sobota, 30 maja 2015

Przegląd seriali 4

Daredevil
To chyba najgłośniejsza serialowa premiera ostatnich miesięcy. Najgłośniejsza i jednocześnie bardzo chwalona, do oglądania przystąpiłam więc z nadzieją, ale i pewnymi obawami (duże nadzieje mają to do siebie, że łatwo je zawieść). Początek wydał mi się dość typowy, niemniej od drugiego-trzeciego odcinka akcja zaczęła się rozkręcać i naprawdę się wciągnęłam. „Daredevil” to serial o tyle zaskakujący, że z jednej strony zawiera wszystkie sztampowe elementy charakterystyczne dla takich produkcji (np. pytanie, czy pozytywny superbohater nie jest aby niepokojąco podobny do głównego villaina itp), a jednak udaje mu się je podać tak, że widz ma wrażenie obcowania z czymś świeżym i co ważniejsze, emocjonującym. W zasadzie tylko retrospekcje z dzieciństwa Daredevila wydały mi się nieco zbyt łzawo-banalne, by się nimi przejąć, co do reszty jestem jak najbardziej na „tak”. A raczej byłam, mniej więcej do ósmego odcinka. Dziewiąty obejrzałam, zmuszając się do tego, na dalsze nie mam ochoty. I to nie jest w żadnym stopniu wina serialu, tylko moja. Co się stało? Przyznaję, że sama nie do końca rozumiem tę nagłą utratę zainteresowania, jedyne wyjaśnienie, jakie przyszło mi do głowy, jest takie, że w opowieściach najbardziej interesuje mnie rozstawianie pionków na szachownicy, odkrywanie powiązań między postaciami, domyślanie się, o co toczy się gra itp. Główna rozgrywka, czyli starcie pozytywnego bohatera ze złoczyńcą i jego wynik nie interesują mnie zupełnie – a w „Daredevilu” właśnie mniej więcej na etapie dziewiątego odcinka już wiadomo, kto jest kim, kto jakie ma motywacje, co jest stawką itp. Co będzie dalej, już mnie nie obchodzi. Drogie Bravo, czy coś jest ze mną nie tak?

Jonathan Strange i Pan Norrel
Po dwóch odcinka jestem bardzo zadowalona. Jasne, sporej części uroku książki (np. tych długaśnych przepisów) nie dało się przełożyć na ekran, ale i tak serial ma całe mnóstwo pełnej wdzięku „angielskości” (czyż sceny, w których bohaterowie serio rozważają, czy uprawianie magii to zajęcie godne dżentelmena, nie są zachwycające?). Poza tym znakomicie dobrani aktorzy, piękne krajobrazy, humor i odrobina grozy (bal u faerie potrafi wywołać ciarki). A, i widać, że ktoś włożył w ten serial trochę kasy, bo magia naprawdę robi wrażenie. Gadające kamienne figury w pierszym odcinku wyglądały jeszcze trochę sztucznie, ale już scena na plaży w drugim to sam miód.

Wayward Pines
Obejrzałam pierwszy odcinek i jest średnio. Na plus zapisuję, że – mimo iż czytałam wcześniej książkę, więc wiem, o co w tym wszystkim chodzi – oglądało się całkiem nieźle. Na minus, że twórcy serialu za szybko zdradzają tajemnice, od początku wiadomo, że z miasteczkiem jest „coś nie tak”, mieszkańcy wobec przybysza nawet nie próbują udawać normalnych, tylko zachowują się trochę jak karykaturalni „źli” z horrorów klasy B (zwłaszcza pielęgniarka), przez co prawdziwej grozy jest tu niewiele. W dodatku  Matt Dillon z tymi szramami na twarzy kojarzył mi się z monstrum Frankensteina z filmów z Borisem Karloffem, co tak jakby zaburzało odbiór serialu.

Penny Dreadful
Lubię ten serial, ale coraz bardziej zastanawiam się, czy twórcy wiedzą, dokąd z tym wszystkim jadą. Vanessa, która w pierwszym sezonie była a) inkarnacją jakiejś szemranej egipskiej bogini, b) opętaną (okresowo) przez demona ofiarą, c) medium, teraz jeszcze do kompletu okazuje się czarownicą – nie za dużo grzybków w tym barszczu? W dodatku widać dziury pomiędzy tym sezonem, a wcześniejszym, np. Vanessa powinna przecież poznać madame Kali, skoro widziała ją już wcześniej jako czarownicę. Poza tym nie rozumiem, na co właściwie liczył Frankenstein, ożywiając Bronę. Ok, może i faktycznie Vanessa jej nie pozna (kobieta najwyraźniej ma słabą pamięć do twarzy), ale Ethan? Panowie kumplują się, można więc śmiało założyć, że amerykański wilkołak w Londynie prędzej czy później spotka „kuzynkę” doktora i co wtedy? Nie mówiąc o tym, że Brona może odzyskać pamięć (Proteusowi wspomnienia przecież wracały) i wtedy młody lekarz będzie w głębokiej d... Poza tym wątek Doriana tradycyjnie nie ma związku z resztą historii, klimat jak zwykle fajny, na plus zapisuję też wciąż interesujące (chociaż cokolwiek „przedobrzone”) postacie oraz fakt, że monstrum Frankensteina wreszcie przestało sprawiać cokolwiek schizofreniczne wrażenie dwóch osób w jednej, więc można bardziej przejąć się jego losami. Wrażenia ogólnie na plus, ale weźcie pod uwagę, że nie oglądam tego dla logiki czy prawdopodobieństwa, tylko dla nastroju, bohaterów i krwawej malowniczości. 

wtorek, 19 maja 2015

"Światy Dantego" - zapowiedź

W sierpniu, nakładem wydawnictwa Uroboros, ukaże się zbiór opowiadań, o którym już pisałam. Oto opis:

Propozycja dla wielbicieli dystopii, mrocznych powieści grozy i zjawisk paranormalnych.
Nierealne światy, postaci z pogranicza jawy i snu, duszne tajemnice…
Każda opowieść z chirurgiczną precyzją odsłania ciemne zakamarki umysłów bohaterów i prowadzi do zaskakującego finału. W tym świecie rządzą martwi, a żywi stają się ich celem. Nic nie jest tym, czym się wydaje. Możesz przegrać w karty swoje życie albo wykupić cudze. Odkryć tajemnicę, która zostaje spisana na kartach urodzinowej opowieści. Albo stać się zabawką w rękach tych, którym zaufałeś. Strzeż się, bo nigdy nie wiesz, co czai się tuż za rogiem…
Każde z opowiadań opatrzył wstępem Jakub Ćwiek.

A tak będzie wyglądać okładka:


poniedziałek, 18 maja 2015

Niesamowity Śląsk - spotkanie z cyklu "Kawa i czasopisma"

W najbliższy czwartek wezmę udział w dyskusji "Niesamowity Śląsk. Co nawiedza współczesną literaturę?", zorganizowanej przez Fundację Otwarty Kod Kultury oraz CINiBA (Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka).
Chętnych do posłuchania zapraszam na godzinę 18:00 do siedziby CINiBA przy ulicy Bankowej 11a w Katowicach. Wstęp wolny.
Więcej informacji tu.

niedziela, 10 maja 2015

Avengers: Age of Ultron

Obejrzałam „Avengers: Age of Ultron”, pełnoprawnej recenzji nie będzie, bo, po pierwsze, jest niedziela i jestem leniwa, a po drugie, mam problem z pisaniem recenzji filmów z tego uniwersum, bo one właściwie są dla mnie takie same. Albo przynajmniej bardzo podobne, jakby gdzieś w Hollywood istniał komputer, sklejający te wszystkie produkcje z gotowych elementów, dorzucający w odpowiednich miejscach garść zabawnych one-linerów, patos i oczywiście efekty specjalne, oraz wymyślający, kto tym razem na krótko będzie planował przejąć władzę nad światem/zniszczyć ludzkość/przejąć ważny artefakt/co tam jeszcze złoczyńcy robią. Co zresztą wcale nie znaczy, że to są złe filmy, wręcz przeciwnie, na poziomie czysto rzemieślniczym to niezły kawałek rozrywki: żarty bawią, akcja wciąga na tyle, żeby człowiek się nie nudził, bohaterowie (przynajmniej większość) są na tyle sympatyczni i wyraziści, że dają lubić itp. Brakuje w tym tylko, bo ja wiem, może odrobiny oryginalności, może zwyczajnie czegoś w rodzaju duszy (jeśli filmy mają duszę), która wyniosłaby Avengersów ponad poziom dobrze skrojonej gumy do żucia dla oczu, o której zapomina się w pięć minut po seansie. Pod tym względem zresztą „Age of Ultron” to stany niższe średnie, imho, czyli film nadal oglądalny, ale słabszy niż jego poprzednik. Niżej garść refleksji, UWAGA, SPOJLERY:

Scenariusz wydał mi się nieco chaotyczny, bo momentami miałam problem z załapaniem, co właściwie się dzieje. Ok, może to moja wina, albowiem gdyż nie ukrywam, że przy długich scenach akcji/rozwalania czegoś/strzelaniny itp. w pewnym momencie zazwyczaj się wyłączam i zaczynam myśleć o czymś innym.

Ultron jako główny zły sprawdza się kiepsko, bo ani przez moment nie miałam wrażenia, że jest jakimkolwiek realnym zagrożeniem dla bohaterów. Zresztą, to jest chyba problem ogólny z Avengersami – oni są tak zarąbiści, mają tak niesamowite umiejętności, że trudno sobie wyobrazić godnego ich przeciwnika (chociaż, z drugiej strony, Loki sobie jakoś poradził).

Broni się w tym filmie humor, żarty były naprawdę fajne (z jakiegoś powodu bawiły mnie najbardziej te związane z młotem Thora).

Całkiem ładnie, w drobnych scenach, pokazano jak bohaterowie ze sobą współpracują (Thor uderzający młotem w tarczę Kapitana).

Rodzina Hawkeye’a mnie z lekka zaskoczyła, w sumie chyba na plus, banalne to, ale ma swój urok i jest w tych scenach trochę autentycznych emocji.

Żadnych emocji nie ma natomiast w wątku Bruce/Natasza, który jest tak strasznie wysilony, tak bardzo pomiędzy postaciami nie ma chemii i tak żenujące są dialogi tej dwójki, że serio momentami miałam ochotę zatkać uszy i zamknąć oczy. W dodatku nawet jeśli wcześniej coś tam zapowiadało wzajemne zainteresowanie pary (rozmowa przy werbowaniu Hulka), to na pewno nie do tego stopnia, że teraz nagle wszyscy ich znajomi są absolutnie pewni, że Bruce i Natasza mają się ku sobie, i głośno o tym mówią, a widz zostaje z oszołomionym wyrazem twarzy: ale co, jak, dlaczego? zupełnie jakby ze scenariusza wycięto część materiału, gubiąc przy tym prawdopodobieństwo postaci. A Bruce wygląda na równie oszołomionego, co widzowie, i przez większość czasu sprawia wrażenie, jakby nerwowo kombinował, jakiego pretekstu użyć, żeby kobieta się od niego odczepiła. Mam wrażenie, że chyba nie do końca o to chodziło.

Rodzeństwo Maximoff wypada średnio, tzn. niby próbowano dodać im głębi, ale jak dla mnie nie bardzo wyszło, on nie ma nawet na tyle charakteru/uroku/czegokolwiek, żeby żałować go, kiedy ginie, ona jest ładna i ma fajne ciuchy – i w zasadzie tyle, bo cała ta przemiana w Avengersa jest strasznie sztampowa i po łebkach.

Nie poznaję Kapitan bez jego wdzianka oraz tarczy. Serio, jak pojawił się na imprezie w zwyczajnej koszuli, to dopiero po kilku minutach załapałam, kim jest ten facet – co prawdopodobnie obrazuje mój stosunek do tej postaci.


Wrażenia ogólnie mam mieszane, bawiłam się nieźle i nie żałuję, że poszłam do kina, ale drugi raz nie mam zamiaru tego oglądać.

wtorek, 5 maja 2015

O tytułach

Dziś nie chce mi się za bardzo myśleć, więc będzie wpis pół żartem, pół serio – o tytułach.
Jak wiadomo, książka (opowiadanie oczywiście też) powinna mieć tytuł zapadający w pamięć, przyciągający uwagę, chwytliwy i ogólnie „marketingowy”. Niestety, nie mam pojęcia, jakie tytuły spełniają wyżej wymienione kryteria, mogę jedynie napisać, które mnie osobiście się podobają, a to niekoniecznie przekłada się na ogólną „sprzedawalność” dzieła.
Wiem natomiast, od jakich tytułów lepiej trzymać się z daleka. Otóż unikajcie:
  1. Tytułów w językach obcych czy też zawierających mało znane, skomplikowane słowa – bo wasi potencjalni czytelnicy mogą się wstydzić pytać w księgarni o książkę, której tytułu nie potrafią poprawnie wymówić.
  2. Tytułów takich jak: „Darmowe noclegi”, „Kredyt gotówkowy”, „Najlepsze okazje”, „Powiększ swojego penisa” itp. bo jak coś takiego wyślecie do wydawnictwa/redakcji czasopisma, to prawdopodobnie trafi do spamu. Brzmi jak żart, ale w Esensji już taki przypadek się zdarzył. Serio.
  3. Tytułów zbyt prostych, oznaczających zwyczajne rzeczowniki (czasem w połączeniu z równie pospolitymi przymiotnikami) czy nazwy czynności („Krzesło”, „Duży pies”, „Bieg”, „Jedzenie” itp.) – bo przecież jak nam już nasze dzieło wydadzą, to będziemy chcieli wiedzieć, co ludzie o nim myślą i zaczniemy guglać, a jak tu znaleźć książkę „Krzesło” w zalewie linków do aukcji czy stron firm meblarskich? Oczywiście recenzje da się wyszukać, dodając nazwisko autora, ewentualnie nazwę wydawnictwa, ale już np. zwyczajne opinie czytelników na forach czy jakichś portalach nie zawsze takie informacje zawierają. Poza tym może się przecież zdarzyć, że mamy bardzo pospolite nazwisko i co wtedy?
  4. Tytułów w stylu: „Zmarnowane popołudnie”, „Straciłem trzy dychy”, „Autor jest idiotą” itp. bo jak znajdzie się krytyk, któremu nasze dzieło się nie spodoba (a zawsze się ktoś taki znajdzie), to będzie miał pretekst do wyzłośliwiania, że „tytuł to najkrótsza recenzja” dzieła. A poza tym kto chciałby czytać książkę, której autor przyznaje się do bycia idiotą?
  5. Tytułów wulgarnych/niesmacznych, w stylu „Gówno”, „Rzyg”, „Nasze kurwy” itp., bo co prawda mogą one przyciągać wzrok jako nietypowe, mogą też przekonać kogoś swoją kontrowersyjnością – ale na pewno też sporą liczbę ludzi zrażą. Poza tym patrz punkt pierwszy, czyli lepiej wychowani czytelnicy będą się wstydzili zapytać w księgarni o książkę, która ma wulgarny tytuł.

(Co do punktu 4 i 5 – tak, wiem, że książki „Jestem nudziarą” Moniki Szwai oraz „Świat jest pełen chętnych suk” Jacka Piekary dobrze się sprzedały. Nie mam pojęcia, czemu. Ale, jak pisałam, nie należy traktować tego wpisu zbyt poważnie)

A poniżej dwa tytuły, które mnie się szczególnie podobają:

Długi mroczny podwieczorek dusz
Światło się mroczy


Prawda, że ładne? :)

sobota, 2 maja 2015

10 mitów o pisaniu i wydawcach

Ponieważ mam chwilowo trochę wolnego czasu (pytanie, jak długo), wracam do cyklu „O pisaniu”. Dziś - na dobry początek - będzie wpis o tym, co ludzie myślą na temat wydawnictw i wydawania ogólnie. Poniżej dziesięć mitów, z którymi spotykam się najczęściej.

1. Wydawcy nie chcą debiutantów, jak taki  przysyła im książkę, to tekst bez czytania ląduje w koszu. Bardzo rozpowszechniony mit, szczególnie podtrzymywany przez tych, którzy do wydawnictw coś wysłali i nie doczekali się odpowiedzi. Ale... jeśli debiutanci nie mają szans, to skąd biorą się nie-debiutanci? Lęgną się ze słomy zgniłej, jak myszy u Sapkowskiego? No przecież nie, każdy pisarz kiedyś musiał debiutować. Jasne, znany autor, wysyłając tekst, niewątpliwie ma łatwiej, jednak to nie znaczy, że ten początkujący jest z góry na straconej pozycji. Przede wszystkim debiutantami są zainteresowane wydawnictwa nowe na rynku, które dopiero zbierają grupę „swoich” autorów (zerknijcie na stronę Genius Creations, tam są prawie same jeszcze nieznane nazwiska), ale i w starszych, większych wydawnictwach można się przebić – ot, taka Fabryka Słów, która ma już przecież Grzędowicza, Pilipiuka, Kossakowską itp., więc można by pomyśleć, że po co im inwestowanie w debiutanta, wydała ostatnio książkę Michała Gołkowskiego. Bo był wystarczająco dobry, żeby z tymi tuzami konkurować.

2. Drukują tylko znajomych. Też bardzo rozpowszechniony mit i też z czapy wzięty. Wydawcy nie są idiotami i chcą na książkach zarabiać, więc nie będą publikować kiepskiej literatury krewnych-i-znajomych-królika zamiast dobrej obcych ludzi. Znajomości w wydawnictwie są pożyteczne, owszem, bo dzięki nim prawdopodobnie dostaniemy odpowiedź szybciej, nie mówiąc już o tym, że W OGÓLE ją dostaniemy (sporo wydawnictw niechcianych autorów zwyczajnie olewa). Ale znajomości nie zapewnią nam publikacji.

3. Drukują tylko pulpę, żeby zarobić. Też nie. Znaczy, oczywiście, wydawcy chcą zarabiać, ktoś, kto publikowałby same nieprzynoszące zysku książki, po paru miesiącach poszedłby z torbami, a jakby nie o to chodzi. Ale wcale niekoniecznie wydawca musi zarobić na każdej pozycji. Czasem wystarczy mu, że wyjdzie na zero. Zdarza się nawet, że wydawca decyduje  się wydać książkę, o której z góry wie, że na niej nie zarobi – bo książka mu się podoba (sama tak jedną powieść wydałam – kto zgadnie którą? ;). Niektóre wydawnictwa mają celowo dwie „linie produkcyjne” – „rozrywkową”, żeby zarabiała dla nich kasę, i „ambitną”, żeby robiła dobrą markę. Jak wydawnictwo MAG, które wypuściło na rynek „Eragona” po to, żeby móc wydać serię „Uczta Wyobraźni” (to przykład z książkami zagranicznymi, ale w przypadku polskich też się zdarza – zobaczcie, co wydaje Literackie). A niektórym zwyczajnie udaje się zarabiać na bardziej ambitnej literaturze, bo to nieprawda, że sprzedaje się tylko i wyłącznie pulpa. Na poletku okołofantastycznym Dukaj i Orbitowski piszą książki trudne i mało rozrywkowe, ale jakoś nie narzekają na ilość czytelników, a każdy wydawca weźmie ich książkę z pocałowaniem ręki. Na poletku mainstreamowym podobno sama nominacja do Nike (nie mówiąc o nagrodzie)  potrafi znacząco podnieść zainteresowanie daną pozycją.

4. Wydawcy to banda głąbów, którzy nie poznaliby dobrej książki nawet gdyby wyskoczyła z krzaków i kopnęła ich w dupę (znowu Sapkowski, żeby nie było, że wulgarna jestem). Nieprawda. Wydawcy są różni, jedni to prawdziwi pasjonaci, którzy na literaturze zjedli zęby, inni traktują wydawanie jak sprzedawanie kartofli – biznes to biznes. Ale nawet ci drudzy mają na tyle przytomności umysłu, żeby na stanowisku selekcjonera nadsyłanych tekstów zatrudnić kogoś, kto o książkach ma pojęcie.

5. Kradną książki. Chyba najbardziej absurdalny mit, jaki kiedykolwiek słyszałam. Przy czym istnieją dwie jego wersje. Pierwsza mówi, że kradnie się teksty debiutantom po to, żeby wydać je pod nazwiskiem znanych pisarzy. Rozumiecie, Sapkowski chwilowo nie ma pomysłu, więc Supernova bierze książkę Iksińskiego i wydaje jako Sapkowskiego. Kompletny bezsens, żaden znany autor nie poszedłby na taki układ (za duże konsekwencje, jak już sprawa wyjdzie na jaw – a prawie na pewno wyjdzie). Poza tym, no wiecie, znani pisarze są znanymi pisarzami między innymi dlatego, że mają własne dobre pomysły i sami potrafią pisać – nie potrzebują do tego kogoś innego. Druga z kolei wersja mówi, że kradnie się teksty debiutantom po to, żeby wydać je pod nazwiskiem debiutanta-oszusta. Też bez sensu, debiutanckie książki rzadko kiedy są hitem, najczęściej obiecujący autor zaczyna się dobrze sprzedawać w okolicach trzeciej-czwartej książki. I co wtedy? Wydawca pójdzie do okradzionego autora i powie mu: niech pan dopisze jeszcze dwie części do tego wcześniejszego, a ja je też ukradnę i na tym wreszcie zarobię? Absurd. Plus to, o czym wspomniałam wyżej, czyli ryzyko wykrycia takiego szwindla jest potwornie wysokie. Okradziony autor ma przecież internet (każdy ma) i śledzi rynek (jeśli pisze np. fantastykę, to prawdopodobnie też ją czyta i wie, co nowego się ukazuje), więc się zorientuje, jeśli gdzieś ukaże się, choćby i pod zmienionym tytułem, jego książka. I nie będzie miał problemu z udowodnieniem, że to jego, bo przecież ma kopie maili wysyłanych do wydawnictw, ma tekst na dysku, a często też kumpli, którzy poświadczą, że dzieło czytali na długo przed wydaniem. Nie mówiąc o tym, że – kradnąc – wydawca naraża się, że to samo dzieło może ukazać się równolegle pod nazwiskiem prawdziwego autora – bo przecież delikwent nie wie, że został okradziony, i pewnie wysłał też książkę do innych wydawnictw. Czyli nagle mamy na rynku dwie identyczne (albo prawie identyczne) pozycje, wydane pod nazwiskami dwóch różnych autorów. Serio komuś się wydaje, że nikt tego nie zauważy?

6. Nie czytają nadsyłanych tekstów. No, tu różnie bywa. Na pewno nie wszyscy czytają wszystko, bo czasem zwyczajnie brakuje na to czasu. Zdarza się, że w wydawnictwach recenzenci nie czytają całości, tylko początek i jeśli ten jest nudny/pełen błędów, dzieło ląduje w koszu (dlatego tak ważne jest, żeby pierwsze strony były dopracowane). Zdarza się, że wydawnictwo „się zatka”, bo spłynie do niego za dużo tekstów i w związku z tym decydenci postanowią, że przez jakiś czas nie będą nowych propozycji przyjmować (niektórzy informują o tym na swoich stronach, inni nie). Zdarza się, że z jakichś powodów nadesłany tekst zgubi się/wyląduje na końcu kolejki i do początku albo nigdy nie dotrze, albo dotrze dwa lata później – tu często są winni sami autorzy, którzy nie przestrzegają zaleceń z zakładek „dla autorów/wydaj u nas/itp.”. Jeśli  wydawnictwo życzy sobie, żeby wysłać im 30% powieści+konspekt, jedno i drugie jako rtf, a maila zatytułać „propozycja wydawnicza”, my zaś wyślemy całość bez konspektu, w jakimś odczapistym formacie, maila natomiast nazwiemy „moje genialne dzieło”, to naprawdę nie dziwmy się, że odpowiedzi nie dostaniemy wcale albo dostaniemy ją znacznie później niż inni autorzy. Nieprawdą natomiast jest, że nieczytanie to powszechna praktyka w wydawnictwach. Tak na moje oko – jeśli wyślemy książkę do dziewięciu wydawnictw, to w trzech nas oleją, w trzech przynajmniej zerkną na początek, a w trzech przeczytają porządnie.

7. Pisząc, można zrobić szaloną karierę. Młodzi autorzy (najczęściej chłopcy) mają czasami taką naiwną wizję pisarza jako celebryty, wiecie, fanki mdleją i rzucają bielizną na spotkaniach, pieniądze płyną nieprzerwaną strugą, Hollywood kupuje prawa do książki itp. Jasne, na pisaniu da się zarobić i autor może być znaną osobą, ale po pierwsze, naprawdę rzadko zyskuje się taki poklask po pierwszej wydanej powieści, najczęściej, żeby osiągnąć jako-taką pozycję na rynku, trzeba kilku książek i paru lat pracy. Po drugie nawet bardzo znany pisarz to jednak nie ten poziom „celebryctwa” co, powiedzmy, występujący w dowolnym serialu aktor. Jeśli więc ktoś pisze po to, żeby być bogatym i wyrywać panienki, lepiej niech zajmie się czymś innym.

8. Lepiej wydawać się samemu niż w wydawnictwie. Tu niektórzy liczą w ten sposób, że wydawnictwo da ci jakieś 10% od sprzedanej książki (w przypadku debiutanta, znani autorzy mają więcej), a jak się wydasz samemu, to możesz mieć nawet 100%! Jasne, tylko gdzie koszty druku, redakcji i korekty (bo przecież chcecie mieć redakcję i korektę, prawda?), gdzie dystrybucja i reklama, żeby ludzie w ogóle mieli szansę o waszym dziele się dowiedzieć? Książki wydawane tradycyjnie są w księgarniach, empikach itp. i sprzedają się, w przypadku debiutantów, w nakładach 1000-2000 egzemplarzy (często więcej). Autorzy, którzy wydają się sami, sprzedają swoje książki przez własne strony internetowe, wśród znajomych, na stoiskach konwentowych itp. – i jeśli uda im się dociągnąć do 100 sprzedanych sztuk, to już jest spory sukces. To teraz sobie policzcie, co się bardziej opłaca.

9. Za wydanie trzeba zapłacić. E, nie. Prawdziwe wydawnictwo płaci autorowi, a nie bierze od niego pieniądze. Kasę chcą szemrane firemki, które wmówią największemu grafomanowi, że napisał genialne dzieło, tylko po to, żeby na nim zarobić. „Współfinansowanie” to  ściema. Przez portale crowfundingowe przewijają się autorzy i autorki, którzy płaczą ze szczęścia, że „wydawnictwo doceniło moją powieść, teraz potrzebuję już tylko 7 tysięcy, żeby ją wydać, proszę, pomóżcie”. No więc sorry, ale nie. Nikt nie docenił twojego dzieła, gdyby książka była totalnym gniotem, też by ją pochwalili, bo – uwaga, uwaga – chcą twoje pieniądze. Jeśli książka jest naprawdę dobra, nie musisz w nią inwestować – wydawca zrobi to za ciebie. (Ok, wiem, są wyjątki – ale wyjątek to wyjątek).

10. Wydawcy są nieuprzejmi i jeśli wyślesz książkę, która nie przypadnie im do gustu, to narażasz się na zjechanie z góry na dół. Bzdura. Pomijając już fakt, że w większości wydawnictw jednak pracują ludzie na poziomie, nikt nie ma czasu na pisanie sążnistych obraźliwych maili do odrzuconych autorów. Jeśli książka się nie spodoba, nie dostaniesz odpowiedzi w ogóle albo dostaniesz z automatu (Nie jesteśmy zainteresowani propozycją itp.). Grzechem wydawców jest olewanie autorów, a nie niegrzeczność.

I tym optymistycznym akcentem kończę, do następnego odcinka. ;)

piątek, 1 maja 2015

Majowe aktualności

Jak już pisałam, skończyłam dwa nowe opowiadania o Domenicu Jordanie. Jedno ukaże się w zbiorku "Światy Dantego", w którym będą również różne moje starsze teksty, drugie jeszcze nie wiadomo gdzie - ale prace trwają. ;)
W tym roku powinny ukazać się moje trzy książki:
zbiór opowiadań "Światy Dantego" mniej więcej w okolicach sierpnia (konkretnej daty jeszcze nie ma);
kryminał bez fantastyki "Łaska" wczesną jesienią;
druga część "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu" zatytułowana roboczo "Tajemnica Nawiedzonego Lasu" późną jesienią.

Ponadto wybieram się na następujące konwenty:
23 maja Space-Con w Gliwicach;
5-7 czerwca - Seminarium ŚKF-u w Katowicach;
26-28 czerwiec - Dni Fantastyki we Wrocławiu;
20-23 sierpnia - Polcon w Poznaniu;
25-27 września - Kapitularz w Łodzi;
9-11 października - Imladris w Krakowie