czwartek, 17 grudnia 2015

Jessica Jones, czyli co polecam ;)


UWAGA, SPOJLERY!!!

Miałam napisać dłuższą notkę o „Jessice Jones”, niniejszym więc piszę. Serial obejrzałam jakiś czas temu i od razu uznałam go za jeden z lepszych seriali superbohaterskich, jakie widziałam (nie żebym widziała wiele, więc jakby coś, weźcie pod uwagę, że jest to notka pisana z pozycji laika). A może nawet za najlepszy serial superbohaterski, jaki widziałam (jak wyżej). Właśnie tak, uważam, że „Jessica Jones” jest lepsza niż „Daredevil”. Z kilku powodów. Pierwszy jest całkowicie subiektywny, a mianowicie bardziej odpowiada mi klimat „Jessiki” niż „Daredevila” (uwielbiam kryminały noir, a „Jessica...”, zwłaszcza na początku, mocno do nich nawiązuje). Po drugie „Daredevil”, choć zrobiony jest niesamowicie sprawnie, ma jednak sporo sztampowych komiksowych elementów. No wiecie, ta motywacja związana ze śmiercią ojca, to szkolenie przez tajemniczego mistrza, czy teksty w stylu „Jeśli będziesz z nim walczyć, możesz stać się taki jak on”. Do kompletu brakowało chyba tylko „Wielka moc wymaga wielkiej odpowiedzialności”, ale może to też było, nie wiem, bo nie oglądałam do końca. To zresztą trzeci z powodów, dla których „Jessica...” wydaje mi się lepsza. „Daredevila” rzuciłam na etapie 7-8 odcinka, bo zwyczajnie przestał mnie interesować i przez jakiś czas sądziłam, że to wina raczej moja niż serialu, ostatnio jednak spotkałam parę osób, które odpadły mniej więcej w tym samym momencie, i zaczynam się zastanawiać, czy nie przesadziłam aby z tym braniem winy na siebie. A „Jessica...” była interesująca aż do samego końca. Właściwie był to jeden z nielicznych seriali, gdzie przynajmniej przez chwilę bałam się, że wszystko źle się skończy (zazwyczaj zwycięstwo „tych dobrych” jest oczywiste i widz może co najwyżej udawać, że się boi).

Zakończenie, w którym Kilgrave znowu jest w stanie zdominować Jessicę i odchodzi z nią w siną dal, pasowałoby zresztą do całości, bo to serial – zwłaszcza jak na produkcję superbohaterską – bardzo „serio”. Do tego stopnia serio, że główna bohaterka, mimo posiadanych supermocy, wcale superbohaterką nie jest. Jessica nie ma typowej dla takich postaci motywacji, nie chce ratować świata, miasta, czy choćby dzielnicy. Stawia czoła Kilgrave’owi, ponieważ ten zagraża bezpośrednio jej oraz osobom jej bliskim, a trochę też dlatego, że czuje się za czyny Kilgrave’a odpowiedzialna (gdyby facet szalał po mieści z miłości do innej dziewczyny, Jessica nie kiwnęłaby palcem, podczas gdy Daredevil w podobnej sytuacji popędziłby na ratunek – myślę, że to dość dobrze obrazuje różnicę pomiędzy tymi postaciami). Jessica ma też po spotkaniu z Kilgrave’em traumę i ponownie jest to trauma serio. Znaczy, nie taka, kiedy główny bohater przez pierwszy kwadrans odcinka jest smutny i nic mu nie wychodzi, ale wystarczy poklepać go po ramieniu i wstawić motywacyjną gadkę, a otrząsa się i voila – mamy dzielnego obrońcę ludzkości. Pierwszym odruchem Jessiki na wieść, że Kilgrave wrócił, jest totalna panika (co samo w sobie już jest mało superbohaterskie), a kiedy dziewczyna zaczyna działać, jej trauma nie znika ot, tak sobie, nadal widać, że patrzymy na kogoś poharatanego przez życie. Jessica pije, Jessica nie jest ani specjalnie miła, ani szlachetna: gdy na chwilę dostaje w swoje ręce Kilgrave’a, potrafi zupełnie niebohatersko się zemścić – i to wszystko mi się w tej postaci podoba. Serial jest robiony „na poważnie” do tego stopnia, że paradoksalnie w niektórych momentach mu to szkodzi, np. gdy pojawiają się nawiązania do innych produkcji Marvela, trudno bowiem uwierzyć, że w jednym świecie istnieją kolorowi Avengersi, pomiędzy jednym one-linerem a drugim radośnie rozwalający miasto, oraz posępna prywatna detektyw, zapijająca swoje lęki w jakiejś norze. Więcej nawet – w pierwszych odcinkach zgrzytały mi sceny, kiedy Jessica używa swoich mocy (tu klimat serio, a tu bohaterka skacząca niczym pasikonik?). Potem się przyzwyczaiłam, nadal jednak uważam, że w gruncie rzeczy ten serial mógłby być równie dobry, gdyby jedynym bohaterem z mocami był tam Kilgrave – a kto wie, może „Jessica...” byłaby wtedy nawet lepsza.  

Zanim jednak przejdę do wad, jeszcze parę słów o zaletach. Podobało mi się podejście serio, podobała główna bohaterka (da się tę dziewczynę lubić, mimo jej negatywnych cech), podobał się wreszcie nastrój, zwłaszcza ten z pierwszych odcinków, kiedy samotna Jessica błąka się nocą po zimnym, zalanym światłem latarni mieście, które klimatem zaskakująco kojarzyło mi się z L.A. z „Blade Runnera” (poważnie, czekałam nawet przez chwilę na charakterystyczną muzykę z filmu). I Kilgrave, złoczyńca ludzki i nieludzki jednocześnie, świetnie zagrany przez Davida Tennanta. Zresztą w ogóle podobali mi się bohaterowie (z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę), prawie wszyscy mieli jakiś charakterystyczny rys, coś, co sprawiało, że człowiek interesował się ich losami. I jeśli nie liczyć oczywistej, świetnej Trish, moim ulubieńcem jest chyba uroczy Malcolm – ostatnia scena, kiedy odbiera telefon sprawiła, że gęba mi się sama uśmiechnęła. ;)

Nie podobał mi się natomiast Luke, niestety. Ani ta postać nie jest jakoś specjalnie ciekawie napisana, ani aktor nie ma za bardzo charyzmy – i trochę podejrzewam, że Coltera zatrudniono głównie ze względu na walory fizyczne, bo to chyba najczęściej rozbierana postać serialu, a za każdym razem, kiedy facet ściąga koszulę, kamera z lubością pokazuje jego szeroką klatę. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby Luke był po prostu jakimś tam bohaterem drugoplanowym, ale niestety - to kochanek/chłopak/ukochany Jessiki, a jedyne, co dobrego mogę powiedzieć o tej parze, to to, że wizualnie razem wyglądają ślicznie. Nie ma między nimi chemii (wbrew temu, co mówi w pewnym momencie bodajże Trish) i przez cały czas miałam wrażenie, że to związek zbudowany na czystej fizyczności (on na nią leci, bo jest ładna, a ona na niego, bo facet ma bary jak szafa trzydrzwiowa). Nie żebym miała coś przeciwko takim związkom, znaczy, jednakowoż ich potencjał dramaturgiczny jest cokolwiek marny.

Nie podobały mi się też przeróżne niekonsekwencje, np. Kilgrave steruje ludźmi, bo, mówiąc, rozsiewa coś w rodzaju odbierającego wolną wolę wirusa (co to w ogóle za pomysł? toż to prawie jak niesławne midichloriany) – jakim cudem w takim razie, ja się pytam, jego „podkręcona” moc działa przez telefon? Albo przez szpitalne głośniki? Nie rozumiem też, dlaczego bohaterowie dopiero na końcu wpadli na to, że przy Kilgravie należy nosić słuchawki, choć jest to najprostsze z możliwych rozwiązanie (skoro gość manipuluje ludźmi głosem, wystarczy go nie słyszeć i problem rozwiązany). Na szczęście takie czy inne drobne (i mniej drobne) zgrzyty nie popsuły mi radości z oglądania serialu, dlatego też pozwolę sobie gorąco go polecić.

1 komentarz:

  1. "„Daredevil”, choć zrobiony jest niesamowicie sprawnie, ma jednak sporo sztampowych komiksowych elementów."

    To akurat "wina" materiału źródłowego. Daredevil powstał w 1964 roku i początkowo był bardzo, nazwijmy to, klasycznym superbohaterem. Dopiero pół wieku ciężkiej pracy licznych utalentowanych scenarzystów sprawiło, że stał się takim, jakim znamy go obecnie - ale ta ewolucyjna kość ogonowa w postaci jego genezy pozostała nienaruszona i przetrwała w prawie niezmienionej formie.

    Tymczasem "Alias" komiks, w którym debiutowała Jessica Jones (znacznie, znacznie lepszy niż - i tak przecież znakomity - serial, szczerze polecam) powstał w 2001 roku i od początku był pewnego rodzaju dekonstrukcją gatunku superhero, w którym mogliśmy przyjrzeć się kulisom świata peleryniarzy i wejść do ich świata kuchennymi drzwiami. Z tego też względu materiał zaadaptowany na potrzeby serialu jest bliższy naszemu współczesnemu myśleniu i pozbawiony konwencyjnych anachronizmów.

    OdpowiedzUsuń