sobota, 30 maja 2015

Przegląd seriali 4

Daredevil
To chyba najgłośniejsza serialowa premiera ostatnich miesięcy. Najgłośniejsza i jednocześnie bardzo chwalona, do oglądania przystąpiłam więc z nadzieją, ale i pewnymi obawami (duże nadzieje mają to do siebie, że łatwo je zawieść). Początek wydał mi się dość typowy, niemniej od drugiego-trzeciego odcinka akcja zaczęła się rozkręcać i naprawdę się wciągnęłam. „Daredevil” to serial o tyle zaskakujący, że z jednej strony zawiera wszystkie sztampowe elementy charakterystyczne dla takich produkcji (np. pytanie, czy pozytywny superbohater nie jest aby niepokojąco podobny do głównego villaina itp), a jednak udaje mu się je podać tak, że widz ma wrażenie obcowania z czymś świeżym i co ważniejsze, emocjonującym. W zasadzie tylko retrospekcje z dzieciństwa Daredevila wydały mi się nieco zbyt łzawo-banalne, by się nimi przejąć, co do reszty jestem jak najbardziej na „tak”. A raczej byłam, mniej więcej do ósmego odcinka. Dziewiąty obejrzałam, zmuszając się do tego, na dalsze nie mam ochoty. I to nie jest w żadnym stopniu wina serialu, tylko moja. Co się stało? Przyznaję, że sama nie do końca rozumiem tę nagłą utratę zainteresowania, jedyne wyjaśnienie, jakie przyszło mi do głowy, jest takie, że w opowieściach najbardziej interesuje mnie rozstawianie pionków na szachownicy, odkrywanie powiązań między postaciami, domyślanie się, o co toczy się gra itp. Główna rozgrywka, czyli starcie pozytywnego bohatera ze złoczyńcą i jego wynik nie interesują mnie zupełnie – a w „Daredevilu” właśnie mniej więcej na etapie dziewiątego odcinka już wiadomo, kto jest kim, kto jakie ma motywacje, co jest stawką itp. Co będzie dalej, już mnie nie obchodzi. Drogie Bravo, czy coś jest ze mną nie tak?

Jonathan Strange i Pan Norrel
Po dwóch odcinka jestem bardzo zadowalona. Jasne, sporej części uroku książki (np. tych długaśnych przepisów) nie dało się przełożyć na ekran, ale i tak serial ma całe mnóstwo pełnej wdzięku „angielskości” (czyż sceny, w których bohaterowie serio rozważają, czy uprawianie magii to zajęcie godne dżentelmena, nie są zachwycające?). Poza tym znakomicie dobrani aktorzy, piękne krajobrazy, humor i odrobina grozy (bal u faerie potrafi wywołać ciarki). A, i widać, że ktoś włożył w ten serial trochę kasy, bo magia naprawdę robi wrażenie. Gadające kamienne figury w pierszym odcinku wyglądały jeszcze trochę sztucznie, ale już scena na plaży w drugim to sam miód.

Wayward Pines
Obejrzałam pierwszy odcinek i jest średnio. Na plus zapisuję, że – mimo iż czytałam wcześniej książkę, więc wiem, o co w tym wszystkim chodzi – oglądało się całkiem nieźle. Na minus, że twórcy serialu za szybko zdradzają tajemnice, od początku wiadomo, że z miasteczkiem jest „coś nie tak”, mieszkańcy wobec przybysza nawet nie próbują udawać normalnych, tylko zachowują się trochę jak karykaturalni „źli” z horrorów klasy B (zwłaszcza pielęgniarka), przez co prawdziwej grozy jest tu niewiele. W dodatku  Matt Dillon z tymi szramami na twarzy kojarzył mi się z monstrum Frankensteina z filmów z Borisem Karloffem, co tak jakby zaburzało odbiór serialu.

Penny Dreadful
Lubię ten serial, ale coraz bardziej zastanawiam się, czy twórcy wiedzą, dokąd z tym wszystkim jadą. Vanessa, która w pierwszym sezonie była a) inkarnacją jakiejś szemranej egipskiej bogini, b) opętaną (okresowo) przez demona ofiarą, c) medium, teraz jeszcze do kompletu okazuje się czarownicą – nie za dużo grzybków w tym barszczu? W dodatku widać dziury pomiędzy tym sezonem, a wcześniejszym, np. Vanessa powinna przecież poznać madame Kali, skoro widziała ją już wcześniej jako czarownicę. Poza tym nie rozumiem, na co właściwie liczył Frankenstein, ożywiając Bronę. Ok, może i faktycznie Vanessa jej nie pozna (kobieta najwyraźniej ma słabą pamięć do twarzy), ale Ethan? Panowie kumplują się, można więc śmiało założyć, że amerykański wilkołak w Londynie prędzej czy później spotka „kuzynkę” doktora i co wtedy? Nie mówiąc o tym, że Brona może odzyskać pamięć (Proteusowi wspomnienia przecież wracały) i wtedy młody lekarz będzie w głębokiej d... Poza tym wątek Doriana tradycyjnie nie ma związku z resztą historii, klimat jak zwykle fajny, na plus zapisuję też wciąż interesujące (chociaż cokolwiek „przedobrzone”) postacie oraz fakt, że monstrum Frankensteina wreszcie przestało sprawiać cokolwiek schizofreniczne wrażenie dwóch osób w jednej, więc można bardziej przejąć się jego losami. Wrażenia ogólnie na plus, ale weźcie pod uwagę, że nie oglądam tego dla logiki czy prawdopodobieństwa, tylko dla nastroju, bohaterów i krwawej malowniczości. 

2 komentarze:

  1. A mnie Daredevill zwyczajnie znudził, i to już bodaj w 4 odcinku, tą sztampowością właśnie, Penny Dreadful całkiem niezłe, ale, zgadzam się, trochę przepompowane pomysłami i chaotyczne. Strange i Norrel sobie zapisuję, nie wiedziałam, że już to grają:)

    OdpowiedzUsuń