wtorek, 21 kwietnia 2015

Ja kontra „Florystka”

UWAGA, SPOJLERY! (ZDRADZAM, KTO ZABIŁ!!!) TO NIE JEST RECENZJA, TYLKO ZBIÓR LUŹNYCH REFLEKSJI, WIĘC CZYTACIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!!!


Po pozytywnym doświadczeniu z twórczością Miłoszewskiego, postanowiłam dać szansę innemu polskiemu autorowi kryminałów (czy raczej w tym przypadku: autorce) – i wybrałam Katarzynę Bondę. Kiedyś, dawno temu próbowałam przeczytać „Sprawę Niny Frank” i poległam po pierwszych paru stronach, dziś już nie pamiętam nawet, czemu, możliwe, że nie była to wina książki, tylko moja, więc krytykować nie zamierzam.
Potem podjęłam próbę zmierzenia się z  „Pochłaniaczem”. Książkę eee... tak jakby przeczytałam. Mniej więcej. :P Znaczy, gdzieś po trzydziestu stronach poczułam nieodpartą ochotę, by przeskakiwać niektóre fragmenty i tak przeskakując, dotarłam do końca, ale obawiam się, że mój poziom zrozumienia intrygi może być cokolwiek marny, więc w sumie też nie mogę się wypowiadać.
Wykazawszy się jednak uporem, stwierdziłam, że do trzech razy sztuka i pożyczyłam z biblioteki „Florystkę”, z twardym postanowieniem, że tym razem przeczytam porządnie, od deski do deski.
Przeczytałam, aczkolwiek miewałam przy tym chwile cierniste...
Nie, żeby książka była zła, bo jest tu całkiem sporo ciekawych rzeczy – ale niestety, giną one wśród zupełnie niepotrzebnych wątków i w zalewie trzecio- i czwartoplanowych postaci, które poznajemy ze szczegółami takimi jak to, że jakaś randomowa pracownica sądu od lat kocha się w swoim szefie. Plus masa wewnątrzpolicyjnych (z mojego punktu widzenia nudnych) rozgrywek, przepychanek i podchodów, plus wilki (ok, wilki nawet są sympatyczne, wszystko, co ma futro, jest sympatyczne), plus pożar plus coś tam jeszcze... Wszystko to sprawia, że książkę czyta się takimi szarpnięciami – przez chwilę dzieje się coś ciekawego, pojawia się trup albo nowy trop w sprawie, napięcie rośnie, a chwilę później spada prawie do zera i trzeba przedzierać się przez kolejne strony aż do kolejnego „skoku”. Nie pomaga też, że książka jest dość chaotycznie napisana, były np. ze dwa  momenty, kiedy w pierwszej chwili nie mogłam się połapać, czy narratorka mówi o Amadeuszu-duchu czy żywym chłopcu.
Przez to przegadanie cierpi też para głównych bohaterów, którzy, owszem, są raczej sztampowi (on: mężczyzna po przejściach, ona: kobieta z traumą z przeszłości, która próbuje radzić sobie w męskim świecie), ale z tych klisz dałoby się wycisnąć coś interesującego. Tymczasem to, co ciekawe, jak np. trauma Leny, jakoś tak... przemyka bokiem, niczym meteor, i nawet człowiek za bardzo nie ma szans się przejąć. A szkoda, bo w innych miejscach widać, że Bonda potrafi stworzyć fajną, sympatyczną postać (np. dziadek zamordowanej dziewczynki).
Mam też mocno mieszane uczucia w stosunku do tytułowej florystki. Znaczy, mam wrażenie, jakby to nie była jedna postać, tylko kilka różnych, z których każda ma jakiś tam sens, ale razem za diabła nie chcą się skleić w spójną osobowość. Może taki był zamiar autorki? (pokazanie, że Ola to taka skomplikowana istota i że każdy postrzega ją inaczej?) Tak czy inaczej, zdarzaja się w wątku florystki momenty naprawdę przejmujące, ale zdarzają się też i niezbyt wiarygodne – zwłaszcza tam, gdzie następuje nagły przeskok od „odklejonej od rzeczywistości wariatki” do przytomnej i rozsądnej kobiety.
Sam pomysł na intrygę mi się podobał (chociaż nie było trudno zgadnąć, kto jest mordercą), za to motywacja Elizy... Kurczę, nie wiem. Ktoś tam (nie pamiętam już kto) mówi w pewnym momencie, że Eliza miała „perfidny plan” – ale na czym on właściwie polegał? Bo ja dalej nie wiem...  Chciała tę florystkę zadręczyć, podporządkować, doprowadzić do samobójstwa czy wrobić? Czy dowolna kombinacja powyższych? A może sama nie wiedziała, czego od dziewczyny chce? To by nawet pasowało do osobowości borderline, ale jak to się ma do mówienia o „planie”?
Plus o ile rozumiem, czemu zginęli Amadeusz oraz Zosia, o tyle śmierć Julki to dla mnie nadal enigma. Czym kierowała się Eliza, zabijając ją? W książce wytłumaczone jest to tak, że Julka awanturowała się, rozgłaszając, że Ola i Paweł mają romans, a to mogłoby po śmierci Amadeusza rzucić podejrzenia na Elizę, więc Julkę trzeba było uciszyć, ale... To bez sensu trochę jest, bo dlaczego niby policja, dowiedziawszy się, że matka zamordowanego dziecka miała romans, miałaby podejrzewać o morderstwo przyjaciółkę tejże matki? Już prędzej podejrzana byłaby sama matka, czyli właśnie florystka. I w pierwszej chwili pomyślałam, że właśnie o to chodziło, że Eliza chciała Olę chronić i dlatego zabiła Julkę, ale zaraz okazało się, że nie, że Eliza wręcz przeciwnie – Olę chciała wrobić. Tu już całkiem się pogubiłam... Czy ja czegoś nie rozumiem?
Podobało mi się za to bardzo zakończenie, to z rozmową o kwiatach. W ogóle we „Florystce” sporo jest fajnych pojedynczych scen. Jako całość jednak książka rozczarowuje.

2 komentarze:

  1. A w porównaniu z Pochłaniaczem, Florystka jest lepsza czy gorsza? Pochłaniacz czytałam, szału nie było, ale tragedii też nie i zastanawiam się, czy nie sięgnąć po wcześniejsze powieści Autorki. Pytanie, czy warto.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem lepsza, bo mniej przegadana, aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę, że "Pochłaniacza" czytałam z czytnika, natomiast "Florystkę" z papieru - a do tradycyjnych książek mam chyba większą cierpliwość...

    OdpowiedzUsuń