czwartek, 30 kwietnia 2015

Ja i Pyrkon 2015

To nie będzie sprawozdanie z Pyrkonu – ten konwent jest zwyczajnie za duży (na tegorocznym było ponad 30 tys. ludzi!), żeby zobaczyć choć 5% atrakcji, więc nawet się nie wysilam na jakiś całościowy opis. Poniżej, w punktach, będzie tylko parę luźnych wrażeń.

Program literacko-filmowy (te mnie głównie interesują) w tym roku wydał mi się słabszy niż w zeszłym – niemniej może to tylko moje marudzenie spowodowane tym, że na parę prelekcji nie udało mi się dostać. Może trzeba było zarezerwować miejsca? W przyszłym roku o tym pomyślę. Aczkolwiek program z sal „rezerwowanych” wcale nie wyglądał bardziej atrakcyjnie niż ten z sal „zwykłych” (znowu: może tylko marudzę).

Tak czy inaczej w sumie wyszło na to, że najwięcej punktów zaliczyłam w niedzielę, kiedy było już trochę mniej ludzi. Przez przypadek trafiłam na prelekcję Ewy Białołęckiej o lądowaniu UFO w Emilcinie, bardzo fajną, więc nie żałuję. Nie przez przypadek (pół godziny stania w kolejce przed salą) natomiast na prelekcję Martyny Raduchowskiej o profilowaniu kryminalnym. Jest rewelacyjna (prelekcja, nie Martyna, choć Martyna w sumie też;-), jeśli kiedyś jeszcze autorka będzie ją powtarzać, to polecam.

Brałam udział w dwóch panelach, na każdym powiedziałam może ze trzy zdania na krzyż. Z jednej strony wiem, że to bardzo źle o mnie świadczy (jak już kogoś zapraszają, to powinien przynajmniej się odezwać). Z drugiej jednak... Zrozumcie, kiedy siadam przy stoliku w towarzystwie Grzędowicza, Kossakowskiej oraz Wegnera (jak w tym roku), albo, nie daj Boże, Kuby Ćwieka (zeszłoroczny Polcon) i patrzę na nabitą salę, to uświadamiam sobie, że ci wszyscy ludzie nie przyszli, żeby słuchać mnie, tylko właśnie tych, co siedzą obok. Nikogo (ok, może prawie nikogo) nie obchodzą moje nieporadne próby powiedzenia czegoś dłuższego, więc zawsze w takich sytuacjach mam nieodparte wrażenie, że najlepiej zrobię, jeśli szybko i krótko powiem cokolwiek, po czym przekażę mikrofon komuś ciekawszemu.

Widziałam Korwina-Mikkego. Wrażenia na mnie nie zrobił, bo myślałam, że to taki cosplay. :P

Wygrałam na loterii (los kosztował dwa złote) książkę pt. „Najemnicy, część I”, autorstwa Pawła Jakubowskiego. Książkę „wydał” Poligraf, cudzysłów zamierzony, bo to nie żadne wydawnictwo, tylko firma drukująca na życzenie autora cokolwiek (jeśli delikwent zapłaci, oczywiście). Przyznaję, zagrałam na tej loterii między innymi po to, żeby się przekonać, jak takie książki wyglądają w naturze. I tu zaskoczenie, bo pod względem stylistyczno-ortograficzno-gramatycznym jest ok (nie wiem, czy to autor na tyle dobrze pisze, czy jednak korekta się przyłożyła). Redakcji natomiast nie było (serio, w stopce redakcyjnej jest wymieniona tylko korekta, co już samo w sobie powinno być sygnałem ostrzegawczym), a przydałaby się, choćby żeby wyjaśnić młodemu autorowi, że trzy wstępy przed wstępem właściwym (który zresztą jest długim i nudnym infodumpem opisującym powieściowy świat) to nie jest najlepszy pomysł. O takich drobiazgach jak dialogi, w których gubi się podmiot, w rezultacie czego wychodzi na to, że bohater gada sam ze sobą, nawet nie wspominam. Na szczęście zdaje się, że autor następne książki wydał już w czymś sensowniejszym, więc może coś z niego będzie.

Aha, księgarni Solaris w tej wielkiej hali wystawców za Chiny Ludowe nie potrafiłam znaleźć – a podobno była... Szkoda, bo zawsze był to dla mnie jeden z żelaznych punktów konwentu.

Poza tym wspomnienia mam bardzo pozytywne: ciepło, fajna atmosfera, mnóstwo kolorowych, cudownie poprzebieranych ludzi. Czego chcieć więcej?

7 komentarzy:

  1. W całym tym wpisie nie padło nazwisko nikogo ciekawszego od Ciebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ania - po pierwsze ludzie przychodzą na panel posłuchać tak samo Ciebie, jak i pozostałych dyskutantów. Więc ten, tego... Ale i tak było nieźle w tym roku :)

    Po drugie, co do stoiska Solaris: coś w tym musi być, bo ja też szukałem, dokładnie właśnie tej księgarni i ze dwa razy nie znalazłem - chociaż byłem tuż obok! Dopiero, gdy wypytałem dokładnie jakiegoś człowieka, w którego ręku zobaczyłem "Pamięć wszystkich słów", udało mi się namierzyć cel. Może konkurencja jakąś klątwę na nich rzuciła, albo podrzuciła jakiś artefakt ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A gdyby tak było sobie spotkanie autorskie z Anną Kańtoch, bez osób towarzyszących, to myślisz, że nikt by nie przyszedł?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak się zdarzało, owszem. ;) Ale zazwyczaj przychodzi na takie spotkania znacznie mniej osób. :)

      Usuń
  4. Anneke, no proszę Cię, Kuba Ćwiek nie dorasta do pięt ani Tobie, ani Wegnerowi czy Grzędowiczowi. To raczej liga Pilipiuka czy Piekary. Zasadniczo z wymienionych pisarzy liczy się tylko Wegner, reszta albo jest przereklamowana (Grzędowicz, Kossakowska), albo zwyczajnie słaba (Ćwiek).

    Poza tym, dwa Pyrkony temu (albo trzy?) byłem na spotkaniu autorskim z Tobą, i sala nie wyglądała na pustą. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się tam pisanie Kuby podoba, ale może dziwna jestem. Zresztą, nie mówię w tej chwili o subiektywnym guście (słaby pisarz czy nie), tylko o obiektywnych faktach liczonych ilością sprzedanych egzemplarzy - a niewątpliwie wszystkie wymienione tu osoby mają o wiele więcej czytelników niż ja. Jeśli więc na taki panel przychodzi, powiedzmy, sto osób, to trudno nie podejrzewać, że większość zjawiła się, żeby posłuchać któregoś z popularnych autorów, nie?

      Usuń
  5. Nic nie wiem o wielkości sprzedaży, ale jeśli chodzi o warsztat pisarski, pomysły i oryginalność, to nie powinna pani mieć żadnych kompleksów, pani Aniu. Żadnych. ZWŁASZCZA względem pana Pilipiuka (choć przyznaję, jedno jego opowiadanie nawet, nawet mi się podobało), panów Ćwieka czy Piekary.
    A tymi spotkaniami to chyba nie warto sobie aż tak myśli zaprzątać - dla pisarza chyba ważniejsze jest to, co napisze niż to, co powie w wywiadzie? Ale ja się nie znam, tak tylko sobie myślę... ;)

    OdpowiedzUsuń