niedziela, 31 stycznia 2016

Oddajcie mi trzy godziny życia, czyli ja kontra nowy Tarantino

UWAGA NA SPOJLERY!!!!!!!!!!!!!!!!!!




Zamierzałam zacząć od tytułowego „Oddajcie mi trzy godziny życia”, po namyśle jednak zacznę ab ovo, czyli od początku.

Otóż dawno dawno temu, kiedy byłam jeszcze bardzo młodą Anią, poszłam z mamą do kina na film „Wściekłe psy”, nieznanego (wtedy) reżysera Quentina Tarantino. Film, o dziwo całkiem mi się spodobał, dziś już nie pamiętam, właściwie dlaczego. Może dlatego, że był tak bardzo inny od tego, do czego byłam przyzwyczajona? Tak czy inaczej z kina wyszłam jeśli nie zachwycona, to przynajmniej zadowolona.

Potem pojawiło się „Pulp Fiction” i zaczął się prawdziwy szał. Próbowałam ten film obejrzeć ze trzy razy, tym razem na video. Naprawdę próbowałam, ale za każdym razem zasypiałam najdalej po kwadransie, takie to cholerstwo było nudne. Doszłam więc po wniosku, że z Tarantino mi nie po drodze i przez jakiś czas unikałam jego filmów. Aż do czasu, kiedy zapisałam się do ŚKF-u, a ówczesna nieformalna sekcja filmowa postanowiła iść do kina na drugą część „Kill Billa”. Obejrzałam wcześniej pierwszą, żeby wiedzieć, o co chodzi, też na video i na fastforwardzie, bo inaczej nie dawałam rady, po czym pełna złych przeczuć do kina poszłam.

Cóż, za jedyny komentarz niech wystarczy to, że podczas seansu desperacko próbowałam, przy padającym z ekranu świetle, czytać książkę... Kolejny eksperyment z Tarantino okazał się nieudany, a jednak z jakiegoś powodu ładnych parę lat później dałam się namówić na obejrzenie „Bękartów wojny”.

I wiecie co? Ten film mi się podobał. Nie żeby jakoś bardzo (wielbicielką Tarantino nie zostanę chyba nigdy), ale bawiłam się nieźle i kolejnych kilka lat później nie zaprotestowałam, kiedy zaproponowano mi obejrzenie „Django” – i tym razem wytrzymałam gdzieś do połowy, bo znowu, cholera, film okazał się dramatycznie nudny.

Ten przydługi wstęp służy wyjaśnieniu, że ja naprawdę nie poszłam na „Nienawistną ósemkę” po to, żeby hejtować nielubianego reżysera. Zachęcona przeczytaną gdzieś informacją, że Tarantino na Dziki Zachód wprowadza motyw z Agathy Christie, podchodziłam do tego filmu co prawda ostrożnie, ale i z pewną nadzieją, że mi się spodoba. I naprawdę miało szansę się spodobać, zwłaszcza że taka formuła (kilkoro ludzi zamkniętych w jednym pomieszczeniu, tajemnice i spięcia prowadzące do krwawego finału) do pewnego stopnia niweluje to, z czym w twórczości Tarantino mam największy problem, a mianowicie brak związku emocjonalnego z bohaterami. Jego postaci zawsze były dla mnie albo odpychające, albo w najlepszym razie obojętne, jedyny wyjątek to „Bękarty...” gdzie udało mi się polubić część ekipy i choć trochę przejmować się jej losami. A przy takiej fabule jak w „Ósemce” sympatyczność bohaterów nie ma znaczenia, w recenzowanym niedawno miniserialu „I nie było już nikogo” (zresztą na podstawie przywoływanej w kontekście Tarantino Christie), też nie ma właściwie żadnej sympatycznej postaci, a jednak ogląda się to świetnie.

Pierwsze minuty potwierdzały, że to może być ciekawy film. Ładna muzyka, przepiękne krajobrazy, zimowy klimat, wyraziści bohaterowie i pulsujące podskórnie napięcie – nic się nie działo, a jednak człowiek miał wrażenie, że wystarczy chwilę poczekać, a akcja zaraz się rozkręci.

Napięcie jednak, zamiast rosnąć, zaczęło zdychać, dialogi, choć zgrabne, w coraz mniejszym stopniu zdawały się prowadzić do czegoś interesującego, a ekspozycja wydłużała się i wydłużała. Przy fascynujących scenach wyprzęgania koni i budowania drogi do wychodka zaczęłam przysypiać, ale na szczęście obudziłam się, zanim padł pierwszy trup. Potem w tle przemknęła Agatha Christie z dramatycznym pytaniem: „Kto zatruł kawę?” i znowu zaczęłam mieć nadzieję, że będzie ciekawie, jednak bohater, który już nieźle dedukował (co prawda w innej sprawie), nie miał szans się wykazać, bo zanim cokolwiek wymyślił, wszyscy zaczęli do siebie strzelać, a reżyser rozwiązanie „zagadki” zwyczajnie pokazał nam w retrospekcji.

Tak, wiem, sama jestem sobie winna, na cholerę dałam się nabrać na tę Agathę Christie?

Potem była końcówka, czyli zdecydowanie najsłabsza część filmu, ale o niej później, najpierw kilka słów o intrydze. A ta jest prościutka i tak przewidywalna, że Christie przewróciłaby się w grobie, gdyby wiedziała, do czego wykorzystuje się jej nazwisko. Od początku wiadomo, że właściciele zajazdu nie wyjechali, tylko zostali zamordowani, od początku wiadomo też, że któryś z zastanych w zajeździe mężczyzn nie jest tym, za kogo się podaje, że to bandyta, który spróbuje odbić prowadzoną na stryczek więźniarkę – John Ruth mówi o tym otwartym tekstem. I nie wmawiajcie mi, że zaskoczeniem jest tu ilość owych bandytów (nie jedna osoba okazuje się kimś innym, tylko trzy), bo taka opcja też się pojawiła jako jedna z możliwości. Zaskoczona poczułam się tylko raz, w momencie, gdy okazało się, że w zajeździe jest dodatkowa osoba. Jeden niespodziewany zwrot akcji na cały film. Trochę mało.

Nie rozumiem też, dlaczego w tytule filmu jest ósemka, skoro bohaterów jest dziewięciu (dziesięciu, jeśli liczyć ukrywającego się w piwnicy), ani czemu „Hateful” skoro nienawiść wcale nie gra tu ważnej roli. W zasadzie chyba tylko czyny Marquisa Warrena (czarnoskóry weteran wojny secesyjnej, który zabija białych) można uznać za podyktowane nienawiścią, pozostali bohaterowie zabijają, bo życie na Dzikim Zachodzie jest tanie, bo to ten typ mentalności, który każe człowieka stojącego ci na drodze zwyczajnie zastrzelić i nie zawracać nim sobie więcej głowy. Tak się tu rozwiązuje konflikty, po prostu. Nienawiść nie ma wiele wspólnego z jatką na końcu, to raczej efekt tego, że grupa pozbawionych skrupułów i uzbrojonych osób ma sprzeczne interesy. I tyle, to samo widzieliśmy w wielu innych westernach, choć, oczywiście, przemoc u Tarantino jest o wiele bardziej widowiskowa.

Tu dochodzimy do wspomnianego wcześniej finału, kiedy to gromadka wspomnianych wyżej niesympatycznych osobników wyrzyna się nawzajem w maksymalnie brutalny sposób. Krew tryska, fruwają strzępy mózgu, a ja zastanawiam się, po co właściwie to oglądam. Znaczy, wiem, to Tarantino, ale kurczę, w jego poprzednich filmach cała ta przemoc miała (a przynajmniej mogła mieć) w pewien sposób oczyszczający efekt; kiedy Żydzi dokopywali nazistom, odbierało się to jako swoistą katharsis, podczas gdy w „Ósemce” jest to wyrzynanie się dla samego wyrzynania – a przynajmniej ja żadnego innego celu poza rozbawieniem widza nie widzę. I jak widać coś takiego działa, bo w kinie pół sali się śmiało, kiedy dwóch broczących krwią mężczyzn wieszało pod sufitem schwytaną zbrodniarkę. Co w tym było zabawnego – nie mam pojęcia, ja byłam głównie zniesmaczona, zażenowana i znudzona. Gdyby nie finał, uznałabym „Nienawistną ósemkę” za film „słaby, ale dający się oglądać”, końcówka spycha go do kategorii „Gdzie się podziały trzy godziny mojego życia i kto mi je odda?”.

niedziela, 24 stycznia 2016

Zachęcać czy nie zachęcać?

Z Lubimyczytać.pl dostałam wiadomość (zakładam, że nie ja jedna) mniej więcej następującej treści: "Dzień dobry, nazywam się X i chciałbym Cię zaprosić do zapoznania się z książką Y, której jestem autorem”. Dalej są informacje o książce (gatunek, o czym jest), link do odpowiedniej strony, a na samym końcu zdanie: „Z góry przepraszam, jeśli uznasz niniejszą wiadomość za spam - po prostu nie mam zbyt wielu możliwości promocji książki.”

Autor jest grzeczny i w dodatku raczej skromny (żadnych zachwytów nad swoją twórczością, tylko prosta informacja), więc daleka jestem od zarzutu spamowania, niemniej ta wiadomość skłoniła mnie do refleksji natury ogólnej – a mianowicie, czy taka forma promocji ma sens? (Taka, czyli promocja, w której autor osobiście zachęca do zapoznania się z jego twórczością.*) Nie pytam przy tym: „Czy wypada, żeby autor sam zachęcał”, bo to inne pytanie (odpowiedź na nie brzmi: w sumie, czemu by miało nie wypadać?), tylko właśnie czy ma sens, czy potencjalnym czytelnikom takie zaproszenie rzeczywiście wydaje się godne uwagi.

I tu właśnie mam problem. Nie odbieram takiego zachęcania negatywnie (chyba że autor przesadzi i staje się namolny, ale to na szczęście rzadki przypadek) – ale nie odbieram też pozytywnie, znaczy, raczej mała jest szansa, żebym po takim zaproszeniu faktycznie książką się zainteresowała. Bo co tak naprawdę dla mnie z takiej zachęty wynika? Że autor chce, aby ktoś jego książkę przeczytał? Jasne, że chce, każdy piszący chce, ci, którzy głośno tego nie mówią, też. Że autor jest ze swojego dzieła zadowolony? (gdyby nie był, nie zapraszałby do czytania). Też żadne halo, do wydawnictwa wysyła się przecież rzeczy, z których jest się zadowolonym. Z takiej zachęty dowiaduję się tylko jednego: że autor jest wystarczająco śmiały i pozbawiony kompleksów, aby ze swoim zaproszeniem „wyjść do ludzi”. Tyle że zarówno śmiałość, jak i brak kompleksów, nijak nie przekładają się na umiejętność stworzenia ciekawej historii, autor zachęcający, dokładnie tak samo, jak ten, który nie zachęca, nadal jest wielką niewiadomą: może być mistrzem pióra, ale może równie dobrze być grafomanem. Podobne zaproszenia są więc z mojego punktu widzenia całkowicie przezroczyste – autor mógłby nic nie mówić/nie pisać i wyszłoby na to samo.

Z drugiej jednak strony: może na innych czytelników ta strategia działa? Może na mnie, wbrew pozorom, też działa, bo co prawda nie popędzę teraz do księgarni, żeby książkę kupić, ale już zwróciłam na nią uwagę, już gdzieś w mózgu odcisnął mi się ślad, że taka powieść istnieje – może więc, jeśli za jakiś czas przeczytam gdzieś pozytywną recenzję, kupię książkę chętniej niż taką, która również zyskała pozytywną opinię, ale o której wcześniej nie słyszałam?
Może to, cholera, jednak jakiś tam sens ma?


*Żeby nie było nieporozumień: nie piszę tutaj o różnych formach pisarskiej autopromocji (filmiki, piosenki, wywiady, udział w spotkaniach itp.) tylko o tej jednej konkretnej sytuacji, kiedy to nieznany czytelnikowi (ze znanym jest trochę inaczej) autor zachęca do czytania swojej powieści, np. stojąc przy stoisku na konwencie/targach, zakładając odpowiedni temat na forum czy też właśnie wysyłając wiadomości w stylu tej, jaką ja dostałam.

piątek, 1 stycznia 2016

Styczniowe aktualności

Notka wstawiona z obowiązku, bo w styczniu nic się nie dzieje, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. "Tajemnica nawiedzonego lasu" dawno wydana, teraz czekam na premierę "Łaski" (zapowiedzianą na luty). Niedawno napisałam opowiadanie steampunkowo-wolsungowe, ale co z nim będzie - nie wiem. Jak się dowiem, dam znać. ;)