sobota, 28 marca 2015

Przegląd seriali 3

Broadchurch
Końcówka drugiego sezonu pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami – zakończenie wątku “procesowego” było imho ok, choć do przewidzenia, za to zakończenie wątku “detektywistycznego” jest, jak dla mnie, mało wiarygodne w świetle tego, co wiemy z poprzednich odcinków o Lee i Claire (nie piszę więcej, żeby nie spojlerować). Ale trzeci sezon, oczywiście, i tak obejrzę. Ciekawe, o czym będzie...

Gotham
Nuda, nuda, nuda. Dociągnęłam chyba do dziewiątego czy dziesiątego odcinka (nie pamiętam już) i dałam sobie spokój, tym razem chyba na dobre. Właściwie nie mam pojęcia, czemu wytrzymałam tak długo, musiałam chyba bardzo się nudzić...

Agent Carter
Całość sezonu oceniam jako bardzo dobrą, z niewielką tendencją spadkową w chwilach, gdy pojawia się Stark (ciężko uwierzyć, że ten gość o wyglądzie tandetnego fordansera jest milionerem-playboyem, za którym szaleją wszystkie kobiety) oraz gdy we wspomnieniach pojawia się kapitan America (robi się wtedy strasznie łzawo i sentymentalnie). Reszta stoi na zdecydowanie wysokim poziomie, a Peggy Carter oraz Jarvis awansowali na parę moich ulubionych bohaterów.

Fortitude
Przerwałam w pewnym momencie oglądanie (zdecydowanie nie wciąga tak bardzo jak „Broadchurch”), ale zamierzam dokończyć, bo północny klimat jest fajny, a i kilka pobocznych wątków wygląda ciekawie.

12 Monkeys
Odpadłam w połowie czwartego odcinka. Pierwszy i drugi były średnie, ale dawały jeszcze jakąś szansę na to, że serial się rozkręci, od trzeciego, niestety, coraz bardziej wieje nudą, historia wydaje się na siłę rozciągnięta, kolejne sceny/wątki nie popychają akcji na przód albo popychają ją w bardzo niewielkim stopniu – a przy tym brakuje tu ciekawych postaci i relacji między nimi, co mogłoby ten brak akcji równoważyć. I nie, przygody Cole’a w postapokaliptycznym świecie to nie jest to, co chcę oglądać, więc sorry.

Helix
Nawet mnie, wielbicielkę horrorów, zmęczyły w końcu te głupoty. W drugim sezonie „Helix” bohaterowie albo mają sprzeczne interesy albo, jeśli przypadkiem grają po tej samej stronie, to i tak nie potrafią się dogadać. Rezultatem jest coś w rodzaju horrorowego Benny Hilla, gdzie wszyscy gonią wszystkich, próbując ich przechytrzyć bądź zabić, co z początku mnie nawet bawiło, ale potem zaczęło męczyć. Zwłaszcza że postaci w „Helixie” dzielą się na irytujące albo nijakie, nie ma tu nikogo na tyle sympatycznego, że dałoby się mu/jej kibicować. Dlatego dałam sobie w pewnym momencie spokój.

Poldark
Obejrzałam zaintrygowana wpisem na blogu Zwierza, która pisała, że ładne krajobrazy i przystojny główny bohater. Miłośniczką gapienia się na urodę aktorów nie jestem, ale krajobrazy to co innego, więc dałam serialowi szansę. Pierwszy odcinek zmęczył mnie straszliwie, drugi zaczęłam oglądać... właściwie sama nie wiem, czemu – ale akurat przy drugim coś zaskoczyło i „Poldark” nawet zaczął mi się podobać. Wątek romantyczny (ten pierwszy, bo drugi to co innego) nadal jest drętwy jak martwa ryba, ale w tle przewija się całkiem sporo interesujących wątków pobocznych, zaś główny bohater potrafi wzbudzić sympatię, mimo iż jest trochę na siłę „uwspółcześniany” (hm, a może właśnie dlatego tę sympatię budzi?). Znaczy, wiecie, popiera amerykańską walkę o niepodległość i troszczy się o prosty lud pracujący, co cieszy mojego małego wewnętrznego komunistę. A, i krajobrazy, oczywiście, są przepiękne.

Indian Summers
Czyli kolejna obyczajówka, którą oglądam. Mam wielką słabość do wątków pt. „Angole w Indiach”, więc obawiam się, że żadną miarą nie potrafię być obiektywna. Podobają mi się w tym serialu ładnie pokazane Indie, podobają się bohaterowie, którzy choć w większości prości (w sumie chyba tylko jedna postać jest bardziej skomplikowana i niejednoznaczna) spełniają swoje role, tzn. w zależności od intencji scenarzysty budzą sympatię bądź przynajmniej zainteresowanie (i nawet ci raczej negatywni mają jakieś tam swoje racje), podoba mi się pokazanie mocno skomplikowanych stosunków angielsko-indyjskich... No, ok, wywaliłabym wątek zakochanego pastora, który jest absolutnie nijaki, ale reszta naprawdę daje radę. I w dodatku jest morderstwo, co już ostatecznie mnie kupiło.

Olive Kitteridge
Ech, jakoś łatwiej pisać mi o serialach łatwych, lekkich i przyjemnych (albo nieprzyjemnych, ale przynajmniej czysto rozrywkowych) niż o takich. „Olive” zasługuje co najmniej na dłuższą notkę, na którą chwilowo nie mam ani czasu ani siły, więc napiszę tak: bardzo dobry, emocjonalnie skręcający wszystkie wnętrzności serial, którego lepiej nie oglądać, jeśli ktoś przypadkiem ma doła. 

1 komentarz:

  1. Gratuluję dobrnięcia do 4 odcinka "12 Monkeys" :D Z nowych seriali polecam lekki "iZombie" oraz nie taki już nowy i nie taki lekki "The Affair"

    OdpowiedzUsuń