czwartek, 8 stycznia 2015

Dwie książki, dwie ekranizacje

Tym razem nie będzie o „Hobbicie” (książkę czytałam daaawno temu i słabo ją pamiętam), tylko o „Zaginionej dziewczynie” oraz „Więźniu labiryntu” – w obu przypadkach najpierw przeczytałam powieść, a zaraz potem obejrzałam film.

„Zaginiona...” to typowy przykład, że czasem wierność książkowemu pierwowzorowi nie wystarcza. Powieść jest dobra głównie dlatego, że – pokazując akcję z dwóch punków widzenia: męża oraz zaginionej żony – autorka bardzo zręcznie manipuluje czytelnikiem. I tak, w zależności od nastawienia czytającego, dokładnie te same zachowania mogą wyglądać jak w gruncie rzeczy dość nieszkodliwe szujstwo albo jak przejaw niebezpiecznej psychopatii. Podoba mi się także oddanie osobowości bohaterów poprzez prowadzone przez nich zapiski, a także to, jak zgrabnie autorka ukrywa ważne informacje pomiędzy tymi mniej ważnymi, pozwalając czytelnikowi domyślić się, o co tu właściwie chodzi.
W filmie niby to wszystko jest, niby mamy nawet narrację zza kadru, która pozwala, jak w książce, „wejść do głów” bohaterom i pokazać świat z ich perspektywy, ale to wszystko mało, gdzieś gubią się szczegóły, a wraz z nimi cała subtelność i przewrotność tej nietypowej powieści. Choć przyznaję, mogę być stronnicza, bo – jak pisałam wyżej – najpierw przeczytałam książkę, a ponieważ cała historia opiera się na twiście, ekranizację miałam niejako z góry zaspojlerowaną. Niemniej polecam raczej książkę niż film.

W przypadku „Więźnia...” odwrotnie – film do pewnego stopnia ratuje książkową fabułę, która jest zwyczajnie słaba. Przy czym nie chodzi mi nawet o zasłyszany gdzieś zarzut: „To głupie, że ci chłopcy „nowym” nie próbują nic tłumaczyć”. Owszem, to JEST głupie (a przy okazji szkodliwe dla całej społeczności, nie tylko dla „nowych”), ale też ludzkie – mamy przecież do czynienia z gromadą wystraszonych małolatów, którzy desperacko pragną poczuć, że cokolwiek kontrolują, a jaka jest ku temu lepsza okazji niż z wyższością kazać się zamknąć „nowemu”?
To akurat jestem w stanie zrozumieć, lecz w książce jest sporo innych kwestii, które sprawiają, że gwóźdź do zawieszania niewiary już nie tylko trzeszczy, ale wręcz wypada ze ściany. Tu właśnie wkracza film, który broni się wizualną atrakcyjnością (wielkie ściany labiryntu naprawdę robią wrażenie), czy urodą oraz urokiem osobistym młodych aktorów (tak jest, lubię Dylana O’Briena).  Ekranizacji udaje się też wybrnąć z kilku dość śliskich książkowych kwestii – nie ma telepatycznej więzi między Thomasem a Teresą, labiryntu literującego hasło (!), sztucznego słońca (!!!), czy wybitnie facepalmowej sceny, kiedy grupa rzekomo bystrych nastolatków wpisuje hasło „guzik” zamiast NACISNĄĆ guzik (że trzeba to zrobić, średnio inteligentny czytelnik domyślił się dawno temu). Ponadto bardziej wiarygodnie wypada kwestia odzyskiwania pamięci po ukąszeniu (w książce nie bardzo wiadomo, dlaczego właściwie chłopcy po przemianie nie chcą się tymi wspomnieniami dzielić), ograniczono też slang Streferów, który w polskim tłumaczeniu brzmi wyjątkowo irytująco.
Nie znaczy to bynajmniej, że film jest jakoś szczególnie dobry. Nadal można się zastanawiać, czemu u licha w całej tej grupie jest tylko jedna dziewczyna (ani książka, ani film tego nie wyjaśniają), czy dlaczego chłopcy nie korzystają z dość oczywistych sposobów ucieczki, np. nie próbują wspiąć się na ściany labiryntu, zamiast biegać pomiędzy nimi? Tu pada wyjaśnienie (w książce chyba) „Już próbowaliśmy i się nie da”, ale właściwie DLACZEGO się nie da? Skoro w murach labiryntu da się ryć nożem imiona (film), to powbijanie w nie, powiedzmy, jakichś kołków, po których wysportowany nastolatek wlazłby na górę, nie wydaje mi się poza zasięgiem grupy chłopców, mających sporo wolnego czasu i całkiem dużo różnych narzędzi. Zwłaszcza że w pewnym momencie okazuje się, że po porastającym mury bluszczu (!) jak najbardziej wleźć się da, przynajmniej do pewnej wysokości, zwłaszcza że od strony Strefy chłopcy mogą robić, co im się żywnie podoba, włącznie ze zbudowaniem już nie tylko drabiny, ale wręcz wygodnych schodów.
Ostatecznie jednak zarówno książkę, jak i film dobija zakończenie – tu już ekranizacja nie dała rady wybrnąć, bo wyjaśnienie, po co właściwie uwięziono chłopców w labiryncie, jest wybitnie bzdurne. A więc odpowiednio (w książce) zrobiono to, żeby testować ich inteligencję, albo (w filmie) reakcje odpornych na nowego wirusa organizmów. Jedno i drugie nie ma sensu – każdy z tych testów znacznie efektywniej i tańszym kosztem dałoby się przeprowadzić w jakimś ośrodku badawczym. Tam po pierwsze chłopców można by kontrolować przez 24 godziny na dobę (w Strefie kontrola jest mocno ograniczona), można by im też dawać różne zadania, zamiast tylko jednego, i to takiego, przy którym większość „obiektów badanych” nawet nie ma czym się wykazać. Nie mówiąc już o tym, że końcowy „test” czyli starcie z Bóldożercami (angielska nazwa Grievers) to prawie czysta loteria – owszem, do jakiegoś stopnia decydują tu umiejętność walki, czy zręczność (która niekoniecznie jest powiązana z inteligencją), ale też w dużej mierze zwyczajne szczęście. Może więc się okazać, że na koniec większość „najwartościowszych” osobników zginie, zaś „próby” pomyślnie przejdą, powiedzmy, jeden chłopak szybki jak diabli, jeden cwany i trzech gości, którzy wykazali się tym, że przez dwa ostatnie lata zajebiście dobrze sadzili marchewkę. No po prostu genialny evil plan korporacji, która wybuliła na całą imprezę gigantyczną kasę, budując wielki labirynt z przesuwanymi ścianami – i to w postapokaliptycznym świecie, gdzie chyba trudno jest o siłę roboczą i odpowiednie materiały? Dlatego też w tym przypadku polecam zdecydowanie film – on jest przynajmniej ładny...

3 komentarze:

  1. Z tego co pamiętam faktycznie była informacja, że "się nie da". Z drugiej strony stawiając takie pytania jesteśmy jak bohater, który zamierza na nowo odkrywać wszystkie rzeczy, które już pozostali opracowali. To tak samo jak rodzice nam mówią w dzieciństwie aby prądu nie dotykać bo pogryzie i musimy w to wierzyć :) Natomiast nawet polemizując, że dostałby się na mur i nie dałoby się po nim przejść na przykład z powodu śliskich kamieni, drutu kolczastego czy niebezpiecznych insektów, to czy to by coś zmieniło?
    Po prostu musimy zaufać autorowi, że się nie da, nawet jeżeli (...) ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, czy będzie kontynuacja przygód Domenica? Chyba nie muszę pisać, że zakończenie ostatniego opowiadania pozostawiło wiele ciekawych pytań co do losów bohaterów...

    OdpowiedzUsuń
  3. Będzie jeszcze jedno opowiadanie o Domenicu w przygotowywanym właśnie zbiorze opowiadań.

    OdpowiedzUsuń