wtorek, 18 listopada 2014

Katowickie Targi Książki - od 21 do 23 listopada

Poniżej wklejam program targów, które odbędą się w najbliższy weekend - a ściślej biorąc, wklejam punkty programu prowadzone przez Śląski Klub Fantastyki, na które serdecznie w imieniu swoim oraz klubu zapraszam.

sobota:
10:00-11:00
Spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem prowadzi Krzysztof Wójcikiewicz
13:00-14:00
Panel dyskusyjny: Jak  napisać nieczłowieka?
14:00-15:00
Panel dyskusyjny o literaturze młodzieżowej
15:00-16:00
Spotkanie autorskie z  Robertem Wegnerem prowadzi Klaudia Heintze
16:30-17:30
Panel dyskusyjny „Literatura  dobra i zła": Robert Wegner i Andrzej Pilipiuk

niedziela:
10:30-11:30
Spotkanie autorskie z  Jakubem Ćwiekiem prowadzi Klaudia  Heintze
11:30-12:30
Katalog fantastycznych środków, czyli co sprawia, że fantastyka jest tak pociągająca dla czytelnika?
11:30-12:30
Spotkanie autorskie z  Krzysztofem Piskorskim prowadzi Krzysztof Wójcikiewicz
14:00-15:00
Spotkanie z Anetą  Jadowską, prowadzi Anna Gołębiowska
14:00-15:00
Spotkanie Autorskie z Anną Kańtoch, prowadzi Klaudia Heintze
15:00-16:00
Skąd się wzięła fantastyka


Ja wezmę udział w sobotnim panelu o literaturze młodzieżowej oraz oczywiście będę na własnym spotkaniu w niedzielę. ;)

Więcej punktów programu można znaleźć tu.

niedziela, 9 listopada 2014

Interstellar

Idąc w sobotę do kina, byłam otwarta na różne możliwości – trochę miałam nadzieję na znakomity film (wiadomo, Nolan), a trochę przygotowywałam się na rozczarowanie (pierwsze opinie, o jakich słyszałam, były raczej chłodne). I po seansie mam mieszane uczucia – „Interstellar” arcydziełem nie jest, ale z drugiej strony nie jest też tak zły, jak mogłyby to sugerować niektóre recenzje.
Poniżej moje wrażenia w punktach.

Warstwa wizualna wypada zdecydowanie na plus (wiem, wszyscy o tym piszą). Znakomite są sceny kosmiczne, ale i te dziejące się na umierającej Ziemi nie pozostają daleko w tyle i mogą zachwycić posępnym pięknem.
Dramatyzm – tu jest pół na pół, bo nie wypalają sceny w zamyśle twórców najbardziej dramatyczne, czyli wszystko to, co wiąże się z wątkiem ojciec/córka. Za bardzo ckliwe to jest, strasznie sztampowe (z nieśmiertelnym „wiedziałam, że wrócisz, bo obiecał mi to mój tatuś”), żeby serio mogło wzruszyć. Niemniej na obrzeżach tego wątku jest parę robiących wrażenie momentów, np. ten, gdy bohaterowie po raz pierwszy na własnej skórze odczuwają skutki dylatacji czasu. Sceny akcji też wypadają całkiem nieźle.
Postacie – film tak bardzo koncentruje się na głównym bohaterze, Cooperze, oraz jego córce, Murphy, że na pozostałych nie starczyło już pomysłu. Dr Mann jest niemal karykaturą, Romilly i Doyle tłem, zaś Amelia Brand to najpierw energiczna, złośliwa pani doktor, a potem jeleniookie dziewczątko wygłaszające natchnionym głosem bzdury o tym, że trzeba zaufać sile miłości czy coś, jakby nagle ktoś podmienił jej osobowość – tyle że nie o podmianę oczywiście chodzi, tylko o to, że to jedna z tych postaci, które nie mając własnego charakteru, zachowują się tak, jak od nich wymaga w danej chwili scenariusz. Ot, w jednej scenie potrzebne było jedno, a w innej drugie i nikt nie zadbał, żeby to się ze sobą jakoś kleiło. Albo syn głównego bohatera – jest, bo pewnie miał być kontrastem do bystrej, niepokornej Murph, ale poza tym to osobowość płaska jak deska, nijaka do tego stopnia, że pod koniec nasz dzielny pilot chyba sam zapomina, że miał jeszcze drugie dziecko. Serio. Znaczy, rozumiem, że więź ojca z córką może być silniejsza niż z synem, zwłaszcza jeśli dziewczynka bardziej rodzica przypomina, jasne, ale żeby o drugie dziecko nawet po powrocie nie zapytać?
Dialogi – niedobre dialogi, bardzo niedobre dialogi. Długie, pretensjonalne, pseudogłębokie, auć.
Naukowość – podobno element „science” jest tu całkiem solidnie zrobiony. Nie wiem, nie znam się, wiem tylko, że zarówno wormhole, jak i obce planety oraz przede wszystkim czarna dziura wyglądają odpowiednio imponująco.
Fabuła – całkiem niezła, jeśli ktoś nastawia się na film rozrywkowy. Szkoda tylko, że główną niespodziankę daje się zdecydowanie za wcześnie przewidzieć, ale niech tam.
Dziury logiczne – są, co ma nie być, ale znowu – nie ma ich więcej niż w przeciętnym rozrywkowym SF, więc jakoś szczególnie nie narzekam.

Zdecydowanie najlepszym elementem zatem jest warstwa wizualna, a najgorszym – dialogi. Reszta waha się od „dobre” poprzez „takie sobie” aż do „słabe, ale w sumie mogło być gorzej”. I średnia wypadałaby całkiem nieźle, gdyby nie to, że poszczególne elementy chwilami nijak do siebie nie pasują. Ot, na przykład motyw „ducha w bibliotece”, który w filmie w stylu Spielberga byłby uroczym pomysłem, w zestawieniu z ambicją »robimy poważne kino „science”« wypada... no głupio jednak trochę. „Interstellar” to taki groch z kapustą: tu próba zrobienia czegoś w stylu „Odysei kosmicznej” i sceny konsultowane z astrofizykiem, tu czysta rozrywka wraz z przypisanymi jej głupotkami oraz szczypta „amerykańskich rodzinnych wartości”, a wszystko to mocno doprawione dialogami jak z telenoweli. Mimo wszystko jednak warto film obejrzeć, choćby dla paru naprawdę pięknych, robiących wrażenie scen.

A na koniec zostawiłam sobie jedną irytację – dlaczego, u licha, w filmie wmawia się nam, że Matthew McConaughey (rocznik 1969) jest równolatkiem Jessiki Chastain (rocznik 1977), hę? W „True Detective” było to samo: Michelle Monaghan (1976) grała żonę Harrelsona (1961), teoretycznie będącą w tym samym wieku co mąż. To jakaś amerykańska fobia, że facet 40+ na ekranie jest OK, ale starszej kobiety już nie można pokazać, bo to przynosi pecha, czy jak?


piątek, 7 listopada 2014

Rzeki Londynu

W ramach ożywienia bloga wklejam recenzję, która ukazała się w Esensji. :)

„Rzeki Londynu” miały być niesamowitym odkryciem, oryginalnym urban fantasy i przede wszystkim znakomitą książką – tak przynajmniej twierdzili znajomi, polecający mi pierwszy tom cyklu Bena Aaronovitcha. Tymczasem powieść lekko rozczarowuje, bo jest – no cóż – tylko dobra.

Być może to kwestia wygórowanych oczekiwań, trudno jednak ich nie mieć, kiedy człowiek przed lekturą nasłucha się ochów i achów, a potem okazuje się, że książka nie dorasta do otaczającego ją rozgłosu. Ciekawe zresztą, ile w tym rozgłosie autentycznego zachwytu czytelników, a ile pracy speców od reklamy? Bo tym, co dziwi mnie najbardziej, jest nawet nie fakt, że rzesze ludzi uznały tę powieść za rewelacyjną – to w końcu rzecz gustu, lecz fakt, że „Rzeki Londynu” niczym szczególnym się nie wyróżniają, można więc zapytać: dlaczego właściwie ta książka, a nie inna z tego samego gatunku?
Owszem, tym razem główny bohater nie jest prywatnym detektywem, tylko zwyczajnym (na początku przynajmniej) policjantem, co daje okazję do zaprezentowania kilku zabawnych scenek „z codziennego życia stróżów prawa”. Dość nietypowym dla gatunku akcentem jest również fakt, że Peter Grant ma ciemny odcień skóry – miło, że ktoś wreszcie sobie przypomniał, iż Londyn to wielokulturowy tygiel. Trudno jednak uznać to za wielką oryginalność, zwłaszcza że wszystkie pozostałe elementy idealnie wpisują się w konwencję – mamy więc miasto, w którym obok ludzi egzystują istoty z legend oraz istnieje magia (z jakiegoś powodu to prawie zawsze jest Londyn – co to miejsce w sobie ma?), śledztwo, sporo humoru oraz połączenie wątku kryminalnego z, powiedzmy, wątkiem przygodowym.
Wszystko to zostało naprawdę dobrze napisane, Aaronovitch, nawet jeśli nie jest genialnym autorem, na pewno jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Problem w tym, że ja to już czytałam, zazwyczaj w lepszym wydaniu. Być może nie dużo lepszym, ale jednak lepszym.
Peter Grant niewątpliwie daje się lubić, lecz Harry Dresden zajmuje w moim sercu pierwsze miejsce, fabuła „Rzek Londynu” jest całkiem ciekawa, niemniej intrygi Mike’a Careya wciągają bardziej, stolica Wielkiej Brytanii w wersji „magicznej” została ładnie pokazana (wielkie brawa za scenę, w której bohater podróżuje w przeszłość miasta), jednak wolę Londyn z powieści Kate Griffin, klimat… Ok, z klimatu „Rzek Londynu” rozliczać nie będę, bo Aaronovitch wyraźnie stawia bardziej na humor – niemal co drugie zdanie to jakiś dowcip, najczęściej udany. Może dlatego właśnie książka cieszy się tak wielkim powodzeniem?
Problem być może tkwi również w tym, że jestem fanką kryminałów, a tymczasem „Rzeki Londynu”, choć wątek śledztwa jest na ich kartach bardzo ważny, pisane są bardziej jak przygodówka. Autor – celowo czy też nie, nie potrafię powiedzieć – rezygnuje z podkreślania tajemniczości zbrodni, zaś niektóre kwestie wyjaśniają się zdecydowanie zbyt szybko i zbyt łatwo, zanim czytelnik zdąży się nimi poważniej przejąć. Brutalnie mówiąc: moim zdaniem w wątku morderstwa nie ma wystarczającej dozy napięcia. To niekoniecznie musi być wadą, urban fantasy z natury balansuje na granicy powieści detektywistycznej oraz przygodowej – ja akurat wolę, kiedy więcej jest tej pierwszej, ale wielu czytelników preferuje drugą opcję.
Wygląda więc na to, że jedynym zarzutem, jaki mogę postawić „Rzekom Londynu” jest to, że nie są aż tak dobre, jak się spodziewałam. Cóż, reklama co prawda pomaga w sprzedaży, ale czasem niespodziewanie zwraca się przeciwko wydawcom, bo takie rozczarowanie trudno potem czymś zrekompensować. W moim przypadku skutek był taki, że choć wrażenia po lekturze pierwszego tomu miałam generalnie pozytywne, po drugi jeszcze nie sięgnęłam.

sobota, 1 listopada 2014

Listopadowe aktualności

21 - 23 listopada będę na Targach Książki w katowickim Spodku, dokładnego programu jeszcze niestety nie znam.

Poza tym 25 listopada w siedzibie klubu  w ramach sekcji literackiej odbędzie się otwarte dla ludzi z zewnątrz spotkanie z Jakubem Ćwiekiem, więc gdyby ktoś był zainteresowany, to zapraszam. :-) Spotkanie rozpocznie się o 16:30 i potrwa do 17:00.

(O kryminale już nawet nie wspominam, bo go kończę od dwóch miesięcy i skończyć nie mogę, ale - odpukać - może w listopadzie wreszcie się uda.)