czwartek, 16 lipca 2015

Przegląd seriali 5

Trzecie opowiadanie o Domenicu skończone, pora wrzucić coś na bloga. Tym razem padło na kolejny przegląd seriali – bo dawno nie było.

Hannibal – trzeci sezon coraz bardziej traci tę resztkę prawdopodobieństwa, jaką miały dwa poprzednie sezony, i odjeżdża w stronę surrealizmu. Akcji jest tu jak na lekarstwo, dużo za to scen, w których bohaterowie patrząc na siebie, toczą (pseudo) głębokie rozmowy, scen snów, wizji, kropel krwi spadających w zwolnionym tempie itp. Z jednej strony mi to nie przeszkadza, bo dzięki temu „Hannibal” jest przepiękny wizualnie – serio, dla niektórych pojedynczych kadrów warto go oglądać. Z drugiej, taki poziom odrealnienia sprawia, jak dla mnie, że bohaterowie przestają być żywymi ludźmi z krwi i kości, których problemami mogłabym się przejąć. Poważnie, w którymś momencie przyłapałam się na tym, że w sumie to już nie obchodzi mnie, co właściwie stanie się z Willem, czy przejdzie na stronę zła, czy jednak uda mu się ocalić resztę człowieczeństwa. Szkoda, bo to jedna z ciekawszych postaci serialowych jest/była. Inna rzecz, że w kwestii relacji Hannibal/Will twórcy doszli chyba do ściany i nic specjalnie ciekawego do dodania nie mają. Nic to, czekam cierpliwie na „Czerwonego Smoka”, może wtedy serial złapie drugi oddech.

Penny Dreadful – nie ukrywam, że mam słabość do tego serialu. I nawet gdybym chciała go pokrytykować (a dałoby się – za sporo rzeczy), to twórcy poniekąd wytrącili mi broń z ręki, bo pulpowa konwencja usprawiedliwia różne głupotki. Na plus w drugim sezonie wątek Frankensteina oraz Brony, miło też, że Dorian Grey wreszcie pokazuje pazurki.

True Detective – sezon pierwszy podobał mi się bardziej. Nie znaczy to, że drugi jest zły, po prostu tajemnicze kulty znacznie bardziej trafiają mi do wyobraźni niż biznesowe przekręty. Bohaterowie w jedynce też jakby ciekawsi byli, choć ci z dwójki może się jeszcze rozkręcą...

Sense8 – mam bardzo mieszane uczucia względem tego serialu. Momentami się na nim nudziłam, momentami perypetie bohaterów mnie wciągały, choć żadnej z postaci nie zdołałam polubić na tyle, żeby akurat dla niej oglądać dalej. Ale ja ogólnie nie przepadam za historiami, w których jest więcej niż dwóch-trzech głównych bohaterów, męczy mnie to przerzucanie się od jednego wątku do drugiego, bo ledwo człowiek się czymś zainteresuje, to się kończy, i przeskakujemy do następnej postaci. Dociągnęłam do siódmego (?) odcinka i dalej chyba nie dam rady, bo to serial z gatunku tych, które ogląda się w miarę dobrze jednym ciągiem, ale kiedy już człowiek oglądanie przerwie, nie ma ochoty wracać. A w każdym razie ja nie mam ochoty. Aha, i tak zupełnie na marginesie, ale rozczuliła mnie trochę ta „różnorodność made in Hollywood”, kiedy bohaterowie pochodzą z różnych kultur i mają różne seksualne orientacje (co się chwali, żeby nie było) – ale wszyscy co do jednego są śliczni jak z obrazka. ;>

Jonathan Strange i Pan Norrel – pisałam już o tej produkcji,  więc nie będę się powtarzać. Krótko: serial do końca trzyma wysoki poziom i zdecydowanie wart jest polecenia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz