niedziela, 24 stycznia 2016

Zachęcać czy nie zachęcać?

Z Lubimyczytać.pl dostałam wiadomość (zakładam, że nie ja jedna) mniej więcej następującej treści: "Dzień dobry, nazywam się X i chciałbym Cię zaprosić do zapoznania się z książką Y, której jestem autorem”. Dalej są informacje o książce (gatunek, o czym jest), link do odpowiedniej strony, a na samym końcu zdanie: „Z góry przepraszam, jeśli uznasz niniejszą wiadomość za spam - po prostu nie mam zbyt wielu możliwości promocji książki.”

Autor jest grzeczny i w dodatku raczej skromny (żadnych zachwytów nad swoją twórczością, tylko prosta informacja), więc daleka jestem od zarzutu spamowania, niemniej ta wiadomość skłoniła mnie do refleksji natury ogólnej – a mianowicie, czy taka forma promocji ma sens? (Taka, czyli promocja, w której autor osobiście zachęca do zapoznania się z jego twórczością.*) Nie pytam przy tym: „Czy wypada, żeby autor sam zachęcał”, bo to inne pytanie (odpowiedź na nie brzmi: w sumie, czemu by miało nie wypadać?), tylko właśnie czy ma sens, czy potencjalnym czytelnikom takie zaproszenie rzeczywiście wydaje się godne uwagi.

I tu właśnie mam problem. Nie odbieram takiego zachęcania negatywnie (chyba że autor przesadzi i staje się namolny, ale to na szczęście rzadki przypadek) – ale nie odbieram też pozytywnie, znaczy, raczej mała jest szansa, żebym po takim zaproszeniu faktycznie książką się zainteresowała. Bo co tak naprawdę dla mnie z takiej zachęty wynika? Że autor chce, aby ktoś jego książkę przeczytał? Jasne, że chce, każdy piszący chce, ci, którzy głośno tego nie mówią, też. Że autor jest ze swojego dzieła zadowolony? (gdyby nie był, nie zapraszałby do czytania). Też żadne halo, do wydawnictwa wysyła się przecież rzeczy, z których jest się zadowolonym. Z takiej zachęty dowiaduję się tylko jednego: że autor jest wystarczająco śmiały i pozbawiony kompleksów, aby ze swoim zaproszeniem „wyjść do ludzi”. Tyle że zarówno śmiałość, jak i brak kompleksów, nijak nie przekładają się na umiejętność stworzenia ciekawej historii, autor zachęcający, dokładnie tak samo, jak ten, który nie zachęca, nadal jest wielką niewiadomą: może być mistrzem pióra, ale może równie dobrze być grafomanem. Podobne zaproszenia są więc z mojego punktu widzenia całkowicie przezroczyste – autor mógłby nic nie mówić/nie pisać i wyszłoby na to samo.

Z drugiej jednak strony: może na innych czytelników ta strategia działa? Może na mnie, wbrew pozorom, też działa, bo co prawda nie popędzę teraz do księgarni, żeby książkę kupić, ale już zwróciłam na nią uwagę, już gdzieś w mózgu odcisnął mi się ślad, że taka powieść istnieje – może więc, jeśli za jakiś czas przeczytam gdzieś pozytywną recenzję, kupię książkę chętniej niż taką, która również zyskała pozytywną opinię, ale o której wcześniej nie słyszałam?
Może to, cholera, jednak jakiś tam sens ma?


*Żeby nie było nieporozumień: nie piszę tutaj o różnych formach pisarskiej autopromocji (filmiki, piosenki, wywiady, udział w spotkaniach itp.) tylko o tej jednej konkretnej sytuacji, kiedy to nieznany czytelnikowi (ze znanym jest trochę inaczej) autor zachęca do czytania swojej powieści, np. stojąc przy stoisku na konwencie/targach, zakładając odpowiedni temat na forum czy też właśnie wysyłając wiadomości w stylu tej, jaką ja dostałam.

6 komentarzy:

  1. Gdy ja dostaję takie wiadomości, to zwykle się zgadzam, ale na samym wstępie ostrzegam, że dzieło mogę przeczytać za dzień lub dwa, ale równie dobrze za dwa lata :P
    Jak dostaję takie wiadomości to często zastanawiam się, jak ja bym się czuła, gdybym to ja kogoś poprosiła o przeczytanie mojego opowiadania, a ktoś nie miałby na to ochoty. Akceptując takie zaproszenie, czuję, że sprawiam temu komuś radość, że chociaż jestem zainteresowana i chcę się dowiedzieć co tam nabazgrolił, gdyby to była moja książka, każda taka akceptacja względem mnie niesamowicie by mnie cieszyła. Może dlatego ja zwykle się zgadzam :) aż z ciekawości zajrzę na pocztę :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale tu nie chodziło o dzieło przed publikacją, tylko o książkę już wydaną. W sensie, to nie była prośba, tylko reklama, autor nie chciał ode mnie opinii, tylko żebym poszła do księgarni i kupiła jego książkę. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaaa no to źle zrozumiałam. W takiej sytuacji uważam, że jeśli autor chce by ktoś przeczytał jego książkę, to powinien ją po prostu wysłać. Na mnie taka wiadomość już by nie działała. Chyba, że nie wiem...spodobałaby mi się tematyka :)

      Usuń
  3. Jeszcze inaczej: nie chodziło o to, żebym konkretnie ja książkę przeczytałam, tylko żeby wiadomość dotarła do możliwie jak najszerszego grona osób, z których ktoś może się skusi i kupi. Ta wiadomość była niespersonalizowana (dlatego właśnie zakładam, że autor wysłał ją do iluś tam ludzi), taki rodzaj... reklamowej ulotki, o.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ze mnie nie jarzący człowiek :D teraz już chyba wszystko rozumiem :D

      Usuń
  4. Całkiem niedawno dostałam podobną wiadomość. Myślę, że jestem typem, na którego mogłoby to zadziałać, gdyby tematyka leżała w ścisłym centrum moich zainteresowań. Akurat ta powieść, której autor do mnie napisał do takich nie należała, więc uczciwie mu odpisałam, że szanse są mizerne. I też nie postrzegam tego negatywnie. Może dzięki czemuś takiemu miałabym szansę dowiedzieć się o czymś naprawdę ciekawym i niezwykłym? Tym razem nie zadziałało, ale kto wie, jak będzie przy innej okazji?

    OdpowiedzUsuń