czwartek, 28 lipca 2016

Dlaczego autor książki nie powinien dyskutować z autorem negatywnej recenzji


Teoretycznie nie ma żadnych przeciwskazań – autor książki może podjąć dyskusję z krytykującym recenzentem. Nie zabrania mu tego ani prawo, ani zasady dobrego wychowania, ani żaden środowiskowy savoir-vivre. A jednak w moim przekonaniu lepiej jest, jeśli tego nie robi – po prostu dlatego, że zazwyczaj autor na takiej polemice bardziej traci niż zyskuje. Z kilku powodów podobne dyskusje nie mają wiele sensu: 

1) Recenzent prawie zawsze ma nad autorem przewagę spokoju. Znaczy, przeciętny autor znacznie bardziej przejmuje się krytyką swojej książki niż przeciętny recenzent krytyką recenzji. A w dyskusji zazwyczaj lepiej wypada osoba, która potrafi się zdystansować i spokojnie odpowiadać na argumenty. I nie, zimna wyniosłość w stylu „przeczytałem twoją krytykę, nędzny robaku, ale tak bardzo mnie ona nie obeszła, że teraz napiszę trzy strony polemiki” wcale nie świadczy o spokoju. I też sprawia kiepskie wrażenie.

2.     2) Autorzy pod wpływem emocji mają skłonność do zapędzania się za daleko. Zaczynają od rozsądnej polemiki z konkretnym zarzutem (czemu się czepiasz, że bohaterowie nie używają komórek, przecież w pierwszym zdaniu jest napisane, że akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych), a kończą na dyskutowaniu z gustem recenzenta (Jak to nie bawi cię ta scena? Mnie i pięciu moich znajomych bawiła, z tobą jest coś nie tak!).

3.       3) Nawet jeśli recenzent czegoś nie doczyta/nie zrozumie, to niekoniecznie jest jego wina. Czasem to wina autora, który nie potrafi jasno czegoś wytłumaczyć, albo np. pisze tak nudno, że recenzent zmusza się do czytania, co chwilę dekoncentruje i dlatego umykają mu niektóre rzeczy. I nie przekonuje mnie argument „przecież recenzent X zrozumiał, więc jeśli Ty nie zrozumiałeś, to znaczy, że jesteś idiotą”. Recenzent X wcale nie musi być bardziej inteligentny niż recenzent Y (który nie zrozumiał) – możliwe, że po prostu ma wrażliwość zbliżoną do wrażliwości autora i nadaje na podobnych falach. Albo czytał wcześniejsze książki autora i wie mniej więcej, czego może się spodziewać. Albo akurat zupełnym przypadkiem wpadł na to, o co autorowi chodziło. Więcej nawet, nie przekonuje mnie argument „przecież tylu innych recenzentów zrozumiało, to czemu nie ty” – zwłaszcza dziś, kiedy mamy internet i część recenzentów interpretacje książek odpisuje od siebie nawzajem.

4.       4) Recenzent czasem ma rację nawet jak nie ma racji. Żeby nie być gołosłowną: dawno temu napisałam książkę „Miasto w zieleni i błękicie”. Jedna z pierwszych recenzji była dość krytyczna i pojawił się tam zarzut, że (cytuję niedokładnie, ale sens był mniej więcej taki) „książka składa się głównie z opisów strojów”. Jako młoda autorka oczywiście strasznie się oburzyłam i poleciałam te opisy strojów liczyć. Wyszło mi, że wcale tak dużo ich nie ma, więc odetchnęłam z ulgą – dopiero znacznie później przyszło mi do głowy, że jeśli z całej książki recenzentka zapamiętała nieliczne opisy strojów, to może to jednak jest moja wina, a nie jej...

5.       5) Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, czasem trudno powiedzieć, co właściwie w książce jest, a czego nie ma. Jasne, są rzeczy mniej więcej oczywiste, ale sporo też zależy od interpretacji. Czy książka X jest książką o samotności, czy może o czymś innym, czy bohater Y jest ukazany jako pozytywny czy nie, czy w książce Z dużo się dzieje czy nie, czy dane wydarzenie/postać/cokolwiek jest ważne czy nie – wszystko to można dyskutować. Albo trochę inny przypadek: autor otwartym tekstem pisze, że główny bohater czuje się nieszczęśliwy, a recenzent, że nigdzie tego bycia nieszczęśliwym nie widać, więc się nie liczy – i kto ma rację? Dyskusja autora z interpretacją recenzenta ma o tyle mało sensu, że...

6.        6) ...autor widzi swoją książkę (i każdy tekst, opowiadanie też) w bardzo specyficzny sposób – to trochę tak, jakby porównywać perspektywę kogoś, ktoś stoi wewnątrz budynku, z perspektywą kogoś, kto ogląda ten budynek od zewnątrz. Żaden czytelnik, nawet najbardziej życzliwy i uważny, nigdy nie zobaczy książki tak, jak widzi ją autor, i żaden autor, nieważne jak bardzo do swojej pracy zdystansowany, nigdy nie zobaczy własnego dzieła tak, jak widzi je czytelnik. Dlatego można – i warto dla ciekawości – te dwie perspektywy porównywać, ale nie warto się o nie kłócić, bo to do niczego sensownego nie prowadzi.

7.       7) W przypadku kłótni autora z recenzentem autor jest i tak mniej wiarygodny. A dla ścisłości, może być wiarygodny, jeśli pisze wyłącznie o konkretach, ale już argumenty w rodzaju „a mnie się podobało”, „a ja uważam, że to najlepsza scena” może sobie wsadzić w buty. No jasne, że mu się podobało, przecież to autor. Autorskie podobanie się nijak nie przekłada się na podobanie czytelnicze.

Dlatego jeśli jesteście autorami i koniecznie chcecie podyskutować z negatywną recenzją, zastanówcie się najpierw dwa razy, czy warto. Potem idźcie na spacer. Potem jeszcze raz się zastanówcie, a jeśli już musicie dyskutować, starajcie się robić to tak, żeby na poparcie waszych argumentów mieć zawsze fragment tekstu. Nie to, co uważacie, że w książce jest, nie wrażenia waszych kolegów i koleżanek, cioci oraz innych recenzentów, tylko konkretne zdanie/zdania, które można zacytować. I jeśli już ten fragment macie, zastanówcie się, czy przypadkiem w innym miejscu mu nie zaprzeczacie. I przede wszystkim, jeśli już takiemu recenzentowi odpisujecie, nie udawajcie, że negatywna recenzja was nie obeszła – nikt nie pisze polemiki, jeśli krytyka go nie obchodzi.

piątek, 15 lipca 2016

O książkach, które mnie pokonały


Przejrzałam ostatnio moje konto na Lubimy Czytać, uzupełniłam notki i spisałam książki, które wrzuciłam w zakładkę „nieprzeczytane”. Dziś będzie właśnie o nich, z wyjaśnieniem, czemu nie udało mi się lektury skończyć (a czasem nawet na dobre zacząć). Nie, nie uważam, aby z niedokończenia książki należało się tłumaczyć, po prostu wydaje mi się, że książki te zasługują jednak na jakąś, choćby bardzo kulawą i niekompletną, opinię.

I tak na pierwszy ogień idą „Czasomierze” Davida Mitchella, książka oceniona najuczciwiej, bo kiedy przestałam ją czytać, miała za sobą jakieś 70% ebooka. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że to powieść nie dla mnie i nigdy do niej nie wrócę - jeśli w trzech czwartych czytelnik orientuje się, że za cholerę nie obchodzi go, o co w tym wszystkim chodzi, i co się z bohaterami stanie, to znaczy, że dalsza lektura nie ma żadnego sensu. Oczywiście „Czasomierze” mają zalety – ot, choćby autor genialnie robi research (każda scena wygląda bardzo autentycznie). I ma fajny, barwny styl. Okazuje się jednak, że to nie wystarcza, oprócz wiarygodności i stylu potrzebna jest jeszcze ciekawa historia, a z tym u Mitchella krucho. Dla ścisłości: autor taką historię ma, jednak nie potrafił przekazać jej tak, żeby mnie to zaciekawiło. Fabuła „Czasomierzy” obraca się wokół dwóch osi. Z jednej strony mamy tu kilka luźno ze sobą powiązanych historii, z których każda jest czymś w rodzaju przedstawienia bohatera. Dostajemy więc opowieść o zbuntowanej nastolatce, która ucieka z domu, o pewnym ambitnym oszuście, czy o dziennikarzu, który nie potrafi zerwać z pracą... I te historie są nawet niezłe – ale nie aż tak, żebym tylko dla nich miała czytać całość. Zwłaszcza że jak na złość każdy z rozdziałów kończy się akurat wtedy, kiedy zaczyna dziać się coś naprawdę ciekawego. Z drugiej natomiast strony mamy to, co jest w tle – i ten fantastyczny, przewijający się przez wszystkie historie wątek byłby naprawdę fajny, gdyby nie to, że, cóż... pozostaje właśnie w tle. Rezultat jest taki, że „Czasomierze” zaczynają się ciekawie, ale im dalej, tym bardziej nudno, napięcie opada zamiast narastać, aż wreszcie czytelnik (czyli ja) traci zainteresowanie nawet tym, co z początku wydawało się intrygujące.     

Kolejna książka to „Nielubiana” Nele Neuhaus – „Śnieżka musi umrzeć” tej samej autorki w miarę mi się podobała (w miarę, bo jednak parę zastrzeżeń miałam), ale „Nielubiana” jest zwyczajnie nudna. Znaczy, na początku może zaciekawić (trup zawsze podnosi poziom zainteresowania), ale im dalej, tym gorzej. Tytułowa „nielubiana”, czyli ofiara, to postać mocno przerysowana – naprawdę trudno mi uwierzyć, że ta kobieta, oprócz zniewalającej urody, nie miała żadnych zalet. Chyba że dalej jest jakiś zwrot akcji, ale jeśli tak, do niego już niestety nie dotarłam. Pozostali bohaterowie wcale nie wypadają lepiej – są nijacy, albo antypatyczni, a co gorsza napisani tak, że ciągle mylili mi się ci „porządni obywatele skrywający tajemnice i prowadzący ciemne interesy”. Dobrnęłam do połowy i dałam sobie spokój.

Z kolei „Welin” Hala Duncana to mój największy wyrzut sumienia, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ta książka powinna bardzo mi się podobać – wiecie, Uczta Wyobraźni i te sprawy. A jednak coś nie zagrało i sama nie do końca wiem, co. Mogłabym uznać, że zniechęcił mnie fakt, że nie wiedziałam, o co chodzi, ale to nie jest dobra odpowiedź – zdarzało mi się zachwycać powieściami, gdzie w zasadzie aż do końca nie wiedziałam, o czym ja tak właściwie czytam. I nie chodzi o to, że „Welin” mi się nie podobał – dopóki czytałam, było wszystko ok, poszczególne sceny potrafiły zauroczyć i zaintrygować. Ale jak tylko książkę odkładałam, nie miałam ochoty do niej wrócić, aż wreszcie przyszedł taki moment, gdy zorientowałam się, że „Welin” leży obok łóżka od tygodnia nietknięty, a ja właśnie pochłaniam jakiś kryminał... Wtedy książka powędrowała z powrotem na półkę – po raz drugi, bo jakieś dziesięć lat temu robiłam do niej pierwsze podejście i skończyło się tak samo. Może spróbuję znowu za dziesięć lat. ;)

Dalej jest „Uprawa roślin doniczkowych metodą Miczurina” Weroniki Murek – książka nagradzana, powszechnie chwalona, ale chyba nie dla mnie. I podobnie jak w przypadku „Welinu” nie chodzi (chyba?) o to, że nie wiem, o czym te opowiadania właściwie są. Tu niezrozumienie sięga głębiej, bo prawdę powiedziawszy w niektórych momentach nawet poszczególne akapity nie bardzo się ze sobą łączyły. Poza tym styl, choć faktycznie oryginalny, jest jak dla mnie mało urokliwy, więc odpuściłam.

I ostatnia książka, czyli „Grób” Gai Grzegorzewskiej – znowu kryminał i znowu autorki, której inną książkę przeczytałam z ciekawością. Owszem, marudziłam na „Żniwiarza” (notka do wglądu na LC), ale ta powieść ma niewątpliwie tę zaletę, że potrafi trzymać w napięciu od początku aż do końca. A co dostajemy na początku „Grobu”? Jakieś leśno-detektywistyczne ćwiczenia, rodzinne przepychanki pod hasłem „masz już trzydzieści lat, pora wyjść za mąż”, przekomarzanki z kuzynem i młodszą siostrą (kuzyna lubię, młodsza siostra już w „Żniwiarzu” wydawała mi się irytująco przerysowana i co gorsza, zupełnie dla fabuły niepotrzebna). Scenki z główną bohaterką, którą tak roznosi frustracja, że szuka po mieście bandziorów, żeby obić im gęby. A gdzie jakaś kryminalna intryga, ja się pytam? Dałam sobie spokój w momencie, gdy główna bohaterka wpadła do grobu, a mnie nawet nie skoczyło ciśnienie – byłam już chyba zbyt zmęczona, by próbować się zainteresować. Autorki nie skreślam, mam wrażenie, że jej książki mogą mi się podobać, może nawet do „Grobu” kiedyś wrócę i spróbuję przebrnąć przez ten początek. Może nawet dalej będzie to fascynująca lektura. Przekonamy się.   

piątek, 1 lipca 2016

Lipcowe aktualności

Gorąco jest, więc będzie krótko: otóż 9 lipca wybieram się do Częstochowy na Medalikon, gdzie będę miała punkt programu (prawdopodobnie po prostu spotkanie autorskie). Dokładna godzina jeszcze nie jest znana, jak coś będę wiedziała, dam znać.

Poza tym dobre/złe wiadomości okołosekcyjne. Otóż rezygnujemy z wydawania NOL-a (formuła się nie sprawdziła), najnowszy numer będzie jednocześnie numerem ostatnim. Zamiast NOL-a będziemy wydawać raz w roku antologię sekcyjnych opowiadań. Najbliższą planujemy na początek grudnia.