sobota, 2 maja 2015

10 mitów o pisaniu i wydawcach

Ponieważ mam chwilowo trochę wolnego czasu (pytanie, jak długo), wracam do cyklu „O pisaniu”. Dziś - na dobry początek - będzie wpis o tym, co ludzie myślą na temat wydawnictw i wydawania ogólnie. Poniżej dziesięć mitów, z którymi spotykam się najczęściej.

1. Wydawcy nie chcą debiutantów, jak taki  przysyła im książkę, to tekst bez czytania ląduje w koszu. Bardzo rozpowszechniony mit, szczególnie podtrzymywany przez tych, którzy do wydawnictw coś wysłali i nie doczekali się odpowiedzi. Ale... jeśli debiutanci nie mają szans, to skąd biorą się nie-debiutanci? Lęgną się ze słomy zgniłej, jak myszy u Sapkowskiego? No przecież nie, każdy pisarz kiedyś musiał debiutować. Jasne, znany autor, wysyłając tekst, niewątpliwie ma łatwiej, jednak to nie znaczy, że ten początkujący jest z góry na straconej pozycji. Przede wszystkim debiutantami są zainteresowane wydawnictwa nowe na rynku, które dopiero zbierają grupę „swoich” autorów (zerknijcie na stronę Genius Creations, tam są prawie same jeszcze nieznane nazwiska), ale i w starszych, większych wydawnictwach można się przebić – ot, taka Fabryka Słów, która ma już przecież Grzędowicza, Pilipiuka, Kossakowską itp., więc można by pomyśleć, że po co im inwestowanie w debiutanta, wydała ostatnio książkę Michała Gołkowskiego. Bo był wystarczająco dobry, żeby z tymi tuzami konkurować.

2. Drukują tylko znajomych. Też bardzo rozpowszechniony mit i też z czapy wzięty. Wydawcy nie są idiotami i chcą na książkach zarabiać, więc nie będą publikować kiepskiej literatury krewnych-i-znajomych-królika zamiast dobrej obcych ludzi. Znajomości w wydawnictwie są pożyteczne, owszem, bo dzięki nim prawdopodobnie dostaniemy odpowiedź szybciej, nie mówiąc już o tym, że W OGÓLE ją dostaniemy (sporo wydawnictw niechcianych autorów zwyczajnie olewa). Ale znajomości nie zapewnią nam publikacji.

3. Drukują tylko pulpę, żeby zarobić. Też nie. Znaczy, oczywiście, wydawcy chcą zarabiać, ktoś, kto publikowałby same nieprzynoszące zysku książki, po paru miesiącach poszedłby z torbami, a jakby nie o to chodzi. Ale wcale niekoniecznie wydawca musi zarobić na każdej pozycji. Czasem wystarczy mu, że wyjdzie na zero. Zdarza się nawet, że wydawca decyduje  się wydać książkę, o której z góry wie, że na niej nie zarobi – bo książka mu się podoba (sama tak jedną powieść wydałam – kto zgadnie którą? ;). Niektóre wydawnictwa mają celowo dwie „linie produkcyjne” – „rozrywkową”, żeby zarabiała dla nich kasę, i „ambitną”, żeby robiła dobrą markę. Jak wydawnictwo MAG, które wypuściło na rynek „Eragona” po to, żeby móc wydać serię „Uczta Wyobraźni” (to przykład z książkami zagranicznymi, ale w przypadku polskich też się zdarza – zobaczcie, co wydaje Literackie). A niektórym zwyczajnie udaje się zarabiać na bardziej ambitnej literaturze, bo to nieprawda, że sprzedaje się tylko i wyłącznie pulpa. Na poletku okołofantastycznym Dukaj i Orbitowski piszą książki trudne i mało rozrywkowe, ale jakoś nie narzekają na ilość czytelników, a każdy wydawca weźmie ich książkę z pocałowaniem ręki. Na poletku mainstreamowym podobno sama nominacja do Nike (nie mówiąc o nagrodzie)  potrafi znacząco podnieść zainteresowanie daną pozycją.

4. Wydawcy to banda głąbów, którzy nie poznaliby dobrej książki nawet gdyby wyskoczyła z krzaków i kopnęła ich w dupę (znowu Sapkowski, żeby nie było, że wulgarna jestem). Nieprawda. Wydawcy są różni, jedni to prawdziwi pasjonaci, którzy na literaturze zjedli zęby, inni traktują wydawanie jak sprzedawanie kartofli – biznes to biznes. Ale nawet ci drudzy mają na tyle przytomności umysłu, żeby na stanowisku selekcjonera nadsyłanych tekstów zatrudnić kogoś, kto o książkach ma pojęcie.

5. Kradną książki. Chyba najbardziej absurdalny mit, jaki kiedykolwiek słyszałam. Przy czym istnieją dwie jego wersje. Pierwsza mówi, że kradnie się teksty debiutantom po to, żeby wydać je pod nazwiskiem znanych pisarzy. Rozumiecie, Sapkowski chwilowo nie ma pomysłu, więc Supernova bierze książkę Iksińskiego i wydaje jako Sapkowskiego. Kompletny bezsens, żaden znany autor nie poszedłby na taki układ (za duże konsekwencje, jak już sprawa wyjdzie na jaw – a prawie na pewno wyjdzie). Poza tym, no wiecie, znani pisarze są znanymi pisarzami między innymi dlatego, że mają własne dobre pomysły i sami potrafią pisać – nie potrzebują do tego kogoś innego. Druga z kolei wersja mówi, że kradnie się teksty debiutantom po to, żeby wydać je pod nazwiskiem debiutanta-oszusta. Też bez sensu, debiutanckie książki rzadko kiedy są hitem, najczęściej obiecujący autor zaczyna się dobrze sprzedawać w okolicach trzeciej-czwartej książki. I co wtedy? Wydawca pójdzie do okradzionego autora i powie mu: niech pan dopisze jeszcze dwie części do tego wcześniejszego, a ja je też ukradnę i na tym wreszcie zarobię? Absurd. Plus to, o czym wspomniałam wyżej, czyli ryzyko wykrycia takiego szwindla jest potwornie wysokie. Okradziony autor ma przecież internet (każdy ma) i śledzi rynek (jeśli pisze np. fantastykę, to prawdopodobnie też ją czyta i wie, co nowego się ukazuje), więc się zorientuje, jeśli gdzieś ukaże się, choćby i pod zmienionym tytułem, jego książka. I nie będzie miał problemu z udowodnieniem, że to jego, bo przecież ma kopie maili wysyłanych do wydawnictw, ma tekst na dysku, a często też kumpli, którzy poświadczą, że dzieło czytali na długo przed wydaniem. Nie mówiąc o tym, że – kradnąc – wydawca naraża się, że to samo dzieło może ukazać się równolegle pod nazwiskiem prawdziwego autora – bo przecież delikwent nie wie, że został okradziony, i pewnie wysłał też książkę do innych wydawnictw. Czyli nagle mamy na rynku dwie identyczne (albo prawie identyczne) pozycje, wydane pod nazwiskami dwóch różnych autorów. Serio komuś się wydaje, że nikt tego nie zauważy?

6. Nie czytają nadsyłanych tekstów. No, tu różnie bywa. Na pewno nie wszyscy czytają wszystko, bo czasem zwyczajnie brakuje na to czasu. Zdarza się, że w wydawnictwach recenzenci nie czytają całości, tylko początek i jeśli ten jest nudny/pełen błędów, dzieło ląduje w koszu (dlatego tak ważne jest, żeby pierwsze strony były dopracowane). Zdarza się, że wydawnictwo „się zatka”, bo spłynie do niego za dużo tekstów i w związku z tym decydenci postanowią, że przez jakiś czas nie będą nowych propozycji przyjmować (niektórzy informują o tym na swoich stronach, inni nie). Zdarza się, że z jakichś powodów nadesłany tekst zgubi się/wyląduje na końcu kolejki i do początku albo nigdy nie dotrze, albo dotrze dwa lata później – tu często są winni sami autorzy, którzy nie przestrzegają zaleceń z zakładek „dla autorów/wydaj u nas/itp.”. Jeśli  wydawnictwo życzy sobie, żeby wysłać im 30% powieści+konspekt, jedno i drugie jako rtf, a maila zatytułać „propozycja wydawnicza”, my zaś wyślemy całość bez konspektu, w jakimś odczapistym formacie, maila natomiast nazwiemy „moje genialne dzieło”, to naprawdę nie dziwmy się, że odpowiedzi nie dostaniemy wcale albo dostaniemy ją znacznie później niż inni autorzy. Nieprawdą natomiast jest, że nieczytanie to powszechna praktyka w wydawnictwach. Tak na moje oko – jeśli wyślemy książkę do dziewięciu wydawnictw, to w trzech nas oleją, w trzech przynajmniej zerkną na początek, a w trzech przeczytają porządnie.

7. Pisząc, można zrobić szaloną karierę. Młodzi autorzy (najczęściej chłopcy) mają czasami taką naiwną wizję pisarza jako celebryty, wiecie, fanki mdleją i rzucają bielizną na spotkaniach, pieniądze płyną nieprzerwaną strugą, Hollywood kupuje prawa do książki itp. Jasne, na pisaniu da się zarobić i autor może być znaną osobą, ale po pierwsze, naprawdę rzadko zyskuje się taki poklask po pierwszej wydanej powieści, najczęściej, żeby osiągnąć jako-taką pozycję na rynku, trzeba kilku książek i paru lat pracy. Po drugie nawet bardzo znany pisarz to jednak nie ten poziom „celebryctwa” co, powiedzmy, występujący w dowolnym serialu aktor. Jeśli więc ktoś pisze po to, żeby być bogatym i wyrywać panienki, lepiej niech zajmie się czymś innym.

8. Lepiej wydawać się samemu niż w wydawnictwie. Tu niektórzy liczą w ten sposób, że wydawnictwo da ci jakieś 10% od sprzedanej książki (w przypadku debiutanta, znani autorzy mają więcej), a jak się wydasz samemu, to możesz mieć nawet 100%! Jasne, tylko gdzie koszty druku, redakcji i korekty (bo przecież chcecie mieć redakcję i korektę, prawda?), gdzie dystrybucja i reklama, żeby ludzie w ogóle mieli szansę o waszym dziele się dowiedzieć? Książki wydawane tradycyjnie są w księgarniach, empikach itp. i sprzedają się, w przypadku debiutantów, w nakładach 1000-2000 egzemplarzy (często więcej). Autorzy, którzy wydają się sami, sprzedają swoje książki przez własne strony internetowe, wśród znajomych, na stoiskach konwentowych itp. – i jeśli uda im się dociągnąć do 100 sprzedanych sztuk, to już jest spory sukces. To teraz sobie policzcie, co się bardziej opłaca.

9. Za wydanie trzeba zapłacić. E, nie. Prawdziwe wydawnictwo płaci autorowi, a nie bierze od niego pieniądze. Kasę chcą szemrane firemki, które wmówią największemu grafomanowi, że napisał genialne dzieło, tylko po to, żeby na nim zarobić. „Współfinansowanie” to  ściema. Przez portale crowfundingowe przewijają się autorzy i autorki, którzy płaczą ze szczęścia, że „wydawnictwo doceniło moją powieść, teraz potrzebuję już tylko 7 tysięcy, żeby ją wydać, proszę, pomóżcie”. No więc sorry, ale nie. Nikt nie docenił twojego dzieła, gdyby książka była totalnym gniotem, też by ją pochwalili, bo – uwaga, uwaga – chcą twoje pieniądze. Jeśli książka jest naprawdę dobra, nie musisz w nią inwestować – wydawca zrobi to za ciebie. (Ok, wiem, są wyjątki – ale wyjątek to wyjątek).

10. Wydawcy są nieuprzejmi i jeśli wyślesz książkę, która nie przypadnie im do gustu, to narażasz się na zjechanie z góry na dół. Bzdura. Pomijając już fakt, że w większości wydawnictw jednak pracują ludzie na poziomie, nikt nie ma czasu na pisanie sążnistych obraźliwych maili do odrzuconych autorów. Jeśli książka się nie spodoba, nie dostaniesz odpowiedzi w ogóle albo dostaniesz z automatu (Nie jesteśmy zainteresowani propozycją itp.). Grzechem wydawców jest olewanie autorów, a nie niegrzeczność.

I tym optymistycznym akcentem kończę, do następnego odcinka. ;)

4 komentarze:

  1. Dziękuję za ten wpis. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej!

    Ja w dużym stopniu zgadzam się i mam podobne oczekiwania wobec pisania, jak przedstawił to autor wpisu. Osobiście właśnie zleciłem wydruk pierwszej partii w wrocław drukarnia.
    Czuję ogromną satysfakcję, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z wyżej przedstawionych mitów.

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja swoją drogą zapytam, jako, że takie pytanie przyszło mi do głowy kiedy wypełniałem swoje pity 2016. W jaki sposób rozlicza się podatkowo książki wydane przez wydawcę? Otrzymuje się od niego jakiś pit?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pity przychodzą normalnie pocztą.

      Usuń