czwartek, 19 listopada 2015

Spectre czyli ja kontra Bond



Widziałam wczoraj „Spectre” czyli nowego Bonda. Recenzji nie będzie (nie znam się na tyle na tej serii, żeby pisać recenzje), będzie za to garść luźnych refleksji okołobondowych.

Otóż przyznaję, że ja właściwie nigdy Bondów nie lubiłam. Kiedyś, dawno temu, próbowałam obejrzeć jeden z filmów z Seanem Connerym, ale nawet moja sympatia dla tego aktora nie potrafiła sprawić, że dotrwałam do końca seansu. Powiedzmy, że konwencja mi nie pasowała, a Sean Connery to jeden z tych mężczyzn, którzy interesująco zaczynają wyglądać dopiero w starszym wieku, więc sorry.

Potem trafiłam w telewizji na fragment któregoś z późniejszych Bondów, już nie pamiętam z kim ani jaki (pewnie wyparłam). Pamiętam za to dojmujące uczucie zażenowania i to tłukące się po głowie natrętne pytanie: „Ale wy to chyba sobie jaja robicie, co?” Tak czy inaczej wtedy właśnie doszłam do wniosku, że Bondy są zdecydowanie nie dla mnie.

A potem przyszła seria z Craigiem  i... nie, nie zachwyciłam się, do zachwytu nadal mi daleko. Ale powiedzmy, że Bondy z pozycji „nie tykać dwumetrowym kijem” przeszły na pozycję „ok, daje się oglądać”. Mam przy tym wrażenie, że „nowe” Bondy są dla mnie tym, czym dla wielu widzów były „stare”. Bo parę razy zdarzyło mi się słyszeć opinie w rodzaju: „Kiedyś to była taka fajna odmóżdżająca rozrywka, a potem twórcy postanowili dodać realizmu i teraz nie daje się tego oglądać”. Otóż głęboko się nie zgadzam, TERAZ to jest fajna odmóżdżająca rozrywka, a KIEDYŚ to było... yyy... coś w rodzaju aktorskiej wersji kreskówki z królikiem Bugsem, tylko bez wdzięku rzeczonego zwierzaka?

W nowej serii realizmu jest dokładnie tyle, ile trzeba. Czyli jest to film na tyle umowny, że człowiek odruchowo przymyka oczy na głupoty i dziury w scenariuszu, bo „taka konwencja” i na tyle „realistyczny”, że przynajmniej na czas seansu daje się jakoś tam uwierzyć w tych wszystkich ludzi i choć trochę przejąć ich historią – i to przy założeniu, że Jamesa Bonda nigdy nie uważałam za bohatera jakoś szczególnie pozytywnego. Interesującego – ok, budzącego od czasu do czasu sympatię – niech będzie. Ale serio, ten facet miewa naprawdę brzydkie zagrywki i momentami zbyt blisko jest mu do psychopaty, bym mogła go naprawdę polubić.

Nie ukrywam przy tym, że na mój stosunek do nowych Bondów mógł wpłynąć Daniel Craig. Nie żebym była jakąś straszną wielbicielką tego aktora, ale w tej roli akurat mi się spodobał (w przeciwieństwie do poprzednich Bondów, których za cholerę nie potrafiłam uznać za atrakcyjnych fizycznie – i nie mówcie mi, że jestem nieuprzejma, oceniając urodę aktorów, bo Bond to postać, która ewidentnie ma się podobać). Być może też zaważyła kwestia, że w „Casino Royale” dziewczynę Bonda grała Eva Green (tu już zdecydowanie jestem wielbicielką). Tak czy inaczej pierwszy film z „odświeżonej” serii zaskoczył mnie pozytywnie. Potem był „Quantum of Solace”, na który spuśćmy może zasłonę milczenia (zasnęłam po jakichś 20 minutach), ale mimo rozczarowania obejrzałam „Skyfall”, najlepszy moim zdaniem film z nowej serii. Znaczy, jasne, jeśli ktoś chce mi udowadniać, że fabuła w tym filmie średnio trzyma się kupy, to przyznaję rację. Ale „Skyfall” przy wszystkich swoich nielogicznościach, jest dobry na poziomie emocjonalnym. Podobał mi się pomysł na uczłowieczenie Bonda, podobała mi się relacja bohatera z M oraz jej zakończenie. Poza tym to chyba najładniejszy wizualnie z ostatnich filmów, niektóre sceny do dziś mam w pamięci.

Wypadałoby wreszcie napisać coś o czwartej odsłonie przygód dzielnego agenta, bo w końcu od „Spectre” zaczęłam ten wpis. Problem w tym, że za wiele do powiedzenia nie mam. To nie jest tak zły film jak „Quantum of Solace”. To nie jest też tak dobry film jak „Casino Royale” czy „Skyfall”. To jest film, który daje się obejrzeć – i właściwie tyle. W „Spectre” fajne są niektóre dialogi, fajne są sceny z bohaterami drugoplanowymi (Moneypenny, Q), fajne i malownicze są jak zawsze egzotyczne scenerie, a sceny akcji robią wrażenie, nie będąc jednocześnie przegiętymi. Zabrakło jednak właśnie emocji – czy ktoś może mi wytłumaczyć, skąd właściwie wzięła się miłość dr Swann do Bonda? (bo ja, patrząc na ich wzajemne relacje, nie widzę w nich uzasadnienia nawet dla sceny erotycznej) Gdyby dr Swann była po prostu kolejną „dziewczyną Bonda” nie miałoby to większego znaczenia, jednak w założeniu twórców miała być dziewczyną ostatnią (przynajmniej dla tej inkarnacji bohatera), wypadałoby więc na koniec wyjaśnić, czemu akurat ona, a nie dowolna inna z licznych kobiet przewijających się przez życie agenta. Na podobny problem cierpi zresztą główny zły tego odcinka – w teorii miał to być taki „końcowy boss”, do którego prowadzili wszyscy poprzedni bossowie i którego motywy okazują się, powiedzmy, dość osobiste. W praktyce to wszystko wyskakuje jak królik z kapelusza i nie budzi większych emocji. Jak na zakończenie pewnego etapu serii – jednak słabo.

Mimo to nie czuję się bardzo rozczarowana (może dlatego, że nie spodziewałam się po tym filmie wiele) i podczas seansu bawiłam się całkiem dobrze. A następnego Bonda pewnie też obejrzę – albo przynajmniej spróbuję.

PS. Przed seansem widziałam zajawkę nowych „Gwiezdnych wojen” i zaskoczyło mnie, jak obojętnie podchodzę do tego filmu. Znaczy, pewnie w końcu złamię się i pójdę do kina (zwłaszcza że znajomi będą szli), ale jak na razie nic mnie tam nie ciągnie.

2 komentarze:

  1. "czy ktoś może mi wytłumaczyć, skąd właściwie wzięła się miłość dr Swann do Bonda?" prawdopodobnym wytłumaczeniem jest, ze miłość wzięła się ze scenariusza... dr Swann jest córką pana Łajta, który to manipulował Vesper (Evą Green) - wielką miłością przeszłą 007... Kreacje kobiece w Spectrze nie przedostają się z ekranu do sfery fantazji, czy choćby pamięci. Gdyby z filmu odjąć 10 minut z Moniką Bellucci, nie straciłaby na tym fabuła... ale inne pytanie jest takie - kiedy Monika zdążyła się po wszystkim przebrać w gorset... i jak to możliwe, że jej się chciało?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bond zakochał się wcześniej tylko raz, w filmie "On Her Majesty`s Secret Service" (1969). Jego wybranką została hrabina Teresa di Vinzenzo, "Tracy". Agent 007 uratował wówczas nie tylko świat, ale i tę dziewczynę dla świata, zapobiegając jej samobójstwu. Ich wątek miłosny - z tragicznym finałem - był najmocniejszą stroną filmu, w którym Bonda zagrał George Lazenby, australijski model.
    A propos kobiet Bonda, najbardziej utkwiło mi w pamięci stwierdzenie: "Ta pani nie będzie przeszkadzać, ona tylko nie żyje". Nie podam jednak, z którego filmu ono pochodzi.

    OdpowiedzUsuń