poniedziałek, 15 maja 2017

Majowy przegląd serialowy

(UWAGA, NIEWIELKIE SPOJLERY)

Iron Fist
Tak, obejrzałam ten serial do końca (wyrwana ósemka robi z ludźmi dziwne rzeczy). I tak, podobało mi się, co jest dziwnym uczuciem, bo najwyraźniej należę teraz do bardzo nielicznej mniejszości, której serial przypadł do gustu. I w niczym nie zmienia to faktu, że podobnie jak wielu innych widzów, ja też uważam Danny’ego Randa za postać momentami irytującą. Różnica jest taka, że nijak nie widzę w tym chłopaku „rozpuszczonego dzieciaka z bogatej rodziny”, widzę młodego, niespecjalnie hmm... lotnego umysłowo człowieka po traumatycznych przejściach. Jakby na to nie patrzeć, Danny stracił rodzinę, a potem spędził piętnaście lat życia odizolowany od świata, w miejscu, gdzie go bito i robiono mu pranie mózgu, trudno więc się dziwić, że teraz jest emocjonalnie mało stabilny, a jego rozwój zatrzymał się gdzieś na poziomie wczesnego nastolatka (swoją drogą w takim kontekście ten romans jest naprawdę creepy). Szkoda, że scenarzyści nie zdecydowali się pociągnąć wątku tej traumy dalej i głębiej – ale nawet w takiej formie, jak jest, ma to dla mnie sens i generalnie widzę w Dannym pewien potencjał, owszem, niewykorzystany do końca, a w pewnym momencie nawet cokolwiek zepsuty (o czym za chwilę), ale jednak potencjał. Zastanawiam się zresztą, czy część niechęci do tej postaci nie bierze się stąd, że my, widzowie, przyzwyczajeni jesteśmy raczej do bohaterów „sprawczych”, tzn. tych bardziej ogarniętych, radzących sobie w krytycznych sytuacjach. Tymczasem Danny to przez większość czasu robiący głupoty duży dzieciak – spójrzcie choćby na to, jaki stosunek ma do niego Claire. Albo popatrzcie na sceny z madame Gao – nawet w sytuacji, kiedy Danny ją więzi, to ona ewidentnie jest górą. Z Danny’ego jest nie tylko beznadziejny Iron Fist (co serial wyraźnie podkreśla), ale też kiepski protagonista, bo trudno kibicować bohaterowi, którego człowiek ma ochotę wytargać za uszy, żeby się wreszcie ogarnął. Tyle tylko, że – znowu do tego wracam – taki rys postaci jak najbardziej ma sens. Sens ma również to, że Danny myśli bardzo jednowymiarowo, wiecie, całe to przekonacie, że „Ręka jest zła, bo tak. Nie, nie mam żadnych konkretnych argumentów, po prostu powiedzieli mi to kompletnie odizolowani od świata mnisi”. Problem w tym, że takie przekonanie aż się prosi, żeby ktoś (coś) wywrócił je w pewnym momencie do góry nogami. Przez cały czas na ten moment czekałam, ale się nie doczekałam – Danny, mocą scenarzystów, okazuje się koniec końców mieć rację. I to właśnie uważam za największy błąd serialu. Gdyby jakieś wydarzenie zweryfikowało stosunek Danny’ego do rzeczywistości, ta postać miałaby szansę dojrzeć i się rozwinąć, a tak chłopak tylko utwierdza się w przekonaniu, że zawsze ma rację, co faktycznie zaczyna popychać go nieprzyjemnie blisko w stronę bogatego bubka. Szkoda, ale mam nadzieję, że „The Defenders” zdołają to jakoś naprawić. A „Iron Fist”, już abstrahując od Danny’ego, ma parę zalet: fabuła jest może i nie najmądrzejsza, ale przynajmniej tak skonstruowana, że nie nudzi niemal do końca, jest parę ciekawych zwrotów akcji, a rodzeństwo Meachum to para naprawdę interesujących, niejednoznacznych bohaterów (wątek ze zmartwychwstałym ojcem jest chyba moim ulubionym). Nie, serial nie podobał mi się na tyle, żeby teraz miała chodzić i wszystkim go polecać. Ale podobał mi się na tyle, że nie żałuję jego obejrzenia, a na „The Defenders” już niecierpliwie czekam.  

Broadchurch, sezon trzeci
Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cieszy mnie, że twórcy nie poszli w kierunku „jeszcze więcej mroku i tragedii” – sprawa, którą zajmują się bohaterowie w trzecim sezonie „Broadchurch” jest zupełnie osobna i dotyczy zbrodni mniejszego jednak kalibru niż morderstwo dziecka, bo serii gwałtów, dzięki czemu unikamy zarówno wrażenia powtarzalności, jak i nakręcania spirali coraz większego dramatyzmu. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że trzeci sezon budzi jednak mniejsze emocje niż pierwszy, widz ma wrażenie, że to, co najważniejsze, już widział, a teraz ogląda... taki sobie dodatek, bonus dla tych, którzy nie chcą się zbyt szybko rozstać z sympatycznymi bohaterami. I przy takim założeniu trzeci sezon sprawdza się znakomicie, w czym najważniejsza zasługa pary głównych aktorów. Zarówno David Tennant jak i Olivia Colman są w swoich rolach absolutnie genialni, a chemia między ich postaciami aż wylewa się z ekranu – i to bez żadnych romansów, czy choćby sugerowania jakiejś głębszej więzi emocjonalnej (Ellie i Alec do końca pozostają po prostu szanującymi się nawzajem partnerami). Poza tym, cóż, to po prostu solidnie zrobiony kryminał, tylko i aż tyle. Na minus zapisałabym parę drobiazgów: dialogi o tym, że kobieta ma prawo powiedzieć „nie”, wyglądają czasem zbyt dydaktycznie (choć przesłanie niewątpliwie jest słuszne), a wracanie do rodziny Latimerów odebrałam jako niepotrzebne i cokolwiek na siłę – ich historia została przecież zamknięta w sezonie drugim. Rozczarował mnie też wątek ofiary gwałtu, która początkowo zdaje się skrywać Bóg wie jakie tajemnice, ale ostatecznie nic specjalnie ciekawego z tego nie wynika, trochę tak, jakby twórcy ostatecznie wystraszyli się sugerowania, że napadnięta może mieć na sumieniu różne grzechy (żeby nie było, rozumiem takie podejście). Na plus – wszystko inne. Nie uważam, żeby trzeci sezon Broadchurch koniecznie musiał powstać – w zupełności wystarczyłyby dwa, a nawet jeden – ale skoro już zaistniał, to chyba dobrze, że akurat w takiej formie.

Doctor Who, sezon najnowszy, który-to-tam-z-kolei-jest
Wcześniej widziałam tylko sezony z Davidem Tennantem, teraz dałam się skusić pozytywnej recenzji Zwierza i zaczęłam oglądać najnowszy sezon. I jest nieźle, choć i w tych odcinkach widać to, co mi przeszkadza ogólnie w tym serialu, czyli mieszanie konwencji, które dla większości widzów jest zaletą, a dla mnie – chyba jednak wadą. Bo „Doktor Who” to takie pomieszanie z poplątaniem, trochę groza (dla dzieciaków, owszem, ale jednak), trochę przygodówka, trochę komedia, a trochę film familijny i nawet miejsce na odrobinę romansu gdzieś się znajdzie. Rezultat jest taki, że wszystkie te ostatnie niby-horrorowe odcinki z nowego sezonu zaczynają się fajnie, jest jakaś tajemnica, napięcie rośnie – ale zanim zdąży urosnąć i zanim się człowiek czymś naprawdę się przejmie, szlag je trafia, bo przecież trzeba jeszcze zmieścić te wszystkie inne gatunki, które czekają już na swoją kolej. I oczywiście nie można za bardzo straszyć dzieci – choć w najlepszych odcinkach z Tennantem jakoś udawało się pogodzić jedno z drugim. Ale przynajmniej bohaterowie są sympatyczni, więc oglądam, choć bez wielkiego szału.

Amerykańscy bogowie
Po dwóch odcinkach czuję się rozczarowana. Tak, bogowie są świetni: z jednej strony ludzcy, z drugiej obcy i dziwaczni. Jak u Gaimana właśnie. Tak, podobał mi się pomysł na Cienia: wiecie, duży muskularny facet, który wygląda na typowego zakapiora (a w dodatku niedawno wyszedł z więzienia) nie bardzo się może przyznać do tego, że tak naprawdę to całkiem inteligentny z niego gość. Wykonanie podobało mi się już mniej, momentami miałam wrażenie, że Cienia nawet śmierć żony nie bardzo obeszła, ale niech tam. I tak, uwielbiam Bryana Fullera oraz jego wyobraźnię. Problem w tym, że krwawa stylistyka, która dobrze sprawdzała się w „Hannibalu”, w „Amerykańskich bogach” wygląda już cokolwiek kiczowato, a poza tym... Cóż, najgorsze jest to, że mnie właściwie nie obchodzi, dokąd ten serial zmierza. Nie wiem, może to kwestia tego, że znam książkę i wiem, jak wszystko się skończy. A może nie. Tak czy inaczej efekt jest tak, że oprócz paru malowniczych postaci jak dotąd nic głębiej mnie w „Amerykańskich bogach” nie zainteresowało – choć może dalej serial się rozkręci.

wtorek, 2 maja 2017

Majowe aktualności...

...trochę spóźnione, albowiem gdyż dopiero wczoraj wróciłam z Moskwy.
A w maju będzie mnie można spotkać w następujących miejscach:

13 maja, Kraków - Filozofikon
https://filozofikon.wordpress.com/

Jeszcze nie do końca wiem, o co chodzi z tą imprezą, ale z opisu brzmi ciekawie, więc się wybieram - i nawet jestem tam gościem (czy raczej gościnią, jak piszą organizatorzy).

18-19 maja (do 13:00), Warszawskie Targi Książki
http://www.targi-ksiazki.waw.pl/

 Niestety, będę tylko w czwartek i piątek rano, ale gdyby ktoś chciał wpaść i pogadać, to można mnie znaleźć na stoisku zajdlowym od 12 do 13:00 (piątek) albo na stoisku polconowym (nie wiem jeszcze, kiedy), ewentualnie na stoisku 73/D8, czyli tam, gdzie wydawnictwo Czarne. :)

piątek, 7 kwietnia 2017

Kwietniowy przegląd serialowy



Tym razem tylko o dwóch serialach, które ostatnio obejrzałam:

13 reasons why
Serial, co do którego mam mocno mieszane uczucia. Pomysł mi się podobał, pierwsze odcinki też. Ale im dalej, tym było gorzej, na pewnym etapie zaczęłam wręcz przewijać niektóre sceny (dlatego jeśli ktoś mi zarzuci, że czegoś nie zrozumiałam, to zgodzę się, że to nader możliwe). Z dwóch powodów: raz, że to jest jednak serial momentami mocno niekomfortowy do oglądania – jakby na to nie patrzeć, obserwujemy przecież stopniowe zaszczuwanie młodej dziewczyny, ze świadomością, że happy endu nie będzie. 
Dwa, niestety, ale moim zdaniem ten serial jest zwyczajnie za długi. Sześć, siedem powodów (a tym samym i odcinków) w zupełności by wystarczyło. Zwłaszcza w środku sporo jest dłużyzn: kolejne sceny, kiedy dorośli (nauczyciele/rodzice) namawiają nastolatki, żeby z nimi porozmawiały, kolejne sceny, w których ktoś mówi Clayowi, żeby siedział cicho (z czego długo nic konkretnego nie wynika)... Co gorsza, całe poszczególne odcinki nic nie wnoszą do fabuły, np. ten z opublikowanym wierszem czy z wypadkiem samochodowym – gdyby je wykasować, niewiele by to zmieniło. Od pewnego momentu zresztą wygląda to trochę tak, jakby ambicją scenarzystów było zrzucić na głowę bohaterki jak najwięcej nieszczęść: mamy więc wyzywanie od dziwek, samotność, cyberbulling, zdradzone zaufanie, a na końcu gwałt. Już jedno wystarczyłoby jako powód do samobójstwa, a co dopiero to wszystko razem... I niestety, te wszystkie nieszczęścia do pewnego stopnia kanibalizują się wzajemnie – gdyby twórcy skupili się na jednym, robiłoby to chyba większe wrażenie, a tak w pewnym momencie pojawia się jednak uczucie monotonii, zwłaszcza że spadające na bohaterkę tragedie są do siebie jednak dość podobne (np. dwie historie z intymnymi zdjęciami wrzuconymi do sieci oraz intymny wiersz opublikowany bez zgody autorki).
Drugi problem, jaki mam z tym serialem, dotyczy zachowania Claya – jasne, mogę uwierzyć, że chłopak nie był w stanie przesłuchać kaset od razu, że zwlekał i robił przerwy. Ale nijak nie wierzę, że zabrał się za „wymierzanie sprawiedliwości” zanim poznał całą historię, włącznie ze swoim w niej udziałem. Po prostu nie. Zresztą, i wahanie chłopaka od pewnego momentu wygląda już coraz mniej wiarygodnie. Poważnie mam uwierzyć, że chłopak działał idealnie według schematu: wysłuchanie jednej kasety, zainteresowanie jej bohaterem/bohaterką, wejście z nim/z nią w interakcję, wysłuchanie drugiej kasety/zainteresowanie jej bohaterem/bohaterką itd.? Że nie złamał się w pewnym momencie i nie wysłuchał wszystkiego po prostu za jednym razem? Serio? I tak, wiem, że scenarzystom potrzebne to było, żeby serial miał odpowiednią strukturę, ale przez to postać Claya wypada jednak dość niewiarygodnie.
Niemniej, mimo tych zastrzeżeń, obejrzałam serial do końca, choćby i używając przycisku FF. To jednak coś znaczy.

Iron Fist
Obejrzałam do szóstego odcinka i właściwie mi się podobało. Co prawda główny bohater nadaje się na mistrza sztuk walki mniej więcej tak, jak mój kot (a jeśli ja widzę, że coś jest nie tak, to znaczy, że naprawdę jest) i bywa irytujący tak bardzo, że ma się go ochotę zdzielić czymś ciężkim, ale poza tym jest całkiem sympatyczny i ma swój urok. O dziwo, podobała mi się nawet ta dziwnie niezdecydowana fabuła, która najwyraźniej sama nie wiedziała, dokąd zmierza (wolę to niż sytuację odwrotną, kiedy na podstawie pierwszego odcinka idealnie da się przewidzieć, co będzie w następnych).
A potem przestałam oglądać, bo naczytałam się w sieci opinii, że dalej to się robi naprawdę głupie i uznałam, że aż tak bardzo mi się ten serial nie podoba, żebym się miała narażać na jakieś wstrząsy. Niemniej heretycko powiem, że z czwórki Defenders Iron Fist i tak jest moją drugą, po Jessice, ulubioną postacią (Daredevil wydał mi się od pewnego momentu strasznie typowy, a Cage to takie aktorskie drewno, że zęby bolą).

Poza tym oglądam jeszcze trzeci sezon Broadchurch, ale z opinią wstrzymam się do ostatniego odcinka.

sobota, 1 kwietnia 2017

Kwietniowe aktualności

Ech, jak widać, zaniedbałam bloga, trochę z braku czasu, a trochę z braku pomysłów, o czym mogłabym pisać. Pomyślę o tym i albo się jakoś ogarnę, albo ograniczę notki. Albo w ogóle przeniosę się tylko na Facebooka. :)
Chwilowo zajmuję się redakcją (książka dla GC i zbiór opowiadań sekcji literackiej), potem będzie się pisać opowiadanie, a potem - mam nadzieję - trzecia część przygód Niny, choć wciąż nie mam odpowiedzi od wydawnictwa. Ale uzbroiłam się w cierpliwość i dzielnie czekam.
A więcej informacji o przygotowywanym przez nas zbiorku można znaleźć na sekcyjnej stronie facebookowej, zachęcam do poczytania, bo w antologii będą naprawdę ciekawe opowiadania!


środa, 1 marca 2017

Marcowe aktualności

Ponieważ w marcu nic szczególnego się nie dzieje, poniżej krótkie podsumowanie, czego można z mojej strony oczekiwać w roku 2017.

Otóż jak już wspominałam wcześniej w tym roku powinny ukazać się dwie moje książki:
- w czerwcu, nakładem wydawnictwa Czarne "Wiara", czyli kolejny kryminał bez fantastyki;
- we wrześniu "Niepełnia", czyli "dziwna" książka wydana przez Powergraph.

Poza tym zamierzam w tym roku napisać:
-trzecią część przygód Niny, roboczy tytuł to "Tajemnica Opuszczonego Miasta". Nie mam pojęcia, czy wydawnictwo to weźmie, jeśli tak - fajnie, jeśli nie - będę myśleć, co dalej;
-ze trzy opowiadania o Domenicu Jordanie, tak żeby zebrać je z tymi już napisanymi i złożyć z tego jakiś uczciwy trzeci tom. Też nie mam pojęcia, kto by to miał wydać i czy w ogóle ktoś, ale tym będę się martwić później.

Poza tym większość dużych konwentów w tym roku raczej odpuszczam, z tych większych będę chyba dopiero na Polconie.

Tyle o mnie, a teraz UWAGA, UWAGA - My, czyli sekcja literacka ŚKF-u, wydajemy w tym roku zbiór opowiadań, zatytułowany "ZABAWA W BOGA". Niestety, nie ma tam żadnego mojego tekstu, ale jest dwanaście innych, bardzo dobrych opowiadań, które wraz z sylwetkami autorów będziemy prezentować na stronie facebookowej sekcji literackiej Logrus. Zachęcam do śledzenia naszego profilu. Pierwsza notka - o opowiadaniu "Chirurg" Anny Hrycyszyn - już jest!
A premiera zbiorku planowana jest na Seminarium, czyli 16 czerwca.
Dostępna będzie wersja zarówno elektroniczna, jak i - na życzenie - papierowa.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Desperacko szukając serialu



Przygotowuję się mentalnie do pisania trzeciej części przygód Niny, co chwilowo przybrało formę oglądania seriali młodzieżowych. A dla ścisłości formę chęci oglądania, bo jakoś do mnie te seriale, na które trafiam, nie przemawiają i tak do dziś jedyną tego typu produkcją, która mnie zachwyciła, jest „Veronica Mars”. Poza tym, cóż...

„Buffy” miała świetne dialogi i całe dwie sympatyczne postaci, co i tak jest niezłym wynikiem... ale nie aż tak dobrym, żebym miała oglądać te-w-cholerę-dużo-sezonów.

„Teen wolf” zaczynał się fajnie, ale znudził mnie, nim skończyłam pierwszy sezon.

„Magicians” (wiem, że to o studentach, nie licealistach, ale jakoś tak młodzieżowo mi się ten serial kojarzy) byliby nieźli, gdyby tam była choć jedna postać, która budziłaby we mnie sympatię.

„Class”... Na początku mi się wydawało, że coś z tego fajnego wyjdzie, ale potem... O matko, KTO pisał te wszystkie koszmarne dialogi? Bohaterowie ględzą w każdej sytuacji, nawet na polu bitwy, wiecie, o byciu sobą, odwadze i jakichś innych... ych, no dobrze, nie napiszę, że pierdołach, bo to w sumie ważne rzeczy, ale, na litość, jest czas i miejsce na takie gadanie. I jeśli już ktoś musi takie rzeczy mówić, to warto, żeby robił to jakoś zgrabniej i przede wszystkim KRÓCEJ. Tu dialogi, niestety, mordują całkiem fajnie się zapowiadające postaci.

„Riverdale” – tu uczucia mam mieszane, bo ten serial właściwie nie powinien mi się podobać. Postaci wydają się, zwłaszcza na początku, przerysowane, konflikty między nim są mocno uproszczone, a niektóre dramatyczne zwroty akcji można wytłumaczyć chyba tylko nastoletnią głupotą. Ale od początku coś w tym serialu było – może kryminalna zagadka w tle, może estetyka, gdzie wszystko jest z jednej strony takie amerykańsko „ładne”, a z drugiej lekko w tej „ładności” niepokojące. I im dalej, tym bardziej się do tego serialu przekonuję – postaci się rozkręcają (choć akurat główny bohater pozostaje konsekwentnie nudny), a tajemnica nabiera rumieńców. W każdym razie zamierzam oglądać dalej, a to już dużo.

I teraz pytanie: czy ktoś zna może jeszcze jakiś oglądalny serial młodzieżowy? Z góry zaznaczam, że obyczajowe odpadają, wolę fantastykę/kryminał (wątki obyczajowe mogą oczywiście być, byle było coś oprócz nich).     

środa, 1 lutego 2017

Lutowe aktualności

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku ukażą się dwie moje książki.

Pierwsza będzie "Wiara", kryminał z tej samej serii co "Łaska". (Obie części mają ze sobą mniej więcej tyle wspólnego, co pierwszy i drugi sezon "True Detective". Bez zniżki poziomu w części drugiej, mam nadzieję. ;) Książka zostanie wydana na wiosnę (maj?) nakładem wydawnictwa Czarne.

Druga będzie "Niepełnia" czyli dawna "Opowieści o opowieściach" - książka zaliczana (przez mnie) do gatunku "coś dziwnego". Albo Kańtoch punk, jak kto woli. Data wydania: prawdopodobnie gdzieś w okolicach jesieni (wrzesień?). Wydawnictwo Powergraph.

wtorek, 17 stycznia 2017

„Sherlock” po raz czwarty - UWAGA, ZE SPOJLERAMI


Obejrzałam wczoraj trzeci odcinek czwartego sezonu "Sherlocka" i sama nie wiem, co o tym właściwie myśleć. Mam mieszane uczucia z przewagą, niestety, negatywnych, choć w przeciwieństwie do wielu rozczarowanych fanów, mnie akurat sporo pomysłów w tym sezonie się podobało.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od wyznania, że ja właściwie nigdy tak naprawdę nie byłam fanką tego serialu. Jasne, lubiłam go (nadal w sumie lubię), bo "Sherlock" ma dużo zalet, ale jednocześnie miałam z nim parę problemów, z których dwoma największymi było olewanie zagadek na rzecz ogólnej "fajności" (ważniejsze niż logika śledztwa było to, żeby dużo się działo, Sherlock zarąbiście wyglądał w płaszczu, a bohaterowie rzucali zabawnymi one-linerami) oraz uczynienie z bohatera pozbawionego (teoretycznie...) uczuć socjopaty. Przy czym to pierwsze mogłabym jeszcze przeboleć, niech będzie, że to taki serial, gdzie zagadki detektywistyczne są pretekstem, OK. Z drugim miałam większy problem – jasne, Cumberbatch jest śliczny i świetnie wygląda w płaszczu, a ja naprawdę lubię jego postać jako no... postać serialową właśnie. Ale nie potrafiłam Sherlocka polubić jako człowieka, tak po prostu. Zawsze miałam wrażenie, że temu bohaterowi nie dolega żadne "bycie socjopatą" ani autyzm, ani osobowość schizoidalna czy co tam jeszcze fani wymyślą, tylko zwyczajnie facet jest kompletnym bucem, a to nie jest ani sympatyczne, ani ciekawe. Podczas oglądania wcześniejszych odcinków bolały mnie i żenowały sceny, w których nasz dzielny bohater wdeptuje w ziemię ludzi, których jedyną "winą" było to, że urodzili się mniej zarąbiści od niego. Tak samo zresztą bolały mnie i żenowały reakcje fandomu, który co większe popisy bucery przyjmował entuzjastycznymi piskami, no bo to przecież takie zabawne, jak inteligentna osoba traktuje niemiło kogoś głupszego od siebie, prawda?
Niemniej oglądałam ten serial, może z lekkim poczuciem winy, ale też z przyjemnością. Oglądałam i czekałam na więcej. A teraz właściwie mogłabym odczuwać pewną ponurą satysfakcję bo w moim przekonaniu to, co najmniej mi się w tym serialu podobało, zemściło się w czwartym sezonie – gdyby twórcy od początku dbali o logikę, być może nie stworzyliby tak absurdalnego odcinka jak "The Final Problem". I gdyby nie upierali się aż tak bardzo w pierwszych odcinkach, że Sherlock to zimnokrwisty socjopata, który lubi tylko swojego najlepszego funfla, a resztę świata ma głęboko gdzieś, może udałoby się rozwinąć tę postać jakoś... bardziej konsekwentnie. A trzeba było ją rozwinąć, bohaterowie seriali nie mogą tkwić w miejscu – zwłaszcza jeśli robimy serial detektywistyczny, w którym postacie i relacje między nimi są ważniejsze niż zagadki. Swoją drogą, czy tylko ja widzę tu pewną sprzeczność? Z jednej strony twórcy świadomie olewają zagadki na rzecz postaci/relacji (oraz "fajności", oczywiście), z drugiej głównym bohaterem czynią socjopatę, który Z ZAŁOŻENIA nie ma ani głębokiej osobowości (ze wszystkich zaburzeń psychicznych socjopatia jest akurat jednym z nudniejszych), ani nie potrafi  utrzymywać bliskich relacji z innymi. Hmm, może posypanie się tego serialu było tylko kwestią czasu?
Po tym przydługim wstępie wracamy do poszczególnych odcinków czwartego sezonu. Po kolei:
„The Six Thatchers” to nie jest jakoś szczególnie dobry odcinek. Po pierwsze, niepotrzebnie koncentruje się na Mary, która jest kiepsko wymyśloną postacią, bo psuje dynamikę między postaciami – nie dlatego, że Watson się z nią żeni, tylko dlatego, że jest przefajnowana. Poważnie do tego korowodu geniuszy (Sherlock, Mycroft, Moriarty) była potrzebna jeszcze superzajebista żona Watsona? Biedny Watson musi się momentami czuć bardzo samotny jako jedyny zwyczajny czlowiek w tym towarzystwie... Po drugie, niektóre sceny wyglądają tu nie tyle jak „Sherlock”, ile bardziej jak parodia „Sherlocka”. Po trzecie wreszcie – zarzut z mojej strony największy – scena śmierci Mary jest fatalna: źle wymyślona i źle zagrana, wygląda tak sztucznie, że przez pewien czas byłam szczerze przekonana, że to tylko wyreżyserowane przedstawienie i Mary tak naprawdę żyje, jak wcześniej Sherlock. Mimo wszystko jednak jest to odcinek, który da się obejrzeć – może bez zachwytu, ale przynajmniej z pewną przyjemnością.
Z kolei „The Lying Detective” to najlepszy odcinek czwartego sezonu. Nie znaczy to dużo, skoro sezon ogólnie jest słaby – ale jednak coś znaczy. Jest tu całkiem niezły złol (doceniam, że nikt nie próbował robić z gościa kolejnego geniusza zbrodni), jest urocza scena spaceru Sherlocka, jest wreszcie trochę klimatu dawnych odcinków. Oczywiście można marudzić, że w tym epizodzie zdolności głównego bohatera to już prawie magia... ale czy wcześniej było tak zupełnie inaczej? W każdym razie ja nie mam sumienia na ten odcinek narzekać.
I wreszcie zwieńczenie całości, czyli „The Final Problem”. Ech, od czego by tu... Może zacznę tak: właściwie większość pomysłów na ten odcinek mi się podoba. Serio. Uczynienie Sherlocka mniej bucowatym a bardziej ludzkim – jestem za! Kolejna osoba z rodziny Holmesa? – czemu nie, siostra zamiast brata – fajnie! Podoba mi się także pomysł psychopatycznego dziecka (dość ograny, ale wciąż może robić wrażenie) i nawet pomysł, że Sherlock o swojej siostrze zapomniał, wszak ludzka pamięć potrafi wyczyniać dziwne rzeczy, zwłaszcza ze wspomnieniami z dzieciństwa (choć akurat ten wątek byłby bardziej prawdopodobny, gdyby Sherlock był trochę młodszy, a Euros starsza, no i motyw z zamianą psa na przyjaciela można by sobie darować...). Ba, kupuję nawet pomysł „toru przeszkód”, który psychopatyczna siostra urządza dla swoich braci, ze szczególnym uwzględnieniem Sherlocka.
Ale nie kupuję tego, jak to wszystko jest zrobione. Po prostu nie.
Przede wszystkim sama postać Euros – rany boskie, CO to w ogóle jest? Połączenie Hannibala, Houdiniego, Kilgrave’a i Quicksilvera (inaczej nie wyobrażam sobie, jakim cudem zdążyła to wszystko zrobić)? Już Sherlock jest postacią mocno nieprawdopodobną  a jego zdolności momentami ocierają się o magię (nie tylko w ostatnim sezonie, we wcześniejszych też). Euros jest lepsza niż Mycroft i Sherlock razem wzięci, jeśli bracia są o jakieś dziesięć kroków przed zwykłymi zjadaczami chleba, tak siostra z kolei wydaje się być dziesięć kroków przed braćmi – jakim cudem, pytam? To postać z zupełnie innej bajki, trochę z komiksu, a trochę... nie wiem, z jakiegoś opowiadania SF o tym, jak stworzyć bohatera z supermocami? Bo wyobraźmy sobie osobę, która w kilka minut jest w stanie „przeprogramować” człowieka tak, że ten zrobi wszystko, włącznie z zabiciem własnej rodziny. Osobę, która ucieka z pilnie strzeżonego więzienia, szaleje po świecie, udając trzy różne osoby, a następnie do tegoż więzienia WRACA, opanowuje je i zakłada wszędzie pułapki, po czym wciąga w nie trzech facetów, z których dwóch jest geniuszami, i robi z nimi, co jej się żywnie podoba, a potem usypia ich i eee... helikopterem (?) przewozi do dawnego domu Holmesów, w którym, jakże wygodnie, nikogo akurat nie ma (chyba...), więc zabawa może dalej trwać. I do tego wszystkiego jest w głębi duszy skrzywdzoną dziewczynką, którą wystarczy przytulić, żeby przeszły jej mordercze zapędy (CO JA OGLĄDAM???) i która cierpi bo, rozumiecie, jako dziecko „nie miała nikogo”. Cóż, jak dla mnie czteroosobowa to nie jest „nikt”, a jeśli ktoś chce mieć „kogoś”, to może nie powinien zaczynać od mordowania potencjalnych kolegów, ale co ja tam wiem. Scena, w której agresywna psychopatka ni stąd, ni zowąd zwija się w nieszczęśliwy kłębuszek, wygląda jak wyjątkowo prymitywna pułapka i jedyne, co widz może w tym momencie robić, to dziwić się, jakim cudem Sherlock dał się na to nabrać. Gdy chwilę później dowiadujemy się, że to nie jest żadna pułapka, nie ratuje to w żaden sposób  sceny, a tylko ją pogarsza – Euros, jeśli to w ogóle możliwe, staje się jeszcze mniej wiarygodna, a Sherlock NADAL wychodzi na idiotę, bo zamiast ratować kumpla, zajmuje się stanami emocjonalnymi stukniętej siostry (nie mówcie mi, że jej pomoc była konieczna do ocalenia Watsona – tzn. może i była, ale Sherlock nawet nie pofatygował się, żeby sprawdzić, czy nie dałby rady sam).
Postępowanie rzekomo inteligentnych postaci to temat na osobną notkę – przy czym Mycroft wypada zdecydowanie najgorzej. Facet, skontaktowałeś ze sobą dwójkę najbardziej inteligentnych i najniebezpieczniejszych psychopatów z obsesją na punkcie Sherlocka, a potem nawet brata nie ostrzegłeś – jesteś idiotą, wyjdź z tego serialu i nie wracaj, bo już nigdy nie uwierzę, że masz w głowie dwie szare komórki. Ach, i po tym wszystkim co Euros wyczyniała, wsadziłeś ją do tego samego więzienia, z którego wcześniej zwiała z palcem w... nosie, bo czemu nie? Dobra, w tym momencie już wszystko mi opadło i nie zamierzam nawet tego komentować.
W porównaniu z Mycroftem Sherlock wydaje się w tym odcinku... przeciętny: ot, typowy mugol, którym groźny psychopata poniewiera, jak chce. Zarówno Sherlock, jak i Mycroft, a także Watson okazują się w zetknięciu z „testami” Euros zupełnie bezradni – żaden z nich nawet nie próbuje zadawać sobie pytań w stylu: „Hej, ale jaką właściwie mamy pewność, że ta dziewczynka w samolocie jest prawdziwa”? Albo „A jeśli jest, jaką mamy gwarancję, że w jakikolwiek sposób zdołamy jej pomóc, może ten samolot jest zaprogramowany tak, że rozbije się niezależnie od tego, co dziewczynka zrobi?”. Nikt nie stara się zlokalizować miejsca, w którym Euros przebywa, żeby spróbować się tam przedostać i zneutralizować zagrożenie, nikt nie rozważa innej opcji poza biernym poddawaniem się kolejnym pomysłom psychopatki, do tego stopnia, że w pewnym momencie bohaterowie zupełnie serio biorą pod uwagę pozabijanie się nawzajem, choć diabli wiedzą, co właściwie mogłoby im to w tym momencie dać. Gdyby chodziło o zwyczajną grupę ludzi – jasne, rozumiem, w takich sytuacjach mało kto myśli racjonalnie (czy w ogóle myśli), ale przecież to nie jest, na litość boską, grupa studentów z przeciętnego horroru, złapana w lesie przez psychopatę, tylko dwóch geniuszy plus jeden gość może nie tak inteligentny, ale za to przyzwyczajony do szybkiego działania w warunkach stresu. I ja mam uwierzyć, że nikt z nich nie tylko niczego nie wymyślił, ale nawet NIE PRÓBOWAŁ wymyślić?
Tak dużo pytań, a tak mało odpowiedzi – i nie chodzi już nawet o wspomniane wcześniej „jak Euros to zrobiła”, czy „dlaczego bohaterowie głupio się zachowują”, ale o „drobiazgi” w stylu: po co wysyłać bombę komuś, kto ewidentnie jest nam potrzebny żywy? Dlaczego wszyscy jednogłośnie uznali Euros za morderczynię, skoro nigdy nie znaleziono ciała? (Może dziewczynka tylko się wygłupiała, twierdząc, że wie, gdzie chłopiec jest – dzieciaki bywają bezmyślne w takich kwestiach). I dlaczego właściwie tego ciała nikt nie znalazł, skoro w przypadku zaginięcia dziecka studnia to chyba pierwsze miejsce, do którego się zagląda? Ach, i końcówka z wszechwiedzącą Mary niczym dobry duch patronującą związkowi Sherlocka z Watsonem – po co, na co, dlaczego??? I czy serio dla tej kobiety przyjaźń jej męża z Sherlockiem jest ważniejsza np. od małej Rosie? Bo dla własnego dziecka jakoś nie miała nagranego przesłania... Może Mary też jest z fandomu i wierzy, że jak Sherlock i Watson się zejdą, to adoptują małą i wszystko będzie dobrze...
Nie wiem, może część moich wątpliwości się wyjaśni, kiedy obejrzę (o ile obejrzę...) ten odcinek z polskimi napisami. Może okaże się, że niektórych szczegółów po  prostu nie wyłapałam. Zdarza się. Ale nawet jeśli coś takiego nastąpi, nie sądzę, żebym diametralnie zmieniła swoją ocenę tego odcinka.
A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze (albo najlepsze, zależy z której strony patrzeć)? To, że są w tym odcinku całkiem niezłe momenty, naprawdę. Parę razy było widać przebłyskujący potencjał, ze dwa razy udało mi się wzruszyć (nawet jeśli bohaterowie zachowywali się jak nie oni). I ujęła mnie ostatnia scena, z Sherlockiem i Euros grającymi na skrzypcach – śliczna jest. Dlatego nie do końca potrafię ten ostatni odcinek tak po prostu skreślić. Dlatego wymyśliłam sobie, że może to wszystko po prostu nie zdarzyło się „naprawdę”, może od początku znajdowaliśmy się „pałacu umysłu” i to była taka... eee, metafora Sherlocka stawiającego czoła demonom z przeszłości? Wtedy "The Final Problem" ma więcej sensu. Nie żeby dużo więcej, ale jednak więcej.
Ale Holmesów i tak powinno się aresztować za eksperymenty genetyczne na dzieciach – nijak nie uwierzę, że ktoś taki jak Euros mógłby powstać w naturalny sposób...