poniedziałek, 15 maja 2017

Majowy przegląd serialowy

(UWAGA, NIEWIELKIE SPOJLERY)

Iron Fist
Tak, obejrzałam ten serial do końca (wyrwana ósemka robi z ludźmi dziwne rzeczy). I tak, podobało mi się, co jest dziwnym uczuciem, bo najwyraźniej należę teraz do bardzo nielicznej mniejszości, której serial przypadł do gustu. I w niczym nie zmienia to faktu, że podobnie jak wielu innych widzów, ja też uważam Danny’ego Randa za postać momentami irytującą. Różnica jest taka, że nijak nie widzę w tym chłopaku „rozpuszczonego dzieciaka z bogatej rodziny”, widzę młodego, niespecjalnie hmm... lotnego umysłowo człowieka po traumatycznych przejściach. Jakby na to nie patrzeć, Danny stracił rodzinę, a potem spędził piętnaście lat życia odizolowany od świata, w miejscu, gdzie go bito i robiono mu pranie mózgu, trudno więc się dziwić, że teraz jest emocjonalnie mało stabilny, a jego rozwój zatrzymał się gdzieś na poziomie wczesnego nastolatka (swoją drogą w takim kontekście ten romans jest naprawdę creepy). Szkoda, że scenarzyści nie zdecydowali się pociągnąć wątku tej traumy dalej i głębiej – ale nawet w takiej formie, jak jest, ma to dla mnie sens i generalnie widzę w Dannym pewien potencjał, owszem, niewykorzystany do końca, a w pewnym momencie nawet cokolwiek zepsuty (o czym za chwilę), ale jednak potencjał. Zastanawiam się zresztą, czy część niechęci do tej postaci nie bierze się stąd, że my, widzowie, przyzwyczajeni jesteśmy raczej do bohaterów „sprawczych”, tzn. tych bardziej ogarniętych, radzących sobie w krytycznych sytuacjach. Tymczasem Danny to przez większość czasu robiący głupoty duży dzieciak – spójrzcie choćby na to, jaki stosunek ma do niego Claire. Albo popatrzcie na sceny z madame Gao – nawet w sytuacji, kiedy Danny ją więzi, to ona ewidentnie jest górą. Z Danny’ego jest nie tylko beznadziejny Iron Fist (co serial wyraźnie podkreśla), ale też kiepski protagonista, bo trudno kibicować bohaterowi, którego człowiek ma ochotę wytargać za uszy, żeby się wreszcie ogarnął. Tyle tylko, że – znowu do tego wracam – taki rys postaci jak najbardziej ma sens. Sens ma również to, że Danny myśli bardzo jednowymiarowo, wiecie, całe to przekonacie, że „Ręka jest zła, bo tak. Nie, nie mam żadnych konkretnych argumentów, po prostu powiedzieli mi to kompletnie odizolowani od świata mnisi”. Problem w tym, że takie przekonanie aż się prosi, żeby ktoś (coś) wywrócił je w pewnym momencie do góry nogami. Przez cały czas na ten moment czekałam, ale się nie doczekałam – Danny, mocą scenarzystów, okazuje się koniec końców mieć rację. I to właśnie uważam za największy błąd serialu. Gdyby jakieś wydarzenie zweryfikowało stosunek Danny’ego do rzeczywistości, ta postać miałaby szansę dojrzeć i się rozwinąć, a tak chłopak tylko utwierdza się w przekonaniu, że zawsze ma rację, co faktycznie zaczyna popychać go nieprzyjemnie blisko w stronę bogatego bubka. Szkoda, ale mam nadzieję, że „The Defenders” zdołają to jakoś naprawić. A „Iron Fist”, już abstrahując od Danny’ego, ma parę zalet: fabuła jest może i nie najmądrzejsza, ale przynajmniej tak skonstruowana, że nie nudzi niemal do końca, jest parę ciekawych zwrotów akcji, a rodzeństwo Meachum to para naprawdę interesujących, niejednoznacznych bohaterów (wątek ze zmartwychwstałym ojcem jest chyba moim ulubionym). Nie, serial nie podobał mi się na tyle, żeby teraz miała chodzić i wszystkim go polecać. Ale podobał mi się na tyle, że nie żałuję jego obejrzenia, a na „The Defenders” już niecierpliwie czekam.  

Broadchurch, sezon trzeci
Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cieszy mnie, że twórcy nie poszli w kierunku „jeszcze więcej mroku i tragedii” – sprawa, którą zajmują się bohaterowie w trzecim sezonie „Broadchurch” jest zupełnie osobna i dotyczy zbrodni mniejszego jednak kalibru niż morderstwo dziecka, bo serii gwałtów, dzięki czemu unikamy zarówno wrażenia powtarzalności, jak i nakręcania spirali coraz większego dramatyzmu. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że trzeci sezon budzi jednak mniejsze emocje niż pierwszy, widz ma wrażenie, że to, co najważniejsze, już widział, a teraz ogląda... taki sobie dodatek, bonus dla tych, którzy nie chcą się zbyt szybko rozstać z sympatycznymi bohaterami. I przy takim założeniu trzeci sezon sprawdza się znakomicie, w czym najważniejsza zasługa pary głównych aktorów. Zarówno David Tennant jak i Olivia Colman są w swoich rolach absolutnie genialni, a chemia między ich postaciami aż wylewa się z ekranu – i to bez żadnych romansów, czy choćby sugerowania jakiejś głębszej więzi emocjonalnej (Ellie i Alec do końca pozostają po prostu szanującymi się nawzajem partnerami). Poza tym, cóż, to po prostu solidnie zrobiony kryminał, tylko i aż tyle. Na minus zapisałabym parę drobiazgów: dialogi o tym, że kobieta ma prawo powiedzieć „nie”, wyglądają czasem zbyt dydaktycznie (choć przesłanie niewątpliwie jest słuszne), a wracanie do rodziny Latimerów odebrałam jako niepotrzebne i cokolwiek na siłę – ich historia została przecież zamknięta w sezonie drugim. Rozczarował mnie też wątek ofiary gwałtu, która początkowo zdaje się skrywać Bóg wie jakie tajemnice, ale ostatecznie nic specjalnie ciekawego z tego nie wynika, trochę tak, jakby twórcy ostatecznie wystraszyli się sugerowania, że napadnięta może mieć na sumieniu różne grzechy (żeby nie było, rozumiem takie podejście). Na plus – wszystko inne. Nie uważam, żeby trzeci sezon Broadchurch koniecznie musiał powstać – w zupełności wystarczyłyby dwa, a nawet jeden – ale skoro już zaistniał, to chyba dobrze, że akurat w takiej formie.

Doctor Who, sezon najnowszy, który-to-tam-z-kolei-jest
Wcześniej widziałam tylko sezony z Davidem Tennantem, teraz dałam się skusić pozytywnej recenzji Zwierza i zaczęłam oglądać najnowszy sezon. I jest nieźle, choć i w tych odcinkach widać to, co mi przeszkadza ogólnie w tym serialu, czyli mieszanie konwencji, które dla większości widzów jest zaletą, a dla mnie – chyba jednak wadą. Bo „Doktor Who” to takie pomieszanie z poplątaniem, trochę groza (dla dzieciaków, owszem, ale jednak), trochę przygodówka, trochę komedia, a trochę film familijny i nawet miejsce na odrobinę romansu gdzieś się znajdzie. Rezultat jest taki, że wszystkie te ostatnie niby-horrorowe odcinki z nowego sezonu zaczynają się fajnie, jest jakaś tajemnica, napięcie rośnie – ale zanim zdąży urosnąć i zanim się człowiek czymś naprawdę się przejmie, szlag je trafia, bo przecież trzeba jeszcze zmieścić te wszystkie inne gatunki, które czekają już na swoją kolej. I oczywiście nie można za bardzo straszyć dzieci – choć w najlepszych odcinkach z Tennantem jakoś udawało się pogodzić jedno z drugim. Ale przynajmniej bohaterowie są sympatyczni, więc oglądam, choć bez wielkiego szału.

Amerykańscy bogowie
Po dwóch odcinkach czuję się rozczarowana. Tak, bogowie są świetni: z jednej strony ludzcy, z drugiej obcy i dziwaczni. Jak u Gaimana właśnie. Tak, podobał mi się pomysł na Cienia: wiecie, duży muskularny facet, który wygląda na typowego zakapiora (a w dodatku niedawno wyszedł z więzienia) nie bardzo się może przyznać do tego, że tak naprawdę to całkiem inteligentny z niego gość. Wykonanie podobało mi się już mniej, momentami miałam wrażenie, że Cienia nawet śmierć żony nie bardzo obeszła, ale niech tam. I tak, uwielbiam Bryana Fullera oraz jego wyobraźnię. Problem w tym, że krwawa stylistyka, która dobrze sprawdzała się w „Hannibalu”, w „Amerykańskich bogach” wygląda już cokolwiek kiczowato, a poza tym... Cóż, najgorsze jest to, że mnie właściwie nie obchodzi, dokąd ten serial zmierza. Nie wiem, może to kwestia tego, że znam książkę i wiem, jak wszystko się skończy. A może nie. Tak czy inaczej efekt jest tak, że oprócz paru malowniczych postaci jak dotąd nic głębiej mnie w „Amerykańskich bogach” nie zainteresowało – choć może dalej serial się rozkręci.

wtorek, 2 maja 2017

Majowe aktualności...

...trochę spóźnione, albowiem gdyż dopiero wczoraj wróciłam z Moskwy.
A w maju będzie mnie można spotkać w następujących miejscach:

13 maja, Kraków - Filozofikon
https://filozofikon.wordpress.com/

Jeszcze nie do końca wiem, o co chodzi z tą imprezą, ale z opisu brzmi ciekawie, więc się wybieram - i nawet jestem tam gościem (czy raczej gościnią, jak piszą organizatorzy).

18-19 maja (do 13:00), Warszawskie Targi Książki
http://www.targi-ksiazki.waw.pl/

 Niestety, będę tylko w czwartek i piątek rano, ale gdyby ktoś chciał wpaść i pogadać, to można mnie znaleźć na stoisku zajdlowym od 12 do 13:00 (piątek) albo na stoisku polconowym (nie wiem jeszcze, kiedy), ewentualnie na stoisku 73/D8, czyli tam, gdzie wydawnictwo Czarne. :)