niedziela, 10 maja 2015

Avengers: Age of Ultron

Obejrzałam „Avengers: Age of Ultron”, pełnoprawnej recenzji nie będzie, bo, po pierwsze, jest niedziela i jestem leniwa, a po drugie, mam problem z pisaniem recenzji filmów z tego uniwersum, bo one właściwie są dla mnie takie same. Albo przynajmniej bardzo podobne, jakby gdzieś w Hollywood istniał komputer, sklejający te wszystkie produkcje z gotowych elementów, dorzucający w odpowiednich miejscach garść zabawnych one-linerów, patos i oczywiście efekty specjalne, oraz wymyślający, kto tym razem na krótko będzie planował przejąć władzę nad światem/zniszczyć ludzkość/przejąć ważny artefakt/co tam jeszcze złoczyńcy robią. Co zresztą wcale nie znaczy, że to są złe filmy, wręcz przeciwnie, na poziomie czysto rzemieślniczym to niezły kawałek rozrywki: żarty bawią, akcja wciąga na tyle, żeby człowiek się nie nudził, bohaterowie (przynajmniej większość) są na tyle sympatyczni i wyraziści, że dają lubić itp. Brakuje w tym tylko, bo ja wiem, może odrobiny oryginalności, może zwyczajnie czegoś w rodzaju duszy (jeśli filmy mają duszę), która wyniosłaby Avengersów ponad poziom dobrze skrojonej gumy do żucia dla oczu, o której zapomina się w pięć minut po seansie. Pod tym względem zresztą „Age of Ultron” to stany niższe średnie, imho, czyli film nadal oglądalny, ale słabszy niż jego poprzednik. Niżej garść refleksji, UWAGA, SPOJLERY:

Scenariusz wydał mi się nieco chaotyczny, bo momentami miałam problem z załapaniem, co właściwie się dzieje. Ok, może to moja wina, albowiem gdyż nie ukrywam, że przy długich scenach akcji/rozwalania czegoś/strzelaniny itp. w pewnym momencie zazwyczaj się wyłączam i zaczynam myśleć o czymś innym.

Ultron jako główny zły sprawdza się kiepsko, bo ani przez moment nie miałam wrażenia, że jest jakimkolwiek realnym zagrożeniem dla bohaterów. Zresztą, to jest chyba problem ogólny z Avengersami – oni są tak zarąbiści, mają tak niesamowite umiejętności, że trudno sobie wyobrazić godnego ich przeciwnika (chociaż, z drugiej strony, Loki sobie jakoś poradził).

Broni się w tym filmie humor, żarty były naprawdę fajne (z jakiegoś powodu bawiły mnie najbardziej te związane z młotem Thora).

Całkiem ładnie, w drobnych scenach, pokazano jak bohaterowie ze sobą współpracują (Thor uderzający młotem w tarczę Kapitana).

Rodzina Hawkeye’a mnie z lekka zaskoczyła, w sumie chyba na plus, banalne to, ale ma swój urok i jest w tych scenach trochę autentycznych emocji.

Żadnych emocji nie ma natomiast w wątku Bruce/Natasza, który jest tak strasznie wysilony, tak bardzo pomiędzy postaciami nie ma chemii i tak żenujące są dialogi tej dwójki, że serio momentami miałam ochotę zatkać uszy i zamknąć oczy. W dodatku nawet jeśli wcześniej coś tam zapowiadało wzajemne zainteresowanie pary (rozmowa przy werbowaniu Hulka), to na pewno nie do tego stopnia, że teraz nagle wszyscy ich znajomi są absolutnie pewni, że Bruce i Natasza mają się ku sobie, i głośno o tym mówią, a widz zostaje z oszołomionym wyrazem twarzy: ale co, jak, dlaczego? zupełnie jakby ze scenariusza wycięto część materiału, gubiąc przy tym prawdopodobieństwo postaci. A Bruce wygląda na równie oszołomionego, co widzowie, i przez większość czasu sprawia wrażenie, jakby nerwowo kombinował, jakiego pretekstu użyć, żeby kobieta się od niego odczepiła. Mam wrażenie, że chyba nie do końca o to chodziło.

Rodzeństwo Maximoff wypada średnio, tzn. niby próbowano dodać im głębi, ale jak dla mnie nie bardzo wyszło, on nie ma nawet na tyle charakteru/uroku/czegokolwiek, żeby żałować go, kiedy ginie, ona jest ładna i ma fajne ciuchy – i w zasadzie tyle, bo cała ta przemiana w Avengersa jest strasznie sztampowa i po łebkach.

Nie poznaję Kapitan bez jego wdzianka oraz tarczy. Serio, jak pojawił się na imprezie w zwyczajnej koszuli, to dopiero po kilku minutach załapałam, kim jest ten facet – co prawdopodobnie obrazuje mój stosunek do tej postaci.


Wrażenia ogólnie mam mieszane, bawiłam się nieźle i nie żałuję, że poszłam do kina, ale drugi raz nie mam zamiaru tego oglądać.

1 komentarz: