środa, 30 grudnia 2015

I nie było już nikogo - kolejny polecany serial



UWAGA, SPOJLERY!!!

Ponieważ skończyły mi się odcinki z jedynym właściwym doktorem Who, czyli Tennantem (chlip), rok pożegnałam, oglądając „I nie było już nikogo”, czyli trzyczęściową adaptację powieści Agathy Christie pod tym samym tytułem (w starszych wydaniach: „Dziesięciu Murzynków”). Przy czym nadal uważam, że Christie – w przeciwieństwie do np. Conan-Doyle’a – jest słabo filmowalna. Jasne, istnieje sporo seriali z Herculesem Poirot czy panną Marple, ale będę się upierać, że są to jednak produkcje dość niszowe. I nie wydaje mi się, żeby to były seriale jakoś szczególnie wybitne (choć do głównych ról zatrudnia się dobrych aktorów). Po prostu to, co sprawdza się w książkach, czyli wszystkie te koronkowe intrygi, gdzie znaczenie ma najmniejszy szczegół, nie sprawdza się na ekranie. W książce scena, w której detektyw wyjaśnia zebranym w salonie podejrzanym, kto i jak zabił, potrafi trzymać w napięciu, w filmie taka sama sytuacja w dziewięciu przypadkach na dziesięć będzie wyglądać bardzo sztucznie – alternatywą jest uproszczenie intrygi tak, żeby wyjaśnień było jak najmniej, ale to też nie jest najlepszy pomysł, bo gubi się wtedy to, co jednak jest siłą powieści. W klasycznych filmach kryminalnych znacznie lepiej sprawdzają się fabuły oparte nie na dziesiątkach drobiazgów, tylko na jednym solidnym twiście, jak „Widmo” Clouzota. Dlatego ze wszystkich dzieł Christie najlepiej przenosiny  na ekran zniosło opowiadanie „Świadek oskarżenia” (polecam), które było filmowane dwa razy (widziałam obie wersje, jedna podobała mi się bardziej, a druga mniej, bo jakiś łoś zmienił genialne zakończenie – niestety, nie pamiętam już, która wersja jest którą).

Po „I nie było już nikogo” nie spodziewałam się więc wiele, a jednak serial zdołał pozytywnie mnie zaskoczyć. Może dlatego, że to nie jest „typowa” fabuła Christie (mało tu śledztwa, a sporo krwi), może dlatego, że twórcom  udało się naprawić to, co w książce było przeciętne albo wręcz słabe. Bo „I nie było już nikogo”, mimo iż należy do najbardziej znanych książek tej autorki, wcale nie jest jakoś szczególnie genialne. Ta powieść ma rewelacyjną intrygę (znaczy, teraz może wydawać się mniej rewelacyjna, bo widzieliśmy/czytaliśmy mnóstwo podobnych, ale w 1939 to naprawdę było coś oryginalnego. I po wszystkich tych latach, po wielu przeróbkach i „wariacjach na temat” Christie wciąż się broni), jednak reszta jest... taka sobie. Opisy ograniczone do minimum, postacie składające się z jednej-dwóch charakterystycznych cech i przeznaczone wyłącznie do odstrzału, zero klimatu i prawdopodobieństwo psychologiczne, delikatnie mówiąc, niezbyt wysokie. Christie, wbrew temu, co niektórzy mówią, psychologiem była całkiem niezłym, niemniej portrety ludzi w skrajnych sytuacjach faktycznie nie wychodziły jej najlepiej. W książce uwięzieni na wyspie bohaterowie niby się boją, niby panikują itp. – ale tego się wcale nie czuje, kolejne padające trupy są tylko elementami salonowej układanki, przy której bawi się czytelnik.

W serialu zamiast skąpych opisów mamy cudowne, pięknie pokazane plenery, mamy klimatyczną scenę nadejścia burzy, mamy wreszcie to, co najważniejsze, czyli ludzi, którzy są żywymi istotami, a nie postaciami wyciętymi z kartonu. I te istoty naprawdę się boją (ładnie jest pokazane, jak z każdym trupem bohaterowie coraz bardziej wypadają z ról  „angielskich dam i dżentelmenów”), naprawdę zachowują się tak, jak mogłyby zachowywać się osoby w sytuacji zagrożenia życia, gdy nie ma dokąd uciec. Sporym odejściem od literackiego oryginału jest tu scena alkoholowo-narkotykowej imprezy, ale – w moim przekonaniu – jest to odejście uprawnione.

Twórcom serialu udało się też całkiem zgrabnie ominąć problem, jaki tkwi w samej fabule. Bo z jednej strony intryga polegająca na tym, że ktoś po kolei morduje zamkniętych gdzieś tam ludzi, ma w sobie pewien hipnotyczny urok, a z drugiej, łatwo może też znudzić monotonną powtarzalnością kolejnych śmierci – a tu bohaterowie w dodatku są mordercami, którzy umknęli sprawiedliwości, więc trudno ich żałować.

Tymczasem w serialu co najmniej dwie osoby są... no, może nie bardzo sympatyczne, ale przynajmniej na tyle interesujące, że można je polubić. Zatrudnienie Aidana Turnera do roli Lombarda było genialnym posunięciem i zarazem prztyczkiem w nos (nosy?) fanów, tak jakby twórcy mówili: „Damy wam paskudnego mordercę, a wy i tak będziecie go kochać”. Serio, Lombard otwartym tekstem oznajmia, że zabił dwudziestu jeden ludzi i nie żałuje, nie ma tu miejsca na wątpliwości – a jednak wdzięk przystojnego aktora jest tak duży, że widz i tak woli widzieć raczej „uroczego drania” niż bezwzględnego zabójcę. Ciekawą postacią okazuje się również Vera Claythorne, która wyrasta na bohaterkę pierwszoplanową, a przynajmniej tę, która najdłużej jest na ekranie – to ją poznajemy jako pierwszą, ona też zginie jako ostatnia (ostrzegałam, że będą spojlery, prawda?). Chciałoby się więc jej kibicować i twórcy serialu do pewnego stopnia nam to umożliwiają, łudząc nadzieją najpierw, że Vera naprawdę jest niewinna, a potem, że choć winna, to przynajmniej ma wyrzuty sumienia.

Zastrzeżenie mam jedynie do końcówki – tu jednak wygrywa książka, która lepiej oddaje i motywacje mordercy, i całą tajemniczość sprawy „dziesięciu żołnierzyków”. W książce wiadomo, dlaczego policjanci, którzy wkrótce przybędą na wyspę, znajdą się w kropce i nie będą potrafili znaleźć wyjaśnienia, kto i jak zabił tych wszystkich ludzi, w serialu, niestety, gubi się sporo drobnych szczegółów i tak naprawdę musimy uwierzyć mordercy na słowo, że oto mamy do czynienia z nierozwiązywalną zagadką (równie dobrze policjanci mogliby uznać, że ktoś przypłynął na wyspę, urządził rzeź i odpłynął – czemu nie? Albo, zgodnie z prawdą, że mordercą jest ktoś z zabitych, kto popełnił potem samobójstwo). Jestem też ciekawa, czy osobom nieznającym literackiego oryginału uda się odgadnąć rozwiązanie. Moim zdaniem jest ono w pewnych momentach dość wyraźnie sugerowane – ale może tylko mi się tak wydaje, bo wcześniej czytałam książkę?

czwartek, 17 grudnia 2015

Jessica Jones, czyli co polecam ;)


UWAGA, SPOJLERY!!!

Miałam napisać dłuższą notkę o „Jessice Jones”, niniejszym więc piszę. Serial obejrzałam jakiś czas temu i od razu uznałam go za jeden z lepszych seriali superbohaterskich, jakie widziałam (nie żebym widziała wiele, więc jakby coś, weźcie pod uwagę, że jest to notka pisana z pozycji laika). A może nawet za najlepszy serial superbohaterski, jaki widziałam (jak wyżej). Właśnie tak, uważam, że „Jessica Jones” jest lepsza niż „Daredevil”. Z kilku powodów. Pierwszy jest całkowicie subiektywny, a mianowicie bardziej odpowiada mi klimat „Jessiki” niż „Daredevila” (uwielbiam kryminały noir, a „Jessica...”, zwłaszcza na początku, mocno do nich nawiązuje). Po drugie „Daredevil”, choć zrobiony jest niesamowicie sprawnie, ma jednak sporo sztampowych komiksowych elementów. No wiecie, ta motywacja związana ze śmiercią ojca, to szkolenie przez tajemniczego mistrza, czy teksty w stylu „Jeśli będziesz z nim walczyć, możesz stać się taki jak on”. Do kompletu brakowało chyba tylko „Wielka moc wymaga wielkiej odpowiedzialności”, ale może to też było, nie wiem, bo nie oglądałam do końca. To zresztą trzeci z powodów, dla których „Jessica...” wydaje mi się lepsza. „Daredevila” rzuciłam na etapie 7-8 odcinka, bo zwyczajnie przestał mnie interesować i przez jakiś czas sądziłam, że to wina raczej moja niż serialu, ostatnio jednak spotkałam parę osób, które odpadły mniej więcej w tym samym momencie, i zaczynam się zastanawiać, czy nie przesadziłam aby z tym braniem winy na siebie. A „Jessica...” była interesująca aż do samego końca. Właściwie był to jeden z nielicznych seriali, gdzie przynajmniej przez chwilę bałam się, że wszystko źle się skończy (zazwyczaj zwycięstwo „tych dobrych” jest oczywiste i widz może co najwyżej udawać, że się boi).

Zakończenie, w którym Kilgrave znowu jest w stanie zdominować Jessicę i odchodzi z nią w siną dal, pasowałoby zresztą do całości, bo to serial – zwłaszcza jak na produkcję superbohaterską – bardzo „serio”. Do tego stopnia serio, że główna bohaterka, mimo posiadanych supermocy, wcale superbohaterką nie jest. Jessica nie ma typowej dla takich postaci motywacji, nie chce ratować świata, miasta, czy choćby dzielnicy. Stawia czoła Kilgrave’owi, ponieważ ten zagraża bezpośrednio jej oraz osobom jej bliskim, a trochę też dlatego, że czuje się za czyny Kilgrave’a odpowiedzialna (gdyby facet szalał po mieści z miłości do innej dziewczyny, Jessica nie kiwnęłaby palcem, podczas gdy Daredevil w podobnej sytuacji popędziłby na ratunek – myślę, że to dość dobrze obrazuje różnicę pomiędzy tymi postaciami). Jessica ma też po spotkaniu z Kilgrave’em traumę i ponownie jest to trauma serio. Znaczy, nie taka, kiedy główny bohater przez pierwszy kwadrans odcinka jest smutny i nic mu nie wychodzi, ale wystarczy poklepać go po ramieniu i wstawić motywacyjną gadkę, a otrząsa się i voila – mamy dzielnego obrońcę ludzkości. Pierwszym odruchem Jessiki na wieść, że Kilgrave wrócił, jest totalna panika (co samo w sobie już jest mało superbohaterskie), a kiedy dziewczyna zaczyna działać, jej trauma nie znika ot, tak sobie, nadal widać, że patrzymy na kogoś poharatanego przez życie. Jessica pije, Jessica nie jest ani specjalnie miła, ani szlachetna: gdy na chwilę dostaje w swoje ręce Kilgrave’a, potrafi zupełnie niebohatersko się zemścić – i to wszystko mi się w tej postaci podoba. Serial jest robiony „na poważnie” do tego stopnia, że paradoksalnie w niektórych momentach mu to szkodzi, np. gdy pojawiają się nawiązania do innych produkcji Marvela, trudno bowiem uwierzyć, że w jednym świecie istnieją kolorowi Avengersi, pomiędzy jednym one-linerem a drugim radośnie rozwalający miasto, oraz posępna prywatna detektyw, zapijająca swoje lęki w jakiejś norze. Więcej nawet – w pierwszych odcinkach zgrzytały mi sceny, kiedy Jessica używa swoich mocy (tu klimat serio, a tu bohaterka skacząca niczym pasikonik?). Potem się przyzwyczaiłam, nadal jednak uważam, że w gruncie rzeczy ten serial mógłby być równie dobry, gdyby jedynym bohaterem z mocami był tam Kilgrave – a kto wie, może „Jessica...” byłaby wtedy nawet lepsza.  

Zanim jednak przejdę do wad, jeszcze parę słów o zaletach. Podobało mi się podejście serio, podobała główna bohaterka (da się tę dziewczynę lubić, mimo jej negatywnych cech), podobał się wreszcie nastrój, zwłaszcza ten z pierwszych odcinków, kiedy samotna Jessica błąka się nocą po zimnym, zalanym światłem latarni mieście, które klimatem zaskakująco kojarzyło mi się z L.A. z „Blade Runnera” (poważnie, czekałam nawet przez chwilę na charakterystyczną muzykę z filmu). I Kilgrave, złoczyńca ludzki i nieludzki jednocześnie, świetnie zagrany przez Davida Tennanta. Zresztą w ogóle podobali mi się bohaterowie (z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę), prawie wszyscy mieli jakiś charakterystyczny rys, coś, co sprawiało, że człowiek interesował się ich losami. I jeśli nie liczyć oczywistej, świetnej Trish, moim ulubieńcem jest chyba uroczy Malcolm – ostatnia scena, kiedy odbiera telefon sprawiła, że gęba mi się sama uśmiechnęła. ;)

Nie podobał mi się natomiast Luke, niestety. Ani ta postać nie jest jakoś specjalnie ciekawie napisana, ani aktor nie ma za bardzo charyzmy – i trochę podejrzewam, że Coltera zatrudniono głównie ze względu na walory fizyczne, bo to chyba najczęściej rozbierana postać serialu, a za każdym razem, kiedy facet ściąga koszulę, kamera z lubością pokazuje jego szeroką klatę. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby Luke był po prostu jakimś tam bohaterem drugoplanowym, ale niestety - to kochanek/chłopak/ukochany Jessiki, a jedyne, co dobrego mogę powiedzieć o tej parze, to to, że wizualnie razem wyglądają ślicznie. Nie ma między nimi chemii (wbrew temu, co mówi w pewnym momencie bodajże Trish) i przez cały czas miałam wrażenie, że to związek zbudowany na czystej fizyczności (on na nią leci, bo jest ładna, a ona na niego, bo facet ma bary jak szafa trzydrzwiowa). Nie żebym miała coś przeciwko takim związkom, znaczy, jednakowoż ich potencjał dramaturgiczny jest cokolwiek marny.

Nie podobały mi się też przeróżne niekonsekwencje, np. Kilgrave steruje ludźmi, bo, mówiąc, rozsiewa coś w rodzaju odbierającego wolną wolę wirusa (co to w ogóle za pomysł? toż to prawie jak niesławne midichloriany) – jakim cudem w takim razie, ja się pytam, jego „podkręcona” moc działa przez telefon? Albo przez szpitalne głośniki? Nie rozumiem też, dlaczego bohaterowie dopiero na końcu wpadli na to, że przy Kilgravie należy nosić słuchawki, choć jest to najprostsze z możliwych rozwiązanie (skoro gość manipuluje ludźmi głosem, wystarczy go nie słyszeć i problem rozwiązany). Na szczęście takie czy inne drobne (i mniej drobne) zgrzyty nie popsuły mi radości z oglądania serialu, dlatego też pozwolę sobie gorąco go polecić.

środa, 2 grudnia 2015

Łaska - zapowiedź

Rok 1955. W lesie odnaleziona zostaje sześcioletnia Marysia, która zaginęła tydzień wcześniej. Na odzieży i ciele ma plamy zaschniętej krwi. Jak dziewczynce udało się przetrwać? Czy ktoś jej pomógł? Co się wydarzyło? Marysia nic nie pamięta. Jej ciotka mówi, że czasem zapomnieć to łaska.

Rok 1985. Maria jest już dorosła, ale tajemnica sprzed lat nadal kładzie się cieniem na jej życiu. Kobieta pracuje jako nauczycielka w miejscowej podstawówce. Pewnego dnia jej nastoletni uczeń zamiast kartkówki oddaje jej rysunek przestawiający czworo dzieci i Kartoflanego Człowieka. Prosi ją o pomoc. Tego samego dnia zostaje znaleziony w miejskim parku powieszony na gałęzi.

Pojawiają się kolejne ofiary. Milicja rozpoczyna wyścig z czasem, aby schwytać niebezpiecznego mordercę. Tymczasem Maria prowadzi własne śledztwo. Ma przeczucie, że rozwiązanie zagadki kryje się głęboko w jej pamięci…

Premiera już 24 lutego!

wtorek, 1 grudnia 2015

Grudniowe aktualności

Przypominam, że do kupienia jest już grudniowy numer "Nowej Fantastyki", a w nim drugie (albo trzecie, zależy jak liczyć) opowiadanie o Domenicu Jordanie. Starałam się je tak napisać, żeby także osoby, które nie czytały starszych tekstów, mogły zrozumieć, o co chodzi, i mam nadzieję, że się udało - ale to już oceniać będą czytelnicy. ;)

Premiera kryminału bez fantastyki, czyli "Łaski", zaplanowana jest na 24 lutego. Niedługo na stronie wydawnictwa Czarne powinna ukazać notka, więc będę mogła napisać coś więcej.

A w sobotę, piątego grudnia, wybieram się na Wrocławskie Targi Książki. Będę o godz. 10:00 w sali A na panelu Fantastyczne Światy (konwencje literatury fantastycznej, w jaki sposób rzeczywistość bywa przedstawiana na kartach powieści, co sprawia, że autorzy sięgają właśnie po fantastyczne światy). Oprócz mnie w panelu wezmą udział Jacek Inglot oraz Krzysztof Piskorski.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Serialkon i seriale



Byłam  ostatnio na krakowskim Serialkonie (zgodnie z nazwą, jest to konwent poświęcony serialom) i zostałam podwójnie zaskoczona. Po pierwsze ilością uczestników, bo jakoś mi się wydawało, że to mała impreza, a było ich podobno koło tysiąca, po drugie natomiast zdecydowaną przewagą płci żeńskiej nad męską – na prelekcjach na jednego faceta przypadało tak z osiem, może nawet dziewięć kobiet. To drugie zostało mi wytłumaczone w ten sposób, że „fangirlowanie jest przecież dla dziewczyn”. Nie wiem, może i jest, choć ja duszy fangirl (czy to się odmienia?) raczej nie mam (piszę raczej, bo dokładnej definicji tego zjawiska nie znam, oceniam więc „na oko”) a mimo to bawiłam się bardzo dobrze. Było sporo interesujących prelekcji, była fajna atmosfera, był wreszcie konkurs, w którym razem z koleżankami wzięłam udział i niestety, okazało się, że oglądam zdecydowanie nie te seriale, co trzeba, bo większość pytań dotyczyła produkcji, o których nawet nie słyszałam, nie mówiąc już o ich śledzeniu...
Tak czy inaczej Serialkon bardzo polecam, a jeśli kogoś interesuje, co właściwie oglądam/oglądałam, niżej zamieszczam krótki spis, tym razem z podziałem na grupy.

Grupa pierwsza, czyli zaczęłam, ale porzuciłam po paru odcinkach. Należą do niej:

Wikingowie – serial niezły, ale nie do końca z mojej bajki. Plus należy się twórcom za to, że zdołali pokazać bohaterów jako... nie, słowo „sympatyczny” nie przejdzie mi przez klawiaturę, ale powiedzmy, że nie wszyscy tam są tak paskudni, jak sugerowałby to styl ich życia (jakby na to nie patrzeć, to serial o facetach żyjących z mordowania i grabieży, od gwałtu też niestroniących). Raczej nie będę oglądać dalej, ale mniej więcej rozumiem, czemu ludzie ten serial lubią. Poza tym kolejny plus za przepiękne widoki.

Blindspot – zaczęłam oglądać, bo punkt wyjścia wydawał mi się na tyle dziwaczny, że byłam ciekawa, co twórcy z nim zrobią (tzn. czy wytłumaczą jakoś, skąd te tatuaże na ciele bohaterki), ale potem doczytałam, że nie wytłumaczą prawdopodobnie wcale, a ciekawy punkt wyjścia służy do tego, żeby nakręcić kolejnego procedurala, więc dałam sobie spokój.

Mr Robot – zaczęło się ciekawie, ale potem akcja siadła i na etapie narkotykowych zwidów bohatera, zajmujących cały odcinek, trochę odpadłam. Niemniej może kiedyś jeszcze wrócę.

Raport mniejszości – ten serial jest ładny (ma ładnych bohaterów i ładne scenerie, nawet przemoc wygląda w nim estetycznie), ale to chyba jego jedyna zaleta.

Grupa druga, czyli oglądam na bieżąco:

Homeland – chyba trochę już z przyzwyczajenia oraz z sympatii do głównej bohaterki (lubię ją za jej emocjonalność, Carrie wypada naprawdę oryginalnie na tle wszystkich tych twardych kobiet rzucających z zaciśniętymi zębami mniej lub bardziej zabawne one-linery). Jasne, to już od dawna nie jest poziom pierwszego sezonu (drugiego też nie), ale ogląda się przyjemnie i fabuła nadal potrafi wciągnąć.

Grupa trzecia, czyli obejrzałam:

Ripper Street – drugi sezon trzyma poziom pierwszego, nadal jest ponuro i brutalnie, a twórcy przerabiają chyba wszystkie problemy dziewiętnastowiecznego Londynu (wykorzystywanie kobiet, prześladowanie homoseksualistów, zamieszki na tle religijnym, kłopoty różnych mniejszości itd.), co jest zrobione na tyle zręcznie, że nie sprawia wrażenia sztuczności. Plus za motyw Człowieka słonia oraz końcową emancypację jednej z bohaterek.

Grandchester – kryminał o pastorze, który na angielskiej prowincji pomaga policji rozwiązywać zagadki. Nie jest to nic wielkiego, niemniej ogląda się dobrze, główny bohater bywa irytujący (czemu on się tej dziewczynie nie oświadczy?), ale budzi też sympatię i współczucie (to weteran wojenny z dość solidną traumą), zaś gospodyni na plebanii jest absolutnie moją ulubioną postacią. Poza tym akcja dzieje się w latach 50-tych, co ma dla mnie walor, powiedzmy, estetyczny (jakie wtedy były ładne sukienki!). Polecam, jeśli ktoś lubi taką konwencję.

Narcos – gdyby miesiąc temu ktoś powiedział, że spodoba mi się serial o kartelach narkotykowych, nie uwierzyłabym, bo nie ma nic nudniejszego niż rozgrywki policja kontra sprzedające kokainę/inne cholerstwo bandziory (zazwyczaj w tego typu produkcjach wszyscy bohaterowie są niesympatyczni, a i tak wiadomo, że skończy się źle). Jednak Narcos przypadło mi do gustu, może dlatego, że twórcy nie skupiają się na losach pojedynczych postaci, tylko na, powiedzmy, szerokiej panoramie społecznej – mamy więc i archiwalne wstawki, i narrację zza kadru, a wszystko razem daje niesamowite poczucie obcowania z kawałem brutalnej i ponurej, ale na swój sposób fascynującej, historii pewnego kraju (dwóch krajów, jeśli doliczyć tego USA). Mocna rzecz.

Jessica Jones – skończyłam wczoraj i jestem zdecydowanie na „tak” (podobało mi się znacznie bardziej niż Daredevil), ale ten serial zasługuje na osobną notkę, napiszę więc o nim w najbliższym czasie.