niedziela, 19 lipca 2015

Polscy autorzy kryminałów

UWAGA, TEKST W KOŃCOWYCH AKAPITACH ZAWIERA SPOJLERY!!!


Mój pierwszy kryminał powinien ukazać się za jakieś pół roku, uznałam więc, że to ostatnia okazja, żeby obgadać paru polskich autorów tego gatunku (potem pewnie będzie mi głupio :P). Niżej wrzucam więc listę pisarzy polecanych, niepolecanych, i tych, którzy budzą we mnie mieszane uczucia.

Polecani:
Zygmunt Miłoszewski – zdecydowany numer jeden. Pod względem stylu, umiejętności tworzenia pełnokrwistych postaci, przygotowania merytorycznego itp. Miłoszewski zostawia daleko w tyle konkurencję. Przyczepić się można ewentualnie do intryg, ale i tu jest co najmniej dobrze.

Katarzyna Kwiatkowska – bardzo dobre kryminały retro (dziewiętnastowieczna Polska) w starym stylu, tzn. mamy ograniczony teren oraz detektywa-amatora wyjaśniającego zbrodnię. Fajny klimat, bohaterowie może rysowani cokolwiek grubymi kreskami, ale wiarygodni, plus za wiedzę historyczną autorki. Czytałam dwie części, druga jest trochę słabsza niż pierwsza, ale dalej godna polecenia. Przyjemna odmiana po współczesnych gangstersko-mafijno-sensacyjnych fabułach i jednocześnie mój cholerny ból zęba, bo nijak nie rozumiem, jakim cudem druga część nie znalazła normalnego wydawcy i musiała ukazać się w Novae Res.

Marcin Wroński – czytałam co prawda strasznie dawno temu, ale pamiętam, że wrażenia miałam pozytywne, więc ostrożnie mogę polecić.

Paweł Pollak – lubię tego autora głównie dlatego, że to poniekąd też kryminały w starym stylu. Nie z powodu klimatu retro czy detektywa-amatora (to współczesne powieści z policjantem w roli głównej), a dlatego, że wszystko podporządkowane jest tu śledztwu. Jasne, są inne wątki (np. całkiem oryginalnie pokazany rozwód głównego bohatera), ale ani na moment nie miałam wrażenia, że autor traci z oczu zagadkę, nie miałam nader częstego we współczesnych kryminałach wrażenia rozłażenia się fabuły, kiedy człowiek w pewnym momencie już nie wie, co czyta – czy powieść detektywistyczną, czy może obyczajówkę. Zakończenie „Gdzie mól i rdza” jest cokolwiek przekombinowane i powiedzmy że testu życiowego prawdopodobieństwa by nie zdało – co mieści się w konwencji, ale może przeszkadzać osobom przyzwyczajonym do większego realizmu. Plus za humor, który nie gryzie się z napięciem, plus za wartość rozrywkową – bo „Gdzie mól...” to właśnie solidna rozrywka. „Kanalia” jest już poważniejsza, z jednym wątkiem (motywacja mordercy) wychodzącym poza czystą pop-literaturę.

Wojciech Chmielarz – jak dla mnie może trochę za bardzo sensacyjne, ale i tak polecam. Wciągająca fabuła, pełnokrwiści bohaterowie, no i – last but not least – widać, że autor świetnie zna się na tym, o czym pisze.

Uczucia mieszane:
Marek Krajewski – kilkanaście lat temu, kiedy Krajewski zaczynał pisać, bardzo tego autora lubiłam. Dziś już lubię mniej, bo to pisarz, w przypadku którego bardzo cienka granica dzieli charakterystyczny styl od maniery. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Krajewski tę granicę dawno już przekroczył: jego fabuły są coraz bardziej odjechane, a co gorsza, autor się powtarza. Mnie chyba najbardziej razi jego stosunek do kobiet – za każdym razem, jak pojawia się jakaś młoda dziewczyna, to trzeba ją w jakiś sposób upodlić, robiąc z niej albo prostytutkę, albo ofiarę gwałtu, albo jedno i drugie. To jest... no, jakieś takie niezdrowe i odpychające, imho. Poza tym ten wieczny pesymizm też męczy, bo książki, gdzie wszystko jest ponure i źle się kończy, są w gruncie rzeczy tak samo nudne i przewidywalne jak te, w których z góry wiemy, że możemy oczekiwać happy endu.

Marta Guzowska – pierwsza książka mi się raczej podobała (choć nie bez zastrzeżeń), druga już nie, aczkolwiek może źle do niej podeszłam, bo nastawiłam się na normalny kryminał, a dostałam najwyraźniej parodię/czarną komedię. Trzecią rzuciłam w połowie, głównie ze względu na wyjątkowo irytującego głównego bohatera. Nie wiem, czy autorce chodziło o stworzenie „uroczego buca” – jeśli tak, to sorry, ale nie wyszło, facet koszmarnym bucem, owszem, jest, ale uroku nie ma za grosz. To postać, z którą człowiek nie chce mieć nic wspólnego, ani w życiu, ani w literaturze. Doceniam za to archeologiczne klimaty, które autorka dobrze zna – wykopaliska w Turcji w części pierwszej czy Grecja poza sezonem w trzeciej. Jeśli ktoś lubi oryginalne, dobrze oddane settingi, to polecam.

Ryszard Ćwirlej – bardziej fabularyzowany przewodnik po PRL-u niż kryminał, ale jeśli komuś zależy bardziej na klimacie lat 80-tych, to również mogę polecić. A wyjaśnienie, dlaczego w „Upiory spacerują na Wartą” morderca upitolił ofiarom głowy, do dziś budzi we mnie radość.

Niepolecani:
Marta Zaborowska – „Uśpienie” to najgorsza kryminalna książka polskiego autora, jaką znam, napisana strasznie drewnianym stylem, z papierowymi postaciami i naiwną fabułą. Nie mam pojęcia, jakim cudem powieść w ogóle zakwalifikowała się do wydania.

Katarzyna Bonda – a to z kolei chyba najbardziej przereklamowana autorka. Starałam się, naprawdę starałam zrozumieć, na czym polega jej fenomen, ale ostatecznie poległam na „Okularniku”. To moje trzecie i ostatnie spotkanie z książkami Katarzyny Bondy. Co prawda czytało mi się tę część lepiej niż „Pochłaniacza”, bo nie miałam tej przemożnej ochoty, żeby przeskakiwać kolejne strony (no, może czasem), a mimo to po zakończonej lekturze pozostałam z wrażeniem totalnego oszołomienia.
Na plus zaliczam tylko wątek historyczny – był najciekawszy, z najbardziej pełnokrwistymi postaciami.
Średnio wypada styl. Nie jest zły, ale nie jest też szczególnie dobry – te krótkie zdania jak rąbane siekierą, te nienaturalne dialogi: ile osób w rozmowie będzie nazywać przyjezdną kobietę od województwa, z którego przyjechała? „Dałem coś tam gdańszczance” – nie dość, że brzmi to dziwacznie, to język sobie można połamać...
Intryga natomiast to już czysta tragedia. „Okularnik”, podobnie jak „Pochłaniacz”, jest przegadany i strasznie mętny. Autorka zamiast budować napięcie wokół tajemnic, które już się pojawiły, mnoży tylko następne, aż kolejne zagadki zaczynają kanibalizować się wzajemnie – to tak, jakby napisać kryminał bez głównej intrygi, za to z mnóstwem luźno powiązanych wątków pobocznych, z których żaden nie jest specjalnie ciekawy. I żaden chyba jakoś szczególnie autorki nie interesuje, bo albo nie kończy ich wcale, albo kończy zdawkowym wyjaśnieniem, które przemyka gdzieś w tle – za przykład niech posłuży morderstwo dziewczyny z domu wariatów. Pada w pewnym momencie sugestia, że zabił ją brat (? – mało co jest tu jasne), ale nie dowiadujemy się, dlaczego, jak znalazł się w mieszkaniu Łukasza, czemu stylizował to zabójstwo na zabójstwa Czerwonego Pająka i skąd o nich właściwie wiedział itp. W rezultacie po lekturze człowiek zostaje z potężnym mętlikiem w głowie. Czy ktoś, kto „Okularnika” czytał, mógłby odpowiedzieć mi na następujące pytania:
Jaki był plan Bondarczuka, czemu się żenił, czemu podrzucał stare głowy (bo to on, tak?);
Kto porywał narzeczone i po co, co z tym wspólnego miała Osa;
Czemu jedna z tych porwanych (?) pojawia się na koniec i okazuje się, że musi się ukrywać;
Po co brat wampirzycy (?) ganiał po lesie Iwonę? Żeby zdobyć krew dla kliniki? Ale przecież tam mieli dobrowolnych dawców...
Kto i po co napadł kelnerkę z pizzerii;
Czemu przejęcie władzy musiało być tak krwawe, po cholerę obcinać Bondarczukowi głowę i wrzucać ją do kapusty?
Ok, można argumentować, że nie czytałam uważnie (od pewnego momentu faktycznie nie czytałam) i że wyjaśnienia (jeśli były) przegapiłam – ale, u licha, sam fakt, że zupełnie mnie nie obchodziło, o co w tej paradzie krwawych dziwności chodzi, to już jednak wina powieści.


Jeśli ktoś zna jeszcze coś ciekawego, chętnie przeczytam. Zwłaszcza interesują mnie kryminały bardziej tradycyjne, w stylu „morderstwo w małym miasteczku i tajemnice z przeszłości”, bez mafii, gangów, układów, odwołań do współczesności itp.

9 komentarzy:

  1. Po pierwsze też nie rozumiem dlaczego „Abel i Kain” wyszły w NR a „Zobaczyć Sorrento i umrzeć” (sidequel o narzeczonej Jana Morawskiego!) też w jakimś samizdacie… Mam nadzieję że Znak na dobre przytuli Morawskiego i przyjaciół do serca.

    Po drugie – polecanki.

    Sasza Hady – bardzo klasyczne kryminały dziejące się – a jakże – w Anglii. Bohater jest zwykłym policjantem, który ma pecha zostać sportretowanym przez swojego przyjaciela w jego powieściach jako superdetektyw… Wyszły dwa tomy – „Morderstwo na mokradłach” i „Trup z Nottingham”, trzeci podobno w lutym się kończył pisać. Wciąż czekam…

    Katarzyna Puzyńska – ostatnio wzięłam pierwszy tom na spróbowanie i wsiąkłam. Seria o policjantach z małej miejscowości pod Brodnicą. Spełnia zadane warunki połowicznie – akcja książek dzieje się współcześnie, ale popełniane zbrodnie z reguły mają zaczepienie wydarzeniach z przeszłości. Do tej pory wyszły cztery tomy, zaczyna się od „Motylka”.

    Maryla Szymiczkowa czyli Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński – „Tajemnica domu Helclów” to całkowita świeżynka, nie wiadomo czy będzie ciąg dalszy, ale chcę. Już sam pomysł żeby detektywem została duchowa siostra pani Dulskiej (OK, nieco mniej straszna) mnie porwał, a wykonanie dorównało pomysłowi.

    Tomasz Konatkowski – współczesne kryminały, zaczyna się od „Przystanku śmierć”, który był najlepszy. W kolejnych dwóch tomach było słabiej, ale mam zamiar dać szansę „Bazyliszkowi”, który wychodzi w sierpniu.

    Wiktor Hagen (aka Leszek Talko) – tu już nie obejdzie się bez uwikłania w najróżniejsze układy, ale może skompensuje ci to główny bohater, który mimo bycia policjantem nie jest rozwiedzionym alkoholikiem (hura!) tylko szczęśliwie żonatym ojcem bliźniaków (z piekła rodem). Trzy tomy, zaczyna się od „Granatowej krwi”.

    Po trzecie antypolecanka ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałam też napisać o Saszy Hady, ale już mnie ktoś ubiegł. I dobrze, polecam i ja.

    Co do Katarzyny Kwiatkowskiej, już na jesieni w Znaku kolejna część przygód Morawskiego, hura!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakiej jesieni, przecież ma być 12 sierpnia! Nie pisz, proszę, że znowu obsunęli cichcem…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, zajrzałam teraz na stronę Znaku i tam widnieje jednak początek sierpnia. Nie wiem, skąd mi się ta jesień wzięła.
      P.S. Miałam szczęście otrzymać książkę wcześniej i dzielę się wrażeniami na blogu, jeśli chcesz poczytać, podam linka.

      Usuń
    2. Agnieszko, bo to jak w wierszu Andrzeja Waligórskiego:

      "Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!
      A był sierpień. Pogoda prześliczna.
      Wszystko w złocie trwało i w zieleni"

      Sierpień mnie też zawsze już pachnie jesienią :-)

      Ja również polecam Saszę Hady, szczególnie pierwszy tom, zaś z przymrużeniem oka, humorystyczno-kryminalnie bardzo lubię Martę Obuch i Olgę Rudnicką.

      Usuń
  4. Wroński i Chmielarz -- jak najbardziej. Po "Gniewie" Miłoszewski mi przeszedł, a i na wcześniejsze jego dokonania patrzę bardziej krytycznie.

    Polecić warto Gaję Grzegorzewską, Annę Fryczkowską i Jakuba Szamałka (choć ten ostatni to raczej historyczna sensacja niż kryminiał).

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie skończyłam "Ślebodę" Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. Rzecz bardzo klimatyczna, współczesna, ale z odniesieniami do przeszłości. Zdecydowanie warta przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
  6. Popieram, "Śleboda" warta jest przeczytania. Nie jest to książka-ideał, ale można znaleźć pewne walory - góralskie klimaty i wątki z przeszłości (ale dość wiarygodne, żadne tam rodzinne przegięte zwyrodnialstwa w stylu skandynawskim).
    Z kolei "Żniewiarz" Gai Grzegorzewskiej to klasyczny do bólu (jest nawet przedpotopowa scena, gdzie detektyw wyjaśnia zebranym zagadkę i opowiada o mordercy!) kryminał, rozgrywający się na polskiej prowincji. Akcja toczy się gładko, wszystko opisane jest (wg mojego niefachowego oka) sprawnie, ale nie urzekły mnie postacie. Główna bohaterka-detektywka jest nieprzemyślaną kreacją. Za dużo w niej skrajności, niewiarygodności, a w sumie lubić się jej też nie da (nienawidzić też nie, gwoli sprawiedliwości).
    Jeszcze zahaczyłam o "Śmierć w klasztorze" A. Stawskiej. Też jest klasycznie i prowincjonalnie, a główną gliniarą jest znowu kobieta - dość przyjemna postać. Troszkę na minus zapisuję fakt, iż zgadłam osobę mordercy jeszcze przed połową lektury - a nie jestem orłem detektywistycznym! :(

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki za namiary na fajnych autorów - większość znam, ale jest parę nowych nazwisk :)
    Dodam jeszcze kilka niewymienionych. Kryminały historyczne - Piotr Schmandt ("Pruska zagadka", "Fotografia" i "Gdański depozyt", pierwsza najlepsza), Aneta Ponomarenko (Strażnik skarbu" i "Dom śmierci" - trochę za dużo historycznych szczegółów, ale wydaje mi się, że fabuła ciekawa) i Paweł Jaszczuk, cykl o detektywie Sternie. A z niepolskich historycznych - Frank Tallis i cykl "Zapiski Liebermanna" (pierwsza część "Śmiertelna intryga" - aż się dziwię, że wpadłam na to w jakimś namiocie z książkami za 5 zł, a to są świetnie napisane powieści, z akcją w Wiedniu na początku XXw.) Ze współcześniejszych P.M.Nowak "Ani żadnej rzeczy", J.Klejnocki "Opcje na śmierć"i Z.Małopolska "Morderstwo tuż za rogiem" - może nie są jakieś najświetniejsze, ale dobrze napisane i ciekawe.

    OdpowiedzUsuń