poniedziałek, 30 listopada 2015

Serialkon i seriale



Byłam  ostatnio na krakowskim Serialkonie (zgodnie z nazwą, jest to konwent poświęcony serialom) i zostałam podwójnie zaskoczona. Po pierwsze ilością uczestników, bo jakoś mi się wydawało, że to mała impreza, a było ich podobno koło tysiąca, po drugie natomiast zdecydowaną przewagą płci żeńskiej nad męską – na prelekcjach na jednego faceta przypadało tak z osiem, może nawet dziewięć kobiet. To drugie zostało mi wytłumaczone w ten sposób, że „fangirlowanie jest przecież dla dziewczyn”. Nie wiem, może i jest, choć ja duszy fangirl (czy to się odmienia?) raczej nie mam (piszę raczej, bo dokładnej definicji tego zjawiska nie znam, oceniam więc „na oko”) a mimo to bawiłam się bardzo dobrze. Było sporo interesujących prelekcji, była fajna atmosfera, był wreszcie konkurs, w którym razem z koleżankami wzięłam udział i niestety, okazało się, że oglądam zdecydowanie nie te seriale, co trzeba, bo większość pytań dotyczyła produkcji, o których nawet nie słyszałam, nie mówiąc już o ich śledzeniu...
Tak czy inaczej Serialkon bardzo polecam, a jeśli kogoś interesuje, co właściwie oglądam/oglądałam, niżej zamieszczam krótki spis, tym razem z podziałem na grupy.

Grupa pierwsza, czyli zaczęłam, ale porzuciłam po paru odcinkach. Należą do niej:

Wikingowie – serial niezły, ale nie do końca z mojej bajki. Plus należy się twórcom za to, że zdołali pokazać bohaterów jako... nie, słowo „sympatyczny” nie przejdzie mi przez klawiaturę, ale powiedzmy, że nie wszyscy tam są tak paskudni, jak sugerowałby to styl ich życia (jakby na to nie patrzeć, to serial o facetach żyjących z mordowania i grabieży, od gwałtu też niestroniących). Raczej nie będę oglądać dalej, ale mniej więcej rozumiem, czemu ludzie ten serial lubią. Poza tym kolejny plus za przepiękne widoki.

Blindspot – zaczęłam oglądać, bo punkt wyjścia wydawał mi się na tyle dziwaczny, że byłam ciekawa, co twórcy z nim zrobią (tzn. czy wytłumaczą jakoś, skąd te tatuaże na ciele bohaterki), ale potem doczytałam, że nie wytłumaczą prawdopodobnie wcale, a ciekawy punkt wyjścia służy do tego, żeby nakręcić kolejnego procedurala, więc dałam sobie spokój.

Mr Robot – zaczęło się ciekawie, ale potem akcja siadła i na etapie narkotykowych zwidów bohatera, zajmujących cały odcinek, trochę odpadłam. Niemniej może kiedyś jeszcze wrócę.

Raport mniejszości – ten serial jest ładny (ma ładnych bohaterów i ładne scenerie, nawet przemoc wygląda w nim estetycznie), ale to chyba jego jedyna zaleta.

Grupa druga, czyli oglądam na bieżąco:

Homeland – chyba trochę już z przyzwyczajenia oraz z sympatii do głównej bohaterki (lubię ją za jej emocjonalność, Carrie wypada naprawdę oryginalnie na tle wszystkich tych twardych kobiet rzucających z zaciśniętymi zębami mniej lub bardziej zabawne one-linery). Jasne, to już od dawna nie jest poziom pierwszego sezonu (drugiego też nie), ale ogląda się przyjemnie i fabuła nadal potrafi wciągnąć.

Grupa trzecia, czyli obejrzałam:

Ripper Street – drugi sezon trzyma poziom pierwszego, nadal jest ponuro i brutalnie, a twórcy przerabiają chyba wszystkie problemy dziewiętnastowiecznego Londynu (wykorzystywanie kobiet, prześladowanie homoseksualistów, zamieszki na tle religijnym, kłopoty różnych mniejszości itd.), co jest zrobione na tyle zręcznie, że nie sprawia wrażenia sztuczności. Plus za motyw Człowieka słonia oraz końcową emancypację jednej z bohaterek.

Grandchester – kryminał o pastorze, który na angielskiej prowincji pomaga policji rozwiązywać zagadki. Nie jest to nic wielkiego, niemniej ogląda się dobrze, główny bohater bywa irytujący (czemu on się tej dziewczynie nie oświadczy?), ale budzi też sympatię i współczucie (to weteran wojenny z dość solidną traumą), zaś gospodyni na plebanii jest absolutnie moją ulubioną postacią. Poza tym akcja dzieje się w latach 50-tych, co ma dla mnie walor, powiedzmy, estetyczny (jakie wtedy były ładne sukienki!). Polecam, jeśli ktoś lubi taką konwencję.

Narcos – gdyby miesiąc temu ktoś powiedział, że spodoba mi się serial o kartelach narkotykowych, nie uwierzyłabym, bo nie ma nic nudniejszego niż rozgrywki policja kontra sprzedające kokainę/inne cholerstwo bandziory (zazwyczaj w tego typu produkcjach wszyscy bohaterowie są niesympatyczni, a i tak wiadomo, że skończy się źle). Jednak Narcos przypadło mi do gustu, może dlatego, że twórcy nie skupiają się na losach pojedynczych postaci, tylko na, powiedzmy, szerokiej panoramie społecznej – mamy więc i archiwalne wstawki, i narrację zza kadru, a wszystko razem daje niesamowite poczucie obcowania z kawałem brutalnej i ponurej, ale na swój sposób fascynującej, historii pewnego kraju (dwóch krajów, jeśli doliczyć tego USA). Mocna rzecz.

Jessica Jones – skończyłam wczoraj i jestem zdecydowanie na „tak” (podobało mi się znacznie bardziej niż Daredevil), ale ten serial zasługuje na osobną notkę, napiszę więc o nim w najbliższym czasie.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Domenic Jordan w NF

Dostępny jest już grudniowy numer Nowej Fantastyki, a w nim między innymi moje opowiadanie "Anatomia cudu" (za tytuł dziękuję Agnieszce), drugie, albo trzecie (zależy, czy liczyć kolejność pisania czy publikowania) z nowego cyklu o Domenicu Jordanie. Na zachętę dodaję, że z trzech niedawno powstałych opowiadań to akurat jest moim ulubionym. ;)

czwartek, 19 listopada 2015

Spectre czyli ja kontra Bond



Widziałam wczoraj „Spectre” czyli nowego Bonda. Recenzji nie będzie (nie znam się na tyle na tej serii, żeby pisać recenzje), będzie za to garść luźnych refleksji okołobondowych.

Otóż przyznaję, że ja właściwie nigdy Bondów nie lubiłam. Kiedyś, dawno temu, próbowałam obejrzeć jeden z filmów z Seanem Connerym, ale nawet moja sympatia dla tego aktora nie potrafiła sprawić, że dotrwałam do końca seansu. Powiedzmy, że konwencja mi nie pasowała, a Sean Connery to jeden z tych mężczyzn, którzy interesująco zaczynają wyglądać dopiero w starszym wieku, więc sorry.

Potem trafiłam w telewizji na fragment któregoś z późniejszych Bondów, już nie pamiętam z kim ani jaki (pewnie wyparłam). Pamiętam za to dojmujące uczucie zażenowania i to tłukące się po głowie natrętne pytanie: „Ale wy to chyba sobie jaja robicie, co?” Tak czy inaczej wtedy właśnie doszłam do wniosku, że Bondy są zdecydowanie nie dla mnie.

A potem przyszła seria z Craigiem  i... nie, nie zachwyciłam się, do zachwytu nadal mi daleko. Ale powiedzmy, że Bondy z pozycji „nie tykać dwumetrowym kijem” przeszły na pozycję „ok, daje się oglądać”. Mam przy tym wrażenie, że „nowe” Bondy są dla mnie tym, czym dla wielu widzów były „stare”. Bo parę razy zdarzyło mi się słyszeć opinie w rodzaju: „Kiedyś to była taka fajna odmóżdżająca rozrywka, a potem twórcy postanowili dodać realizmu i teraz nie daje się tego oglądać”. Otóż głęboko się nie zgadzam, TERAZ to jest fajna odmóżdżająca rozrywka, a KIEDYŚ to było... yyy... coś w rodzaju aktorskiej wersji kreskówki z królikiem Bugsem, tylko bez wdzięku rzeczonego zwierzaka?

W nowej serii realizmu jest dokładnie tyle, ile trzeba. Czyli jest to film na tyle umowny, że człowiek odruchowo przymyka oczy na głupoty i dziury w scenariuszu, bo „taka konwencja” i na tyle „realistyczny”, że przynajmniej na czas seansu daje się jakoś tam uwierzyć w tych wszystkich ludzi i choć trochę przejąć ich historią – i to przy założeniu, że Jamesa Bonda nigdy nie uważałam za bohatera jakoś szczególnie pozytywnego. Interesującego – ok, budzącego od czasu do czasu sympatię – niech będzie. Ale serio, ten facet miewa naprawdę brzydkie zagrywki i momentami zbyt blisko jest mu do psychopaty, bym mogła go naprawdę polubić.

Nie ukrywam przy tym, że na mój stosunek do nowych Bondów mógł wpłynąć Daniel Craig. Nie żebym była jakąś straszną wielbicielką tego aktora, ale w tej roli akurat mi się spodobał (w przeciwieństwie do poprzednich Bondów, których za cholerę nie potrafiłam uznać za atrakcyjnych fizycznie – i nie mówcie mi, że jestem nieuprzejma, oceniając urodę aktorów, bo Bond to postać, która ewidentnie ma się podobać). Być może też zaważyła kwestia, że w „Casino Royale” dziewczynę Bonda grała Eva Green (tu już zdecydowanie jestem wielbicielką). Tak czy inaczej pierwszy film z „odświeżonej” serii zaskoczył mnie pozytywnie. Potem był „Quantum of Solace”, na który spuśćmy może zasłonę milczenia (zasnęłam po jakichś 20 minutach), ale mimo rozczarowania obejrzałam „Skyfall”, najlepszy moim zdaniem film z nowej serii. Znaczy, jasne, jeśli ktoś chce mi udowadniać, że fabuła w tym filmie średnio trzyma się kupy, to przyznaję rację. Ale „Skyfall” przy wszystkich swoich nielogicznościach, jest dobry na poziomie emocjonalnym. Podobał mi się pomysł na uczłowieczenie Bonda, podobała mi się relacja bohatera z M oraz jej zakończenie. Poza tym to chyba najładniejszy wizualnie z ostatnich filmów, niektóre sceny do dziś mam w pamięci.

Wypadałoby wreszcie napisać coś o czwartej odsłonie przygód dzielnego agenta, bo w końcu od „Spectre” zaczęłam ten wpis. Problem w tym, że za wiele do powiedzenia nie mam. To nie jest tak zły film jak „Quantum of Solace”. To nie jest też tak dobry film jak „Casino Royale” czy „Skyfall”. To jest film, który daje się obejrzeć – i właściwie tyle. W „Spectre” fajne są niektóre dialogi, fajne są sceny z bohaterami drugoplanowymi (Moneypenny, Q), fajne i malownicze są jak zawsze egzotyczne scenerie, a sceny akcji robią wrażenie, nie będąc jednocześnie przegiętymi. Zabrakło jednak właśnie emocji – czy ktoś może mi wytłumaczyć, skąd właściwie wzięła się miłość dr Swann do Bonda? (bo ja, patrząc na ich wzajemne relacje, nie widzę w nich uzasadnienia nawet dla sceny erotycznej) Gdyby dr Swann była po prostu kolejną „dziewczyną Bonda” nie miałoby to większego znaczenia, jednak w założeniu twórców miała być dziewczyną ostatnią (przynajmniej dla tej inkarnacji bohatera), wypadałoby więc na koniec wyjaśnić, czemu akurat ona, a nie dowolna inna z licznych kobiet przewijających się przez życie agenta. Na podobny problem cierpi zresztą główny zły tego odcinka – w teorii miał to być taki „końcowy boss”, do którego prowadzili wszyscy poprzedni bossowie i którego motywy okazują się, powiedzmy, dość osobiste. W praktyce to wszystko wyskakuje jak królik z kapelusza i nie budzi większych emocji. Jak na zakończenie pewnego etapu serii – jednak słabo.

Mimo to nie czuję się bardzo rozczarowana (może dlatego, że nie spodziewałam się po tym filmie wiele) i podczas seansu bawiłam się całkiem dobrze. A następnego Bonda pewnie też obejrzę – albo przynajmniej spróbuję.

PS. Przed seansem widziałam zajawkę nowych „Gwiezdnych wojen” i zaskoczyło mnie, jak obojętnie podchodzę do tego filmu. Znaczy, pewnie w końcu złamię się i pójdę do kina (zwłaszcza że znajomi będą szli), ale jak na razie nic mnie tam nie ciągnie.

środa, 11 listopada 2015

Tajemnica nawiedzonego lasu - rozstrzygnięcie konkursu

Tydzień minął, pora na rozstrzygnięcie konkursu. :)

Książki powędrują do:
Misiaela za polecenie "Rękopisu znalezionego w Saragossie" (nie czytałam, ale sądząc z opisu, Ninie mogłoby się podobać)
oraz:
Katarzyny za polecenie "Kobiety w bieli" (to z kolei znam i wiem, że by się spodobało).

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie i zapraszam ponownie w okolicach, kiedy wyjdzie "Łaska" (znaczy, jeśli czytacie kryminały, oczywiście:).

Zwycięzców proszę natomiast o podesłanie na adres: anneke(małpa)poczta.onet.pl
-adresu, na który wyślę książkę;
-informacji, czy książka ma być z dedykacją (jakąś konkretną?) i/lub autografem, a może obrazkiem... Po namyśle: nie, jednak nie chcecie, żebym rysowała obrazki. Ale zawsze mogę dodać rysunek kwiatka. ;)

środa, 4 listopada 2015

"Tajemnica nawiedzonego lasu" - konkurs

Mam do rozdania dwa egzemplarze "Tajemnicy nawiedzonego lasu" (kontynuacja "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu") i w związku z tym ogłaszam konkurs pod tytułem:

Poleć książkę głównej bohaterce


Główną bohaterką obu "Tajemnic..." jest Nina, która w 1953 roku (wtedy toczy się akcja) ma trzynaście lat. Nina jest zagorzałą czytelniczką. Bardzo lubi książki przygodowe (np. Aleksandra Dumasa), ale czytuje również klasykę grozy (E. A. Poe, "Mnich" Lewisa), powieści obyczajowej ("Anna Karenina"), czy kryminału (Agatha Christie i Arthur Conan Doyle).
Co byście jej polecili jako kolejną lekturę? Proszę o wymienienie tytułu oraz uzasadnienie w paru zdaniach, czemu akurat ta książka mogłaby jej się spodobać. :)
Uwaga! Ostrzegam z góry, że wyżej punktowane będą odpowiedzi "realistyczne", czyli obejmujące te książki, które naprawdę zostały wydane przed 1953 rokiem (w przypadku autorów zagranicznych liczą się tłumaczenia, bo Nina czyta tylko po polsku).
Jeśli ktoś potrzebuje ściągi, kiedy dana książka została wydana, to można ją znaleźć w katalogach Biblioteki Narodowej.
Autorzy/autorki najciekawszych odpowiedzi otrzymają ode mnie po egzemplarzu "Tajemnicy nawiedzonego lasu", wedle życzenia saute albo z dedykacją i/lub autografem. Wysyłka poleconym na mój koszt.
Konkurs potrwa równo tydzień, czyli zakończy się w przyszły wtorek o północy. 

niedziela, 1 listopada 2015

Listopadowe aktualności

Wygląda na to, że w listopadzie oprócz premiery "Tajemnicy Nawiedzonego Lasu" nic się specjalnego literacko nie będzie działo, przypominam więc banner z okładką, które można znaleźć na stronie facebookowej Uroborosa.
Premiera w najbliższą środę!