niedziela, 15 maja 2016

Zamknąć usta krytykowi, czyli o recenzjach negatywnych


Obserwuję od jakiegoś czasu w sieci osobliwe zjawisko, jakim jest niechęć do negatywnych recenzji, które traktowane są jako coś w rodzaju towarzyskiego faux pas, a w skrajnych przypadkach wręcz wyraz recenzenckiej złośliwości. Parę razy zdarzyło mi się natknąć na recenzje, w których WIDAĆ, że książka się nie podobała, a jednocześnie recenzent nie potrafił powiedzieć tego wprost i uciekał w jakieś ogólniki, albo na końcu odwracał kota ogonem i pisał coś w rodzaju „książka mnie znudziła, ale może komuś innemu się spodoba, więc polecam” (serio, są ludzie, którzy polecają innym nudne w ich mniemaniu książki). Zastanawiałam się, skąd się to bierze i wyszło mi, że ze strachu przed posądzeniem o bycie hejterem – sporo osób ma problem z odróżnianiem hejtu od krytyki i w obawie przed tym pierwszym gotowych jest wyrzucić drugą przez okno. Bo ma być miło i mamy się wszyscy poklepywać po pleckach – stąd w przypadku niektórych recenzentów każda odrobina krytyki opatrzona jest niezliczonymi zastrzeżeniami. „Mnie się nie podobało, ale może komuś innemu się spodoba” (jakby to nie było oczywiste), „Nie podobało mi się, ale ja w ogóle nie lubię takich motywów (w domyśle: więc moje niepodobanie tak naprawdę się nie liczy), „Nie podobało mi się, ale...” no, cokolwiek, przy pomocy czego recenzent usiłuje zmniejszyć wagę swojego własnego „nie podoba się” i sprawić wrażenie, że negatywna recenzja tak naprawdę negatywna wcale nie jest.
A przecież w negatywnej recenzji nie ma nic złego czy „niegrzecznego”. Więcej nawet: ośmielę się powiedzieć, że nie ma nic złego w ZŁOŚLIWEJ NEGATYWNEJ recenzji (okropna jestem, prawda?), pod warunkiem, że a) recenzent ze złośliwością nie przegina, b) używa merytorycznych argumentów, c) znęca się na dziełem, a nie nad autorem (to ważne). Niżej parę polemik z argumentami, jakimi zwolennicy zasady „ma być miło i uprzejmie” próbują zamknąć usta tym, którzy nie chcą się dostosować i jednak krytykują. (Tradycyjne oskarżenia o zawiść, że recenzent „ma coś” do autora, że jest uprzedzony albo jest hejterem, pomijam, bo to zarzuty z gatunku „a teraz udowodnij, że nie jesteś wielbłądem”)
 
- Jak ci się nie podoba, to nie czytaj
Chyba jeden z najpopularniejszych argumentów. I jeden z głupszych – bo niby skąd człowiek ma wiedzieć, że mu się nie spodoba, zanim przeczyta? Nawiasem mówiąc, nawet jak wie (tzn. podejrzewa), to wcale nie znaczy, że późniejsza negatywna opinia koniecznie będzie „nieuczciwa” (bo oparta na uprzedzeniu). Ludzie potrafią zmieniać zdanie, dlaczego więc zakładać z góry, że recenzent nie zmieniłby, gdyby książka okazała się dobra? Poza tym nie lubię tego argumentu, bo on bardzo niemiło sugeruje, że z krytykującym jest coś nie w porządku: powinien nie czytać, jak mu się nie podoba, a jednak przeczytał, więc pewnie zrobił to w niecnych celach, żeby się wyzłośliwiać i znęcać, hejter jeden.

- Jak ci się nie podoba, to sam napisz lepiej
Też bardzo popularny argument. I też bez sensu – nie trzeba być kucharzem, żeby zauważyć, że zupa jest przesolona, a kotlet twardy. Poza tym przy takim założeniu krytykować pisarzy mogliby tylko inni pisarze, a i to nie zawsze. (Jacek Dukaj jest znakomitym autorem, ale założę się, że nie potrafiłby napisać popularnego romansu wampirycznego – bo pisze inne rzeczy. Czy to znaczy, że nie wolno mu krytykować „Zmierzchu”?)

-To rozrywka, a ty się czego spodziewałeś? Dzieła na miarę Nobla?
Argument używany, kiedy ktoś krytykuje jakieś dzieło z założenia mało ambitne. Problem w tym, że to nie jest tak, że mamy system zero-jedynkowy: z jednej strony idiotyczna pulpa, od której nie można niczego wymagać, a z drugiej wspomniany Nobel. Jest też mnóstwo stopni pośredni, w tym np. inteligentna rozrywka. Jasne, głupio spodziewać się, że popularny kryminał będzie dorównywał „Zbrodni i karze”, ale nawet od literatury czysto rozrywkowej czytelnik ma prawo domagać się pewnego poziomu. Jeśli ktoś krytykuje głupią rozrywkę, to przecież nie dlatego, że spodziewał się „Ulissesa”, a dostał „Kraby 4”, tylko dlatego, że chciał LEPSZEJ rozrywki.

-Na recenzowanie słabych książek szkoda czasu, wystarczającą karą dla autora jest milczenie
A to już w ogóle jakieś przedziwne pomieszanie pojęć. Recenzje nie są po to, żeby autorów karać czy nagradzać. One w ogóle nie są dla autorów, tylko dla czytelników – którzy na podstawie recenzji wybierają, co mogłoby im się spodobać. I jeśli nie będzie recenzji negatywnej, to taki czytelnik, szukając informacji o danej książce, trafi na pozytywną (każdy gniot ma choć jedną pochlebną opinię) i w rezultacie rozczaruje się kiepską książką.  

-Trzeba docenić wysiłek autora/autorki...
No, czasem trzeba, np. jeśli widać, że autor zrobił solidny research, to niewątpliwie należy o tym w recenzji wspomnieć. Ale czemu jeden solidnie zrobiony element miałby się przekładać na taryfę ulgową wobec słabej reszty? Poza tym recenzent najczęściej nie wie, czy autor włożył w pisanie wysiłek czy nie – może tylko zgadywać. I tak naprawdę – jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało – wysiłek czy jego brak nie ma większego znaczenia, bo liczy się efekt, a książka napisana lewą ręką na kolanie może być lepsza niż książka pisana w trudzie i znoju. 

-...bo przecież się starał, a poza tym jego następna powieść na pewno będzie lepsza, więc po co tę krytykować
Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy będzie lepsza, po drugie, jak wyżej, najczęściej nie wiadomo też, czy starał się, czy nie, a po trzecie, recenzent nie jest od wróżenia z fusów i gdybania, co będzie, tylko od oceniania książki, którą właśnie przeczytał i której recenzję pisze. (Czasem ocenia się, że książka jest „niezła jak na debiut”, ale to trochę coś innego – no i tak można napisać tylko przy debiucie właśnie) 

Przy czym dwa ostatnie argumenty wyglądają o tyle niewinnie, że mogą wynikać (i pewnie często wynikają) z chęci bycia miłym. A to przecież pozytywna cecha, wszyscy powinniśmy być dla siebie nawzajem mili. Tyle że akurat w tym przypadku chęć „bycia miłym” (wobec autora czy wydawcy, który dał książkę) prowadzi do konfliktu z tym, co dla recenzenta powinno być najważniejsze, czyli uczciwością wobec czytelnika. Bo recenzent ma obowiązki przede wszystkim wobec czytelnika, któremu trzeba jasno przedstawić wady i zalety danej książki. Na tym polega sens recenzowania, nie na „nagradzaniu”, czy „karaniu” autorów. I jeśli ktoś z jakichś powodów nie potrafi takiej uczciwej recenzji napisać (bo chce być miły, albo dlatego, że boi się reakcji wydawnictwa lub autora), w moim przekonaniu w ogóle nie powinien za ocenianie książek się zabierać.  

17 komentarzy:

  1. A co jak autor zrobił research, za to recenzent researchu nie zrobił, ale mu się wydaje i jedzie po autorze, że zrobił błędy merytoryczne, a tłum klakierów mu w tym przyklaskuje? ;) Znam, bo doświadczyłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, niekompetencja recenzentów to temat na inną notkę (zdarza się, owszem).

      Usuń
    2. Anneku,
      kilka dni temu na jednym z blogów recenzentka z wykształceniem psychologa napisała, że postać Twojej bohaterki jest niespójna, bohaterka nie ma siły na robienie nic a prowadzi bujne życie seksualne i usuwa ciąże za ciążą. Czy to jest przykład niekompetencji recenzentki? Recenzentka nie rozumie co to jest choroba dwubiegunowa i widać że się "czepia".
      Pozdrawiam
      Ewa

      Usuń
    3. E nie, czemu od razu czepia i niekompetentna? Znaczy, fakt, w założeniu bohaterka "łaski" ma właśnie chorobę dwubiegunową związaną z porami roku (w zimie depresja i niechęć do wszystkiego, w lecie faza manii i bujne życie seksualne), ale nazwa choroby nigdzie nie pada, więc można tego nie wyłapać.

      Usuń
  2. Negatywne recenzje pisze się dużo łatwiej niż pozytywne :) Popisywanie się złośliwością i wiedzą jest bardzo przyjemne. Natomiast rozpaczliwe szukanie 128 synonimu słowa "wspaniałe" już nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem? Napisałam w życiu sporo recek i na LC i na Goodreads - może nie profesjonalnych, ale z tego co wiem to dość pomocnych. Jak byłam czymś zachwycona, to pisało mi się recenzje równie łatwo co w momencie, kiedy coś wywołało we mnie skrajne oburzenie.
      A i tak tylko w reckach Greya pozwoliłam sobie na flow i przestałam nawet próbować być kulturalna.

      Usuń
    2. To niestety bardzo widać, kiedy recenzent napisał recenzję tylko po to, żeby podbić sobie bębenek i pojeździć w chwale na cudzym grzbiecie :) Chociaż w wyżej wymienionym przypadku recenzji Greya to po prostu upust frustracji słabą książką i tak - jak sądzę - jest uczciwie.

      Usuń
  3. Z większością punktów się zgadzam, chociaż "jak się nie podoba, to nie czytaj" - jeśli ktoś np. z założenia nienawidzi wszystkich romansów historycznych za sam fakt bycia romansem historycznym i podobają mu się tylko książki dajmy na to hard science - fiction, to faktycznie nie widzę sensu w czytaniu i ocenianiu przez taką osobę romansu (kiedy nawet dobry styl, ciekawe postacie etc nie sprawią, że książka ma szansę się spodobać):P
    Ja sama czasem oceniam daną książkę "nie podoba mi się, ale...", gdy widzę, że są w niej rzeczy obiektywnie dobre, po prostu nie trafiła w mój gust. Ale jak atakuje mnie masa rzeczy nielogicznych, schemat na schemacie i bohaterowie bez zalążka charakteru, to skrupułów już nie mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są jeszcze recenzje w stylu „pierwsze cztery tomy cyklu to kupa, przeczytałum piąty i też kupa”, przy których na usta ciśnie się pytanie dlaczego autoru w ogóle czytału tom drugi i dalsze. Tu rada „nie czytaj” jest jak najbardziej na miejscu.

      Usuń
    2. Nie lubię romansów, wolę science fiction chociaż historię też lubię, ale wyszedłem z założenia, że w ramach rozszerzania horyzontów mogę czasem sięgnąć po coś innego. I tak np. sięgnąłem po "Obcą" Gabaldon, którą ludzie się tak jarają. No niestety, kiepskie to. I moje nielubienie romansów nie ma tu nic do rzeczy. Nielubienie gatunku będzie skutkowało tylko tym, że będę bardziej zwracał uwagę na oklepane schematy i nielogiczności, które fani gatunku łyknęliby jako oczywiste i przezroczyste.

      Spriggana, czasem jest tak, że akcja rozkręca się w kolejnych tomach i seria jest coraz lepsza. No więc niektórzy dają szanse.

      B.

      Usuń
    3. @Spriggana, a czasem jest tak, że czytasz służbowo. Przeczytawszy pierwsze 4 tomy nie masz komu oddać książek a musisz oddać recenzje 4 kolejnych - i co wtedy? :)

      Usuń
    4. Czasem coś jest tak złe, że po prostu nie możesz przestać czytać.

      Usuń
  4. Ja bym raczej stwierdził, że w większości przypadków powodem powstrzymania się nie jest strach przed byciem hejterem, a niechęć do zrażenia wydawnictwa, które daje książki za darmo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cóż za wspaniały, zdrowy dystans i przytomne postulaty! Bez ironii - życzyłbym takiej postawy wszystkim autorom, również dla ich własnego dobra i zdrowia ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z jednym punktem zgadzam się nie do końca; to znaczy: sam staram się nie tworzyć notatek negatywnych, ale nie ze względu na autora, na karę lub niekarę, lecz ze względu na samego siebie. Wszak żeby rzetelnie pisać o złej książce, musiałbym przyjrzeć się jej dokładnie, a człowiek jest zwierzątkiem mimetycznym, a przeto upodabnia się do tego, z czym się zadaje. Ba, czytelnicy sprawozdań ze złej lektury mogą sobie częstokroć właśnie dzięki owym sprawozdaniom tę nieudaną książkę wyobrazić -- a myślę, że samo takie wyobrażenie psuje tego, kto sobie wyobraża. Mnie na pewno. Tak zresztą uczył Platon, a Platon był geniuszem, co kończy dowód ;-) Oczywiście istnieje ryzyko, że ktoś tej literaciej niegodziwości zazna właśnie dlatego, że nikt go nie ostrzegł, ale myślę, że przemilczenie nie jest większym niebezpieczeństwem niż nieprzemilczenie.

    --- mbw

    PS Właściwie nie pamiętałem, że przed laty zdarzało mi się używać konta, z którego teraz piszę, a nagle zaczęło się wyświetlać. Ot, zagadka.

    PPS Ale tę "karę" -- sama wymyśliłaś? Bo ja chyba takiego uzasadnienia słyszeć nie zwykłem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Już od dawna zastanawia mnie ta niechęć do tworzenia krytycznych recenzji - wszędzie na blogach książkowych publikowane są peany na cześć - i to nawet całkiem przeciętnych, a nawet kiepskich książek. Jasne, można argumentować, że szkoda tracić czas na negatywne emocje, no ale jeśli się przeczytało i książka się nie podobała, to czemu nie napisać o tym? Inaczej będzie tak, jak piszesz: ponieważ wszędzie będą tylko pozytywne recki, a ci, którym się nie podobało będą milczeć - z tego można wyciągnąć wniosek, że dana pozycja jest świetna. Wielce mnie też śmieszy właśnie to obracanie kota ogonem: pisanie ogólnikami, a na końcu tekst: książka średnia (czyt.mnie się nie podobało), ale i tak polecam. Może napisanie negatywnej recenzji jest faktycznie łatwiejsze, ale z drugiej strony przecież nie każda książka jest arcydziełem, a w opinii blogerów wychodzi na to, że każda. I jakoś nie sądzę, by ten trend był odzwierciedleniem życzliwości blogerów skoro jednocześnie mamy w necie eksplozję hejtu. Raczej jest tak, jak ktoś powyżej napisał: że powodem jest obawa przed zrażeniem wydawnictwa dającego darmowe książki.

    OdpowiedzUsuń