niedziela, 18 stycznia 2015

Przegląd seriali

Trochę się tych ostatnio oglądanych uzbierało, będzie więc krótko o każdym:

Zazwyczaj romansów nie jadam, ale dla tego zrobiłam wyjątek, bo, sami rozumiecie, szkockie krajobrazy i faceci w kiltach... I jako coś w rodzaju folderu turystycznego sprzedającego Szkocję serial sprawdza się znakomicie (czemu u nas nikt tak nie potrafi sprzedać np. Tatr?), dla samych pięknych widoków warto "Outlandera" obejrzeć. Fabułę trudno mi oceniać, jak pisałam, romanse to zdecydowanie nie moja bajka. W każdym razie było lepiej niż się spodziewałam, nawet fabularne klisze jakoś tam się broniły, zdarzyło się też kilka ciekawszych wątków i postaci drugoplanowych, no i przede wszystkim ten nieszczęsny romans (do czasu) bardzo na pierwszy plan się nie pchał. Wytrzymałam do przedostatniego odcinka, na którym wymiękłam, albowiem gdyż czterdzieści parę minut relacji z nocy poślubnej to – nawet uwzględniając retrospekcje – nie jest coś, co chciałabym oglądać.

Ten serial ma niesamowity pomysł, jeden z najlepszych, jakie ostatnio widziałam. Założenie jest tu takie, że w latach 60-tych USA udaje się w tajemnicy (nie pytajcie, jak) wystrzelić statek pokoleniowy, na którym lecą kolonizatorzy gotowi zasiedlić nową planetę. Przy czym do celu (zgodnie z nazwą "pokoleniowy") dotrze dopiero trzecia generacja. My zaś obserwujemy losy tej drugiej, która ma najbardziej przerąbane, no bo tak – pierwsze pokolenie miało satysfakcję bycia pionierami takich lotów, trzecie zostanie odkrywcami nowego świata, a drugie tylko leci i pilnuje, żeby wszystko było w porządku do czasu, kiedy zastąpią ich potomkowie. Trochę kicha, nie? Nic dziwnego, że bohaterowie są sfrustrowani – zwłaszcza że nawet sami nie mogli wybrać sobie własnego losu, to rodzice zdecydowali za nich. Plus lata 60-te, które co prawda sprowadzają się głównie do wystroju statku i ubrań bohaterów, bo już obyczajowość nasi kosmonauci mają raczej współczesną, ale i tak pomysł mnie zachwycił. A jeśli do tego dodać, że na pokładzie statku zostaje popełnione morderstwo... jak można coś takiego zepsuć? Jednak serial jest drętwy, niby dzieją się ciekawe rzeczy, ale całość jakoś nie wciąga – i szczerze mówiąc nawet nie bardzo potrafię powiedzieć, czemu, może to kwestia mało przekonujących aktorów, może czegoś innego. Tak czy inaczej odpadłam po pierwszym odcinku.

Pisałam już o tym serialu, teraz więc dodam tylko, że drugi sezon jest chyba jeszcze lepszy. Warto, po trzykroć warto, nie tylko dla absolutnie rewelacyjnej Gillian Anderson.









Dwa pierwsze sezony były zdecydowanie najlepsze, ale i pozostałe dają radę, zwłaszcza jeśli ktoś przestanie oczekiwać jakiejś szczególnej oryginalności, czy pogłębionych portretów skomplikowanych osobowości (czyli tego, co było siłą jedynki i dwójki), a nastawi się po prostu na fajną sensację. W czwartym są ciekawi bohaterowie, jest wciągająca akcja, nie ma jakichś szczególnych głupot w scenariuszu – czego chcieć więcej? Ja byłam zadowolona aż do ostatniego odcinka, który jest... w sumie nawet nie tyle słaby, co dziwny, bo nagle intryga sensacyjna gdzieś znika, a na pierwszy plan zaczynają pchać się orbitujące dotąd na obrzeżach wątki osobiste. Mamy więc ojca Carrie, który z jakimś randomowym gościem w parku gada o tym, że jego córka na pewno wróci do swojego dziecka (wtf?), matkę Carrie, tłumaczącą bohaterce, że jej choroba nie oznacza, że musi być samotna (wtf2?), no i ukoronowanie wszystkiego, czyli zaczątek romansu, zakończony nieporozumieniem w duchu "Romea i Julii". Czegoś nie ogarniam, czy ja przegapiłam jakiś odcinek? Bo w moim matrixie Carrie wcześniej nie wykazywała romantycznego zainteresowania Quinnem...

Obok "The Fall" najlepszy serial ostatnich miesięcy, ponury, ciężki kryminał o zaginięciu pewnego chłopca (a zaginięcia są w pewien sposób bardziej traumatyzujące niż morderstwa, bo rodzina nie ma pewności, jaki los spotkał bliską osobę). Jest tu niszcząca związek tragedia, jest obsesja znalezienia odpowiedzi na pytanie "co się stało", która w pewnym momencie przesłania bohaterowi absolutnie wszystko, są wreszcie pełnokrwiste, ciekawe postacie – o dziwo, w większości sympatyczne (na końcu największe współczucie budzi pedofil, serio). Doskonały dowód na to, że bohaterowie kryminału wcale nie muszą być odrażającymi kreaturami, żeby całość robiła wrażenie, wręcz przeciwnie. Może by pan obejrzał ten serial, panie Krajewski, i wyciągnął z niego jakieś wnioski?

Największe odkrycie ostatnich dwóch tygodni, po trzech odcinkach jestem zdecydowaną fanką tego serialu. Rewelacyjna główna bohaterka, ciekawa fabuła, cudowne dialogi, lata 40-ste, feministyczne nuty – wszystko to budzi moje entuzjastyczne "tak". Plus jedno małe zdziwienie, bo czy to w porządku, żeby geniusz, playboy i milioner w jednym miał kamerdynera, który ma z trzy razy więcej wdzięku, urody, inteligencji, dowcipu itp. niż jego pracodawca? Nie żebym narzekała, broń Boże, fanką Jarvisa też jestem jak najbardziej.





Dokładna odwrotność "Agentki Carter". Wytrzymałam półtora odcinka i przez cały czas czułam się, jakby mi ktoś przez oczy wpychał do mózgu watę. Poważnie. Plus dwóch głównych bohaterek nawet od siebie nie odróżniałam (obie są w równym stopniu irytujące i nudne). Daliby im chociaż różne kolory włosów albo co...







Kolejna wariacja na temat "jakiś dziwak pomaga policji i oczywiście okazuje się lepszy niż wszyscy policjanci razem wzięci". Tym razem padło na nieśmiertelnego patologa, a pomysł jest tak podobny do tego z serialu "New Amsterdam", że momentami czułam się aż nieswojo. Ponadto cała zajebistość dostała się tu głównemu bohaterowi (częsty błąd tego typu seriali), na jego partnerkę już nikt nie miał żadnego pomysłu. Ciekawe, co aktorka ma napisane w scenariuszu: "Ładnie wyglądasz, chodzisz za bohaterem i go podziwiasz"? Bo serio, ta postać do niczego innego nie służy. A, i kobieta ma jeszcze oczywiście traumę, o której przez większość czasu nikt nie pamięta (czasem mi się zdaje, że amerykańscy scenarzyści tragedię z przeszłości traktują jak zamiennik ciekawej osobowości – jak jest, to po co się męczyć z wymyślaniem komuś charakteru?). Obejrzałam parę odcinków i odpadłam, wolę "New Amsterdam", tam przynajmniej był Nikolaj Coster-Waldau.

Po początkowym zdziwieniu, że nie będzie nowej sprawy i nowego wątku kryminalnego, uznałam, że tak jest nawet lepiej. Po co w drugim sezonie na siłę pakować bohaterów w kolejne śledztwo, skoro w starym (owszem, już po złapaniu mordercy) dzieje się tyle ciekawych rzeczy? No i David Tennant – jak nigdy wcześniej nie miałam do niego przekonania, tak w tym akurat serialu podoba mi się bardzo.






Obejrzałam jeden odcinek i nie bardzo wiem, co myśleć (staram się nie porównywać z genialnym filmem, choć to trudne). Na razie nie odrzuciło mnie, ale też nie zachwyciło, dalej się zobaczy.









W drugim sezonie akcja przenosi się na tajemniczą wyspę, gdzie żyje coś w rodzaju sekty dysponującej elektrycznością, ale jednocześnie odciętej od stałego lądu i najwyraźniej niepodlegającej pod jurysdykcję żadnego państwa (mogą mordować przybyszy i co im pan zrobisz?). Ludzie ci latają po wyspie w płaszczach i kapturach a la mnisi (nastrój musi być), z pochodniami w łapach (więcej nastroju, kij z tym, czemu nie zainwestują w latarki) przez co serial coraz mniej przypomina kiepskie SF, a coraz bardziej równie złe fantasy. Znaczy, może z tym złym się pośpieszyłam, bo jak dotąd jeden odcinek był, ale po pierwszym sezonie nie mam większych nadziei. Nie oglądam tego zresztą dla fabuły, ani dla bohaterów (tradycyjnie nijakich), tylko dla, hmm, pewnej wizualnej urody? Te zwłoki zarażonych, to przejście "30 lat później" z gnijącą wiewiórką, czy co to za zwierzaczek był... Chyba mam dziwny gust, nic na to nie poradzę.

czwartek, 8 stycznia 2015

Dwie książki, dwie ekranizacje

Tym razem nie będzie o „Hobbicie” (książkę czytałam daaawno temu i słabo ją pamiętam), tylko o „Zaginionej dziewczynie” oraz „Więźniu labiryntu” – w obu przypadkach najpierw przeczytałam powieść, a zaraz potem obejrzałam film.

„Zaginiona...” to typowy przykład, że czasem wierność książkowemu pierwowzorowi nie wystarcza. Powieść jest dobra głównie dlatego, że – pokazując akcję z dwóch punków widzenia: męża oraz zaginionej żony – autorka bardzo zręcznie manipuluje czytelnikiem. I tak, w zależności od nastawienia czytającego, dokładnie te same zachowania mogą wyglądać jak w gruncie rzeczy dość nieszkodliwe szujstwo albo jak przejaw niebezpiecznej psychopatii. Podoba mi się także oddanie osobowości bohaterów poprzez prowadzone przez nich zapiski, a także to, jak zgrabnie autorka ukrywa ważne informacje pomiędzy tymi mniej ważnymi, pozwalając czytelnikowi domyślić się, o co tu właściwie chodzi.
W filmie niby to wszystko jest, niby mamy nawet narrację zza kadru, która pozwala, jak w książce, „wejść do głów” bohaterom i pokazać świat z ich perspektywy, ale to wszystko mało, gdzieś gubią się szczegóły, a wraz z nimi cała subtelność i przewrotność tej nietypowej powieści. Choć przyznaję, mogę być stronnicza, bo – jak pisałam wyżej – najpierw przeczytałam książkę, a ponieważ cała historia opiera się na twiście, ekranizację miałam niejako z góry zaspojlerowaną. Niemniej polecam raczej książkę niż film.

W przypadku „Więźnia...” odwrotnie – film do pewnego stopnia ratuje książkową fabułę, która jest zwyczajnie słaba. Przy czym nie chodzi mi nawet o zasłyszany gdzieś zarzut: „To głupie, że ci chłopcy „nowym” nie próbują nic tłumaczyć”. Owszem, to JEST głupie (a przy okazji szkodliwe dla całej społeczności, nie tylko dla „nowych”), ale też ludzkie – mamy przecież do czynienia z gromadą wystraszonych małolatów, którzy desperacko pragną poczuć, że cokolwiek kontrolują, a jaka jest ku temu lepsza okazji niż z wyższością kazać się zamknąć „nowemu”?
To akurat jestem w stanie zrozumieć, lecz w książce jest sporo innych kwestii, które sprawiają, że gwóźdź do zawieszania niewiary już nie tylko trzeszczy, ale wręcz wypada ze ściany. Tu właśnie wkracza film, który broni się wizualną atrakcyjnością (wielkie ściany labiryntu naprawdę robią wrażenie), czy urodą oraz urokiem osobistym młodych aktorów (tak jest, lubię Dylana O’Briena).  Ekranizacji udaje się też wybrnąć z kilku dość śliskich książkowych kwestii – nie ma telepatycznej więzi między Thomasem a Teresą, labiryntu literującego hasło (!), sztucznego słońca (!!!), czy wybitnie facepalmowej sceny, kiedy grupa rzekomo bystrych nastolatków wpisuje hasło „guzik” zamiast NACISNĄĆ guzik (że trzeba to zrobić, średnio inteligentny czytelnik domyślił się dawno temu). Ponadto bardziej wiarygodnie wypada kwestia odzyskiwania pamięci po ukąszeniu (w książce nie bardzo wiadomo, dlaczego właściwie chłopcy po przemianie nie chcą się tymi wspomnieniami dzielić), ograniczono też slang Streferów, który w polskim tłumaczeniu brzmi wyjątkowo irytująco.
Nie znaczy to bynajmniej, że film jest jakoś szczególnie dobry. Nadal można się zastanawiać, czemu u licha w całej tej grupie jest tylko jedna dziewczyna (ani książka, ani film tego nie wyjaśniają), czy dlaczego chłopcy nie korzystają z dość oczywistych sposobów ucieczki, np. nie próbują wspiąć się na ściany labiryntu, zamiast biegać pomiędzy nimi? Tu pada wyjaśnienie (w książce chyba) „Już próbowaliśmy i się nie da”, ale właściwie DLACZEGO się nie da? Skoro w murach labiryntu da się ryć nożem imiona (film), to powbijanie w nie, powiedzmy, jakichś kołków, po których wysportowany nastolatek wlazłby na górę, nie wydaje mi się poza zasięgiem grupy chłopców, mających sporo wolnego czasu i całkiem dużo różnych narzędzi. Zwłaszcza że w pewnym momencie okazuje się, że po porastającym mury bluszczu (!) jak najbardziej wleźć się da, przynajmniej do pewnej wysokości, zwłaszcza że od strony Strefy chłopcy mogą robić, co im się żywnie podoba, włącznie ze zbudowaniem już nie tylko drabiny, ale wręcz wygodnych schodów.
Ostatecznie jednak zarówno książkę, jak i film dobija zakończenie – tu już ekranizacja nie dała rady wybrnąć, bo wyjaśnienie, po co właściwie uwięziono chłopców w labiryncie, jest wybitnie bzdurne. A więc odpowiednio (w książce) zrobiono to, żeby testować ich inteligencję, albo (w filmie) reakcje odpornych na nowego wirusa organizmów. Jedno i drugie nie ma sensu – każdy z tych testów znacznie efektywniej i tańszym kosztem dałoby się przeprowadzić w jakimś ośrodku badawczym. Tam po pierwsze chłopców można by kontrolować przez 24 godziny na dobę (w Strefie kontrola jest mocno ograniczona), można by im też dawać różne zadania, zamiast tylko jednego, i to takiego, przy którym większość „obiektów badanych” nawet nie ma czym się wykazać. Nie mówiąc już o tym, że końcowy „test” czyli starcie z Bóldożercami (angielska nazwa Grievers) to prawie czysta loteria – owszem, do jakiegoś stopnia decydują tu umiejętność walki, czy zręczność (która niekoniecznie jest powiązana z inteligencją), ale też w dużej mierze zwyczajne szczęście. Może więc się okazać, że na koniec większość „najwartościowszych” osobników zginie, zaś „próby” pomyślnie przejdą, powiedzmy, jeden chłopak szybki jak diabli, jeden cwany i trzech gości, którzy wykazali się tym, że przez dwa ostatnie lata zajebiście dobrze sadzili marchewkę. No po prostu genialny evil plan korporacji, która wybuliła na całą imprezę gigantyczną kasę, budując wielki labirynt z przesuwanymi ścianami – i to w postapokaliptycznym świecie, gdzie chyba trudno jest o siłę roboczą i odpowiednie materiały? Dlatego też w tym przypadku polecam zdecydowanie film – on jest przynajmniej ładny...

czwartek, 1 stycznia 2015

Styczniowe aktualności

W konwentach oraz spotkaniach zimowa posucha, więc nie ma o czym pisać.
Niekonwentowo i niespotkaniowo natomiast przyznam się, że zaraz po skończeniu poprzedniej książki, czyli "Łaski", zaczęłam pisać nową, czyli drugą część "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu". Trochę bez sensu zresztą, bo nie mam pojęcia, czy ktokolwiek zechce mi to wydać, ale nigdy wcześniej tak dobrze i szybko mi się nie pisało, po niecałych trzech tygodniach mam już 1/3 i jeśli dalej tak pójdzie, to skończę tę powieść w dwa miesiące. Inna rzecz, że nie mam pojęcia, czy pisana w takim tempie książka do czegokolwiek się nadaje, ale to się okaże w praniu, czyli pewnie na spotkaniu sekcji...
Potem się zastanowię, co z nią zrobić, może ktoś się jednak skusi, a jak nie, to będę puszczać na blogu w odcinkach. :P