czwartek, 26 maja 2016

Dwie ekranizacje komiksów, czyli CA:CW oraz pierwszy odcinek Preachera


(Niewielkie spojlery)

Będzie krótko, bo nic specjalnie mądrego czy odkrywczego do powiedzenia nie mam. Captain America: Civil War jest dobrym filmem, zwłaszcza jeśli porównujemy go z chaotycznym Ultronem. Fabuła jest na tyle spójna, że wiadomo, komu o co chodzi, czemu bohaterowie podejmują takie, a inne decyzje itp. Jest też dość oryginalna, bo zamiast głównego „złego” mamy mniej więcej równorzędne racje „dobrych”. Przy czym co ciekawe większość bohaterów wypada tu co najmniej dwuznacznie i tak naprawdę trudno z kimkolwiek sympatyzować. Np. Stark generalnie ma rację (Avengersom przydałaby się kontrola), ale kieruje się bardziej emocjami niż racjonalnymi przesłankami, a jego argumenty mogą przyprawić o facepalma (Podpiszcie, bo i tak prędzej czy później każą nam podpisać – serio, Tony?). Z kolei Kapitan Ameryka niby ma usprawiedliwienie dla emocjonalnych działań, ale i tak mocno irytuje swoim oślim uporem. I argumenty też ma kiepskie, bo co to niby ma znaczyć, że chce wziąć odpowiedzialność za ewentualne ofiary na siebie? Jak on to sobie wyobraża? Odpowiedzialność w sensie takim, że po kolejnej wpadce upije się na smutno, pojęczy i poczeka, aż kumpel poklepie go plecach i powie „Trudno, Steve, w naszej pracy tak się zdarza, że czasem kogoś przypadkiem zabijemy”? Poza tym Cap tłukący uczciwych policjantów jak jakichś bandziorów to jednak dość mocna zmiana wizerunku. I nie żeby Stark był jakoś szczególnie lepszy, zatrudnianie nieletniego, żeby narażał życie, walcząc z superbohaterami, to nie jest dobry pomysł – zwłaszcza w wykonaniu kogoś, kto podobno ma traumę po tym, jak jego działania przyczyniły się do śmierci niewinnego młodego człowieka.

(Niemniej jednak, na plus przyznaję filmowi to, że Kapitan Ameryka wreszcie ma jakiś charakter - wcześniej był dla mnie tak strasznie nijaki, że kiedy zdejmował kostium, przestawałam go poznawać :P).

Najsympatyczniej moim zdaniem wypadła Czarna Wdowa, która wydawała się z całego towarzystwa najbardziej rozsądna i jednocześnie empatyczna. Za to Bucky odwrotnie, jak dla mnie wyrasta na najbardziej odpychającą postać. Choć to akurat wyszło chyba przypadkiem, bo gdyby facet zachował się przyzwoicie, film skończyłby się w połowie. Bo przecież Bucky na lotnisku doskonale wie, że Iron Man i reszta nie chcą go zabić, żałuje popełnionych czynów (podobno), a jego pomysł na przyszłość to znowu dać się zamrozić. I przede wszystkim wie, że najlepszy kumpel z jego powodu właśnie wyrzuca przez okno całe swoje współczesne życie - a mimo to nawet przez myśl mu nie przejdzie, żeby spróbować się poddać.

Nowe postaci wypadają tak sobie. Ant-man i Spiderman są sympatyczni i zabawni, ale jak wcześniej nie miałam ochoty oglądać ich filmów, tak nadal nie mam na to ochoty. T’Challa... Ok, facet ma potencjał i może nawet bym film z nim obejrzała, ale gdybym miała wybierać, chyba wolałabym, żeby w CA:CW go nie było. Nazwijcie mnie konserwatystką, ale wolę, jak twórcy skupiają się na rozwijaniu postaci, które już mają, zamiast na dorzucaniu kolejnych. A w avengersowym uniwersum już się robi tłoczno.

Polubiłam za to Zemo. Znaczy, współczułam mu i rozumiałam jego motywacje. I nawet trochę mu kibicowałam – bo serio, w poprzednich filmach momentami naprawdę wyglądało to tak, jakby Avengersi niespecjalnie przejmowali się zniszczeniami, jakie za sobą zostawiają.

A tak naprawdę w CA:CW najlepsze jest to, że w zależności od osobistych sympatii każdy widzi w tym filmie to, co chce widzieć – polecam zwłaszcza interpretację ostatniej sceny, gdzie Cap walczy ze Starkiem. Pytanie: kto tam kogo próbuje zabić, a kto tylko się broni? :-)
 
I druga komiksowa ekranizacja, czyli pierwszy odcinek „Preachera” – jeśli wierzyć Spike’owi, niewiele mający wspólnego z oryginałem. Ja komiks kiedyś tam, dawno temu, próbowałam przeczytać, ale szybko odpadłam i dziś nic z niego nie pamiętam, a początek serialu niewiele mi pomógł. Znaczy, mamy trójkę bohaterów (dość nietypowy kaznodzieja, morderczyni i wampir), cały pierwszy odcinek to właściwie długie przedstawienie ich postaci – ok, ale gdzie w tym jest jakaś fabuła? O co w ogóle chodzi? Pewnie to się wyjaśni, a serial się rozkręci, ale na razie pozostaję sceptyczna.

niedziela, 15 maja 2016

Zamknąć usta krytykowi, czyli o recenzjach negatywnych


Obserwuję od jakiegoś czasu w sieci osobliwe zjawisko, jakim jest niechęć do negatywnych recenzji, które traktowane są jako coś w rodzaju towarzyskiego faux pas, a w skrajnych przypadkach wręcz wyraz recenzenckiej złośliwości. Parę razy zdarzyło mi się natknąć na recenzje, w których WIDAĆ, że książka się nie podobała, a jednocześnie recenzent nie potrafił powiedzieć tego wprost i uciekał w jakieś ogólniki, albo na końcu odwracał kota ogonem i pisał coś w rodzaju „książka mnie znudziła, ale może komuś innemu się spodoba, więc polecam” (serio, są ludzie, którzy polecają innym nudne w ich mniemaniu książki). Zastanawiałam się, skąd się to bierze i wyszło mi, że ze strachu przed posądzeniem o bycie hejterem – sporo osób ma problem z odróżnianiem hejtu od krytyki i w obawie przed tym pierwszym gotowych jest wyrzucić drugą przez okno. Bo ma być miło i mamy się wszyscy poklepywać po pleckach – stąd w przypadku niektórych recenzentów każda odrobina krytyki opatrzona jest niezliczonymi zastrzeżeniami. „Mnie się nie podobało, ale może komuś innemu się spodoba” (jakby to nie było oczywiste), „Nie podobało mi się, ale ja w ogóle nie lubię takich motywów (w domyśle: więc moje niepodobanie tak naprawdę się nie liczy), „Nie podobało mi się, ale...” no, cokolwiek, przy pomocy czego recenzent usiłuje zmniejszyć wagę swojego własnego „nie podoba się” i sprawić wrażenie, że negatywna recenzja tak naprawdę negatywna wcale nie jest.
A przecież w negatywnej recenzji nie ma nic złego czy „niegrzecznego”. Więcej nawet: ośmielę się powiedzieć, że nie ma nic złego w ZŁOŚLIWEJ NEGATYWNEJ recenzji (okropna jestem, prawda?), pod warunkiem, że a) recenzent ze złośliwością nie przegina, b) używa merytorycznych argumentów, c) znęca się na dziełem, a nie nad autorem (to ważne). Niżej parę polemik z argumentami, jakimi zwolennicy zasady „ma być miło i uprzejmie” próbują zamknąć usta tym, którzy nie chcą się dostosować i jednak krytykują. (Tradycyjne oskarżenia o zawiść, że recenzent „ma coś” do autora, że jest uprzedzony albo jest hejterem, pomijam, bo to zarzuty z gatunku „a teraz udowodnij, że nie jesteś wielbłądem”)
 
- Jak ci się nie podoba, to nie czytaj
Chyba jeden z najpopularniejszych argumentów. I jeden z głupszych – bo niby skąd człowiek ma wiedzieć, że mu się nie spodoba, zanim przeczyta? Nawiasem mówiąc, nawet jak wie (tzn. podejrzewa), to wcale nie znaczy, że późniejsza negatywna opinia koniecznie będzie „nieuczciwa” (bo oparta na uprzedzeniu). Ludzie potrafią zmieniać zdanie, dlaczego więc zakładać z góry, że recenzent nie zmieniłby, gdyby książka okazała się dobra? Poza tym nie lubię tego argumentu, bo on bardzo niemiło sugeruje, że z krytykującym jest coś nie w porządku: powinien nie czytać, jak mu się nie podoba, a jednak przeczytał, więc pewnie zrobił to w niecnych celach, żeby się wyzłośliwiać i znęcać, hejter jeden.

- Jak ci się nie podoba, to sam napisz lepiej
Też bardzo popularny argument. I też bez sensu – nie trzeba być kucharzem, żeby zauważyć, że zupa jest przesolona, a kotlet twardy. Poza tym przy takim założeniu krytykować pisarzy mogliby tylko inni pisarze, a i to nie zawsze. (Jacek Dukaj jest znakomitym autorem, ale założę się, że nie potrafiłby napisać popularnego romansu wampirycznego – bo pisze inne rzeczy. Czy to znaczy, że nie wolno mu krytykować „Zmierzchu”?)

-To rozrywka, a ty się czego spodziewałeś? Dzieła na miarę Nobla?
Argument używany, kiedy ktoś krytykuje jakieś dzieło z założenia mało ambitne. Problem w tym, że to nie jest tak, że mamy system zero-jedynkowy: z jednej strony idiotyczna pulpa, od której nie można niczego wymagać, a z drugiej wspomniany Nobel. Jest też mnóstwo stopni pośredni, w tym np. inteligentna rozrywka. Jasne, głupio spodziewać się, że popularny kryminał będzie dorównywał „Zbrodni i karze”, ale nawet od literatury czysto rozrywkowej czytelnik ma prawo domagać się pewnego poziomu. Jeśli ktoś krytykuje głupią rozrywkę, to przecież nie dlatego, że spodziewał się „Ulissesa”, a dostał „Kraby 4”, tylko dlatego, że chciał LEPSZEJ rozrywki.

-Na recenzowanie słabych książek szkoda czasu, wystarczającą karą dla autora jest milczenie
A to już w ogóle jakieś przedziwne pomieszanie pojęć. Recenzje nie są po to, żeby autorów karać czy nagradzać. One w ogóle nie są dla autorów, tylko dla czytelników – którzy na podstawie recenzji wybierają, co mogłoby im się spodobać. I jeśli nie będzie recenzji negatywnej, to taki czytelnik, szukając informacji o danej książce, trafi na pozytywną (każdy gniot ma choć jedną pochlebną opinię) i w rezultacie rozczaruje się kiepską książką.  

-Trzeba docenić wysiłek autora/autorki...
No, czasem trzeba, np. jeśli widać, że autor zrobił solidny research, to niewątpliwie należy o tym w recenzji wspomnieć. Ale czemu jeden solidnie zrobiony element miałby się przekładać na taryfę ulgową wobec słabej reszty? Poza tym recenzent najczęściej nie wie, czy autor włożył w pisanie wysiłek czy nie – może tylko zgadywać. I tak naprawdę – jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało – wysiłek czy jego brak nie ma większego znaczenia, bo liczy się efekt, a książka napisana lewą ręką na kolanie może być lepsza niż książka pisana w trudzie i znoju. 

-...bo przecież się starał, a poza tym jego następna powieść na pewno będzie lepsza, więc po co tę krytykować
Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy będzie lepsza, po drugie, jak wyżej, najczęściej nie wiadomo też, czy starał się, czy nie, a po trzecie, recenzent nie jest od wróżenia z fusów i gdybania, co będzie, tylko od oceniania książki, którą właśnie przeczytał i której recenzję pisze. (Czasem ocenia się, że książka jest „niezła jak na debiut”, ale to trochę coś innego – no i tak można napisać tylko przy debiucie właśnie) 

Przy czym dwa ostatnie argumenty wyglądają o tyle niewinnie, że mogą wynikać (i pewnie często wynikają) z chęci bycia miłym. A to przecież pozytywna cecha, wszyscy powinniśmy być dla siebie nawzajem mili. Tyle że akurat w tym przypadku chęć „bycia miłym” (wobec autora czy wydawcy, który dał książkę) prowadzi do konfliktu z tym, co dla recenzenta powinno być najważniejsze, czyli uczciwością wobec czytelnika. Bo recenzent ma obowiązki przede wszystkim wobec czytelnika, któremu trzeba jasno przedstawić wady i zalety danej książki. Na tym polega sens recenzowania, nie na „nagradzaniu”, czy „karaniu” autorów. I jeśli ktoś z jakichś powodów nie potrafi takiej uczciwej recenzji napisać (bo chce być miły, albo dlatego, że boi się reakcji wydawnictwa lub autora), w moim przekonaniu w ogóle nie powinien za ocenianie książek się zabierać.  

niedziela, 1 maja 2016

Majowe aktualności

7 maja będę na Smokonie - małym, ale bardzo sympatycznym krakowskim konwencie. Wezmę tam udział w dwóch panelach:
- o 15:00 panel "Światy alternatywne", z Anetą Jadowską i Radosławem Rakiem;
- o 17:00 panel "Bohaterowie", z Andrzejem Pilipiukiem, Simonem Zackiem i Marcinem Strzyżewskim (prowadzenie: Marcin "Alqua" Kłak).
Gdyby ktoś miał ochotę się ze mną spotkać - zapraszam. Wstęp jest wolny.

13 maja natomiast o godz. 10:00 mam punkt programu na Festiwalu literatury dla dzieci w Gdańsku. Też zapraszam. Znaczy, nie do końca wiem, jak to tam funkcjonuje (nigdy wcześniej na takim festiwalu nie byłam), ale zakładam, że dorośli zainteresowani książkami innymi niż młodzieżowe też mogą przyjść. :-)

Poza tym siedzę i piszę nową powieść. Co z niej wyjdzie, się zobaczy.