czwartek, 28 lipca 2016

Dlaczego autor książki nie powinien dyskutować z autorem negatywnej recenzji


Teoretycznie nie ma żadnych przeciwskazań – autor książki może podjąć dyskusję z krytykującym recenzentem. Nie zabrania mu tego ani prawo, ani zasady dobrego wychowania, ani żaden środowiskowy savoir-vivre. A jednak w moim przekonaniu lepiej jest, jeśli tego nie robi – po prostu dlatego, że zazwyczaj autor na takiej polemice bardziej traci niż zyskuje. Z kilku powodów podobne dyskusje nie mają wiele sensu: 

1) Recenzent prawie zawsze ma nad autorem przewagę spokoju. Znaczy, przeciętny autor znacznie bardziej przejmuje się krytyką swojej książki niż przeciętny recenzent krytyką recenzji. A w dyskusji zazwyczaj lepiej wypada osoba, która potrafi się zdystansować i spokojnie odpowiadać na argumenty. I nie, zimna wyniosłość w stylu „przeczytałem twoją krytykę, nędzny robaku, ale tak bardzo mnie ona nie obeszła, że teraz napiszę trzy strony polemiki” wcale nie świadczy o spokoju. I też sprawia kiepskie wrażenie.

2.     2) Autorzy pod wpływem emocji mają skłonność do zapędzania się za daleko. Zaczynają od rozsądnej polemiki z konkretnym zarzutem (czemu się czepiasz, że bohaterowie nie używają komórek, przecież w pierwszym zdaniu jest napisane, że akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych), a kończą na dyskutowaniu z gustem recenzenta (Jak to nie bawi cię ta scena? Mnie i pięciu moich znajomych bawiła, z tobą jest coś nie tak!).

3.       3) Nawet jeśli recenzent czegoś nie doczyta/nie zrozumie, to niekoniecznie jest jego wina. Czasem to wina autora, który nie potrafi jasno czegoś wytłumaczyć, albo np. pisze tak nudno, że recenzent zmusza się do czytania, co chwilę dekoncentruje i dlatego umykają mu niektóre rzeczy. I nie przekonuje mnie argument „przecież recenzent X zrozumiał, więc jeśli Ty nie zrozumiałeś, to znaczy, że jesteś idiotą”. Recenzent X wcale nie musi być bardziej inteligentny niż recenzent Y (który nie zrozumiał) – możliwe, że po prostu ma wrażliwość zbliżoną do wrażliwości autora i nadaje na podobnych falach. Albo czytał wcześniejsze książki autora i wie mniej więcej, czego może się spodziewać. Albo akurat zupełnym przypadkiem wpadł na to, o co autorowi chodziło. Więcej nawet, nie przekonuje mnie argument „przecież tylu innych recenzentów zrozumiało, to czemu nie ty” – zwłaszcza dziś, kiedy mamy internet i część recenzentów interpretacje książek odpisuje od siebie nawzajem.

4.       4) Recenzent czasem ma rację nawet jak nie ma racji. Żeby nie być gołosłowną: dawno temu napisałam książkę „Miasto w zieleni i błękicie”. Jedna z pierwszych recenzji była dość krytyczna i pojawił się tam zarzut, że (cytuję niedokładnie, ale sens był mniej więcej taki) „książka składa się głównie z opisów strojów”. Jako młoda autorka oczywiście strasznie się oburzyłam i poleciałam te opisy strojów liczyć. Wyszło mi, że wcale tak dużo ich nie ma, więc odetchnęłam z ulgą – dopiero znacznie później przyszło mi do głowy, że jeśli z całej książki recenzentka zapamiętała nieliczne opisy strojów, to może to jednak jest moja wina, a nie jej...

5.       5) Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, czasem trudno powiedzieć, co właściwie w książce jest, a czego nie ma. Jasne, są rzeczy mniej więcej oczywiste, ale sporo też zależy od interpretacji. Czy książka X jest książką o samotności, czy może o czymś innym, czy bohater Y jest ukazany jako pozytywny czy nie, czy w książce Z dużo się dzieje czy nie, czy dane wydarzenie/postać/cokolwiek jest ważne czy nie – wszystko to można dyskutować. Albo trochę inny przypadek: autor otwartym tekstem pisze, że główny bohater czuje się nieszczęśliwy, a recenzent, że nigdzie tego bycia nieszczęśliwym nie widać, więc się nie liczy – i kto ma rację? Dyskusja autora z interpretacją recenzenta ma o tyle mało sensu, że...

6.        6) ...autor widzi swoją książkę (i każdy tekst, opowiadanie też) w bardzo specyficzny sposób – to trochę tak, jakby porównywać perspektywę kogoś, ktoś stoi wewnątrz budynku, z perspektywą kogoś, kto ogląda ten budynek od zewnątrz. Żaden czytelnik, nawet najbardziej życzliwy i uważny, nigdy nie zobaczy książki tak, jak widzi ją autor, i żaden autor, nieważne jak bardzo do swojej pracy zdystansowany, nigdy nie zobaczy własnego dzieła tak, jak widzi je czytelnik. Dlatego można – i warto dla ciekawości – te dwie perspektywy porównywać, ale nie warto się o nie kłócić, bo to do niczego sensownego nie prowadzi.

7.       7) W przypadku kłótni autora z recenzentem autor jest i tak mniej wiarygodny. A dla ścisłości, może być wiarygodny, jeśli pisze wyłącznie o konkretach, ale już argumenty w rodzaju „a mnie się podobało”, „a ja uważam, że to najlepsza scena” może sobie wsadzić w buty. No jasne, że mu się podobało, przecież to autor. Autorskie podobanie się nijak nie przekłada się na podobanie czytelnicze.

Dlatego jeśli jesteście autorami i koniecznie chcecie podyskutować z negatywną recenzją, zastanówcie się najpierw dwa razy, czy warto. Potem idźcie na spacer. Potem jeszcze raz się zastanówcie, a jeśli już musicie dyskutować, starajcie się robić to tak, żeby na poparcie waszych argumentów mieć zawsze fragment tekstu. Nie to, co uważacie, że w książce jest, nie wrażenia waszych kolegów i koleżanek, cioci oraz innych recenzentów, tylko konkretne zdanie/zdania, które można zacytować. I jeśli już ten fragment macie, zastanówcie się, czy przypadkiem w innym miejscu mu nie zaprzeczacie. I przede wszystkim, jeśli już takiemu recenzentowi odpisujecie, nie udawajcie, że negatywna recenzja was nie obeszła – nikt nie pisze polemiki, jeśli krytyka go nie obchodzi.

19 komentarzy:

  1. Święte słowa i dlatego jako autor staram się nie dyskutować z recenzentami. Tylko, tak jak Pani stwierdza, staram się zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. A nawet jeśli czysto obiektywnie go nie popełniłem, to muszę pogodzić się z czyimś subiektywnym odbiorem. Bo treść i wartość książki to nie to, co autor napisał, ale to, co zrozumieli jego Czytelnicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Bo treść i wartość książki to nie to, co autor napisał, ale to, co zrozumieli jego Czytelnicy". Naprawdę? Czyli wymagająca literatura, której nie rozumie czytelnika dajmy na to P. Katarzyny Michalak, jest nic nie warta?

      Usuń
  2. Nic dodać, nic ująć. Dodałbym jeszcze, że czasem recenzent czuje się w takiej polemice nieco niekomfortowo, bo może zwyczajnie znać i/lub lubić autora a krytyczna recenzja wymaga złapania dystansu, oddzielenia dzieła od autora. Kiedy wkracza do dyskusji o książce wkracza emocjonalnie zaangażowany autor we własnej osobie, robi się po prostu niezręcznie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. To prawda - nie warto "podważać" krytycznej recenzji. Dyskusje pozostawmy czytelnikowi (nauczyłem się tego) - jeden lubi jabłka kwaśne, drugi nie - wszystko podlega pod gust, estetykę, wyczucie, wrażliwość. Najbardziej unikać należy recenzji krytykantów. Zawistnych autorów, którzy w ramach rehabilitacji własnego "ego" piszą recenzję krytyczną by poczuć się lepiej.
    Z drugiej zaś strony - czy dyskutować z recenzjami pochlebnymi? Nie - to jest dopiero komedia ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam.
      Temat jest dla mnie wyjątkowo na czasie, dlatego bardzo się ciesze, że znajoma. dała mi na Pani tekst namiar. Przeczytałem i muszę powiedzieć że to potwierdza ogólna opinię, że z recenzentami się nie dyskutuje. Przykre, bo mogą sobie pisać nawet bzdury, a pisarz może co najwyżej się wkurzyć, ale nie wolno mu się odezwać.
      W zeszłym roku wydałem powieść Sonderkommando Nebel i niedawno trafiłem na bardzo negatywna recenzję (lubimy czytać). To co mnie tam zabolało najbardziej to podważenie mojej wiedzy historycznej (jestem pasjonatem historii a szczególnie II wś i napisałem na jej temat już ponad 50 artykułów na portale historyczne). To spowodowało że wściekłem się czytając jakim to jestem historycznym ignorantem itd. Dowcip polega na tym, że ja jak mi się wydaje siedzę dłużej w temacie wojny niż piszący te swoje rewelacje ma lat. Po przeczytaniu tej recenzji miałem ochotę napisać co o tym myślę. Bo mogę zrozumieć pretensje do nie wiem dialogów, błędów takich czy innych, stylu i co tam jeszcze, ale akurat historię tego okresu znam dobrze. Na szczęście opanowałem się i za poradą życzliwych ludzi nie napisałem nic.
      Po przeczytaniu tego co Pani napisała wychodzi na to, że dobrze zrobiłem. Niestety wygląda na to że byle recenzent może sobie obsrywać pisarza ile chce, a ten ma tylko podkulić ogon i patrzeć jak go biją. To smutne i chore do bólu, bo taki "recenzent" przeczytał książkę (mam nadzieje), usiadł sobie wygodnie w fotelu i zabrał się do pisania nie zdając chyba sobie sprawę, że kilkoma zdaniami może zabić tekst autora który tak jak ja poświęcił na to trzy lata, opierając się na swojej wiedzy. Oczywiście to tego Pana czy Panią nie interesuje. Ja sam napisałem na portale już kilkadziesiąt recenzji głownie książek o tematyce wojennej i nauczyłem się jednego: to że mi dana pozycja się nie podoba wcale nie oznacza że jest zła. Niestety „wszystkowiedzący” recenzenci nie rozróżniają tych dwóch rzeczy. Oni wychodzą z założenia, że jak im się nie podoba to książka jest do dupy i z radością przelewają swoją subiektywną opinie na papier. A nawet jeśli autor (co mi się tez zarzuca) poszedł w swojej powieści za daleko w pomysłach to to przecież powieść, a nie książka naukowa. Tego także nie mogę zrozumieć. Bo co ????? nie wolno mi napisać np. że Hitler był Żydem, albo Demonem ???????? Żart chyba jakiś ???? (napisz ktoś ). Nie!!!!!!!!! to pomysł autora i wara komukolwiek od oceniania czy to ma sens czy nie, jeśli pasuje do sensu powieści.
      Reasumując niestety ma Pani rację, nie wolno odpowiadać także dlatego, że taki „rzekomy znawca tematu” być może tylko czeka aż ten głupi autor się odezwie żeby go zgnoić jeszcze więcej. To jest jak już napisałem chore i patologiczne. Wychodzi na to, że napisanie a nawet wydanie książki to nie koniec problemów autora, trzeba jeszcze w pokorze przyjmować nawet najbardziej bzdurne recenzje jak to się kiedyś mówiło „na klatę”. Ale czy to jest normalne !!!!!!!!!!!!!!!!!
      Pozdrawiam
      Markiz

      Usuń
    2. Witam, panie Ireneuszu. Otóż polemikę z recenzją Pan podjął - w tym dokładnie miejscu, i to wyjątkowo emocjonalną. Nie jestem autorką wspomnianej recenzji, za to napisałam inną - również negatywną, dlatego z ciekawością przeczytałam Pana wywód, by wiedzieć, czego się spodziewać na przyszłość. Pozdrawiam i życzę na przyszłość więcej dystansu.

      Usuń
    3. Nigdzie nie napisałam, że pisarzowi "nie wolno się odezwać" wręcz przeciwnie, napisałam przecież, że nic ani nikt mu tego nie zabrania. A że rzadko wychodzi mu to na dobre, to inna sprawa. No i to tylko moje zdanie, można mieć inne. ;)

      Usuń
    4. Szanowny Panie Ireneuszu,

      Recenzentem nie jestem, ale i tak uważam, że Pana książka była po prostu słaba. Nie jestem w swojej opinii odosobniony. Wydaje mi się jednak, że mam pomysł, jak rozwiązać problem Pańskich żali: wystarczy po prostu ćwiczyć warsztat zamiast tracić czas na internetowe wojenki z ludźmi, którzy ośmielili się wyrazić swoje zdanie, które nie przypadło Panu do gustu.

      Pozdrawiam
      Czarne Ostrze

      Usuń
    5. Dziękuję za odpowiedzi. Moim zadaniem nie było obrażanie nikogo, ani wyrażanie swoich żali. Tu nie o to chodzi. Ja wcale nie twierdze że to dobry tekst, wręcz przeciwnie mógłbym go poprawiać jeszcze rok. Jeśli zdaniem wielu to kiepski tekst to cóż mogę tylko posypać czoło popiołem i starać się napisać coś lepszego, choć znam i takich którym się podoba i którzy namawiają mnie żebym napisał II część, ale teraz brzmi to jak herezja niestety.
      Markiz

      Usuń
    6. A może właśnie warto napisać, żeby pokazać, że umie się uczyć na własnych błędach?

      Usuń
    7. Pani Alicjo to co pani pisze jest świętą prawdą (bez cienia ironii). Człowiek powinien każdego kopa w d.... potraktować poważnie i starać się wyciągnąć z niego wnioski dla siebie, tak żeby nie padł tylko podniósł się jeszcze wyżej, inaczej życie nie miałoby sensu. Ja żyje już ponad pól wieku i coś o tym wiem, jednak w odniesieniu do Sondekommando sytuacja wygląda nieco inaczej.
      Mogę to zobrazować tak : gdyby porównać moje dokonania pisarskie do drzewa to jego konar, koronę i wszystkie większe gałęzie tworzę już od dawna pisząc jako pasjonat historii od lat 90-tych artykuły, ciekawostki, biografie itd. Tu się spełniam i ciesze się że mam już stałych czytelników. Natomiast powieść można porównać do pojedynczej, drobnej gałęzi która wyrosła z głównego pnia i nawet polanie jej "kwasem solnym" nie spowoduje uschnięcia całego drzewa, a tylko zniszczenie owej gałęzi. Sonder to było moje marzenie od 20 lat i udało mi się je zrealizować. Zresztą to że powieść powstała zawdzięczam właśnie recenzjom i opiniom kilkunastu ludzi którzy czytali fragmenty i namawiali mnie żebym pisał dalej, a potem wydał tekst jako książkę. Dzisiaj wiem że zrobiłem błąd, bo trzeba było zrobić PDF i wysłać tym ludziom, a nie wydawać w formie książki. Cóż mleko się wylało.
      Jak już pisałem mam swój dorobek i jestem w lepszej sytuacji niż jakiś młody człowiek, który wydaje pierwsza powieść która jest dla niego początkiem, pierwszym krokiem w byciu pisarzem.
      W takiej sytuacji jeśli dostanie taka recenzję jak ja, czyli mówiąc obrazowo coś jakby uderzenie drewnianą pałką w głowę, może się załamać, bo jego świat właśnie się zawalił i wcale by mnie to nie zdziwiło. U mnie na szczęście nic takiego nie nastąpiło, bo jak pisałem wyżej Sonder to tylko dodatek do mojej twórczości.
      Pisze pani że powinienem wyciągnąć wnioski i starać się poprawić. To prawda, tylko żeby wiedzieć co w powieści jest złe muszę mieć dokładny opis wszystkich co ważniejszych błędów itd. Bo to że ktoś napisał tak mówiąc ogólnie że autor to kretyn i napisał bzdury, pogubił się a do tego nie zna historii (??????), to taki opis naprawdę nic autorowi nie daje poza wiadomo.........
      Dlatego żeby zastanowić się nad sensem wydania np. II części Sonder (oczywiście pisze ją, bo żadna recenzja nie zabije u mnie chęci do pisania) musiałbym dostać bardzo poważną i szeroką recenzję książki z opisanymi błędami wszelakiej maści. Mając taki tekst przeczytałbym go tak z 10 razy i zastanowił się, czy w ogóle jestem w stanie poprawić to wszystko. To wymagałoby naprawdę bardzo solidnego przemyślenia. A jeśli okazałoby się że to przerasta moje możliwości to sprawa dalej jest prosta. Pisze dalej tak jak poprzednio i wysyłam do tych którzy chcą przeczytać II część i kropka. Ma to wiele zalet ale jedną najważniejszą ominę wszystkie rafy, rekiny, miny itd......
      Pewnie byłoby to czymś w rodzaju poddania się. Być może, ale wyjść na idiotę dwa razy na tym samym temacie byłoby już galaktyczna głupotą.
      Markiz

      Usuń
    8. Dzień dobry Panie Ireneuszu,
      Tak się składa, że jestem autorką owej niepochlebnej recenzji i z dużym zdumieniem czytam to, co Pan tu opisuje. Przedstawił mnie Pan iście demonicznie, zarzucając ignorancję, niekompetencję i momentami chamstwo. Pozwolę sobie odnieść się do Pana zarzutów, aczkolwiek nie wiem, czy to cokolwiek zmieni.
      Przede wszystkim chciałabym zaznaczyć, że portal „Lubimyczytać.pl” nie jest portalem, na którym wypowiadają się wyłącznie zawodowi recenzenci. Wręcz przeciwnie, większość osób opisuje swoje subiektywne opinie dotyczące przeczytanych przez nie książek. Tak też jest i w moim przypadku. Książki, które przeczytałam opisuję w pełni świadomie subiektywnie, wychodząc z założenia, że każdy ma prawo do własnego zdania, ale też i każdy powinien opinię odmienną drugiej osoby uszanować. Dziwi mnie niezmiernie Pański atak na moją skromną osobę, zważywszy na fakt, że doprawdy, jako autor powinien być Pan świadomy także tej niemiłej strony doli pisarskiej, jaką jest to, że nie każdemu Pańska książka może się spodobać. Ale, jak to już ktoś wcześniej zauważył, są tacy, którzy wolą jabłka słodkie, ale i są tacy, którzy lubią jabłka cierpkie. Jeśli więc ma Pan ambicje pisarskie nie powinien Pan tak bardzo emocjonalnie podchodzić do tych recenzji, które nie idą po Pana myśli.
      Natomiast odnośnie Pańskich zarzutów przyznaję, że zrobiło mi się smutno, gdy je przeczytałam. Smutno, gdyż, niestety, tymi zarzutami sam wystawił sobie Pan takie a nie inne świadectwo. Zacznijmy od tego, że pisze Pan, iż jest Pan pasjonatem historii, autorem szeregu artykułów. Bardzo mnie to cieszy. Tak się jednak składa, że ja jestem absolwentką historii, a pracę magisterską pisałam z zakresu historii wojskowości. Proszę mi więc wyjaśnić, czym różni się moja wiedza od Pańskiej? Jest gorszego sortu? Dlaczego od razu założył Pan, że osoba pisząca opinię w zupełności nie jest zaznajomiona z tematem? Niestety, nie świadczy to o Panu zbyt pochlebnie. Co więcej, wielokrotnie zarzucał mi Pan młody wiek, który świadczyć ma najwyraźniej o tym, że moja wiedza jest niewiele warta. Cóż, nie przeczę 40-tki jeszcze nie przekroczyłam, choć mam juz do niej bliżej niż dalej (co zresztą widać na portalu). I również nie będę twierdziła, że wiem wszystko najlepiej, gdyż tylko najwięksi głupcy tak czynią. Ale czy rzeczywiście wiek ma cokolwiek wspólnego z wiedzą? Nie znajduję w tym logiki. Ponadto nigdzie, w całej swojej opinii (nie nazwałam bym tego recenzją) nie użyłam w stosunku do Pana wulgaryzmów, nie nazwałam Pana „kretynem” ani też w żaden sposób Panu nie ubliżyłam. Dlaczegóż więc mi Pan to imputuje?
      To, co mi się w Pana książce nie podobało racjonalnie wyjaśniłam w opinii. Nie zgodzę się na twierdzenie, że nie przedstawiłam Panu, tego nad czym warto by było popracować. Zresztą zainteresowanych odsyłam do samej opinii: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/262071/sonderkommando-nebel
      Tak, jak napisała już wcześniej Pani Alicja Vyar Podkalicka, sugeruję odrobinę więcej dystansu, a na przyszłość więcej wyważonych słów.
      Z poważaniem:
      Anna

      Usuń
    9. Witam.
      Dziękuje za szybki odzew. Przepraszam za kretyna ale to dla mnie był taki skrót myslowy być może niefortunny. Co do recenzji to mam tak naprawdę tylko jedną uwagę.... Co by nie powiedzieć o Sonder to można się doczepić do wszystkiego : dialogów, błędów, przecinków, zagubienia, choć jeśli chodzi o tzw prace redaktorską to Bellona miała Sonder dokładnie 1 rok i poprawiała itd., ale proszę mi wierzyć że starałem się opisać postacie takie jak Heydrich, Himmler czy Canaris wg . mojej wiedzy . Co do obozu to rzeczywiście poszedłem daleko ale to w końcu powieść więc chyba mogłem pójść w dal w swoich pomysłach. Proszę mi wierzyć a mogę dać Pani linki do moich artykułów a jest ich dziesiątki w tym tez takie o obozach żeby pani zobaczyła że znam temat II wś (siedzę w nim od 25 lat i czytam wsio co tylko mogę ). jeśli Panią uraziłem to przepraszam ….. poważnie. Jednak napisałem Sonder opierając się na mojej wiedzy dodając tylko fabułę + troszkę horroru i fantasy. Nie mam pretensji o reszte ale chyba władców III Rzeszy opisałem w miarę dokładnie i tak samo tło np. zamachu na Heydricha i to co się działo później.
      Markiz

      Usuń
    10. Dobry wieczór Panie Ireneuszu,
      Przeprosiny przyjmuję, zresztą nie mogę powiedzieć, aby mnie to bardzo ubodło i w pełni rozumiem Pańskie emocjonalne nastawienie do sprawy. Tym niemniej czasami warto, jak zasugerowała autorka powyższego artykułu, wyjść na spacer, odetchnąć świeżym powietrzem i ze spokojną głową usiąść nad odpowiedzią. Odpowiedzi pisane emocjami czasami przynoszą więcej szkody niż pożytku.
      Odnośnie pracy redaktorskiej: niestety, ostatnimi czasy czytam książki po pracy redaktorskiej, w których występują tak kardynalne błędy, że czasami sama się zastanawiam, czy jakakolwiek korekta była przeprowadzana. Aby nie być gołosłowną jedna z moich ostatnich opinii dotycząca książki Charlotte Link również zawierała tego typu uwagi (proszę spojrzeć: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/218856/ciernista-roza).
      Nie miałam zastrzeżeń do przedstawienia postaci. Większy problem miałam z podziałem kompetencji, który istniał w Trzeciej Rzeszy, gdyż przedstawiony przez Pana świat tych kompetencji nie odwzorowywał. Takie samo zastrzeżenie miałam odnośnie opisania obozów. To prawda, że jest to powieść, więc można pofantazjować. Lecz zbytnia fantazja akurat w powieści quasi historycznej sprawia, że staje się ona mało wiarygodna, a poprzez to odwzorowanie realiów blednie. Gdyby sytuacja działa się np. w hipotetycznym innym wymiarze czasoprzestrzeni nie miałabym prawa się do takich zabiegów przyczepiać.
      Chciałabym zaznaczyć, że nigdy nie wątpiłam w fakt Pańskiej twórczości odnośnie artykułów, nie musi mi Pan niczego udowadniać. Wierzę Panu. Aczkolwiek osobiście uważam i mam nadzieję, że Pana nie urażę, że lepiej by się Pan spisał w powieściach fantasy. Sam pomysł Sonderkomanndo demonów uważam za bardzo ciekawy, jak to zresztą opisałam w opinii. Zresztą jedno drugiemu nie przeszkadza. Można napisać książkę fantasy, której akcja dzieje się w hipotetycznym kraju o ustroju totalitarnym, w którym władzę absolutną ma demon. Wiedza historyczna tylko w tym wypadku pomoże w opisaniu np. scen bitew bądź zakulisowych rozgrywek świata dyplomacji.
      Bardzo się cieszę, że już Pan troszeczkę ochłonął. Proszę nie traktować moich uwag w sposób personalny, raczej proszę potraktować je jako delikatne wskazówki, które dziedziny pisarskiego rzemiosła mogłyby być jeszcze troszkę doszlifowane. Z mojego nikłego doświadczenia wynika, że człowiek uczy się przez całe życie, a czasami warto pochylić się nad niezbyt pochlebnymi słowami drugiej osoby, ponieważ może to nam wyjść tylko na dobre.
      Życzę powodzenia na dalszej drodze pisarskiej.
      Z poważaniem:
      Anna

      Usuń
    11. Dziękuję za zrozumienie. Rzeczywiście emocję są zazwyczaj złym doradca. Ciesze się, że mimo kilku niewybrednych słów nie obraziła się Pani na mnie (co byłoby też zrozumiałe).
      Kiedy czytałem to co pani napisała uśmiech zagościł na mojej twarzy.
      Dlaczego ????
      Otóż dowcip polega na tym że ja od wielu lat pisze fantastykę – tu trafiła pani w 10.
      Napisałem już wiele opowiadań a także w latach 1993-95 powieść którą odkopałem z zaświatów i teraz powoli dopracowuje. Te demony w Sonder to taki właśnie ukłon w stronę fantasy. Powiem szczerze to właśnie ją chciałem spróbować wydać, ale dałem się namówić na Sonder. Oczywiście nie mam pretensji do tych ludzi, bo oni chcieli dobrze, ale ja powinienem iść za tym co podpowiadała mi intuicja a nie słuchać innych. Jak to mówi przysłowie „stary a głupi”.
      Jednak teraz wydaje mi się, że nim zacznę szukać wydawcy muszę choć fragmenty dać ludziom do poczytania (oczywiście nie znajomym), tak żeby mieć jasność czy tekst jest warty wydania.
      Reasumują Pani recenzja uzmysłowiła mi że Sonder to był samochód którym zdecydowanie nie potrafiłem jechać i czas wrócić do korzeni, czyli do fantasy.
      Pozdrawiam
      Markiz

      Usuń
  5. Bardzo dobrze napisane. Autorzy powinni liczyć się z tym, że nie wszyscy będą zachwyceni jego książką. A jednak czasem wina leży po stronie recenzenta. Szczerze mówiąc nie raz i nie dwa spotkałam się z sytuacją, że recenzent sięga po książkę, gatunek, który wcale go nie interesuje i później krytyka leci od góry do dołu, co odstrasza potencjalnego przyszłego czytelnika. Wiem, że piszę trochę nie na temat, ale jest to również ważna kwestia, ponieważ często podcina to skrzydła pisarzom, którzy mają w danym gatunku duży potencjał. Co nie znaczy, że należy się spierać o opinie z autorem, bo nigdy nie wyjdzie się na tym dobrze.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. „przeczytałem twoją krytykę, nędzny robaku, ale tak bardzo mnie ona nie obeszła, że teraz napiszę trzy strony polemiki” - piękny tekst ;D
    Czasem winne są obie strony, można też pisać długo o recenzentach, którzy "piszą, bo muszą", albo recenzowanej książki nie przeczytali w ogóle - a to zazwyczaj widać - ale chyba nie o to chodzi. Porozmawiać można, ale na spokojnie i... prywatnie. Każdemu zdarza się błąd.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń