piątek, 15 lipca 2016

O książkach, które mnie pokonały


Przejrzałam ostatnio moje konto na Lubimy Czytać, uzupełniłam notki i spisałam książki, które wrzuciłam w zakładkę „nieprzeczytane”. Dziś będzie właśnie o nich, z wyjaśnieniem, czemu nie udało mi się lektury skończyć (a czasem nawet na dobre zacząć). Nie, nie uważam, aby z niedokończenia książki należało się tłumaczyć, po prostu wydaje mi się, że książki te zasługują jednak na jakąś, choćby bardzo kulawą i niekompletną, opinię.

I tak na pierwszy ogień idą „Czasomierze” Davida Mitchella, książka oceniona najuczciwiej, bo kiedy przestałam ją czytać, miała za sobą jakieś 70% ebooka. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że to powieść nie dla mnie i nigdy do niej nie wrócę - jeśli w trzech czwartych czytelnik orientuje się, że za cholerę nie obchodzi go, o co w tym wszystkim chodzi, i co się z bohaterami stanie, to znaczy, że dalsza lektura nie ma żadnego sensu. Oczywiście „Czasomierze” mają zalety – ot, choćby autor genialnie robi research (każda scena wygląda bardzo autentycznie). I ma fajny, barwny styl. Okazuje się jednak, że to nie wystarcza, oprócz wiarygodności i stylu potrzebna jest jeszcze ciekawa historia, a z tym u Mitchella krucho. Dla ścisłości: autor taką historię ma, jednak nie potrafił przekazać jej tak, żeby mnie to zaciekawiło. Fabuła „Czasomierzy” obraca się wokół dwóch osi. Z jednej strony mamy tu kilka luźno ze sobą powiązanych historii, z których każda jest czymś w rodzaju przedstawienia bohatera. Dostajemy więc opowieść o zbuntowanej nastolatce, która ucieka z domu, o pewnym ambitnym oszuście, czy o dziennikarzu, który nie potrafi zerwać z pracą... I te historie są nawet niezłe – ale nie aż tak, żebym tylko dla nich miała czytać całość. Zwłaszcza że jak na złość każdy z rozdziałów kończy się akurat wtedy, kiedy zaczyna dziać się coś naprawdę ciekawego. Z drugiej natomiast strony mamy to, co jest w tle – i ten fantastyczny, przewijający się przez wszystkie historie wątek byłby naprawdę fajny, gdyby nie to, że, cóż... pozostaje właśnie w tle. Rezultat jest taki, że „Czasomierze” zaczynają się ciekawie, ale im dalej, tym bardziej nudno, napięcie opada zamiast narastać, aż wreszcie czytelnik (czyli ja) traci zainteresowanie nawet tym, co z początku wydawało się intrygujące.     

Kolejna książka to „Nielubiana” Nele Neuhaus – „Śnieżka musi umrzeć” tej samej autorki w miarę mi się podobała (w miarę, bo jednak parę zastrzeżeń miałam), ale „Nielubiana” jest zwyczajnie nudna. Znaczy, na początku może zaciekawić (trup zawsze podnosi poziom zainteresowania), ale im dalej, tym gorzej. Tytułowa „nielubiana”, czyli ofiara, to postać mocno przerysowana – naprawdę trudno mi uwierzyć, że ta kobieta, oprócz zniewalającej urody, nie miała żadnych zalet. Chyba że dalej jest jakiś zwrot akcji, ale jeśli tak, do niego już niestety nie dotarłam. Pozostali bohaterowie wcale nie wypadają lepiej – są nijacy, albo antypatyczni, a co gorsza napisani tak, że ciągle mylili mi się ci „porządni obywatele skrywający tajemnice i prowadzący ciemne interesy”. Dobrnęłam do połowy i dałam sobie spokój.

Z kolei „Welin” Hala Duncana to mój największy wyrzut sumienia, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ta książka powinna bardzo mi się podobać – wiecie, Uczta Wyobraźni i te sprawy. A jednak coś nie zagrało i sama nie do końca wiem, co. Mogłabym uznać, że zniechęcił mnie fakt, że nie wiedziałam, o co chodzi, ale to nie jest dobra odpowiedź – zdarzało mi się zachwycać powieściami, gdzie w zasadzie aż do końca nie wiedziałam, o czym ja tak właściwie czytam. I nie chodzi o to, że „Welin” mi się nie podobał – dopóki czytałam, było wszystko ok, poszczególne sceny potrafiły zauroczyć i zaintrygować. Ale jak tylko książkę odkładałam, nie miałam ochoty do niej wrócić, aż wreszcie przyszedł taki moment, gdy zorientowałam się, że „Welin” leży obok łóżka od tygodnia nietknięty, a ja właśnie pochłaniam jakiś kryminał... Wtedy książka powędrowała z powrotem na półkę – po raz drugi, bo jakieś dziesięć lat temu robiłam do niej pierwsze podejście i skończyło się tak samo. Może spróbuję znowu za dziesięć lat. ;)

Dalej jest „Uprawa roślin doniczkowych metodą Miczurina” Weroniki Murek – książka nagradzana, powszechnie chwalona, ale chyba nie dla mnie. I podobnie jak w przypadku „Welinu” nie chodzi (chyba?) o to, że nie wiem, o czym te opowiadania właściwie są. Tu niezrozumienie sięga głębiej, bo prawdę powiedziawszy w niektórych momentach nawet poszczególne akapity nie bardzo się ze sobą łączyły. Poza tym styl, choć faktycznie oryginalny, jest jak dla mnie mało urokliwy, więc odpuściłam.

I ostatnia książka, czyli „Grób” Gai Grzegorzewskiej – znowu kryminał i znowu autorki, której inną książkę przeczytałam z ciekawością. Owszem, marudziłam na „Żniwiarza” (notka do wglądu na LC), ale ta powieść ma niewątpliwie tę zaletę, że potrafi trzymać w napięciu od początku aż do końca. A co dostajemy na początku „Grobu”? Jakieś leśno-detektywistyczne ćwiczenia, rodzinne przepychanki pod hasłem „masz już trzydzieści lat, pora wyjść za mąż”, przekomarzanki z kuzynem i młodszą siostrą (kuzyna lubię, młodsza siostra już w „Żniwiarzu” wydawała mi się irytująco przerysowana i co gorsza, zupełnie dla fabuły niepotrzebna). Scenki z główną bohaterką, którą tak roznosi frustracja, że szuka po mieście bandziorów, żeby obić im gęby. A gdzie jakaś kryminalna intryga, ja się pytam? Dałam sobie spokój w momencie, gdy główna bohaterka wpadła do grobu, a mnie nawet nie skoczyło ciśnienie – byłam już chyba zbyt zmęczona, by próbować się zainteresować. Autorki nie skreślam, mam wrażenie, że jej książki mogą mi się podobać, może nawet do „Grobu” kiedyś wrócę i spróbuję przebrnąć przez ten początek. Może nawet dalej będzie to fascynująca lektura. Przekonamy się.   

8 komentarzy:

  1. Tylko się wypowiem co do "Welinu", bo to moja ukochana książka z UW. Czytałam ją dwa razy, za pierwszym razem było strasznie, kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi, gubiłam wątki, myliłam postacie... jedna wielka kaszana. Coś jednak w tej książce było, co mnie przyciągało.
    Natychmiast po zakończeniu powieści zaczęłam ją czytać od początku. Nie wiem dlaczego, bo NIGDY tak nie robię, ta była pierwsza i jak do tej chwili jedyna, którą tak potraktowałam.
    Drugie czytanie było olśnieniem. Wszystko mi się poukładało, wszystkie kawałki wskoczyły na swoje miejsca, nic mi się nie myliło, coś pięknego! Byłam zachwycona jak rzadko kiedy.
    Nie piszę tego, by nakłaniać do kolejnego sięgnięcia po lekturę, o, co to to nie. Każdy robi jak chce. Chciałam się tylko podzielić opinią na temat książki, którą wspomniałaś. I fajnie, że masz na półce, ja pożyczałam, a teraz kupić nie można... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nie przeszkadza niezrozumienie, czy mylenie wątków i postaci (a przynajmniej przeszkadza bardzo rzadko). Natomiast jednak wymagam od książek niezrozumiałych, żeby zachwyciły mnie stylem czy klimatem. A najlepiej jednym i drugim. A pod tym względem "Welin" jest taki sobie, tzn. jest ok, ale bez szału. Może to kwestia tłumaczenia właśnie...

      Usuń
  2. Podstawowy problem z Welinem to tłumaczenie. Ono jest tak złe, że I can't even. A z kolei czytania w oryginale nie zalecę nikomu, kto się nie poczuwa do znajomości angielskiego na poziomie brytola z wyższym wykształceniem. A i takim ostrożnie.
    Natomiast ja Welin (oraz Atrament) wielbię nawet w tym zmasakrowanym polskim wydaniu (oprócz tłumaczenia zdołali spieprzyć także skład...). I kiedyś doprowadzę do powstania The Annotated Book of All Hours :->

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie czytałem co prawda „Grobu” lecz sięgnąłem po pierwszą powieść z cyklu i bardzo się zawiodłem. Co jest dziwne. Nie jestem jakimś wielkim fanem kryminałów, ani tym bardziej znawcą. Uważam, że daje mi to pewien komfort- mogę w tym gatunku łyknąć wszystko, nabrać się na każdą kliszę, wszystkie schemaciki uznać za oryginalne rozwiązania. Dlatego tez przeciętny czy nawet słaby kryminał dużo łatwiej mi pozytywnie ocenić, niż analogicznie mało wartościowy horror.

    W przypadku Grzegorzewskiej to nie zadziałało. Pierwsza scena, niby miała być „mocna” u mnie wywołała atak niebezpiecznie silnego zażenowania. Postać Julii Dobrowskiej płaska jak deska. Dialogi kiepskie. Obraz sielskiej prowincji… no błagam, ja całe życie żyłem na – przepraszam za wulgaryzm – zadupiu, i kompletnie mnie miasteczko ze „Żniwiarza” nie przekonało. A zakończenie mnie dobiło.

    Braki warsztatowe, literacka nieporadność pisarki, miałkość tego wszystkie to powinno stanowić o „mięsie” powieści powodowało, że nawet nie zastanowiłem się, są schemaciki, czy nie. Jasne, debiut. Jednak po Pani recenzji powyżej widzę, że nie mam co dawać Grzegorzewskiej kolejnej szansy. Cóż, konkurencja na rynku kryminałów jest potworna, czytelnik który raz się sparzył, spokojnie z czegoś innego może wybierać. Szczególnie taki czytelnik jak ja, który od pospolitego mordercy woli jednak nadprzyrodzone siły.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam z tego tylko "Czasomierze" i w nich się akurat zakochałam. Co do tego wątku fantastycznego: na pierwszy plan wychodzi w części "Labirynt Horologa". Aczkolwiek osobiście uważam go za najsłabszy element książki. Ale cierpliwość to ona wystawia na próbę ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Albo mi coś nie działa, albo podałaś złego linka na lubimyczytać, tzn mi próbuje wyświetlić moje książki (czyli pewnie dałaś linka do strony widocznej dla Ciebie, a nie publicznie).
    Narta

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Teraz jest ok :)
      Narta

      Usuń