czwartek, 12 lutego 2015

Druga szansa "Gotham"

Pisałam już, że zdarza mi się dawać serialom drugą szansę (czasem nawet trzecią i kolejną, „Supernaturala” z pięć razy zaczynałam).
Tym razem padło na „Gotham” – miałam wolny czas, nic specjalnie ciekawego do zrobienia, obejrzałam więc resztę dostępnych odcinków. Wciągnęły mnie na tyle, że dałam radę to zrobić bez bólu, niemniej serial nadal dla mnie ma więcej wad niż zalet. A konkretnie: zaletą jest to, co wyżej, czyli „daje się oglądać bez bólu”, wadą natomiast... to bardziej skomplikowana sprawa i poniżej spróbuję jakoś uporządkować moje wrażenia.
Narzekałam wcześniej, że „Gotham” jest zbyt zwyczajne, za mało wystylizowane, ot, po prostu miasto niewiele różniące się od, powiedzmy, Nowego Jorku w przeciętnym filmie kryminalnym/sensacyjnym. Teraz jestem gotowa to odwołać, bo elementów „niezwyczajnych” w „Gotham” jest sporo, problem w tym, że twórcy chyba nie bardzo potrafią się zdecydować, w jakiej konwencji właściwie serial robią. Kilka przykładów dotyczących postaci:
Porywacze sierot z odcinka bodajże drugiego (?) to wypisz-wymaluj złoczyńcy z filmu dla dzieci, wiecie, tacy maksymalnie uproszczeni i przerysowani, z wielkimi napisami na czołach „JESTEM ZŁY”, żeby małoletni od początku wiedzieli, kogo nie lubić. Fish też jest uproszczona i przerysowana, ale już mniej – to poziom, powiedzmy, villainów bondowskich, sprowadzonych do jakiejś prościutkiej motywacji, charakterystycznego wyglądu oraz kilku charakterystycznych gestów/zachowań. Falcone za to jest raczej „realistyczny” i całkiem złożony (ma słabości i momentami udaje mu się sprawiać niemal sympatyczne wrażenie). Pingwin oczywiście jest przerysowany i komiksowy, ale wcale nie płaski – swoją drogą ciekawe, że można zrobić interesującą postać, która składa się niemal wyłącznie z negatywnych cech. Z kolei Gordon jest uproszczony, ale – znowu – w miarę realistyczny itd.
To samo dotyczy  scenerii: Arkham jak z horroru i posterunek policji w stylu trochę noir, a trochę gotyku sąsiadują z ulicami czy budynkami, jakie możemy obejrzeć w dowolnym amerykańskim filmie. I fabuły poszczególnych odcinków: tu surrealistyczne przywiązywanie ofiar do balonów, tu jakieś w miarę zwyczajnie śledztwo w sprawie czegoś tam, tu znów wątek jak horroru, albo przynajmniej mrocznego kryminału (mordowanie pierworodnych).
Można argumentować, że te różnice nie są duże, że postać taka jaka jak Gordon może bez problemu egzystować w tym samym uniwersum co Fish czy Pingwin. Jasne. Jednak tych drobnych różnic jest  tyle, że poszczególne elementy, zamiast tworzyć satysfakcjonującą całość, zaczynają działać przeciwko sobie, a ja nadal nie wiem, w jakiej konwencji właściwie to wszystko ma być. Komiksowo, ale raczej serio? Komiksowo i z przymrużeniem oka? Realistycznie i serio, ale w wersji uproszczonej, w stylu familijnych sensacyjniaków (wyraźnie rozgraniczone zło/dobro, przemoc raczej umowna, całość niby dla dorosłych, ale dzieciaki też mogą oglądać)? Coś innego? Bo nie wiem, czy całą tę korupcję panującą w Gotham mam brać poważnie, czy nie (a jeśli nie, to w jakiej konwencji). Są tu momenty, gdy wydaje się, że to właśnie wątek „serio”, zaraz jednak dostajemy po oczach np. sceną, w której gangsterzy rozstawiają po kątach policjantów, zachowujących się jak dzieci w przedszkolu – i wrażenie „serio” znika. Nawiasem mówiąc, o tym, że Gotham jest niebezpieczne i skorumpowane, dużo się w serialu mówi, ale wcale się tego nie czuje, ja ani przez moment nie miałam wrażenia, że jest to miejsce jakoś szczególnie groźne dla przeciętnego człowieka.
Mam też problem z postacią Gordona. Niby powinno mi się podobać, że to po prostu „przyzwoity facet” (miła odmiana po modnych ostatnio cynikach i socjopatycznych bucach), ale, kurczę, gość nie budzi we mnie praktycznie żadnych emocji.  Może to kwestia braku czegoś, co by go odróżniło od innych „przyzwoitych facetów”, może brak charyzmy – nie wiem, i nie wiem też, czy zawinił scenariusz, czy raczej aktor, ale tak czy inaczej nie jest dobrze, jeśli widz nie potrafi przejąć sie głównym bohaterem. Nie pomaga w tym fakt, że Gordona znamy niemal wyłącznie „z pracy”, przez długi czas jego życie osobiste ogranicza się do bardzo drewnianego związku z bardzo drewnianą Barbarą. Plus pytanie: jakim cudem facet uchował się jako „ostatni sprawiedliwy”, skoro dla wszystkich innych policjantów współpraca z gangsterami jest czymś absolutnie oczywistym? Jak to możliwe, że – wychowany w Gotham – ma tak diametralnie inne podejście? (To właśnie ten moment, kiedy mści się pokazywanie policjantów rozstawianych po kątach przez gangsterów.) Jasne, to można jakoś wyjaśnić, ale w zestawieniu z innymi zastrzeżeniami taka wątpliwość sprawia, że Gordon staje się jeszcze bardziej papierowy – ot, taki dobry, który jest dobry, bo tak chce scenariusz i już.

Jakby tego wszystkiego było mało, nie przejmuję się jakoś specjalnie akcją, bo i tak przecież wiem, co spotka większość postaci (wie o tym każdy, kto ma blade pojęcie o uniwersum Batmana, nie trzeba czytać komiksów) – ciekawe może być co najwyżej pytanie „jak się stanie”. To jednak mniejszy problem, większym jest dla mnie wspomniane wyżej niezdecydowanie w kwestii konwencji. A przecież znalazłoby się sporo sposobów, żeby jakoś tę koncepcyjną jednolitość zaznaczyć. Od najprostszych chwytów, typu „w mieście ciągle leje deszcz, wnętrza są ponure, a mieszkańcy dziwni i zawsze zapominają zapalić światło” (strasznie ograne, wiem, ale co poradzę, że tę konwencję akurat lubię) aż po kolorową i odjechaną psychodelię rodem z „Utopii”. Bez tego zdecydowania „Gotham” pozostaje dla mnie serialem co prawda oglądalnym, ale w sumie obojętnym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz