wtorek, 17 stycznia 2017

„Sherlock” po raz czwarty - UWAGA, ZE SPOJLERAMI


Obejrzałam wczoraj trzeci odcinek czwartego sezonu "Sherlocka" i sama nie wiem, co o tym właściwie myśleć. Mam mieszane uczucia z przewagą, niestety, negatywnych, choć w przeciwieństwie do wielu rozczarowanych fanów, mnie akurat sporo pomysłów w tym sezonie się podobało.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od wyznania, że ja właściwie nigdy tak naprawdę nie byłam fanką tego serialu. Jasne, lubiłam go (nadal w sumie lubię), bo "Sherlock" ma dużo zalet, ale jednocześnie miałam z nim parę problemów, z których dwoma największymi było olewanie zagadek na rzecz ogólnej "fajności" (ważniejsze niż logika śledztwa było to, żeby dużo się działo, Sherlock zarąbiście wyglądał w płaszczu, a bohaterowie rzucali zabawnymi one-linerami) oraz uczynienie z bohatera pozbawionego (teoretycznie...) uczuć socjopaty. Przy czym to pierwsze mogłabym jeszcze przeboleć, niech będzie, że to taki serial, gdzie zagadki detektywistyczne są pretekstem, OK. Z drugim miałam większy problem – jasne, Cumberbatch jest śliczny i świetnie wygląda w płaszczu, a ja naprawdę lubię jego postać jako no... postać serialową właśnie. Ale nie potrafiłam Sherlocka polubić jako człowieka, tak po prostu. Zawsze miałam wrażenie, że temu bohaterowi nie dolega żadne "bycie socjopatą" ani autyzm, ani osobowość schizoidalna czy co tam jeszcze fani wymyślą, tylko zwyczajnie facet jest kompletnym bucem, a to nie jest ani sympatyczne, ani ciekawe. Podczas oglądania wcześniejszych odcinków bolały mnie i żenowały sceny, w których nasz dzielny bohater wdeptuje w ziemię ludzi, których jedyną "winą" było to, że urodzili się mniej zarąbiści od niego. Tak samo zresztą bolały mnie i żenowały reakcje fandomu, który co większe popisy bucery przyjmował entuzjastycznymi piskami, no bo to przecież takie zabawne, jak inteligentna osoba traktuje niemiło kogoś głupszego od siebie, prawda?
Niemniej oglądałam ten serial, może z lekkim poczuciem winy, ale też z przyjemnością. Oglądałam i czekałam na więcej. A teraz właściwie mogłabym odczuwać pewną ponurą satysfakcję bo w moim przekonaniu to, co najmniej mi się w tym serialu podobało, zemściło się w czwartym sezonie – gdyby twórcy od początku dbali o logikę, być może nie stworzyliby tak absurdalnego odcinka jak "The Final Problem". I gdyby nie upierali się aż tak bardzo w pierwszych odcinkach, że Sherlock to zimnokrwisty socjopata, który lubi tylko swojego najlepszego funfla, a resztę świata ma głęboko gdzieś, może udałoby się rozwinąć tę postać jakoś... bardziej konsekwentnie. A trzeba było ją rozwinąć, bohaterowie seriali nie mogą tkwić w miejscu – zwłaszcza jeśli robimy serial detektywistyczny, w którym postacie i relacje między nimi są ważniejsze niż zagadki. Swoją drogą, czy tylko ja widzę tu pewną sprzeczność? Z jednej strony twórcy świadomie olewają zagadki na rzecz postaci/relacji (oraz "fajności", oczywiście), z drugiej głównym bohaterem czynią socjopatę, który Z ZAŁOŻENIA nie ma ani głębokiej osobowości (ze wszystkich zaburzeń psychicznych socjopatia jest akurat jednym z nudniejszych), ani nie potrafi  utrzymywać bliskich relacji z innymi. Hmm, może posypanie się tego serialu było tylko kwestią czasu?
Po tym przydługim wstępie wracamy do poszczególnych odcinków czwartego sezonu. Po kolei:
„The Six Thatchers” to nie jest jakoś szczególnie dobry odcinek. Po pierwsze, niepotrzebnie koncentruje się na Mary, która jest kiepsko wymyśloną postacią, bo psuje dynamikę między postaciami – nie dlatego, że Watson się z nią żeni, tylko dlatego, że jest przefajnowana. Poważnie do tego korowodu geniuszy (Sherlock, Mycroft, Moriarty) była potrzebna jeszcze superzajebista żona Watsona? Biedny Watson musi się momentami czuć bardzo samotny jako jedyny zwyczajny czlowiek w tym towarzystwie... Po drugie, niektóre sceny wyglądają tu nie tyle jak „Sherlock”, ile bardziej jak parodia „Sherlocka”. Po trzecie wreszcie – zarzut z mojej strony największy – scena śmierci Mary jest fatalna: źle wymyślona i źle zagrana, wygląda tak sztucznie, że przez pewien czas byłam szczerze przekonana, że to tylko wyreżyserowane przedstawienie i Mary tak naprawdę żyje, jak wcześniej Sherlock. Mimo wszystko jednak jest to odcinek, który da się obejrzeć – może bez zachwytu, ale przynajmniej z pewną przyjemnością.
Z kolei „The Lying Detective” to najlepszy odcinek czwartego sezonu. Nie znaczy to dużo, skoro sezon ogólnie jest słaby – ale jednak coś znaczy. Jest tu całkiem niezły złol (doceniam, że nikt nie próbował robić z gościa kolejnego geniusza zbrodni), jest urocza scena spaceru Sherlocka, jest wreszcie trochę klimatu dawnych odcinków. Oczywiście można marudzić, że w tym epizodzie zdolności głównego bohatera to już prawie magia... ale czy wcześniej było tak zupełnie inaczej? W każdym razie ja nie mam sumienia na ten odcinek narzekać.
I wreszcie zwieńczenie całości, czyli „The Final Problem”. Ech, od czego by tu... Może zacznę tak: właściwie większość pomysłów na ten odcinek mi się podoba. Serio. Uczynienie Sherlocka mniej bucowatym a bardziej ludzkim – jestem za! Kolejna osoba z rodziny Holmesa? – czemu nie, siostra zamiast brata – fajnie! Podoba mi się także pomysł psychopatycznego dziecka (dość ograny, ale wciąż może robić wrażenie) i nawet pomysł, że Sherlock o swojej siostrze zapomniał, wszak ludzka pamięć potrafi wyczyniać dziwne rzeczy, zwłaszcza ze wspomnieniami z dzieciństwa (choć akurat ten wątek byłby bardziej prawdopodobny, gdyby Sherlock był trochę młodszy, a Euros starsza, no i motyw z zamianą psa na przyjaciela można by sobie darować...). Ba, kupuję nawet pomysł „toru przeszkód”, który psychopatyczna siostra urządza dla swoich braci, ze szczególnym uwzględnieniem Sherlocka.
Ale nie kupuję tego, jak to wszystko jest zrobione. Po prostu nie.
Przede wszystkim sama postać Euros – rany boskie, CO to w ogóle jest? Połączenie Hannibala, Houdiniego, Kilgrave’a i Quicksilvera (inaczej nie wyobrażam sobie, jakim cudem zdążyła to wszystko zrobić)? Już Sherlock jest postacią mocno nieprawdopodobną  a jego zdolności momentami ocierają się o magię (nie tylko w ostatnim sezonie, we wcześniejszych też). Euros jest lepsza niż Mycroft i Sherlock razem wzięci, jeśli bracia są o jakieś dziesięć kroków przed zwykłymi zjadaczami chleba, tak siostra z kolei wydaje się być dziesięć kroków przed braćmi – jakim cudem, pytam? To postać z zupełnie innej bajki, trochę z komiksu, a trochę... nie wiem, z jakiegoś opowiadania SF o tym, jak stworzyć bohatera z supermocami? Bo wyobraźmy sobie osobę, która w kilka minut jest w stanie „przeprogramować” człowieka tak, że ten zrobi wszystko, włącznie z zabiciem własnej rodziny. Osobę, która ucieka z pilnie strzeżonego więzienia, szaleje po świecie, udając trzy różne osoby, a następnie do tegoż więzienia WRACA, opanowuje je i zakłada wszędzie pułapki, po czym wciąga w nie trzech facetów, z których dwóch jest geniuszami, i robi z nimi, co jej się żywnie podoba, a potem usypia ich i eee... helikopterem (?) przewozi do dawnego domu Holmesów, w którym, jakże wygodnie, nikogo akurat nie ma (chyba...), więc zabawa może dalej trwać. I do tego wszystkiego jest w głębi duszy skrzywdzoną dziewczynką, którą wystarczy przytulić, żeby przeszły jej mordercze zapędy (CO JA OGLĄDAM???) i która cierpi bo, rozumiecie, jako dziecko „nie miała nikogo”. Cóż, jak dla mnie czteroosobowa to nie jest „nikt”, a jeśli ktoś chce mieć „kogoś”, to może nie powinien zaczynać od mordowania potencjalnych kolegów, ale co ja tam wiem. Scena, w której agresywna psychopatka ni stąd, ni zowąd zwija się w nieszczęśliwy kłębuszek, wygląda jak wyjątkowo prymitywna pułapka i jedyne, co widz może w tym momencie robić, to dziwić się, jakim cudem Sherlock dał się na to nabrać. Gdy chwilę później dowiadujemy się, że to nie jest żadna pułapka, nie ratuje to w żaden sposób  sceny, a tylko ją pogarsza – Euros, jeśli to w ogóle możliwe, staje się jeszcze mniej wiarygodna, a Sherlock NADAL wychodzi na idiotę, bo zamiast ratować kumpla, zajmuje się stanami emocjonalnymi stukniętej siostry (nie mówcie mi, że jej pomoc była konieczna do ocalenia Watsona – tzn. może i była, ale Sherlock nawet nie pofatygował się, żeby sprawdzić, czy nie dałby rady sam).
Postępowanie rzekomo inteligentnych postaci to temat na osobną notkę – przy czym Mycroft wypada zdecydowanie najgorzej. Facet, skontaktowałeś ze sobą dwójkę najbardziej inteligentnych i najniebezpieczniejszych psychopatów z obsesją na punkcie Sherlocka, a potem nawet brata nie ostrzegłeś – jesteś idiotą, wyjdź z tego serialu i nie wracaj, bo już nigdy nie uwierzę, że masz w głowie dwie szare komórki. Ach, i po tym wszystkim co Euros wyczyniała, wsadziłeś ją do tego samego więzienia, z którego wcześniej zwiała z palcem w... nosie, bo czemu nie? Dobra, w tym momencie już wszystko mi opadło i nie zamierzam nawet tego komentować.
W porównaniu z Mycroftem Sherlock wydaje się w tym odcinku... przeciętny: ot, typowy mugol, którym groźny psychopata poniewiera, jak chce. Zarówno Sherlock, jak i Mycroft, a także Watson okazują się w zetknięciu z „testami” Euros zupełnie bezradni – żaden z nich nawet nie próbuje zadawać sobie pytań w stylu: „Hej, ale jaką właściwie mamy pewność, że ta dziewczynka w samolocie jest prawdziwa”? Albo „A jeśli jest, jaką mamy gwarancję, że w jakikolwiek sposób zdołamy jej pomóc, może ten samolot jest zaprogramowany tak, że rozbije się niezależnie od tego, co dziewczynka zrobi?”. Nikt nie stara się zlokalizować miejsca, w którym Euros przebywa, żeby spróbować się tam przedostać i zneutralizować zagrożenie, nikt nie rozważa innej opcji poza biernym poddawaniem się kolejnym pomysłom psychopatki, do tego stopnia, że w pewnym momencie bohaterowie zupełnie serio biorą pod uwagę pozabijanie się nawzajem, choć diabli wiedzą, co właściwie mogłoby im to w tym momencie dać. Gdyby chodziło o zwyczajną grupę ludzi – jasne, rozumiem, w takich sytuacjach mało kto myśli racjonalnie (czy w ogóle myśli), ale przecież to nie jest, na litość boską, grupa studentów z przeciętnego horroru, złapana w lesie przez psychopatę, tylko dwóch geniuszy plus jeden gość może nie tak inteligentny, ale za to przyzwyczajony do szybkiego działania w warunkach stresu. I ja mam uwierzyć, że nikt z nich nie tylko niczego nie wymyślił, ale nawet NIE PRÓBOWAŁ wymyślić?
Tak dużo pytań, a tak mało odpowiedzi – i nie chodzi już nawet o wspomniane wcześniej „jak Euros to zrobiła”, czy „dlaczego bohaterowie głupio się zachowują”, ale o „drobiazgi” w stylu: po co wysyłać bombę komuś, kto ewidentnie jest nam potrzebny żywy? Dlaczego wszyscy jednogłośnie uznali Euros za morderczynię, skoro nigdy nie znaleziono ciała? (Może dziewczynka tylko się wygłupiała, twierdząc, że wie, gdzie chłopiec jest – dzieciaki bywają bezmyślne w takich kwestiach). I dlaczego właściwie tego ciała nikt nie znalazł, skoro w przypadku zaginięcia dziecka studnia to chyba pierwsze miejsce, do którego się zagląda? Ach, i końcówka z wszechwiedzącą Mary niczym dobry duch patronującą związkowi Sherlocka z Watsonem – po co, na co, dlaczego??? I czy serio dla tej kobiety przyjaźń jej męża z Sherlockiem jest ważniejsza np. od małej Rosie? Bo dla własnego dziecka jakoś nie miała nagranego przesłania... Może Mary też jest z fandomu i wierzy, że jak Sherlock i Watson się zejdą, to adoptują małą i wszystko będzie dobrze...
Nie wiem, może część moich wątpliwości się wyjaśni, kiedy obejrzę (o ile obejrzę...) ten odcinek z polskimi napisami. Może okaże się, że niektórych szczegółów po  prostu nie wyłapałam. Zdarza się. Ale nawet jeśli coś takiego nastąpi, nie sądzę, żebym diametralnie zmieniła swoją ocenę tego odcinka.
A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze (albo najlepsze, zależy z której strony patrzeć)? To, że są w tym odcinku całkiem niezłe momenty, naprawdę. Parę razy było widać przebłyskujący potencjał, ze dwa razy udało mi się wzruszyć (nawet jeśli bohaterowie zachowywali się jak nie oni). I ujęła mnie ostatnia scena, z Sherlockiem i Euros grającymi na skrzypcach – śliczna jest. Dlatego nie do końca potrafię ten ostatni odcinek tak po prostu skreślić. Dlatego wymyśliłam sobie, że może to wszystko po prostu nie zdarzyło się „naprawdę”, może od początku znajdowaliśmy się „pałacu umysłu” i to była taka... eee, metafora Sherlocka stawiającego czoła demonom z przeszłości? Wtedy "The Final Problem" ma więcej sensu. Nie żeby dużo więcej, ale jednak więcej.
Ale Holmesów i tak powinno się aresztować za eksperymenty genetyczne na dzieciach – nijak nie uwierzę, że ktoś taki jak Euros mógłby powstać w naturalny sposób...

5 komentarzy:

  1. >Podczas oglądania wcześniejszych odcinków bolały mnie i żenowały sceny, w których nasz dzielny bohater wdeptuje w ziemię ludzi, których jedyną "winą" było to, że urodzili się mniej zarąbiści od niego.

    Tak, tak, tak, tak, tak bardzo tak!
    Dlatego bardzo mi się podobało, że w końcówce pierwszego odcinka to się wreszcie na nim zemściło. Nie docenił przeciwniczki, bo była zwykłą sekretarką.

    A co do przesłania Mary, tego końcowego, to nie miałaś wrażenia, że ona sugeruje, że celowo usunęła się z życia Sherlocka i Johna, żeby mogli znów być tym, kim byli kiedyś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, trochę tak to zabrzmiało. :)

      Usuń
    2. Tylko o Rosie nikt nie myśli.

      Usuń
  2. Cudowna recenzja! W jednym tekście wyraziłaś nie tylko moje myśli, ale też rozmowy z dwoma koleżankami, również fankami serialu.
    Pomijając tylko uważanie Sherlocka za buca, bo akurat do mnie ta postać szalenie przemawia, a wręcz jest uosobieniem moich dziecięcych marzeń. Tak, bycie inteligentnym psychopatą zawsze niezmiernie mnie pociągało, a ponieważ mi matka natura na szczęście nie dała wybitnej inteligencji, z przyjemnością chociaż oglądam filmy o ludziach, którym się udało.
    Dlatego do listy zarzutów do ostatniego sezonu zaliczam zbędne uczucia. To po prostu niekonsekwencja w tworzeniu bohatera. Ogólnie mam wrażenie, ze ostatni sezon zrobił się strasznie amerykański (a to najgorsza rzecz, którą mogę powiedzieć o filmie). Śmierć Mary to jakaś porażka, tak samo jak tak silne łączenie odcinków. Dla mnie logiczna była budowa: jedna sprawa - jeden odcinek, tak, żeby dało się oglądać nie znając poprzednich części. Złamanie tej zasady to kolejna okropna niekonsekwencja, która do tego plącze całą akcję. No po prostu jestem rozczarowana... Sherlock to był jedyny serial, który mi się w życiu spodobał, i nawet go musieli zepsuć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli lubisz inteligentnych buców, możesz spróbować "Doktora House'a" to mniej więcej podobny typ. ;)

      Usuń