środa, 1 lipca 2015

Sztuka porozumienia

W zeszły czwartek ogłoszono tegoroczne nominacje do nagrody im. Janusza A. Zajdla, wśród których znalazło się również moje opowiadanie pt. „Sztuka porozumienia” ze zbiorku „Światy równoległe”. Wszystkie nominacje można znaleźć na przykład tutaj. Pozostałym nominowanym serdecznie gratuluję (moim prywatnym faworytem wśród opowiadań jest „Kre(jz)olka”, a wśród powieści albo „Forta”, albo „Pokój światów”, jeszcze nie zdecydowałam), niżej natomiast wrzucam „Sztukę porozumienia” - jeśli ktoś ma ochotę, może przeczytać i się przekonać, czy nominacja była słuszna. ;-) 


Sztuka porozumienia


Kiedy wszedłem, już na mnie czekała – spowita w półmrok bladoskóra postać na tle panoramicznego okna, za którym ciemniała powoli Kopuła. Odwróciła się w moją stronę miękkim, kocim ruchem, suknia w kolorze błękitnego lodu zafalowała wokół zgrabnych nóg. Włosy też miała jasne, niemal białe. Jak duch albo Królowa Śniegu, która niespodziewanie zjawiła się w moim biurze.
Zamknąłem drzwi, podkręciłem światło i spróbowałem przybrać profesjonalny wyraz twarzy. Rzadko człowiek ma okazję przyjmować tak piękne klientki, choć mnie – z oczywistych względów – zdarza się to częściej niż innym.
– Witam – powiedziałem. – W czym mogę pomóc, pani...? – Celowo zawiesiłem głos, ale mój niespodziewany gość albo nie zrozumiał aluzji, albo nie miał zamiaru się przedstawić. Z różnych powodów stawiałem na to drugie.
– Naprawdę powinien pan zainwestować w lepszą sekretarkę, panie Delamere. Ten automat w poczekalni potrafi tylko powtarzać: „Proszę czekać” i „Podać kawę?”.
Jak na możliwości starej Susie to i tak było sporo – moja pracownica zazwyczaj ogranicza się do przecierania biurka albo mało zrozumiałego rzężenia.
Rzuciłem kapelusz na stolik i posłałem w kierunku blondynki niezobowiązujący uśmiech.
– Przyjechała pani sama? To niebezpieczna dzielnica, zwłaszcza dla kobiet. Zwłaszcza teraz.
Przyglądała mi się przez chwilę, jakby sprawdzała, czy nie żartuję, a potem wzruszyła ramionami.
– Chodzi o morderstwa Brązowego Kapelusza? Niech pan da spokój, to nigdy nie było bezpieczne miasto. Nie tylko dla kobiet.
Skinieniem głowy przyznałem jej rację. Zresztą tak tylko sobie mówiłem, bez szczególnej troski. Wcale mi nie zależało.
– Nawiasem mówiąc – wypomniała blondynka – obiecanej kawy nie dostałam. Nie, proszę się nie kłopotać, i tak jestem już spóźniona. Może po prostu przejdziemy do rzeczy?
Nie miałem zamiaru parzyć kawy, ale nie chciałem też wyprowadzać nowej – i w tej chwili jedynej – klientki z błędu. Zgodziłem się więc, że owszem, czemu nie, możemy przejść do rzeczy, i wskazałem kanapę, która najlepsze lata miała za sobą, podobnie jak całe wyposażenie biura.
Usiadła, zakładając nogę na nogę i prezentując doskonałą linię łydki. Gapiłem się przez chwilę bez specjalnego poczucia winy – jej ciało zostało stworzone do tego, by się na nie gapić. Nie omieszkałem przy tym zauważyć, jak mocny stanowimy kontrast: ja, o skórze czarnej niczym sumienie diabła, i ona, ideał skandynawskiej piękności. Pasowalibyśmy do siebie jak noc do dnia, jak krem czekoladowy do waniliowego ciastka – i nie mówcie mi, że nie potrafię być romantyczny.
– Chcę, żeby odnalazł pan dla mnie pewną dziewczynę. – Sięgnęła po papierośnicę, obracała ją przez chwilę w szczupłych palcach, a potem zrezygnowanym ruchem wsunęła z powrotem do torebki. – Ma pan włączoną sieć?
Skinąłem głową, a ona przesłała mi zdjęcie, które pojawiło się w lewym górnym rogu pola widzenia. Mógłbym prześledzić połączenie, złamać kod i sprawdzić, z jakiego konta wysyła wiadomość, jednak – z oczywistych powodów – nie wypadało mi tego robić.
Ściągnąłem zdjęcie niżej, tak aby mieć je przed oczami. Zrobiono je dwa dni wcześniej; było ziarniste i niezbyt wyraźne, w tle widziałem coś, co wyglądało jak przeszklone drzwi do biurowca – w poprzek biegł napis, lecz ktoś rozmazał go komputerowo, tak że nie potrafiłem przeczytać ani literki. Sprytne. Jednak nie wystarczająco sprytne, abym nie umiał rozpoznać kadru z monitoringu. Schwytana w oko kamery dziewczyna miała szesnaście-siedemnaście lat i wyglądała jak konspiratorka z tanich filmów: czujny wyraz twarzy, kaptur bluzy nasunięty na czoło tak nisko, że ledwo widać oczy. Na ramiona spływały jej kręcone ciemne włosy, cerę miała śniadą. Włoszka? Hiszpanka? Stawiałem na to pierwsze – ta ciepła, miękka uroda przywodziła na myśl rozciągnięte na wzgórzach oliwkowe gaje i dziewczęta, które flirtują, oparte o ramy rowerów, podczas gdy wiatr podwiewa im letnie sukienki. Jak mówiłem, bywam romantykiem, mam też słabość do klasycznej literatury i oglądam zdecydowanie zbyt dużo starych filmów, nie tylko SF. Najdziwniejsze jednak było, że brunetka na zdjęciu wydała mi się w pewien sposób znajoma, niczym ktoś z odległej przeszłości, kogo pamięta się jak przez mgłę. Zamrugałem, ale wrażenie nie znikło, choć nadal nie potrafiłem nigdzie umiejscowić tej dziewczyny. Może spotkałem ją kiedyś przelotnie, a może była podobna do jakiejś znanej aktorki czy celebrytki.
– Nie wie pani, jak ona się nazywa?
– Nie, to po prostu nastolatka, która wzięła coś, co do niej nie należało. Chcę, żeby pan tę rzecz odebrał. To nic szczególnego, zwyczajny zapis na dyskietce. I od razu mówię: może pan darować sobie próby odczytania. I tak nie zrozumiałby pan, o co chodzi, bo to sprawy interesujące jedynie dla bardzo wąskiego kręgu.
Dla kogo ta kobieta pracowała? Ubrana była elegancko, szczerze mówiąc – zbyt elegancko jak na tę dzielnicę i jak na biuro prywatnego detektywa, którego nie stać na nowy model sekretarki. Dlaczego nie poszukała kogoś w centrum, w znacznie większych agencjach?
Wątpliwości musiałaby odbić się na mojej twarzy, bo blondynka wyjaśniła:
– Nie zależy nam na ukaraniu dziewczyny, jedynie na odzyskaniu naszej własności i przede wszystkim na dyskrecji, a o to łatwiej, jeśli o wszystkim wie jak najmniej osób. Pana poleciła mi znajoma; podobno dobrze radzi pan sobie ze znajdowaniem osób, które nie chcą zostać znalezione. I nie jest pan zwolennikiem narracji, prawda?
– Nie jestem zwolennikiem ładnych kłamstw, owszem.
– Kogoś takiego właśnie mi potrzeba. – Uśmiechnęła się, mrużąc oczy, w których miała nieokreśloną obietnicę. Większość facetów w tym momencie byłaby gotowa wybić głową dziurę w suficie, byleby dobrać jej się do majtek. Ja nie. Może za dużo takich uśmiechów widziałem, a może zwyczajnie byłem już za stary. – Poza tym to prosta sprawa, dziewczyna zrobiła głupstwo, żadna z niej profesjonalna złodziejka.
Skinąłem powoli głową. Argumenty brzmiały rozsądnie, jednak miałem nieodparte wrażenie, że tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. Bo podstawowa różnica między dużymi a małymi agencjami detektywistycznymi wygląda tak, że te pierwsze, z uwagi na częste kontrole, muszą ściśle trzymać się przepisów, podczas gdy drugie... Powiedzmy, że zarówno mnie, jak i moim kolegom po fachu zdarza się od czasu do czasu przymykać oko na takie czy inne prawne subtelności. Czy blondynka tego właśnie oczekiwała?
– Weźmie pan to zlecenie? – Pochyliła się w moją stronę, tak iż bez najmniejszego problemu mogłem w głębokim dekolcie dostrzec zarys piersi.
Chciałbym w tym miejscu napisać, że długo wahałem się przed podjęciem decyzji, rozważając wszystkie za i przeciw, a niewinna buzia ciemnowłosej nastolatki poruszyła moje sumienie. Prawda wyglądała jednak tak, że od dwóch miesięcy zalegałem z czynszem, a poza tym zdawałem sobie sprawę, że jeśli odmówię, moi koledzy nie będą mieli skrupułów, by przejąć zlecenie.
            Wyglądało na to, że dziewczyna o włoskiej urodzie weszła właśnie między wilki, a ja byłem jednym z nich.

***

W tym samym czasie, lecz zupełnie innym miejscu dziewczyna wiedziała już, że jest ścigana. Czuła to głęboko w kościach i jeszcze głębiej w sercu, gdy odwracała się do gęstniejącej za jej plecami ciemności. Słyszała w szeleście liści nad głową, trzasku ściółki pod stopami i szumie krwi, tętniącej w uszach. Musiała cały czas pozostawać w ruchu, mylić tropy. Nigdy nie zatrzymywała się w jednym miejscu dłużej niż na kilka godzin; tyle wystarczało, żeby wypić kilka łyków wody, zjeść pośpiesznie kromkę zeschniętego chleba i zdrzemnąć się przed dalszą drogą. Kiedy ostatni raz miała w ustach ciepły posiłek? Kiedy spała w prawdziwym łóżku? Pamiętała rodzinę drwali, którzy przygarnęli ją, gdy zapadł zmrok i las rozbrzmiał wilczym wyciem, podzielili się skromną strawą i ofiarowali kąt z wypchanym słomą siennikiem. Zdarzyło się to wczoraj czy może przed tygodniem? Gdy biegła, gałęzie smagały jej delikatne ciało, a kolce dzikich malin rozrywały skórę, aż gęsta, czerwona krew kapała na ziemię. W nocy drżała z zimna, w dzień rozłożyste korony buków ledwo chroniły przed rozpalonym niebem. Znalazła źródełko i napełniła bukłak, choć woda miała smak żelaza i pływały w niej martwe jesienne liście. Dziewczyna napiła się, obmyła poranione stopy, a potem spojrzała w górę na korony drzew, w których skrywały się lekkie jak wiatr duszki. Płakały nad jej losem, ale żaden nie miał odwagi sfrunąć i pomóc przerażonej dziewczynie, bo to, co ją ścigało, było potężniejsze i straszniejsze od wszystkich dobrych stworzeń w lesie. Zadrżała, nie wiedząc, co począć, i jej dłoń, jak wiele razy wcześniej w podobnych chwilach, sięgnęła do szyi, by chwycić zawieszony na rzemyku kryształ – prawdopodobnie najcenniejszą rzecz, jaka istniała na świecie.

***

Resztę wieczoru spędziłem, przeczesując sieć. Rezultaty nie były imponujące, bo wyszukiwarka twarzy najpierw wyrzuciła kilka tysięcy zdjęć młodocianych gwiazdek albo po prostu dziewczyn bawiących się na imprezach – cóż, moja tajemnicza brunetka nie miała zbyt oryginalnej urody. Zawęziłem więc stopień podobieństwa do 95%. Tym razem wyników było ledwo kilkanaście, niemal wszystkie z Bay City. Brązowowłosa nastolatka na trawie, w towarzystwie brodatych łachmaniarzy, grająca na gitarze i pijąca tanie wino prosto z butelki. Przyglądając się jej, zapaliłem papierosa. Nie była piękna, ale miała w sobie cały urok beztroskiej i niewinnej młodości. Nikt, kto skończył osiemnaście lat, nie potrafi się tak uśmiechać. Do licha, w Argei nie uśmiecha się tak już większość dwunastolatków.
Zdusiłem papierosa w popielniczce, nalałem sobie whisky na dwa palce i zamknąłem okno, przez które wdzierał się chłód. Oto uroki mieszkania na pustyni – w dzień ogłuszający upał, nocą zimno jak w psiarni. Idiotyzm, biorąc pod uwagę, że żyliśmy pod stalowym niebem, które jaśniało i ciemniało, naśladując ziemski rytm dobowy. Nie wiem, kto zdecydował, by wpompować pod Kopułę kilka tysięcy ton ziemskiej atmosfery, a jednocześnie zachować pustynny klimat. Może tak było łatwiej, może projektanci uznali, że będzie to dla turystów dodatkowa atrakcja. A może po prostu mieli wszystko w dupie.
Wypiłem whisky i zerknąłem na ostatnie zdjęcie – jedyne, które zrobiono nie w Bay City, a przed urzędem miasta. Przedstawiało kilkudziesięciu pikietujących, ociekających potem, a mimo to pełnych entuzjazmu. Moja brunetka w jednej ręce trzymała transparent z napisem „Zostawcie w spokoju Wielkiego Jima”, a drugą obejmowała w pasie ciemnowłosą koleżankę. Pamiętałem ten protest jak przez mgłę – chodziło o Stockwell Company, które zamierzało rozebrać najsłynniejszy argejski szkielet i postawić w tym miejscu kolejny drapacz chmur. Sprawa przez dzień-dwa przewijała się przez każde wydanie aktualności, ludzie łączyli się ze studiem i wygadywali bzdury, wypowiedziało się nawet kilku oburzonych naukowców. Później wszystko przycichło. W naszym mieście nawet największa sensacja ma krótki żywot. Zresztą zaraz potem zaczęły się morderstwa Brązowego Kapelusza, a z nimi Wielki Jim nie mógł konkurować.
Wróciłem myślami do mojej brunetki i zastanowiłem się, co właściwie o tej dziewczynie wiem.
Prawdopodobnie bez stałego miejsca zamieszkania, prawdopodobnie bez stałej i legalnej pracy. Nie chodziła do szkoły, a przynajmniej nie tutaj, bo w przeciwnym wypadku znalazłbym jej zdjęcie w którymś z sieciowych albumów. Hippiska? Anarchistka? Zaangażowana politycznie? Pokój, natura i wolna miłość zamiast nowoczesnych technologii?
Ktoś taki prędzej czy później musiał wejść w drogę prawu.
Włamanie się na policyjne serwery zajęło mi pięć minut (miałem wprawę), przeszukanie ich kolejne pięć. Brunetki jednak nigdzie nie było. Znalazłem sporo podobnych dziewczyn, owszem, ale za każdym razem wskaźnik podobieństwa był nie wyższy niż 91%.
Znowu chciało mi się palić, a przecież próbowałem ograniczać. Poza tym minęła już północ i powinienem wracać do domu. Diabli wiedzą, co robiła tam Sara, moja młodsza córka. Zamiast jednak podnieść tyłek, nalałem sobie jeszcze trochę whisky, żeby naoliwić komórki mózgowe.
Albo brunetka nigdy glinom nie podpadła, albo, co bardziej prawdopodobne, w chwili aresztowania była na tyle młoda, że jej dane nie znalazły się w bazie.
Niewiele myśląc, wybrałem numer Berniego Spinka, który był mi winien przysługę.
Sterana życiem, dziobata twarz pojawiła się niemal natychmiast w lewym górnym rogu pola widzenia. Nastroszony wąs i ulizana na żelu fryzura nie dodawały jej uroku, choć Bernie z pewnością sądził, że jest prawdziwym latynoskim Casanovą. Czy raczej gormyjskim, bo mój kumpel to prawdziwy Obcy, nieczłowiek, inna planeta, odmienna biologia, rozumiecie, te sprawy.
– Co tam, amigo?
Wyłuszczyłem mu sprawę. Bernie słuchał, poruszając szczęką jak przeżuwająca krowa. Potem w zamyśleniu podłubał w zębach. Nigdy nie twierdziłem, że mam eleganckich znajomych.
– Zawracasz mi dupę jakąś laską, kiedy w mieście grasuje morderca? – powiedział wreszcie. – Nie masz nic lepszego do roboty?
Oznajmiłem, że nie mam.
Ruszał jeszcze przez chwilę szczęką, co oznaczało u niego wysiłek umysłowy, a potem niechętnie skinął głową.
– Jeśli ta mała była kiedyś zatrzymana jako nieletnia, do jutra rana będziesz miał jej dane, OK. Ale to koniec, łapiesz? Jesteśmy kwita.
Potargowałem się jeszcze przez chwilę i ostatecznie zdołałem przekonać Berniego, żeby podał mi też nazwiska osób, w towarzystwie których dziewczyna była aresztowana – o ile faktycznie była. Nie wyglądał na zachwyconego, ale jego dobre samopoczucie w tej chwili stanowiło najmniejsze z moich zmartwień.
Wyłączyłem sieć, wypiłem resztę whisky, po czym, ignorując parę mniej ważnych przepisów, ruszyłem w stronę domu.

***

Argea to miasto, które nigdy nie zasypia. Banał, wiem, to samo można powiedzieć o każdej większej metropolii od chwili wynalezienia elektryczności. Ale do Argei takie określenie wyjątkowo pasuje. Zbudowano ją na pustyni, która kiedyś była morzem. Woda wyschła przed tysiącami lat, pozostawiając po sobie połacie czerwonego piasku i wystające z niego gigantyczne, dziwacznie powyginane szkielety, które zachwyciłyby samego H. P. Lovecrafta. Część wywieziono do muzeów na większych i bogatszych planetach, sporo jednak zostało i wyjazd na pustynię „żeby zobaczyć kości” to dziś obowiązkowy punkt każdej wycieczki. Wciąż także od czasu do czasu przylatują do nas ekspedycje naukowe składające się z nieśmiałych, zbyt dużo pijących studentów i profesorów, którzy z kolei piją za mało, ale za to chętnie gapią się kelnerkom na cycki. Argea zresztą na początku była placówką badawczą, która potem przekształciła się w port przesiadkowy na trasie do Nowej Tuluzy. Wokół portu wyrosło miasto i teraz zarabiamy przede wszystkim na obsłudze podróżnych, którzy spędzają u nas dwanaście godzin – dokładnie tyle, ile trzeba, żeby zatankować oraz dokonać wymaganego prawem przeglądu wahadłowca. Stałych mieszkańców Argea ma nie więcej niż trzydzieści procent, reszta to „element napływowy”, jak mówią w mediach, albo po prostu spragnieni rozrywek turyści. Mamy więcej parków rozrywki niż szkół podstawowych, więcej kasyn niż Gormowie czczą bogów i więcej kurew niż aniołów kiedykolwiek tańczyło na czubku szpilki. O ósmej rano, kiedy w innych miastach ludzie spieszą do pracy, u nas panuje nastrój jak w piątkowy wieczór, z otwartych knajp słychać karaoke, a ulicami przetaczają się gromady podpitych przebierańców. Życie w Argei to nieustający karnawał i zabawa – któż może wiedzieć o tym lepiej niż ja?
Myślałem o tym, zmierzając w stronę domu, gdzie czekała na mnie Sara. Miałem nadzieję, że będzie na tyle rozsądna, by wrócić wcześniej, odrobić lekcje i pójść spać. Niewielką nadzieję. Nie należy spodziewać się rozsądku po czternastolatce, choć w porównaniu ze swoją starszą siostrą i tak była zdumiewająco dojrzała.
Na Franklin Avenue drogę zatarasowała grupa dwugłowych Nikaryjczyków, z których każdy dźwigał na ramionach nagą prostytutkę, Czekając, aż policja spędzi ich z powrotem na chodnik, zapaliłem papierosa i przywołałem w pamięci szczegóły morderstw, które w ostatnich dniach wstrząsnęły miastem – przynajmniej media twierdziły, że wstrząsnęły, bo ludzie i nieludzie wokół mnie nie wyglądali na przesadnie przejętych. Zaczęło się od śmierci tancerki hula, którą znaleziono za kulisami półtorej minuty po występie, równiutko przeciętą na pół. Wzdłuż, nie wszerz, co jeszcze byłoby zrozumiałe. Cięcie biegło przez nos, usta, pomiędzy piersiami, aż do krocza. Obok leżał brązowy kapelusz, do którego nikt nie chciał się przyznać i dlatego prasa spekulowała, że mógł należeć do mordercy, choć osobiście miałem co do tego wątpliwości. Potem były inne ofiary, wszystkie zabijane w tak samo błyskawiczny, okrutny i zdumiewająco niezgodny z prawami prawdopodobieństwa sposób. Mąż, którego żona przysięgała, że straciła go z oczu ledwo na kilkanaście sekund, a który, siedząc spokojnie w fotelu, skończył z głową ugotowaną jak w mikrofalówce; nikaryjska dziewczyna, której ktoś połamał absolutnie wszystkie kości, nie naruszając przy tym w najmniejszym stopniu skóry. Szef policji twierdził, że są już na tropie, że lada moment morderca znajdzie się za kratkami – wiecie, całe to pieprzenie, które w przypadku takiej sprawy trzeba odwalić. Nie trzeba było jednak spostrzegawczości Einsteina, by zauważyć, że facet nie wierzy w ani jedno słowo i ze strachu robi w gacie. Nikt już chyba serio nie wierzył, że tę sprawę kiedykolwiek uda się rozwiązać. Na miejscach zbrodni nie znajdowano śladów, nie było żadnych motywów ani powiązań między ofiarami. Niektórzy dziennikarze twierdzili, że to jakaś tajemnicza sekta, inni, że to robota Obcych (którychkolwiek Obcych) a ci bardziej nawiedzeni, że Bóg postanowił pokarać Argeę za grzechy. Mnie nikt nie pytał o zdanie, ale gdyby jednak zapytał, powiedziałbym pewnie, że to zgnilizna moralna wypływa od czasu do czasu na wierzch, a kiedy zbierze się jej wystarczająco dużo, następuje wyładowanie przypominające uderzenie pioruna, paroksyzm ohydy i okrucieństwa, po którym pozostają kolejne zwłoki.
Nie była to dobra teoria, ale też wcale nie gorsza niż inne.
Minąłem ostatnie skrzyżowanie dzielące mnie od domu. Mimo późnej pory i zimna Argea tętniła życiem, z knajp słychać było muzykę, a przy fontannach obściskiwały się pary różnych płci i gatunków. To jeszcze jeden z uroków naszego miasta: nikt i nic nie jest w stanie przeszkodzić nam w rozrywce. Miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą, która nie bawi się dobrze – a nie bawiłem się, ponieważ od chwili, kiedy opuściłem biuro, miałem nieodparte wrażenie, że jestem śledzony, że ktoś jedzie za mną tak dyskretnie, jak to tylko możliwe w zatłoczonym mieście. Chwilowo jednak nic nie mogłem na to poradzić, więc dałem spokój. Zresztą może tylko mi się zdawało. Po latach pracy w moim zawodzie człowiek czasem zaczyna świrować.
Zaparkowałem pod domem i ruszyłem do drzwi. Sara siedziała w salonie z nogami na szklanym stoliku, jadła popcorn i oglądała holowizję.
– Spóźniłeś się – rzuciła w moją stronę, gdy zdejmowałem płaszcz.
– A ty dawno powinnaś już spać.
Wzruszyła ramionami, aż zafalowały jej różowe włosy. Nie powiedziałem nic na temat makijażu, kolczyków, których nie było jeszcze rano, ani sukienki wyglądającej, jakby ktoś uszył ją z podartej firanki. Po prostu skierowałem się w stronę lodówki i wyciągnąłem piwo, ignorując wyświetlające się na drzwiczkach ostrzeżenie o szkodliwości alkoholu i pustych kaloriach.
Sara stanęła w drzwiach.
– Nie powinieneś tyle pić – pouczyła mnie.
– Mam nadzieję, że ktoś odprowadził cię do domu. – Zignorowałem jej słowa. – Argea jest...
– Niebezpieczna, wiem. – Ziewnęła. – Wyluzuj, tato. Byłam z Tomem.
– To jakiś nowy chłopak?
Znowu wzruszyła ramionami. Dawniej mogliśmy rozmawiać godzinami, ale wszystko zmieniło się, odkąd jej matka zwiała z moim dentystą, a starsza siostra wyprowadziła się, żeby „odnaleźć prawdziwą siebie”, cokolwiek, u diabła, miało to znaczyć. Teraz mogłem się uznać za szczęściarza, jeśli Sara zamieniła ze mną parę zdań. Może brakowało jej matczynej troski albo tęskniła za Chrissie, a może chodziło jeszcze o coś innego. Nie mam pojęcia. Chrissie trzymałem krótko, ale kiedy odeszła, zaczęło mnie gryźć sumienie, więc Sarę dla odmiany rozpuściłem – i z tego powodu też czułem się winny, zwłaszcza teraz, kiedy młodsza córka niebezpiecznie zbliżała się do wieku, w którym uciekła starsza. Czasem po prostu nie ma dobrego wyjścia. Jeśli chcecie mi zarzucić, że nie mam pojęcia o wychowywaniu dzieci, to będę pierwszym, który przyzna wam rację, ale nie wydaje mi się, żeby tak naprawdę ktokolwiek się na tym znał – niektórzy jedynie udają nieco lepiej niż inni.
Dopijając piwo, przypomniałem sobie czasy, gdy nazywałem Sarę moją małą księżniczką. Gdzie się podziały wszystkie te dni i kim byłem dla niej teraz? Surowym, ale sprawiedliwym ojcem, z którego zdaniem trzeba się liczyć, czy tyranem, którego lepiej oszukać? Zrzędą, którego przestrogi puszcza się mimo uszu, czy kumplem? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem, tak jak nigdy nie będę wiedział, kim jest moja córka w szkole: inteligentną outsiderką, dziewczyną, której inne dokuczają, bo skrycie jej zazdroszczą, czy może jeszcze kimś innym. Od kiedy skończyła trzynaście lat, zgodnie z prawem nie miałem już wpływu na to, w jakim świecie żyć będzie Sara.
Niech diabli porwą narrację.
– Chrissie wysłała mi wiadomość – oznajmiła Sara, kiedy już założyłem, że nic więcej nie powie. – Chciała rozmawiać z tobą. Chyba, bo słabo ją rozumiałam. Strasznie bełkotała. Większość zdań była kompletnie bez sensu.
– Następnym razem przekieruj ją do mnie.
Zgniotłem puszkę i wrzuciłem ją do kosza na śmieci, który natychmiast zabrał się za przetwarzanie metalu. Było późno, a ja zaczynałem odczuwać pierwsze oznaki kaca, choć wcale dużo nie wypiłem. Może faktycznie robiłem się za stary na tę pracę. Wziąłem prysznic i powędrowałem do łóżka, żeby przespać choć kilka godzin. Śniła mi się Chrissie w różowej sukience i z kokardami; wspomnienie z jej czwartych urodzin, kiedy po przyjęciu poszliśmy na karuzelę. To był jeden z tych dobrych, słonecznych dni, gdy problemy wydają się odległe o całe mile. W takich chwilach człowiek niemal wierzy, że będzie żył wiecznie, a jego dzieci na zawsze pozostaną uroczymi maluchami.
Śniłem o Chrissie, śmiejącej się i machającej do mnie z drewnianego kucyka, który obracał się, coraz bardziej odległy, aż wreszcie moja córka odeszła tak daleko, że jej krzyki zamieniły się w bełkot, a ja nie rozumiałem ani słowa.

***

   Dziewczyna nie była sierotą, choć czasem tak się czuła. Jej ojciec mieszkał w obcym kraju, za górami i lasami, tak daleko, że wszyscy tam mówili zupełnie innym językiem, nosili dziwne stroje i używali magii nawet do tego, żeby zrobić sobie owsiankę na śniadanie. Był błędnym rycerzem, jednym z tych, którzy nie mają pana, ale codziennie walczą o sprawiedliwość. Gdyby dziewczyna zwróciła się do niego o pomoc, na pewno by nie odmówił, nie wiedziała jednak, jak wysłać mu wiadomość. Bała się powierzyć ją swawolnemu wiatrowi, któremu wszystko wylatywało z głowy, gdy tylko wciągnęła go nowa zabawa, nie ufała zdradliwej wodzie ani zbyt powolnej ziemi. Dlatego postanowiła, że wrzuci swoje słowa w ogień. Zatrzymała się na polanie pośrodku lasu, przy świetle księżyca nazbierała chrustu i rozpaliła ognisko. Płomienie strzeliły w górę, błękitne, żółte i czerwone, rozświetlając ciemność. Dziewczyna ogrzała zgrabiałe dłonie, a potem poprosiła ogień o pomoc. Zgodził się chętnie, zatańczył, zasyczał i obiecał, że prędko pobiegnie do obcego kraju, za góry i lasy, do ojca rycerza, który walczy ze złem, ale nie pamięta o swojej córce.
Później zasnęła przy dogasającym ognisku i spała aż do świtu.

***

Można spędzić całe życie w Argei, nie wiedząc nawet o istnieniu Bay City. Można też trafić tu przypadkiem, jeśli zapędzimy się za daleko w poszukiwaniu egzotycznych rozrywek albo jeśli wkurzymy taksówkarza dowcipnisia. Założę się, że każdy z takich pechowców czuł się jak Dorotka odkrywająca, że nie jest już w Kansas. Nawet ci z wyższymi poziomami narracji, którzy nie dostrzegali brudu i zaćpanych nastolatków o twarzach staruszków, doskonale czuli, że Bay City to zupełnie inny świat. Kilka przecznic od tętniących zabawą ulic rozciągała się dzielnica, w której czas nie tyle zatrzymał się, co raczej zastygł przed półwieczem. Mijałem odrapane budynki z trudem unoszące się na sfatygowanych poduszkach powietrznych i rdzewiejące przy krawężnikach wraki samochodów, a pod kołami mojego chryslera chrzęściły śmieci, które wysypywały się z przepełnionych kontenerów.
            Gdy wysiadłem, upał uderzył mnie jak bokser wyprowadzający na ringu cios. Skrzywiłem się, próbując nie oddychać zbyt głęboko. Gorąco i zapach taniej gormyjskiej kuchni to kiepskie połączenie, które staje się jeszcze gorsze, jeśli dorzucić do niego ciche, ale uporczywe bzyczenie piaskowych trzmieli, żerujących na resztkach czyjegoś obiadu i truchle niewielkiego ptaka. Poza tym panowała cisza. W pobliżu nie było żywej duszy, jedynie zagłodzony kundel, któremu jakiś dzieciak dla żartów przywiązał do ogona puszkę, patrzył na mnie błagalnie. Wyciągnąłem papierosa i zapaliłem, by pozbyć się z ust smaku starego, wielokrotnie przypalanego tłuszczu. Nie widziałem nikogo, ale byłem pewien, że zza zakurzonych okiennic obserwują mnie czujne oczy.
Rzuciłem papierosa na ziemię, przydepnąłem go i ruszyłem w stronę budynku oznaczonego wyblakłym numerem 5. Kundel zaskowyczał, gdy go mijałem.
– Nie dziś, kolego – powiedziałem. – Radź sobie sam. Nie jestem w nastroju do pomagania.
Długo musiałem dzwonić, zanim w kamerze przy drzwiach pojawiła się wynędzniała twarz.
– Czego?
– Szukam Velmy Verringer. – Brzmiało jak pseudonim gwiazdki porno, więc pewnie dziewczyna nazywa się zupełnie inaczej, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. – Ładna, brunetka, jakieś szesnaście-siedemnaście lat. Mieszka tu.
– Nie mieszka.
– Numer 12, trzecie piętro.
– Idź pan w cholerę.
Wyciągnąłem banknot i pomachałem nim przed okiem kamery.
Drzwi rozsunęły się i zarośnięty stanął w progu w całej okazałości. Nie było na co patrzeć: niski, chudy, w dawno niepranych portkach, tak krótkich, że odsłaniały porośnięte czarnymi włosami łydki. Pod pachą dźwigał zewnętrzny mózg starego typu, jeden z tych, co to pozwalają jako tako funkcjonować ludziom, którym narkotyki wypaliły neurony. Bez niego facet miałby inteligencję pastewnego buraka.
Wyciągnął rękę po banknot, po czym spróbował zamknąć mi drzwi przed nosem, ale wsunąłem stopę między nie a futrynę i jednocześnie popchnąłem chudego w głąb korytarza. Nieładnie jest popychać kalekę, wiem.
– Czego? – zaskrzeczał. Mimikę miał dziwnie nieskoordynowaną, widać w mózgu siadała bateria.
– Zaczynasz się powtarzać, przyjacielu. I masz krótką pamięć. Brunetka, mówiłem ci, młoda, ładna. Jest u siebie?
– Nie widziałem jej od paru dni – jęknął. – Idź w cholerę.
– Powinieneś wgrać sobie trochę nowego słownictwa – pouczyłem go, po czym skierowałem się w stronę schodów, rozsądnie zakładając, że winda prawdopodobnie i tak nie będzie działać. W jednym z mieszkań, przy otwartych drzwiach, chudy narkoman onanizował się bez specjalnego zapału do holowizyjnego porno; z innego dobiegały odgłosy, które bezbłędnie rozpoznałem jako alkoholową kłótnię kochanków. Kobieta błagała o coś, a potem chyba dostała w twarz, ale nie zatrzymałem się, żeby sprawdzić. Jak wspomniałem wcześniej, nie byłem dziś w nastroju do pomagania, a poza tym miałem mnóstwo własnych problemów.
Na przykład taki, że beznadzieja tego miejsca przywierała do mnie mocniej niż smród zjełczałego tłuszczu i tanich narkotyków.
Albo taki, że na trzecim piętrze jedno i drugie było już wyraźnie mniej wyczuwalne, a zastąpiło je coś innego, znacznie bardziej niepokojącego – słodkawa woń rozkładającego się w upale mięsa, nie do pomylenia z żadną inną.
Znacie to uczucie, kiedy zmierzacie do drzwi i wiecie już, że wcale nie chcecie oglądać tego, co jest za nimi, a mimo to nie zatrzymujecie się, bo jeśli to zrobicie, nie będziecie w stanie iść dalej?
Tak właśnie się czułem. Pchnąłem drzwi – były otwarte – wszedłem do maleńkiego przedpokoju, a potem do równie mikroskopijnego pokoiku, który niemal w całości zajmował rozłożony tapczan. Leżała na nim ciemnowłosa dziewczyna, naga i bez wątpienia martwa. Poznałem ją po kolorze włosów, bo cokolwiek ją zabiło, zdarło jej twarz, a także spory pas skóry z szyi i dekoltu, aż do prawej, równo odciętej piersi. Kończyny miała rozrzucone pod niewiarygodnymi kątami – nie jakby były po prostu złamane, ale jakby ktoś próbował zawiązać je w supły. I najwyraźniej prawie mu się udało.
Nigdy wcześniej nie widziałem zwłok pozostawionych przez Brązowego Kapelusza, ale postawiłbym połowę mojego wynagrodzenia, że to jego robota.
Ostrożnie obszedłem tapczan, by dostać się do małej szafki. Otworzyłem ją i przeszukałem, dotykając wszystkiego przez chusteczkę.
Znalazłem trochę dziewczyńskich fatałaszków, kosmetyki w różowych i żółtych opakowaniach, jeden nadgryziony batonik i parę sztuk modnej ostatnio nikaryjskiej biżuterii. Nic ciekawego. Dopiero w ostatniej szufladzie natknąłem się na coś, co mnie zainteresowało. Był to plik ulotek antykorporacyjnych i antyrządowych, kilka z nich głosiło dość radykalne hasła. Pod nimi leżał stary komputer. Dziewczyna rzeczywiście musiała być oryginałem, skoro używała czegoś takiego, podczas gdy 99% społeczeństwa nosiło wszczepy. Prawdziwa hippiska w tych opanowanych przez bzdurne technologie czasach, kto by pomyślał. Zaczynałem czuć do niej sympatię.
Odpaliłem urządzenie, w ciągu paru minut złamałem prościutkie hasło i wszedłem na pocztę. Przejrzałem wiadomości. Pogaduszki, zaproszenia na imprezy, dziewczęce głupstewka. A wśród tego mail od kogoś używającego nicka falcon2332. Wiadomość zawierała tylko jedno słowo: „Dzisiaj”.
Wysłana siódmego marca o siedemnastej czterdzieści pięć – kilka godzin przed tym, jak Velma została sfotografowana w gustownym kapturze i z miną spiskowca.
Żadnej dyskietki ani niczego, co by ją przypominało.
Wyłączyłem komputer. Ekran wielkości dłoni pożegnał mnie gasnącym zdjęciem roześmianej dziewczyny.
W coś ty się wpakowała? – zapytałem w myślach, dotykając palcem jej policzka.
Potem wróciłem na dół, złapałem zarośniętego i nie zwracając uwagi na protesty, wykasowałem mu z elektronicznej pamięci ostatnich piętnaście minut. Kiedy wychodziłem, siedział przy stole i śliniąc się, czekał na restart mózgu. Widziałem warzywa sprawiające wrażenie bardziej bystrych niż on w tej chwili.

***

Przejrzałem przysłaną przez Berniego listę osób aresztowanych razem z Velmą. Była tam jeszcze jedna dziewczyna i czterech chłopaków, wszyscy w wieku od szesnastu do dwudziestu lat. Poza Velmą aktualny okazał się tylko adres Jaofy, który jako jedyny z grupy po wyjściu z więzienia zdecydował się wieść uczciwe życie – o ile można nazwać tak pracę w podrzędnej knajpie tuż przy porcie kosmicznym.
Jaofa był Rakhańczykiem. Klasyczny wygląd: skóra w szarozielonym kolorze, wielka głowa w kształcie gruszki i czarne oczy bez wyrazu. Wyciągnąłem go z zaplecza, gdzie kroił właśnie marsjańską ośmiornicę. Wyszedł, wycierając oblepione śluzem i granatową krwią dłonie w fartuch, który i tak nie był już pierwszej świeżości.
– Velma Verringer – powiedziałem. – Szukam jej znajomych, przyjaciół, wszystkich, którzy trzymali się z nią blisko. Zwłaszcza Muriel Lagardie. – Pamiętałem, że dziewczyny na zdjęciach wyglądały na bardzo zaprzyjaźnione. Jeśli ktoś miał tę dyskietkę, prawdopodobnie była to ona.
– Glina?
– Po prostu ktoś, kto szuka informacji i może za nią zapłacić. To jak, dogadamy się?
Skrzywił wąskie, bezkrwiste wargi.
– Nawet jakbym chciał, to nie dam rady ci pomóc, człowieku. Nie widuję się już z nimi. Jestem teraz czysty, kapujesz? Nie mam nic wspólnego z Velmą. To wariatka.
– Wariatka?
– Wycięła sobie narrację i poszła na pustynię, łapiesz, człowieku? Całkiem sama. Spędziła trzy noce pod kościami Wielkiego Jima, a potem wróciła i bredziła coś o tym, że objawił jej się Bóg, czy może Szatan, albo jedno i drugie. Nie wiem, bo z trudem ją rozumiałem.
– Kiedy to było?
– Z tydzień temu. Nie mam z tym nic wspólnego...
– Z czym nie masz nic wspólnego?
– Z niczym. – Umknął spojrzeniem w bok. Dopiero teraz w pełni dotarło do mnie, że to faktycznie dzieciak. Wszyscy Rakhańczycy, młodzi i starzy, z mojego punktu widzenia wyglądali tak samo.
– No dalej, zwierz się wujkowi. Będzie ci lepiej.
– Z tym włamaniem... – wymamrotał. – Kiedy Velma wróciła z pustyni, wytrzasnęła skądś tego gościa, nazywał się George Phillips, ale kazał na siebie mówić Falcon. On pracuje w Stockwell Buildings. Podobno mieli tam jakiś dowód, który Velma chciała zdobyć.
– Dowód na co?
– Nie wiem! Poważnie, człowieku, zwiałem od nich, jak tylko zrozumiałem, że gadają na serio o tym włamie. Wystarczyło mi jedno aresztowanie. Jestem na warunkowym i nie chcę mieć więcej problemów.
– Jasne. A pozostali kumple Velmy? Wiesz, gdzie ich szukać?
– Nie mam pojęcia. Muriel przez jakiś czas mieszkała z nią, może wciąż tam jest.
Przyjrzałem mu się uważnie. Trudno cokolwiek wyczytać z rakhańskiej twarzy, ale instynkt podpowiadał mi, że chłopak mówi prawdę.
Wcisnąłem mu dwudziestkę i zostawiłem go, żeby wrócił do krojenia ośmiornicy. Co teraz? – zastanawiałem się, zerkając w lusterko. Czy mi się zdawało, czy ten brązowy austin faktycznie za mną jechał? Zatrzymałem się, ale samochód zniknął, ruszyłem więc dalej.
Jeśli dziewczyna wycięła sobie narrację, to otwierało cholernie dużo nowych możliwości. Moje pokolenie było twardsze, ale młodzi ludzie, od dzieciństwa przyzwyczajeni do życia w sztucznym świecie, źle znosili nagły powrót do prawdziwego. Niemożność porozumienia z nikim, kto ma narrację powyżej piątego poziomu, osamotnienie, rzeczywistość, która nie wygląda tak, jak chcemy... To czasem prowadziło do poważnych psychoz, a mówiąc prościej – do świra.
Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że Velma trafiła na ostry dyżur.
Ryzykując wypadek, odpaliłem sieć. Jednym okiem wciąż śledziłem, co się dzieje na drodze przede mną, a drugim przeszukiwałem bazy argejskich szpitali. Velmę Verringer znalazłem w trzecim z kolei. Data przyjęcia: ósmego marca. Data wypisu: również ósmego marca.
Szybka jest nasza służba zdrowia, nie ma co.
Dwadzieścia minut później parkowałem już przed solidnym, otynkowanym na biało budynkiem, który miał chyba wzbudzać w pacjentach otuchę, ale wyglądał tylko jak zaniedbane mauzoleum. Wewnątrz przywitała mnie sącząca się z głośników neutralna muzyka i rozpylony w powietrzu zapach kwiatów. W recepcji siedziała słodka blondynka, która widząc, że zmierzam w jej stronę, podniosła wzrok znad starannie opiłowanych paznokci i uśmiechnęła się różowymi usteczkami.
– W czym mogę pomóc? – zaćwierkała.
Gdy wyjaśniłem jej, w czym może, wciąż jeszcze się uśmiechała, ale była już zdecydowanie mniej słodka, a bardziej ostrożna.
– Nie możemy ujawniać takich informacji obcym. Chyba że pan jest krewnym...?
Najwyraźniej miała nadzieję, że jestem, jednak musiałem ją rozczarować.
– Nie jestem, ale, widzi pani, szukam tej dziewczyny na prośbę jej rodziny. To miliarderzy. Biedna Velma uciekła od nich pół roku temu. Jedyna córka i spadkobierczyni. Nic dziwnego, że szaleją z niepokoju i zrobią wszystko, żeby ją odzyskać. Prawdziwie romantyczna historia, jak w holowizji. Jeśli mi pani pomoże, obsypią panią złotem. Proszę pomyśleć, mogłaby pani rzucić tę pracę i do końca życia opalać się na Księżycowych Plażach. Mogę się założyć, że ślicznie by tam pani wyglądała, panno – zerknąłem na plakietkę – Fern.
– Och – powiedziała słabo. Nie uwierzyła w ani jedno słowo, ale chyba jej się spodobałem. – Niezły z pana numer, co?
Potwierdziłem, uśmiechając się łobuzersko. Pięć minut później była już wystarczająco zmiękczona, by zerknąć dla mnie do prywatnej bazy szpitalnej – tej, która nie była podłączona do ogólnej sieci.
– Velma była u nas tylko trzy godziny – powiedziała. – Przyjęto ją z rozpoznaniem psychozy po odłączeniu narracji. Uważała, że ścigają ją źli ludzie, ponieważ zrobiła coś zabronionego. Lekarz zalecił wszczepienie nowej narracji, która pomogłaby jej się uspokoić.
– Jakiej?
Powiedziała mi, a ja ze zdumieniem odkryłem, że pracownice służby zdrowia jednak mają sumienie, bo zarumieniła się przy tym lekko: – Nie była ubezpieczona, rozumie pan... Zresztą bajki są miłe, prawda?
– Jasne. – Narracji powyżej siódmego poziomu nie zalecano urzędnikom państwowym, a te powyżej dziesiątego były zabronione w większości zawodów. – I co, dobry doktor ją wypisał?
– Nie. – Rumieniec się pogłębił. – Miała zostać u nas parę dni, aż do ustabilizowania się narracji, ale uciekła.
– Uciekła, aha. – Blondynka nie doczekała się złośliwego komentarza. Czasem naprawdę rozczarowuję ludzi. – A jej rzeczy? Ma pani spis tego, co miała przy sobie?
– Kolczyki, szminka, torebka miętowych cukierków, bilet do parku rozrywki... – wymieniała.
– Żadnej dyskietki?
Przeczytała spis jeszcze raz, marszcząc brwi i poruszając ustami. Chyba nie była zbyt bystra.
– Nie widzę niczego takiego.
– W porządku, wielkie dzięki. I niech pani pamięta, gdyby wybrała się pani na Księżycowe Plaże, proszę absolutnie nie zabierać kostiumu. Gormyjczycy uważają, że kąpanie się w ubraniu przynosi pecha.
Kiedy zmierzałem w stronę drzwi, czułem wyraźnie na plecach jej smutne spojrzenie.

***

Kiedy słońce stało już wysoko na niebie, a pomoc wciąż nie nadeszła, dziewczyna zrozumiała, że ogień ją zawiódł. Usiadła i zapłakała. Płakała i płakała, aż wokół jej stóp powstała kałuża, do której przyleciał mały błękitny ptaszek. Spróbował wylanych łez, zatrzepotał skrzydełkami i zapytał:
– Dlaczego jesteś smutna, dziewczyno?
– Jestem smutna, bo demony zabijają dobrych ludzi w lesie i choć wiem, jak je powstrzymać, nikt mnie nie słucha – odpowiedziała. – Chciałam poprosić o pomoc ojca, ale nie wiem, jak przekazać mu wiadomość. Ogień mnie zawiódł, a boję się zaufać swawolnemu powietrzu, zdradliwej wodzie czy zbyt powolnej ziemi.
– Znam się z ogniem od dawna – zaćwierkał ptaszek – i wiem, że cię nie zawiódł, tylko nie potrafił powtórzyć twoich słów tak, żeby zrozumiał je ojciec rycerz, który mieszka w obcym kraju i mówi obcym językiem.
– Co więc mam zrobić? – zapytała dziewczyna.
– Musisz znaleźć słowa, które brzmią tak samo w twoim języku i języku twojego ojca. Ja mogę je zanieść. Latam szybko i wysoko; dotrę do kraju za górami i lasami prędzej niż ogień.
Dziewczyna długo myślała, jak dobrać właściwe słowa. Zapomniała o głodzie, zapomniała o upale i tylko pisała patykiem po ziemi. Wreszcie, kiedy zrobiło się chłodniej, a las znowu zaczął ciemnieć, wezwała do siebie ptaka.
– Mam gotową wiadomość – powiedziała. – Tylko proszę, powtórz ją dokładnie, bo jeśli się pomylisz i ojciec nie przybędzie mi z pomocą, wszyscy zginiemy.

***

Zjawili się, ledwo wszedłem do hallu, zanim nawet zdążyłem o cokolwiek spytać. Dwóch wielkich jak góry facetów o tępych twarzach wykidajłów, ubranych w eleganckie garnitury, które wyglądały na nich równie stosownie jak frak na dobermanie. Jeden czarny, drugi biały. Ktoś tu miał poczucie humoru.
– Pójdzie pan z nami – powiedział biały. – I nie będzie pan robił problemów. Nie chcemy tego.
– Ja chcę. – Czarny wyszczerzył zęby. – Bardzo chcę, żeby robił problemy.
– Niech zgadnę: jeden z was jest tym bardziej bystrym, a drugi wrednym, tak?
Zaprowadzili do mnie do windy, która w ciągu paru sekund wyniosła nas na wysokość czterdziestego piętra. Gdy wysiadałem, żołądek obijał mi się o zęby, a twarz musiałem mieć zieloną jak wiosenny szczypiorek. Obaj goryle znieśli jazdę znacznie lepiej.
Poszedłem za nimi do gabinetu, w którym zmieściłoby się całe moje mieszkanie. Wszystko tu było w najlepszym guście: od obić na fotelach po piękną blondynkę, siedzącą na miejscu sekretarki. Zastanowiłem się, czy dziewczyna jest prawdziwa – pewnie tak, automat nie potrafiłby w ten sposób zmierzyć mnie wzrokiem. Takiego wyrazu profesjonalnego znudzenia i lekkiej pogardy uczą tylko na kursach dla asystentek po pięćset dolarów za tydzień.
– Pan Stockwell czeka na pana – powiedziała, po czym wróciła do ważniejszych spraw, czyli do przeglądania sieci. Sądząc z rumieńców, miała otwarty portal randkowy albo i coś lepszego.
Stockwell stał przy oknie i spoglądał w dół na rozciągające się u jego stóp miasto. Podszedłem bliżej i też zerknąłem – maleńcy jak mrówki z tej wysokości Nikaryjczycy odprawiali właśnie jakiś cudaczny rytuał, krążąc po trawniku w kolorowych strojach. Wyglądało to, jakby na skwerze rozkwitały i więdły gigantyczne kwiaty, jakby składały się i rozkładały barwne wstęgi. Zakręciło mi się w głowie i zrobiłem krok w tył. Duży ze mnie facet, ale czasem bywam słaby jak szczenię.
Stockwell nawet nie spojrzał w moją stronę.
– Co pan tam widzi? – zapytał. – Walca? Tai chi? Zaskakujące, jak ludzie potrafią tłumaczyć sobie obcość na coś, co już znają. Teraz mamy narrację, ale wcześniej też to robiliśmy. Pierwszym pozaziemskim gatunkiem, który spotkaliśmy, byli Gormowie, pamięta pan? Nie różnili się od nas aż tak bardzo: ot, inny język, inna kultura i nieco obrzydliwy z naszego punktu widzenia wygląd. Bez trudu dawało się z nimi dogadać. Potem zjawili się Nikaryjczycy, zdecydowanie bardziej dziwaczni, ale nadal pod wieloma względami do nas podobni. Potem Rakhańczycy – o, ci już dali nam popalić. Wie pan, że specjalistom wyposażonym w najnowocześniejszy sprzęt rozszyfrowanie ich języka zajęło pięć lat? Ludzi, którzy potrafią dogadać się z nimi bez narracji, można policzyć na palcach dwóch rąk. I wreszcie T’Verthlianie, tak obcy, że nasi naukowcy z początku omal nie oszaleli od prób zrozumienia tej rasy. Co będzie dalej? Czy trafimy kiedyś na gatunek, w którym, z narracją czy bez, nie dostrzeżemy nawet żywych, świadomych istot? Gatunek, który przemówi do nas językiem, w którym nie rozpoznamy języka?
Nie fatygowałem się z odpowiedzią, zresztą chyba nawet jej nie oczekiwał. Tacy ludzie nie potrzebują niczyjego poparcia. W zamian za to przyjrzałem się stojącej na biurku makiecie, która przedstawiała planowane inwestycje Stockwell Company. W miejscu Dużego Jima znajdował się tam hotel o nazwie „Róża Pustyni”.
– Argea ma piętnaście milionów mieszkańców – ciągnął Stockwell, nie odwracając się w moją stronę – i niemal nikt nie wie, jak to miasto naprawdę wygląda. Nie uważa pan, że to na swój sposób zabawne? Piętnaście milionów osób, z których każda żyje w swoim własnym świecie?
Wzruszyłem ramionami.
– Ludzie lubią się karmić złudzeniami, zawsze tak było. Kto chciałby na co dzień oglądać parszywe gęby Gormów, wdychać smród szczyn na chodnikach i słuchać bluzgów zaćpanych prostytutek?
– Pan?
– Ja jestem wyjątkiem, panie Stockwell. I chyba nie wezwał mnie pan tu po to, żeby dyskutować o moich gustach.
Odwrócił się wreszcie w moją stronę – niski człowieczek o ziemistej cerze, z ufarbowaną na czarno czupryną i zmarszczkami, które po osiemdziesiątych urodzinach zaczynały wygrywać z kremami i chirurgią plastyczną. Miał na sobie garnitur tak doskonale nijaki, że musiał kosztować ze trzy moje pensje.
– Nie życzę sobie, żeby pan tu węszył – oznajmił. – Moja pracownica wynajęła pana, żeby odnalazł pan dyskietkę, którą ukradła ta dziewczyna, a nie żeby zjawiał się tu pan i niepokoił moich ludzi.
– Dziewczyna nazywała się Velma Verringer. Włamania dokonała w porozumieniu z George’em Phillipsem, który dla pana pracuje. Szukam go, bo może mieć teraz dyskietkę.
– A dziewczyna?
– Leży martwa w swoim mieszkaniu. Kolejna ofiara Brązowego Kapelusza.
Zmarszczył brwi.
– To pechowo, bo Phillips nie przyszedł dziś do pracy.
– Byłoby prościej, gdyby powiedział mi pan, co jest na tej dyskietce.
– To nie ma znaczenia, moja pracownica już panu mówiła. Pana zadaniem jest odnaleźć skradzioną rzecz, nic więcej. I wolelibyśmy, żeby zrobił pan to jak najszybciej.
Odwrócił się z powrotem w stronę okna, najwyraźniej czekając, aż wyjdę. Nie miałem zamiaru tego robić.
– Naprawdę chcecie rozebrać Wielkiego Jima? – zapytałem, wskazując makietę. – Obrońcy tradycji dobiorą wam się za to do tyłków.
– Mam dobrych prawników – odparł cierpko. – Poza tym to tylko wielka kupa kości.
– A postęp wymaga ofiar?
Tym razem to Stockwell nie zaszczycił mnie odpowiedzią. Patrzyłem jeszcze przez chwilę na makietę, a potem, ponieważ nie wpadłem na żaden lepszy pomysł, skierowałem się w stronę wyjścia. Jasnowłosa sekretarka pożegnała mnie spojrzeniem jeszcze bardziej pełnym pogardy, za co nie mogłem jej winić.
W ramach samoumartwiania postanowiłem zejść schodami zamiast zjechać windą. Zajęło mi to dwadzieścia minut i na parter dotarłem spocony jak koń zaprzęgowy. Miałem nadzieję, że dzięki wysiłkowi odzyskam dobry humor, ale osiągnąłem tylko tyle, że potwornie rozbolały mnie łydki.

***

Przyszła do mojego biura pod wieczór, gdy wzdłuż ulic zapłonęły latarnie, a na trawnikach włączyły się zraszacze. Pachniało kwiatami jacarandy, a ona miała na sobie śnieżnobiałe futro, zarzucone na suknię tak cienką, że wyglądała, jakby zrobiono ją z pajęczyny. Mogłem obserwować, jak poruszają się pod nią jej piersi i biodra, gdy szła w stronę drzwi.
Spodziewałem się tej wizyty.
Usiadła na kanapie, założyła nogę na nogę i wyjęła papierosa. Patrzyliśmy na siebie przez obłok sinoniebieskiego dymu. W jej oczach widziałem rozbawienie i obietnicę zarazem.
– I co ja mam z panem począć, panie Delamere? – zapytała, nie kłopocząc się tym, żeby obciągnąć skraj sukni, który podwinął się tak wysoko, że nawet dla kogoś wychowanego w Argei wyglądało to nieprzyzwoicie. – Ostrzegałam pana, żeby nie próbował pan węszyć.
– Na tym polega moja praca.
Skinęła powoli głową. Nie mogłem oderwać wzroku od jej oczu, połyskujących w blasku lampy jak dwie srebrne monety na dnie bardzo zimnego jeziora. Zastanawiałem się, czy to kwestia oświetlenia, czy jakiś nowy model soczewek kontaktowych, o których dotąd nie słyszałem. Zastanawiałem się, kim jest tam, w głębi, w swoim własnym świecie, i kim ja jestem dla niej. Zastanawiałem się, czego właściwie ode mnie chce. Wszystko to robiłem, aby nie myśleć o tym, czy założyła dziś majtki i czy jeśli spojrzę w dół, pomiędzy uda, które od czasu do czasu rozchylała kusząco, zobaczę cienki pasek materiału, czy też nie. Jak widzicie, mam czasem odrobinę przyzwoitości. A może tym razem był to po prostu instynkt samozachowawczy.
– Powiedział pan panu Stockwellowi, że dziewczyna nie żyje. To prawda?
– Tak.
– W takim razie – zgasiła papierosa – pora się pożegnać.
– Nie wykonałem zadania.
– Nieważne. Pana usługi nie będą już potrzebne. – Podniosła się, ja też wstałem. Przesunęła smukłymi palcami po moim policzku; jej dotyk był chłodny i elektryzujący, jakbym głęboko na dnie jeziora napotkał węgorza z rodziny Gymnotidae. – Choć może zostanę tu jeszcze chwilę. Mogę skorzystać z łazienki?
Oszołomiony, pokazałem jej drogę, a potem opadłem z powrotem na fotel. Za plecami słyszałem szum odkręcanej wody i coś, co mogło być odgłosem rozsuwanego zamka przy sukni, ale być może podpowiadała mi to rozgorączkowana wyobraźnia. Uznałem, że pora trochę ochłonąć, włączyłem więc sieć i podpiąłem się do kanału policyjnego.
Morderstwa, kradzieże, narkotyki i awantury barowe – w jednym momencie zalał mnie cały ten syf. Przedzierając się przez dziesiątki wiadomości, które pozostawiały posmak zastarzałego brudu, jak tłusta warstwa na knajpianym stoliku, przy którym siedziało już zbyt wiele osób, szukałem tej jednej, która mogłaby mnie zainteresować.
Przez jakiś czas nasłuchiwałem dobiegających z łazienki odgłosów. Potem przestałem. A jeszcze później zorientowałem się, że od dłuższego czasu nie słyszę nic. Wreszcie dłuższy czas zmienił się w niepokojąco długi czas – wtedy wstałem, nadal podpięty do sieci, z szambem z całego miasta wylewającym się na moje zmysły.
Zapukałem do drzwi.
– Jest pani tam?
Żadnej odpowiedzi. Do diabła z wymogami przyzwoitości, pomyślałem i przekręciłem gałkę.
Drzwi okazały się otwarte, za nimi znalazłem blondynkę. Była naga, tak jak się spodziewałem. Była też martwa, co stanowiło dla mnie niespodziankę. Leżała na posadzce z głową przekręconą o 180 stopni i patrzącą na szczupłe plecy; brakowało jej też sporego kawałka skóry zdartego z prawego ramienia i lewej nogi od kolana w dół. Mimo to w łazience nie było ani kropli krwi. Widziałem wyraźnie białe kości i ciemnoczerwone, prążkowane mięśnie – wewnątrz moja klientka była równie piękna jak na zewnątrz.
...ciało należy do Muriel Lagardie, lat 18, szukamy współlokatorki ofiary, 16-letniej Velmy Verringer...
Wycofałem się powoli z kompletną pustką w głowie. Zamknąłem drzwi łazienki, ale to niewiele pomogło – wciąż widziałem twarz blondynki, tak spokojną, jakby zmarła we śnie.

***

Ledwo ptak odleciał, dziewczyna znowu zaczęła płakać. Płakała i płakała, aż wokół jej stóp powstała kałuża, do której przypełzła mała zielona żmija. Spróbowała wylanych łez, zakołysała ogonem i zapytała:
– Dlaczego jesteś smutna, dziewczyno?
– Jestem smutna, ponieważ nawet jeśli mój ojciec przybędzie z pomocą, nie będę potrafiła go ostrzec. Mogę pokazać mu kryształ, ale on nie pojmie moich słów. Jak wytłumaczę mu, że demony chcą się z nami jedynie porozumieć, by ocalić jednego ze swoich?
– Nie martw się – powiedziała żmija – twój ojciec nie ma serca, więc kiedy i ty wyrwiesz sobie swoje, zrozumie cię się od razu. Już to kiedyś zrobiłaś, pamiętasz?
Dziewczyna pamiętała i za radą żmii wyrwała sobie z piersi bijące, czerwone serce, a kiedy to uczyniła, kałuża łez pod jej stopami pociemniała od szkarłatnej krwi.

***

            Wsiadłem do samochodu i pojechałem na pustynię. Nie była to najmądrzejsza decyzja, jaką podjąłem w życiu, jednak potrzebowałem chwili, żeby odetchnąć i zastanowić się, co dalej. Jasne, bywało już, że tkwiłem w gównie po uszy, ale nigdy tak głęboko jak teraz. Jeśli gliny dowiedzą się, że dwa razy znalazłem się tak blisko ofiar Brązowego Kapelusza, zrobią ze mnie kozła ofiarnego szybciej niż wyskakujący z szafy dzieciak mówi „bu”.
Paliłem papierosa i patrzyłem w ciemną Kopułę. Gdybym był bohaterem dziejącego się na Ziemi starego filmu, widziałbym tam lśniące srebrzyście gwiazdy, ale ponieważ byłem tylko sobą, musiałem zadowolić się blaskiem błękitnych lamp, które podświetlały wystające z piasku szkielety. Za nimi widziałem przez chwilę czarne kształty T’Verthlian, przypominające sunące przez mrok wagony pociągu, czy może segmenty ogromnej, wielonogiej gąsienicy. Wzdrygnąłem się: jeśli podejdą bliżej... Na szczęście zniknęli w ciemności tak nagle, jak się z niej wynurzyli, pozostawiając za sobą szelest przesypującego się piasku. Mogłem wrócić do swoich rozważań.
Co powinienem teraz zrobić?
Minuty mijały, papieros się kończył, a ja wciąż nie miałem żadnego sensownego pomysłu, jak wydobyć się z tego bagna. Trudno, wyglądało na to, że będę musiał wrócić do biura i pozbyć się zwłok. Nie byłby to pierwszy raz, ale nigdy wcześniej grałem o tak wysoką stawkę.
Wyrzuciłem papierosa i już miałem ruszać, kiedy przyszła wiadomość od Sary.
Zrozumiałam wreszcie, co mówi Chrissie. Chce się z tobą zobaczyć przy Wielkim Jimie dziś o jedenastej. Nie spóźnij się, bo to chyba bardzo ważne.
Była dziesiąta trzydzieści siedem.
Zakląłem głośno. Jeśli chciałem zdążyć, powinien ruszać już teraz. Wyglądało na to, że martwa blondynka w mojej łazience będzie musiała poczekać na swoją kolej.
Jechałem przez pustynię, mijając sterczące z piasku podświetlone szkielety, które za szybą chryslera rozmazywały się w ciągi biało-błękitnych plam. Zimny wiatr uderzał mnie w twarz przez otwarte okno, droga była pusta, tylko od czasu do czasu obok przemykały autokary, zwożące spóźnionych turystów z powrotem do hoteli i barów. Zastanawiałem się, co powiem mojej córce, kiedy ją wreszcie zobaczę. Wcześniej często wyobrażałem sobie to spotkanie: skruszona Chrissie wracająca do domu, złoty cielec dla córki marnotrawnej, opowieści o tym, jak źle jej było bez tatusia w tym okrutnym świecie. Teraz wcale nie byłem pewien, czy mam na cokolwiek z tego szansę. Zresztą do diabła ze skruchą. Byłbym szczęśliwy, gdybym choć Chrissie zobaczył. W końcu to moja najstarsza córka, a pierworodne dzieci zawsze są w pewien sposób... szczególne, choćbyśmy nie wiem jak temu zaprzeczali.
Było dwie minuty po jedenastej, gdy zaparkowałem pod Wielkim Jimem – szkieletem tak olbrzymim, że musiałem porządnie zadzierać głowę, by dojrzeć miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa. Oczywiście nie znajdowała się – przykładanie ludzkiej miary do stworzeń, które dawno temu żyły na Argei, nie miało sensu. Jeśli szkielet cokolwiek przypominał, była to raczej plątanina moebiusowskich, oślepiająco białych linii, przecinających się pod kątami, które nie powinny istnieć w naturze. Turyści na ten widok zawsze wzdychali – częściowo ze zgrozy, a częściowo z zachwytu, a potem odwracali twarze, walcząc z mdłościami, i czym prędzej zajmowali się czymś zwyczajnym, czymś ze swojego świata: sięgali po kanapki, próbowali żartować albo szturchali swoje dziewczyny czy chłopaków i robili zdjęcia ich wystraszonych min.
O tej godzinie pod Wielkim Jimem już żadnych turystów nie było, pozostały po nich na piasku jedynie zgniecione puszki, mnóstwo papierków i szkło z rozbitej kamery monitoringu. Nad ranem zjawią się służby porządkowe, by wszystko posprzątać i naprawić, teraz jednak byłem sam.
Albo i nie.
Zauważyłem ją dopiero po chwili, tak dobrze skrywała się w cieniu kości. Drobna, dziewczęca sylwetka, skulona, z głową schowaną w ramionach. Poczułem pierwsze ukłucie niepokoju.
– Chrissie?
Mój głos zabrzmiał obco, głucho. Strach o własne dziecko zawsze jest najsilniejszy, sięgający do mrocznych, prymitywnych instynktów, o których bezdzietni nie mają pojęcia.
– Chrissie?
Podszedłem do niej, schyliłem się i ostrożnie dotknąłem ciemnych włosów. Dziewczyna z trudem uniosła głowę. Z jej czoła spływała krew, w błękitnym świetle latarni niemal czarna. Zalewała oczy, ale i tak bez trudu mogłem poznać, że to nie moja córka.
Miałem przed sobą Velmę Verringer.
Zanim zdążyłem zrozumieć, co to oznacza, usłyszałem za plecami szczęk odbezpieczanej broni. Odwróciłem się powoli. Za mną stał jeden z goryli Stockwella, ten biały, bystrzejszy. Celował do mnie z rewolweru, który w jego wielkich łapskach sprawiał wrażenie zabawki.
– Odsuń się od niej – powiedział.
– Przyszedłem spotkać się córką. Gdzie Chrissie?
– To jest twoja córka. Nie miałeś pojęcia, co? – zaśmiał się. – Efekt Lozelle’a, powinieneś o nim słyszeć, skoro jesteś takim cwaniakiem. Zdarza się, kiedy dwie narracje są bardzo niekompatybilne i szwankuje tłumaczenie.
Wyprostowałem się. W pierwszej chwili nie chciałem uwierzyć. Moja córka? Jakim cudem? Słowa goryla docierały do mnie powoli, z oporami. To mogła być Chrissie, nawet jeśli wciąż nie potrafiłem rozpoznać jej twarzy. Takie przypadki się zdarzały, facet miał rację. A jeśli przyjąć, że... Nareszcie wszystko stało się jasne: wizyta blondynki w moim biurze, wrażenie, że jestem śledzony, cała ta cholerna, pokręcona od początku sprawa nagle nabrała sensu.
– Wynajęliście mnie, bo wiedzieliście, że dyskietkę ukradła Chrissie – powiedziałem. – Założyliście, że spróbuje się ze mną skontaktować i poprosi o pomoc, dlatego podrzuciliście mi urządzenie namierzające. Ta wasza blondynka musiała mieć niezły ubaw, kiedy wynajmowała mnie do poszukiwania mojej własnej córki.
Goryl przesunął językiem po wąskich wargach. Znałem takich typów i wiedziałem, że ma ochotę strzelić. Aż drżał z niecierpliwości, czekając, aż zrobię coś głupiego.
– Pochyl się nad nią, sięgnij do kieszeni spódnicy i znajdź tę dyskietkę – powiedział. – Ostrożnie, tak, żebym cały czas widział twoje ręce. Żadnych numerów.
Zrobiłem, co kazał. Przy okazji szybko sprawdziłem Chrissie puls; był słaby, ale wyczuwalny. Moja córka straciła sporo krwi, wyglądało jednak na to, że będzie żyć, jeśli tylko ktoś szybko udzieli jej pomocy.
Jeśli.
– Masz, a teraz pozwól mi się nią zająć.
Goryl schował dyskietkę, po czym strzyknął śliną na piasek. W jej oczach połyskiwała chorobliwa fascynacja, jak u dziecka przyglądającego się psu, którego przed chwilą wyrzuciło z okna.
– Co jej jest?
– Wycięła sobie narrację. – Starałem się być cierpliwy. Z Chrissie uciekało życie, ale ten drań miał wycelowaną we mnie broń. Nie mogłem ryzykować. – Potrzebuje pomocy, więc spadaj, kolego. Masz już to, po co tu przyszedłeś.
– Nie ma mowy – oznajmił. – Dziewczyna za dużo wie.
Facet mówił poważnie, dobry Boże. W jednej chwili rozważyłem swoje szanse na to, że zdążę sięgnąć po własną broń (zerowe), że goryl się rozmyśli (tak samo) albo że zdarzy się cud (ujemne). Zrozumiałem, że umrzemy tutaj, na pustyni, wśród śmieci pozostawionych przez rechoczących i pstrykających idiotyczne fotki turystów. Ja i Chrissie, córka, dla której nie byłem wystarczająco dobrym ojcem, by zatrzymać ją w domu.
Co za cholernie głupia śmierć.

***

Trzy sekundy później cud się wydarzył.
Wszystko działo się tak błyskawicznie, że ledwie zdążyłem cokolwiek zarejestrować: ciało goryla podrywające się, jakby uniosła je niewidzialna dłoń, skręcające się pod nieprawdopodobnym kątem, deszcz ciepłej krwi, która zrosiła moją twarz i piasek. Potem mężczyzna spadł na ziemię. W oczach miał zdumienie, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że jest martwy.
Właśnie byłem świadkiem morderstwa dokonanego przez Brązowego Kapelusza.
   Minęło kolejnych kilka cennych sekund, zanim zdołałem się ruszyć – takich rzeczy nie widuje się na co dzień. Podbiegłem do Chrissie, zatamowałem krwawienie i owinąłem ją własnym płaszczem. Wziąłem na ręce drobne ciało – ważyła nie więcej niż dziecko – i już zamierzałem zanieść do samochodu, kiedy coś mnie tknęło.
Położyłem córkę na ziemi, pochyliłem się nad gorylem i odszukałem dyskietkę – nie wiem, na co właściwie miałem nadzieję, ale tak czy inaczej przeliczyłem się, bo dyskietka zamieniła się w kawał zgniecionego plastiku, równie przydatny do czegokolwiek jak walające się wokół Wielkiego Jima foliowe opakowania po kanapkach.

***

Bałem się zawieźć Chrissie do szpitala, zabrałem ją więc do domu, opatrzyłem i zostawiłem pod opieką Sary. Powrót do biura i pozbycie się ciała zajęły mi ponad dwie godziny, tak że kiedy z powrotem znalazłem się w domu, było już dobrze po pierwszej. Sara, moja mała księżniczka, trzymała się dzielnie, choć w oczach miała dwa wielkie znaki zapytania.
– Tato, co się dzieje? – Dreptała za mną, kiedy szedłem do pokoju starszej córki. – Proszę, powiedz mi, co się dzieje!
– Wszystko będzie dobrze – uspokoiłem ją. Jeśli miałem rację, Stockwell i jego kumple nie zaczną szukać Chrissie szybciej niż za kilka godzin. Do tej pory zdążę coś wymyślić. – Chrissie się obudziła?
– Tak, ale tato...
– Przynieś jej coś do picia.
Spojrzała na mnie wielkimi oczami i chyba chciała zaprotestować, ale zrezygnowała i poszła do kuchni. Miło wiedzieć, że człowiek ma jeszcze posłuch we własnym domu.
Usiadłem przy łóżku Chrissie i wziąłem ją za rękę. Uśmiechnęła się do mnie. Teraz, kiedy wiedziałem już, że patrzę na córkę, jej rysy z każdą chwilą wydawały się coraz bardziej znajome, aż wreszcie zmieniła się w dziewczynę, którą dawno temu zabrałem na karuzelę.
– Jesteś bezpieczna. – Pogłaskałem ją. Jej skóra była czarna niczym węgiel, dokładnie tak jak moja. – A teraz opowiedz tatusiowi, co się stało. Co było na tej dyskietce?
Otworzyła usta i powiedziała:
– Cisza i jabłka, cienką nicią wszyci w niebo, oko za okiem. Spadają ptaki wypchane śmiercią. Kwiaty pełzają pod piaskiem i nie mają już smaku. Jak dawniej, teraz, w mroku. Straciłam tej nocy dwie najczerwieńsze kości.

6 komentarzy:

  1. Doskonałe opowiadanie, pani Anno! Czy zamierza Pani rozwinąć twórczośc opartą na świecie Argei? Wydaje się bardzo ciekawy, pełen sprzeczności, bardzo plastyczny. Proszę napisać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie planowałam wcześniej kontynuacji, ale teraz zaczynam myśleć, że może nie byłby to taki zły pomysł...

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezłe. No i jest Zajdel. Gratulacje.

    OdpowiedzUsuń
  4. W tym świecie powinno się zdarzyć więcej, inaczej szkoda było go powoływać do życia.

    Dziękuję i gratuluję
    Rafał Stec

    OdpowiedzUsuń
  5. Najlepsza rzecz jaką ostatnio czytałem i w pełni zasłużony Zajdel.
    Umiejętnie wprowadzona konwencja czarnego kryminału, którą jednak autorka po mistrzowsku odwraca, zaskakując czytelnika.
    To co wyróżnia wybitnych pisarzy sf: informacja o świecie przekazana bez zaburzania narracji wykładami.
    Stopniowo wprowadzane wskazówki, pozwalające samemu szukać zagadki.
    Zakończenie, które zamyka i satysfakcjonuje, a jednocześnie prowokuje do dalszego myślenia, przez co czytelnik jeszcze przez kilka dni chodzi z tekstem w głowie.
    I Wielki Temat SF - porozumienie z innym - ale ujęty świeżo, bez wtórności.
    Eryk Remiezowicz

    OdpowiedzUsuń
  6. Uniwersum bardzo mi się podoba - ma fajny klimat, szkielety i pustynia wprowadzają niegościnność i grozę, a pomysł z narracją jest moim zdaniem świetny i niepowtarzalny. Co do fabuły, to czuję niedosyt.
    Pozdrawiam i gratuluję Zajdla.

    OdpowiedzUsuń