piątek, 31 lipca 2015

Polscy autorzy kryminałów, część 3

Tym razem trafiło na "Motylka" Katarzyny Puzyńskiej.

TRADYCYJNIE - UWAGA NA SPOJLERY!!!

Ha, znalazłam wreszcie polską autorkę, która potrafi pisać kryminały! Pod względem samego prowadzenia akcji Katarzyna Puzyńska bez najmniejszych problemów bije na głowę takie jak autorki jak Bonda czy Guzowska - intryga nie rozłazi się na boki, napięcie ani na moment nie spada, autorka wie, kiedy coś wyjaśnić, a kiedy wręcz przeciwnie - podrzucić nową zagadkę (nie mnożąc ich bezsensownie jak Bonda) i nie gubi wątków, a na końcu wszystko splata się w całość. Chapeau bas, bo choć "Motylek" ma kilka wad (o których za moment), to jest to jednocześnie poziom niedostępny dla wielu znacznie bardziej znanych autorów. Jak na debiut - jest dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Jest przy tym "Motylek" książką, która podobnie jak "Pustułka" wymaga założenia, że "to taka konwencja", bo wrażenie umowności jest tu dość silne. Puzyńska podobno wzorowała się na Camilli Lackberg i moim zdaniem wyszło naprawdę nieźle, choć szwedzka autorka  pisze jednak bardziej "serio" i "realistycznie" (przy wszystkich umownościach) - a może tylko tak mi się wydaje, bo polskie realia znam, a szwedzkich nie? W każdym razie powieści Lackberg, przynajmniej te pierwsze, mają jednak większy ciężar emocjonalny, w "Motylku" wszystkie te tragedie z przeszłości są strasznie umowne, ot, tyle tu dramatu, żeby czytelnik dobrze się bawił przy rozwiązywaniu zagadki. Wątek retrospekcyjny jest przy tym najsłabszy, ale o tym też za chwilę.

Postaci są najróżniejsze, czasem bardzo proste, niemal na granicy karykatury (grupa miejscowych bogaczy, policjant-damski bokser), czasem zwyczajnie proste, czasem z jakimś ciekawym rysem (Bartek, syn policjanta), czasem oryginalne (komisarz Kopp, której nietypowość jest aż do przesady podkreślana). Ale nawet ci bardzo sztampowi bohaterowie dają się na czas lektury lubić/nie lubić (w zależności od założenia) więc jest ok. Przy czym książka jest też dość nierówna, niektóre sceny wypadają wiarygodnie, w niektórych sztuczność aż zgrzyta - jak wtedy, gdy ksiądz przyznaje się do zgwałcenia piętnastolatki (wypadło tak fałszywie, że serio zastanawiałam się, czy facet się nie wygłupia albo nie kryje kogoś). Tak czy inaczej książka broni się przede wszystkim jako kryminał, czyli zagadka do rozwiązania, pogłębionych charakterów czy realizmu raczej nie ma co szukać.

A teraz trochę szczegółowego czepialstwa:
Czemu policjanci nie przepytali blogerki, ewidentnie wiedzącej o morderstwach znacznie więcej niż powinna wiedzieć przeciętna osoba?
Czemu zakonnica nosiła w portfelu imię i nazwisko zgwałconej dziewczyny, zapisane na kartce? (odpowiedzi: "Bo to ważny trop" nie przyjmuję) Bała się, że w czasie podróży z Warszawy zapomni, o kim chce właściwie rozmawiać?
Cały wątek retrospekcyjny jest totalnie niewiarygodny, to zdecydowanie najsłabszy element książki. U Lackberg te retrospekcje też mają różny poziom, ale jednak wszystko jakoś bardziej się klei, wiadomo, kto co zrobił i dlaczego. W "Motylku" natomiast dostajemy warszawskiego szanowanego lekarza, który w pierwszej scenie prawi wiejskiej pannie komplementy, w następnej, już z nią ożeniony, traktuje dziewczynę jak szmatę, w kolejnej morduje ją przy pomocy pielęgniarki (??), żeby zabrać dziecko, a dalej zamyka to dziecko na osiemnaście lat w domu, serio licząc, że po wypuszczeniu chłopak ot, tak uda się na uniwersytet i z marszu skończy medycynę. Nie ogarniam, po prostu nie ogarniam. I nie mówcie mi, że facet to "sadysta i wariat, więc wszystkiego można się po nim spodziewać" nawet sadyści mają swoje motywacje, a ja bardzo chciałabym poznać motywy oraz sposób myślenia tego człowieka.
Zresztą to nieszczęsne trzymanie dziecka w domu do osiemnastki rodzi kolejne wątpliwości - czy do pójścia na studia w latach 70-tych zeszłego stulecia nie była przypadkiem wymagana matura? Skąd chłopak ją miał? Co z obowiązkiem szkolnym? Ojciec uczył go w domu przez całą podstawówkę i liceum? Wszystkich przedmiotów? Lekarz-ginekolog? I nikt nie zainteresował się, że zdrowy chłopak w ogóle nie wychodzi na zewnątrz? To przecież XX wiek a nie średniowiecze, kiedy pan na zamku mógł zamknąć w komórce krewniaka i nikt mu nie podskoczył. Nie mówiąc już o tym, że lekarz, choćby i najlepszy, nie był chyba w PRL aż taką szychą, żeby sobie na takie rzeczy pozwalać. Nie kupuję tego wątku.
Nie kupuję też Lipowa jako całości. Jak duża jest właściwie ta wieś? Mają komisariat z czterema policjantami i salą konferencyjną (!) oraz zakład fryzjerski - czyli musi być spora. Ale mają też tylko jeden, słownie JEDEN sklep, w dodatku otwarty od czasu do czasu, jak się właścicielce zachce. Też tego nie kupuję. We wioskach, które znam, komisariatów ani fryzjerów nie ma w ogóle, a za to spożywczaki są dwa-trzy, czasem nawet większy, samoobsługowy.
Uff, poczepiałam się, ale nadal podtrzymuję to, co napisałam na początku: "Motylek" to fajna, wciągająca książka, w sam raz dobra rozrywka na wakacje. Mam nadzieję, że kolejne powieści tej autorki są jeszcze lepsze.
 
"Tajemnicy domu Helclów" jeszcze nie skończyłam, czytam z Kindle'a, więc głównie w autobusach i na przystankach.

2 komentarze:

  1. To ja dorzucę, że w PRL był chyba obowiązek szczepień i bilansów małego dziecka, więc nijak się nie dało maluch ukryć przed światem.
    Ale książkę zapisałam, bo mi potrzeba dobrych kryminałów :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z opinią o książce. "Motylek" jest nierówny i mało wiarygodny momentami, ale jako odskocznia od Szwecji / Anglii / USA (czyli zwyczajowe miejsca akcji kryminałów) może być. Z polskich kryminałów bardziej podobała mi się "Śleboda" M. i M. Kuźmińskich z bardzo dobrze oddanymi, górsko-góralskimi klimatami. Też nie bez wad w warstwie psychologicznej, za to nadrabia klimatem Zakopanego i wątkami retrospekcyjnymi (Goralenvolk i czasy drugiej wojny światowej).
    Nasi południowi sąsiedzi, tj. Słowacy, też mnie ostatnio zachwycili kryminalnie:) - a konkretnie "Czerwonym kapitanem" Dominika Dana. Miło dla odświeżenia poczytać czasem o zbrodniach popełnionych nie na sielankowej angielskiej wsi czy w slumsach Nowego Jorku, ale w (czecho)słowackim mieście - akcja toczy się bowiem w czasach przemian ustrojowych.

    OdpowiedzUsuń