tego wyniknie i cieszyła się na swój paskudny, złośliwy sposób.
Tak czy inaczej staruszka kupiła sobie psa, małego, nerwowego kundelka, którego piskliwy jazgot doprowadzał do szału. Tłumacząc się reumatyzmem, który nie pozwala jej zimą wychodzić z domu, poprosiła, bym zaprowadził zwierzę do Morlaya. Morlay miał zrobić z niego, jak określiła to Maria Grieu, słodkiego, kanapowego pieska, w sam raz dla samotnej kobiety.
Wpakowała mi w ramiona ujadający, ciepły kłębek i, nim zdążyłem zaprotestować, z  chichotem zamknęła drzwi.
Nie pozostało mi nic innego jak powędrować do domu Morlaya.
Ku mojej wielkiej uldze Bauseli Morlay zachował się tak, jakbyśmy nigdy wcześniej się nie spotkali. Podałem mu psa - był tak maleńki, że niosłem go przez całą drogę - starając się przy tym nie patrzeć mężczyźnie w oczy. Miałem wrażenie, że jeśli to zrobię bez trudu odgadnie, iż widziałem go tamtej nocy.
Morlay złapał psa, niezbyt delikatnie, ale też bez zadawania mu bólu i wyniósł z pokoju. Tak więc znów zostałem sam i to dokładnie w tym samym saloniku, w którym tamtego dnia leżałem zemdlony na kanapie.
Z początku miałem wielką ochotę, by znów uciec bez słowa, wiedziałem jednak, że po raz drugi tego nie zrobię. Poza tym odejście Morlaya ośmieliło mnie i sprawiło, że znów zbudziła się we mnie ciekawość. Pan tego domu był z pewnością kimś niezwykłym, lecz kim? Czy rację miał dziadek Lucien mówiąc, że coś, co powszechnie uważa się za wyssaną z palca bujdę może naraz okazać się prawdą?
Podszedłem do stojącego w rogu biurka i zacząłem przetrząsać szuflady, starając się robić to cicho i ostrożnie. Nie znalazłem jednak nic ciekawego. Prócz przyborów do pisania i rachunków było tam mnóstwo drobiazgów, w których nawet tak nieotrzaskany ze światem chłopak, jakim wtedy byłem, bez trudu rozpoznał pamiątki z różnych regionów kraju. Były tam muszelki i kamienie, zasuszone kwiaty, pocztówki, rzeźbione pudełka, obrazek skaczącego przez fale delfina i drugi, przedstawiający górala, mały statek w buteleczce, a także cała masa innych - patrząc z perspektywy mego dzisiejszego doświadczenia - dość tandetnych przedmiotów. Były też zdjęcia, pasujące do owych przedmiotów - nienaturalnie upozowane, czarno - białe postacie na tle różnych krajobrazów.
Wniosek nasuwał się sam - Morlay i Angevina byli wędrownymi ptakami i nigdzie długo nie zagrzewali miejsca. Czy i z naszego miasteczka zamierzali wkrótce wyjechać? Mężczyzna wziął psa i nic nie wspominał o wyjeździe, ale pamiętałem, że przechodząc korytarzem dostrzegłem w jednym z pokoi stojące na podłodze walizki. Morlay i jego przybrana córka nie mieli wiele rzeczy - żadnych książek, obrazów ani ciężkich bibelotów, a meble w domu nie należały do nich. Bez trudu mogliby się spakować w kilka chwil.
Odsunąłem od siebie tę myśl.
Zainteresowało mnie szczególnie jedno pudełko, a właściwie mała szkatułka z czarnego drewna, zamknięta  na zamek. Potrząsnąłem nią. Coś zagrzechotało w środku. Rozejrzałem się w poszukiwaniu kluczyka.
Wtem drgnąłem i nadstawiłem uszu. Ktoś szedł korytarzem. Pośpiesznie zacząłem upychać szkatułkę z powrotem w szufladzie. Jednak wcześniej leżała ona pod stosem owych drobiazgów i teraz, gdy drobiazgi znalazły się na dnie, za nic nie chciała zmieścić się w szufladzie. Próbowałem jedną ręką zgarnąć pamiątki i podnieść je, a drugą wepchnąć pod spód szkatułkę, nie zdążyłem jednak – drzwi otworzyły się i Morlay zastał mnie stojącego przy otwartej szufladzie biurka, z zamkiętą na klucz szkatułką w dłoni.
Podszedł bliżej. Angevina, która wsunęła się do pokoju za nim została przy drzwiach.
Morlay wyjął mi szkatułkę z ręki i położył na biurku. Nie zrobiłem nic. Po prostu stałem tak, trzęsąc się i mając kompletną pustkę w głowie.
– Co miałeś zamiar tu znaleźć?
Dopiero po dłuższej chwili udało mi się wykrztusić kilka słów.
– Ja tylko... Chciałem się dowiedzieć... Te psy. Jak i dlaczego?
– Jak, nie powiem ci, bo to moja tajemnica. A dlaczego? Bo są słabe. Utraciły swoją wolność, swoją dzikość i siłę. Tak czy inaczej stały się już niewolnikami ludzi, więc to, co ja im robię, nie jest dla nich żadną różnicą.
– Nie rozumiem – wymamrotałem.
– Nie. Oczywiście, że nie rozumiesz. Tacy jak ty nigdy nie rozumieją.
A potem ni stąd ni zowąd zmienił temat.
– Tak się składa – powiedział spokojnie, jakby nie było wcale incydentu z czarną szkatułką– że ja i Angevina idziemy akurat w stronę rynku. Odprowadzimy cię.

***

Szedłem wraz z Morlayem i Angeviną przez dębowy zagajnik. Mężczyzna został z tyłu, ja zaś dotrzymywałem towarzystwa dziewczynie. Powietrze wciąż było mroźne i suche, a słońce świeciło zimnym, grudniowym blaskiem. Zagajnik pokrywała warstwa śniegu, niezbyt gruba – u nas zimy bywają raczej dżdżyste niż mroźne – ale wystarczająca, by sprawić, że krajobraz wyglądał jak z pocztówki. Pomyślałem, że będziemy mieć tego roku bardzo piękne święta.
Angevina szła lekkim, długim krokiem, tak blisko mnie, że czułem ciepło jej ciała. Prowadziliśmy jakąś pozbawioną znaczenia konwersację. Ja niezdarnie, jąkając się i potykając na najbardziej banalnych zdaniach, Angevina zaś swobodnie, z wprawą dobrze wychowanej panienki. W pewnym momencie zapadło milczenie. Dziewczynie zdawało się to nie przeszkadzać, mnie jednak cisza szybko zaczęła ciążyć i, nie mogąc wymyślić tematu dalszej rozmowy, desperacko zapytałem o Ryżego Jacoba.
Pamiętam, iż wspomniałem o przygotowaniach do wyjazdu, jakie widziałem w domu Angeviny i zasugerowałem, że Morlay zabiera córkę z naszego miasteczka, po to, by nie spotykała się więcej z Jacobem.
Roześmiała się i, ku mojemu przerażeniu, gestem dłoni przywołała Morlaya. Powtórzyła mu moje słowa.
Spojrzał na mnie w zamyśleniu, a ja skuliłem się pod jego wzrokiem.
– Nie mam nic przeciwko temu, by Angevina spotykała się ze swoimi rówieśnikami – powiedział. – Wręcz przeciwnie. Chętnie witam w moim domu młodych ludzi. Przyjdź do nas, a przekonasz się, że mówię prawdę.
Zebrałem się na odwagę i podniosłem głowę. Twarz Morlaya miała ów szczególny, beznamiętny wyraz, który równie dobrze mógł oznaczać obojętność jak i silne, tłumione emocje. Angevina uśmiechała się, ale jej uśmiech nie sięgał oczu. W oczach miała nie wesołość, lecz głód, o którym mówiła Maria Grieu.
Oto los sam wkładał mi w ręce to, czego tak bardzo pragnąłem. A jednak nie przyjąłem zaproszenia. Bałem się Morlaya, który nie mógł być przecież szczery w swej uprzejmości, bo nie dałem mu żadnych powodów, by mnie polubił. Bałem się tego, co widziałem w oczach Angeviny i bałem się samej Angeviny, uśmiechniętej, wesołej Angeviny, nad którą wisiał cień Simona Meury leżącego z rozdartym gardłem pod cienką warstwą lodu.
Wykręciłem się jakąś niemądrą wymówką i pożegnałem się. Odszedłem, nie spoglądając za siebie.

***

– Czy zastałem... – omal nie powiedziałem „Ryżego Jacoba” – Jacoba?
– Poszedł spotkać się z panienką Angeviną. – Służąca zamknęła mi drzwi przed nosem. Podniosłem palec, by raz jeszcze wcisnąć przycisk dzwonka i zapytać o której chłopak wróci, lecz w tym momencie ktoś szarpnął mnie za ramię,
– Jesteś przyjacielem Jacoba?
Pytanie zadał chudy, dość krzepko wyglądający staruszek. Jego jasnobłękitne patrzyły na mnie z nadzieją, a blada, okolona kosmykami przetłuszczonych siwych włosów twarz była napięta jak struna skrzypiec.
Skinąłem głową, choć w rzeczywistości nie byłem przyjacielem, a tylko znajomym Jacoba. Ryży Jacob nie miał przyjaciół.
– Chodź. – Staruszek ciągnął mnie w stronę znajdującego się po drugiej stronie ulicy małego skwerku. Ławki pokryte były warstwą zlodowaciałego śniegu i nie można było na nich usiąść, ale przynajmniej nie groziło nam tu stratowanie przez przechodniów, śpieszących ulicą w gorączce przedświątecznych zakupów.
– Kim pan jest?
– Pierre Cazeaux – przedstawił się, mnie jednak nazwisko to nic nie mówiło. Widząc moje zdumione spojrzenie mężczyzna pośpieszył z wyjaśnieniami.
– Przyjechałem z daleka, szukając Bauseli Morlaya i jego przybranej córki. Od dawna ich tropię. Jestem chyba jedyną osobą, która wie, kim on naprawdę jest. Ale nikt – nikt! – nie chce mi wierzyć! Uważają mnie za wariata, szaleńca...
W kąciku jego ust pojawiła się odrobina piany. Wyciągnął ręce, by chwycić mnie i jak, sądzę, potrząsnąć mną. Odsunąłem się przezornie. Starzec w istocie wyglądał na szaleńca.
W tym uprzytomniłem sobie, że musi to być człowiek, o którym Simon Meury wspominał w liście. Człowiek, którego sam bezskutecznie szukałem.
– Śmieją się ze mnie – ciągnął – a policja nawet nie chce spisać moich zeznań. Mówią, że opowiadam bajki. Czy ty wierzysz w bajki, chłopcze?
Jak zahipnotyzowany skinąłem głową, wciąż jeszcze stojąc w bezpiecznej odległości od starca, ale już gotów – po tym wszystkim, co ostatnio widziałem – mu uwierzyć.
Pierre Cazeaux  odetchnął.
– Trzeba ostrzec Jacoba. Morlay go zabije. W wilczej, nie w ludzkiej postaci. Nigdy nie pozwoli jej odejść.
Znów przed oczami stanął mi znajomy obraz.
Martwy Simon Meury, leżący na wozie i Jarguel, wskazujący ranę na jego szyi, a później niedaleką ścianę lasu.
– Zdziczałe psy albo wilki – mówi.
Teraz wiedziałem już, że nie były to wilki, a tylko jeden wilk, na co dzień noszący ludzką skórę.

***

Jacob poszedł spotkać się z panienką Angeviną
Biegłem, zostawiając Pierre’a Cazeaux daleko z tyłu. Oczy zalewał mi pot, w płucach płonął ogień. W dębowym zagajniku przystanąłem na chwilę i zgiąłem się w pół, rozpaczliwie łapiąc oddech.
Wtem kątem oka dostrzegłem pomiędzy ośnieżonymi drzewami coś, co bluźnierczo plamiło ten pogodny, świąteczny krajobraz.
Odwróciłem się. Pod koroną wielkiego dębu leżało zakrwawione ciało. Ciało Jacoba – bez trudu mogłem dostrzec rudą czuprynę odcinającą się od śnieżnej bieli równie mocno, jak czerwień rozwierającej się w jego gardle rany.
Podszedłem do niego wolno. Pochyliłem się i dotknąłem dłoni chłopaka. Była jeszcze ciepła. Wyprostowałem się i rozejrzałem wokół.
Stali na skraju zagajnika: Morlay i Angevina. Ona naga i brudna, ze skołtunionymi włosami, pozwalała się właśnie otulać płaszczem. Potem on wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę domu.
Zacisnąłem powieki i podniosłem je na powrót. Przez moment myślałem, że oślepiły mnie łzy, ale to był tylko pot, wciąż spływający z czoła i szybko stygnący w mroźnym powietrzu. Wigotne ubranie lepiło mi się do ciała. Dygotałem, czując jak zimno przenika mnie aż do kości.
Gdy miałem zamknięte oczy pod powieki wsunął się obraz, który widziałem chwilę temu. Naga Angevina, stojąca na śniegu. Biel jej skóry, naznaczonej smugami brudu. Czarne, rozczochrone włosy spływające na piersi. Jej piękno i wdzięk. Niebezpieczny wdzięk dzikiego, leśnego stworzenia. Więc to nie on, lecz ona, dotarła do mnie myśl. To Angevina nosi wilczą skórę, nie Morlay.
Ale nadal nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na pytanie: Dlaczego?
Wrzasnąłem i pobiegłem za nimi. Biegnąc wciąż krzyczałem, wymachując ramionami jak szaleniec. Morlay obejrzał się, ale nawet nie przyśpieszył kroku. Prowadził Angevinę, podtrzymując ją, jakby była chora. Dogoniłem ich, gdy byli już przy domu. Tym razem brama była otwarta i stał w niej samochód. Klapa bagażnika była podniesiona, w środku leżały walizki.
Uczepiłem się ramienia Morlaya, bełkocząc coś bez sensu. Odepchnął mnie bez wysiłku, jak natrętne dziecko. Upadłem w śnieg. Chwilę trwało nim, ślizgając się niezdarnie na oblodzonej ścieżce, zdołałem wstać.
Morlay i Angevina wchodzili już do domu. Pobiegłem za nimi. Za późno. Drzwi zamknęły się, usłyszałem zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Uderzyłem pięścią w drzwi, raz, a potem drugi, coraz mocniej i mocniej aż na kostkach palców pojawiły się krwawe ślady.
Na próżno. Odwróciłem się, spojrzałem w słońce. Zachodziło już powoli, chowając się za dębowym zagajnikiem, lecz w momencie, gdy na nie patrzyłem, jeden krótki, ostry błysk prześliznął się ponad drzewami i dotarł aż do mego mózgu. Krzyknąłem, osłaniając oczy ramieniem Wzrok wrócił po chwili, ból w oczach zelżał.
Poszedłem w stronę samochodu, wyciągnąłem z bagażnika jedną z walizek i kamieniem rozbiłem zamek.
Morlay i Angevina wyszli z domu, gdy przetrząsałem właśnie zawartość drugiej walizki.
Dziewczyna ubrana była już w suknię i zimowe palto, na nogach miała ciepłe buty, a jej dłonie chroniły skórzane rękawiczki. Wciąż wyglądała na otępiałą, jak człowiek, który obudził się po długiej chorobie, ale szła bez pomocy Morlaya. Wyobraziłem sobie – nie wiem, czy było to prawdą, ale czułem, że tak – mężczyznę w skupieniu, powolnymi ruchami zmywającego brud z jej jasnej skóry, a później wciągającego na zgrabne ciało poszczególne sztuki wcześniej przygotowego ubrania: bieliznę, pończochy i suknię...
Dziewczyna wsiadła do samochodu, nawet na mnie nie patrząc. Oparła czoło o szybę, przymknęła oczy. Na jej ustach igrał osobliwy, senny i zadowolony uśmiech.
Tym samym kamieniem rozbiłem zamek szkatułki z czarnego drewna. Zanurzyłem dłonie w chłodnej gęstwinie łańcuszków, medalików, spinek do krawatów i sygnetów. Męskich, niewiele wartych drobiazgów. Wyciągnąłem do Morlaya rękę, pomiędzy moimi palcami wisiał złoty łańcuszek z krzyżykiem, który Simon Meury nosił na szyi od dnia Pierwszej Komunii Świętej.
– To dlatego? – zapytałem. – Dlatego ona zabija? Dla tych drobiazgów?
– To tylko pamiątki. – Morlay obojętnie wzruszył ramionami. Jego twarz jak zawsze była pozbawiona wszelkiego wyrazu. A potem wypowiedział imię „Angevina” i w jego oczach pojawił się ból.
– Angevina... – powtórzył. – Gdy mężczyzna przebywa sam na sam z Angeviną musi być świadom istnienia granicy, której nie wolno mu przekroczyć. Za wszelką cenę nie wolno mu przekroczyć tej granicy. Bo ona zabija tych, którzy zbliżą się do niej za bardzo. Pojmujesz?.
Nie pojmowałem, ale zdawało mi się, że znalazłem wyjaśnienie.
– Wytresowałeś ją! Wytresowałeś ją jak psa, by zabijała! – wrzasnąłem.
– Dlaczego miałbym to robić? – powiedział cicho i spokojnie. – Zawsze taka była. Moja idealna Angevina. Nie niszczy się czegoś, co jest doskonałe.
Nadal nie rozumiałem. Z uporem wróciłem do tego, o czym myślałem wcześniej.
– Mordercy! – krzyknąłem, znów wyciągając drżące dłonie w stronę Morlaya. W jednej ręce trzymałem łańcuszek, w drugiej szkatułkę z czarnego drewna. – Złodzieje! Zabijacie, a później okradacie zwłoki!
Jego twarz skrzywiła się konwulsyjnie w grymasie gniewu. Cofnąłem się, a on postąpił naprzód, wyrwał mi z rąk szkatułkę i łańcuszek i cisnął wszystko w śnieg.
– Tyle znaczą dla mnie te rzeczy – rzucił przez zaciśnięte zęby. – Nie więcej.
Potem wepchnął walizki do bagażnika nie troszcząc się o to, by je z powrotem spakować i zamknąć. Nie obejrzał się już, po prostu siadł za kierownicą i uruchomił silnik. Samochód ruszył, a ja zastałem sam, ze wspomnieniem gniewu Morlaya i kocim uśmiechem Angeviny pod powiekami.
U moich stóp leżały drobiazgi, które wypadły z czarnej skrzynki. W śniegu wesoło skrzyło się złoto i srebro.
Nie rozpłakałem się, choć chciałem to zrobić. Miałem wrażenie, że płacz, dziecinny płacz przywróciłby równowagę otaczającemu mnie światu i znów mógłbym spoglądać na niego niewinnymi oczami.
Ale nie potrafiłem już płakać.
Podniosłem złote i srebrne drobiazgi, otrzepałem je ze śniegu i włożyłem do kieszeni płaszcza. Szkatułkę zostawiłem tam, gdzie leżała, nie zabrałem też psa Marii Grieu, którego żałosne szczekanie słyszałem z głębi domu.

***

Już wtedy, patrząc na odjeżdżający samochód, wiedziałem w głębi duszy, że nie zrobię nic. Nikomu o tym nie opowiem, nikomu nie pokażę tych małych pamiątek, które zbierali Morlay i Angevina.
W momencie gdy mężczyzna cisnął mi pod nogi szkatułkę, przerzucił na mnie część swojej winy, a ja, wkładając ozdoby do kieszeni, obciążyłem się winą jeszcze większą. Nie potrafiłbym wytłumaczyć, dlaczego Morlay porzucił szkatułkę, a także dlaczego jej zawartość znalazła się w mojej kieszeni. Nikt by tego nie zrozumiał. Ja tego nie rozumiałem.
Tej nocy nie zmrużyłem oka. Bałem się, że odnajdzie mnie Pierre Cazeaux i zapyta, co wydarzyło się w dębowym zagajniku i pod domem Morlaya. Bałem się, że ktoś trafi przypadkiem na spoczywające w mej kieszeni łańcuszki, medaliki, sygnety... Leżąc w ciemnościach miałem wrażenie, że ozdoby płoną i lada moment przepalą materiał płaszcza.
Nic takiego się nie wydarzyło.
Ryży Jacob został uznany za jeszcze jedną ofiarę zdziczałych psów bądź głodnych wilków. Pierre Cazeaux, który, jak uprzytomniłem to sobie znacznie później, nawet nie znał mojego nazwiska, po prostu wyjechał z miasteczka.
Zawartość czarnej szkatułki zakopałem w lesie. Być może spoczywa tam do dzisiaj. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
O Morlayu i Angevinie usłyszałem przypadkiem jeden, jedyny raz, gdy mieszkałem już w innym, większym mieście, daleko od miejsca, w którym się urodziłem.
Zapytałem o nich.
Powiedziano mi, że mężczyzna i kobieta nazywający się tak i tak przejeżdżali przez to miasto niedawno. Zwrócili na siebie uwagę, bo ona była bardzo piękna, a on nosił się z godnością jak prawdziwy pan.
Śmiali się i wyglądali razem na bardzo szczęśliwych. Ktoś wspomniał nawet, że sprawiali wrażenie ludzi, którzy odnaleźli w życiu radość i spokój.
Lecz ja wiedziałem, że nie jest to najbardziej prawdopodobne zakończenie tej historii.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz