czwartek, 18 lutego 2016

Przed premierą "Łaski", czyli dlaczego zamierzam zostać autorem-bucem

Autorem-bucem, bo nie wiem, jaka jest forma żeńska od słowa "buc", ale nie o gramatyczne subtelności chodzi. Chodzi o to, że od czasu do czasu dostaję prośby o udostępnienie swoich książek blogerom do recenzji. Zazwyczaj odpisuję wtedy, że sorry, ale mam za mało egzemplarzy, żeby je rozdawać, bo większość idzie do znajomych, którym z takich czy innych powodów chciałabym książkę dać (na przykład dlatego, że przy pisaniu tejże książki mi pomagali - w ten sposób na egzemplarze moich dzieł załapuje się spora część sekcji literackiej ŚKF-u).
To prawda, ale nie cała. Cała prawda wygląda tak, że nawet gdybym gratisowych egzemplarzy miała więcej, i tak miałabym opory przed rozdawaniem ich akurat blogerom. Nie, nie dlatego, że jestem bucem, po prostu w takiej sytuacji (autor daje książkę, obdarowany w zamian pisze recenzję) powstaje w moim przekonaniu jakaś niezdrowa zależność, presja, żeby ta recenzja jednak była dobra, skoro autor sam książkę dał i teraz na recenzję czeka. A ja nie chcę być przyczyną niczyjego konfliktu sumienia - czy napisać uczciwie, że książka kiepska i zrobić tym samym autorowi przykrość (być może przy okazji niszcząc szanse na przyszłą współpracę), czy naciągnąć trochę fakty i np. średnią książkę ocenić jako dobrą? Albo słabą jako średnią?
W tym momencie pewnie sporo blogerów by się odezwało, że oni żadnej presji nie czują i niezależnie od tego, skąd książkę mają, piszą prawdę i tylko prawdę - szczerze wierzę, że w przypadku części osób tak właśnie jest. Ale to część, a ja nigdy nie wiem, na kogo właściwie trafię. Poza tym nie kieruje mną tylko altruizm (nie chcę, żeby ktoś z mojego powodu czuł się źle sam ze sobą), ale też paskudny egoizm - bo jeśli w wyniku takiej transakcji dostanę pozytywną recenzję, zawsze zostanie we mnie ziarenko podejrzenia, że może recenzent wcale tak bardzo zachwycony nie był, że może naciągnął ocenę, bo "autorka dała książkę". A jeśli dostanę recenzję negatywną, to co prawda będę się cieszyć, że recenzent okazał się uczciwy, ale cóż... negatywna recenzja to przecież nic specjalnie przyjemnego, prawda? :P
Jak więc widzicie, rozdawanie książek blogerom to dla mnie żadna korzyść, bo niezależnie od wyniku i tak jestem stratna - dlatego, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, wolę dać komuś książkę "tak po prostu" (a sprawą tego kogoś jest już to, czy przeczyta, czy np. podeprze swoim egzemplarzem nogę od stołu) niż do recenzji.
Jeśli więc ktoś chciałby do zrecenzowania egzemplarz "Łaski", to proszę, nie piszcie do mnie, tylko od razu do wydawnictwa - z tego, co wiem, Czarne jest raczej przychylnie nastawione do tego typu próśb.
A cała notka, rzecz jasna, jest mocno na wyrost - wcale dużo osób ode mnie tych książek nie chce (nie zamierzam tutaj udawać popularnej czy rozchwytywanej autorki). Niemniej, ponieważ od czasu do czasu recenzenci do mnie piszą, a premiera "Łaski" się zbliża, chciałabym pewne kwestie wyjaśnić.

4 komentarze:

  1. forma żeńska byłaby pewnie "autorką bucą" :-D A poza tym wiadomo, jak to jest, dobrze czy źle, byle mówili. Dostanę egzemplarzyk?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja dawno temu ogłosiłem całkowitą suwerenność w kwestii obdarowywania egzemplarzami autorskimi. Nie respektuję żadnych musów w tej mierze. Daję wtedy i tylko wtedy kiedy dać chcę i zrobienie prezentu sprawia mi przyjemność. Wszelkie przymawianie się załatwiam z góry odmownie tj. odsyłam do szewca by zażądać od niego darmowych butów.
    Przewodas

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako że zamówiłam sobie egzemplarz "Łaski" w internetach, i teraz z utęsknieniem na niego czekam, możesz być pewna, że moja recenzja będzie bezstronna. No, prawie... ;)
    M.F.

    OdpowiedzUsuń
  4. W sumie absolutna racja. Jak ktoś chce recenzować, to niech sobie kupi książkę. Będzie bezstronnie.

    OdpowiedzUsuń