środa, 29 października 2014

Jedwabnik, czyli ostatnio przeczytane

Ciekawe, że chyba wszystkie opinie, jakie czytałam, mówią, że „Jedwabnik” jest lepszy niż „Wołanie kukułki” – otóż moim zdaniem nie, jest słabszy, co prawda niewiele, ale jednak. Najpierw długo nie dzieje się w książce prawie nic, ot, znika pisarz, detektyw gada z ludźmi i gada, a autorka opisuje to, co zna znakomicie, czyli środowisko autorów oraz wydawców (dlaczego ja nigdy na żadnym spotkaniu z wydawcą nie dostałam szampana???). I tu od razu uwaga – otóż Rowling ma ten rzadki dar, który mają tylko najbardziej popularni pisarze (jak King), że potrafi ciekawie pisać o niczym, strony lecą, nic się na dobrą sprawę nie dzieje, a i tak człowiekowi chce się czytać dalej. Wszystko to prawda, niemniej wolałabym, aby na tych pierwszych stronach więcej było intrygi i tajemnicy, wtedy powieść byłaby jeszcze lepsza.
Potem zdarza się morderstwo i ono dla odmiany jest strasznie przekombinowane. Dziwaczne upozowanie zwłok oraz ewidentny związek z ostatnią powieścią zaginionego autora budzą ciekawość, jak Rowling zagadkę rozwiąże. Niestety, wyjaśnienie jest – zwłaszcza w zestawieniu z oryginalnością zbrodni – dość banalne, motywacja zabójcy też nie do końca mnie przekonała. Plus malutki minusik za to, że związek pomiędzy treścią książki a życiem okazał się mieć mniejsze znaczenie niż się spodziewałam.
Wszystko to są zastrzeżenia lekkiego kalibru, pod względem konstrukcji intrygi oraz prowadzenia akcji Rowling (czy też Galbraith) i tak plasuje się znacznie powyżej średniej tego, co jest w księgarniach. Lubię jej zagadki, lubię klimat tych historii, podoba mi się wreszcie, że autorka najwyraźniej wie, o czym pisze.
Nie przepadam natomiast za Cormoranem, co jest o tyle dziwne, że to typowa postać „do lubienia”, facet ciężko doświadczony przez życie, ale wciąż skłonny walczyć, inteligentny, dumny i uparty. Zazwyczaj sympatyzuję z bohaterami o takim zestawie cech, jednak w tym przypadku jakoś nie zaskoczyło i zastanawiałam się, dlaczego właściwie nie. Może powodem jest to, że detektyw Rowling ma mnóstwo cech kliszowatego bohatera noir, ale nic z jego uroku, może fakt, że coś mi w tej postaci zgrzytało. Bo autorka z jednej strony opisuje Cormorana jako mężczyznę, delikatnie mówiąc, mało atrakcyjnego fizycznie (jednonogi, z nadwagą i włosami na głowie przypominającymi włosy łonowe (!), wyglądający na starszego niż jest naprawdę), a z drugiej strony połowa przewijających się przez powieść kobiet koniecznie chce się z tym człowiekiem przespać.
Nie twierdzę przy tym, że kaleki mężczyzna nie mógłby liczyć na zainteresowanie płci przeciwnej, wiem też, że niektóre kobiety wręcz lubią brzydkich facetów, ale to raczej wyjątki, nie reguła. Zresztą sam Cormoran mówi w pewnym momencie, że lecą na niego tylko kobiety w pewnym charakterystycznym typie – a potem nagle się okazuje, że ten typ jest tak powszechny, że nieszczęśnik musi się opędzać od zainteresowanych jak od much. I żeby to zainteresowanie jeszcze rodziło się jakoś później, w toku dłuższej znajomości, można by je tłumaczyć tym, że Cormoran niedostatni fizycznej atrakcyjności nadrabia urokiem osobistym. Ale nie, jedna dziewczyna ledwo naszego detektywa poznała, już ociera się niedwuznacznie i jest gotowa wskoczyć mu do łóżka, druga widzi go po raz pierwszy na przyjęciu i cierpi, bo przyszedł z inną, a ona miała nadzieję, że to będzie „jej” facet. Nie wspominając o napalonej klientce oraz ex-dziewczynie cud urody, gotowej wrócić na jedno skinienie Cormorana (ok, to na upartego może być tylko jego pobożne życzenie). Po prostu nie wierzę. I nie bardzo podoba mi się, jak to jest opisane – niby Rowling zdaje sobie sprawę, że jej bohater momentami zachowuje się jak kompletny buc, ale z drugiej strony jest w opisie tych relacji jakaś ironiczna pobłażliwość, jakby autorka zachęcała czytelników, aby się wraz z nią z tych biednych kobiet pośmiali, coś w rodzaju: patrzcie, jakie głupie baby, myślały, że chłopa sobie złapią, a on biedaczek tak musi kombinować, żeby się wykręcić. No więc sorry, ale mnie to niespecjalnie bawi.
Nawiasem mówiąc, czy mnie się zdaje, czy sekretarka Cormorana TEŻ wydaje się nim w pewnym stopniu zainteresowana? Bo chwilami miałam silne wrażenie, że widmo romansu nieśmiało wychyla się zza horyzontu... Mam szczerą nadzieję, że Rowling nie pójdzie tą drogą, bo dalsze tomy oczywiście przeczytam.


piątek, 17 października 2014

Niektórzy klasycy powinni zostać zapomniani?

Nie ukrywam, że przeczytałam tę książkę głównie dlatego, że nawiązania do niej pojawiły się w serialu „True Detective”, który to serial bardzo mi się podobał. I przyznaję też, że od początku miałam złe przeczucia, bo Chambers to niby klasyk, ale jakiś taki... przykurzony i nieco zapomniany. Do sławy Poego czy Lovecrafta mu daleko i po lekturze właściwie się temu nie dziwię.
Z czterech luźno ze sobą powiązanych opowiadań składających się na „Króla...” podobało mi się tylko pierwsze, w którym autor całkiem zgrabnie wygrywa motyw niewiarygodnego narratora. Niepewność, co tu jest prawdą, a co wytworem chorego umysłu faktycznie nadaje tekstowi fajny rys niepokoju, choć i tu już widać, że Chambers ma skłonność do wrzucania w historię elementów z czapy. Takim elementem są zaaprobowane przez rząd komory śmierci dla samobójców (jakaś historia alternatywna?) – pomysł sam w sobie bardzo dobry, szkoda tylko, że niepowiązany z resztą opowieści.
Drugie opowiadanie jest chyba najsłabsze – i żeby nie być gołosłowną, spróbuję je streścić. Otóż jest sobie czwórka przyjaciół: trzech artystów i dziewczyna, w tym jeden z artystów z dziewczyną tworzą parę i mieszkają ze sobą (chyba) bez ślubu, co jak na koniec XIX wieku jest bardzo śmiałym rozwiązaniem. Artysta ten jest jednocześnie zdolnym chemikiem, który odkrył właśnie roztwór zamieniający żywe organizmy w marmurowe rzeźby i teraz z nim eksperymentuje, zamieniając kwiaty, rybki czy królika. W pewnym momencie dziewczyna artysty wyznaje, że tak naprawdę kocha nie jego, tylko drugiego artystę, który jest jednocześnie narratorem całej historii i z tego wyznania (???) aż dostaje ciężkiej gorączki. Artysta-narrator wcześniej czuł do dziewczyny miętę, ale teraz dręczą go wątpliwości, mówi o jakichś zobowiązaniach (nie wiem, nie ogarniam, wszystko to jest irytująco mętne) – w każdym razie wychodzi na to, że z jakiegoś powodu nie chce/nie może tej miłości odwzajemnić. Przy okazji artysta-narrator też się rozchorowuje (wtf???), a kiedy odzyskuje przytomność, trzeci artysta z paczki mówi mu, że ten pierwszy oraz dziewczyna nie żyją: ona rzuciła się do basenu z roztworem i zamieniła w rzeźbę (bo ukochany jej nie chciał? diabli wiedzą...), on natomiast strzelił sobie w serce. Tym sposobem artysta-narrator zostaje spadkobiercą kumpla, zaś trzeci artysta ma sny, które w założeniu miały zapewne budować atmosferę Niepokoju i Tajemnicy. Po czym artysta-narrator przyjeżdża do odziedziczonego domu, gdzie się okazuje, że zamienione w rzeźby istoty, w tym dziewczyna, wracają do życia, the end. Końcówka – w zasadzie przecież szczęśliwa – nijak ma się do wcześniejszych prób sugerowania jakiegoś zagrożenia, a psychika postaci (zwłaszcza narratora i dziewczyny) jest iście księżycowa, to dramat z życia Marsjan, gdzie zrozumienie, czego ci ludzie nawzajem od siebie chcą i jakie motywacje nimi kierują, przekracza zdolności przeciętnego Ziemianina. Aha, zapomniałabym, jest jeszcze tytułowy „Król w Żółci”, książka, którą w pewnym momencie czyta narrator i która nic wspólnego z resztą fabuły nie ma.
Podobnie mętne jest opowiadanie trzecie – narrator tradycyjnie czyta „Króla...”, czuje niepokój, idzie do kościoła, żeby „doznać ukojenia”, tam zaczyna go prześladować dziwny organista, na końcu zaś... eee... przed bohaterem otwiera się brama do świata z czytanej książki? Chyba. Też jest to mętne, ale opowiadanie od biedy broni się, ponieważ jest krótkie i na upartego wszystkie te niejasności można wytłumaczyć po prostu tak, że kiedy człowiek przeczyta „Króla...” to zaczynają się wokół niego dziać dziwne rzeczy.
Niestety, wyjaśnienie to nie działa w przypadku opowiadania czwartego, gdzie bohaterowie też oczywiście czytają „Króla...”, ale dopiero pod sam koniec, gdy „dziwne rzeczy” hulają już na całego. Znowu ucieknę się do streszczenia. Otóż jest sobie malarz, który pewnego dnia, malując modelkę, widzi przez okno pracowni odrażającego z wyglądu człowieka. Zaraz potem jego obraz psuje się, nabierając dziwnych barw, a modelka opowiada sen, jaki kiedyś miała – w tym śnie odrażający człowiek (nawiasem mówiąc, stróż z pobliskiego kościoła) powoził karawanem, zaś w trumnie leżał żywy jeszcze malarz. Wkrótce narrator dowiaduje się, że paskudny cieć jest czymś w rodzaju żywego trupa (odpadają mu palce, jak mocniej ścisnąć), a modelka wyznaje bohaterowi miłość. On co prawda zainteresowany specjalnie nie jest (rozpoznajemy schemat, prawda?), ale całuje ją jakoś tak odruchowo i ma nadzieję, że dziewczyna się znudzi, zanim dojdzie do poważniejszych deklaracji. Potem sam malarz ma sen z karawanem, dziewczyna daje mu w prezencie znalezioną gdzieś broszę z dziwnym symbolem, zaś bohater słyszy w głowie pytanie: „Czy znalazłeś już Żółty Znak?” Następnie oboje czytają „Króla w Żółci” i wpadają na to, że Żółtym Znakiem jest właśnie brosza – jednak jest za późno, po broszę przychodzi cieć-zombi, dziewczyna umiera (chyba ze strachu, bo innego powodu jako żywo nie ma), zombie jak to zombie zaczyna się rozkładać, a bohater-narrator, po spisaniu rzeczonej historii, również szykuje się na śmierć – i też nie wiadomo właściwie, czemu. Z wrażenia? Z imperatywu narracyjnego?
Nie pytajcie, kim właściwie był gnijący stróż, czemu akurat ci bohaterowie, a nie dowolni inni dostali „Żółty Znak”, o co chodziło ze snem o pogrzebaniu żywcem (żadna z postaci w ten sposób nie skończyła) itp. Opowiadanie to kilka „strasznych” motywów wrzuconych w tekst bez większego ładu i składu, po czym zlepionych pretekstową fabułą, akcję popychają do przodu zbiegi okoliczności oraz bezsensowne zachowania postaci, a całość zdecydowanie bardziej irytuje ogólną mętnością, niż niepokoi. Jeśli chodzi o grozę, polecam Poego albo Lovecrafta, Chambersa można sobie darować – chyba że ktoś, jak ja, jest fanem serialu.

  

piątek, 10 października 2014

Serialowo - październikowo

Po kilku odcinkach, które były przede wszystkim nudne, a na drugim miejscu dopiero głupie, już myślałam, że nie doczekam się w finale moich ulubionych facepalmowych motywów. Na szczęście ostatni odcinek pod tym względem nie zawiódł, albowiem gdyż:
Po pierwsze dowiadujemy się z niego, że dziesięcioletnie mniej więcej dziecko w czasie wampirzej apokalipsy najbezpieczniejsze będzie u boku ojca, który zmierza właśnie do gniazda krwiopijców, żeby zabić ich Mistrza. W rezultacie tego mały dostaje srebrny mieczyk i instruowany jest, jak obciąć komuś głowę. Taaa...
Po drugie dowiadujemy się, że wystarczy wyrzucić z balkonu jedną osobę i już wampiry w Nowym Jorku mogą hasać spokojnie, nikt nie wprowadzi stanu wyjątkowego, kwarantanny ani nic, bo reszta świata tradycyjnie miasto olewa.
Po trzecie wspomniany dzieciak, rzekomo inteligentny oraz nad wiek dojrzały, udaje atak astmy, żeby wrócić do potencjalnie niebezpiecznego domu po pozostawiony tam album ze zdjęciami. Po co mu on, nie wiadomo, wcześniej chłopak nie wydawał się przesadnie sentymentalny czy przywiązany do starych fotek, ale taki już urok tego serialu, że postaci robią nie to, co wynikałoby z ich charakteru, tylko to, co pozwala popchnąć do przodu fabułę.
Po czwarte tatuś chłopaczka oczywiście symulowanym atakiem astmy się przejmuje i leci do domu po inhalator (czy takie urządzenie nie powinno być dostępne w pierwszej z brzegu aptece?), potem oczywiście zabiera dzieciaka do środka, zamiast powiedzieć coś w rodzaju: „Ok, ja ci ten inhalator przyniosę, a ty poczekaj w samochodzie”, zaś kiedy orientuje się, że dziecku chodziło o zdjęcia, zajmuje się... ich oglądaniem, zamiast brać nogi za pas. Nikogo chyba nie zdziwi, że właśnie w tej chwili wpadnie do domu zwampirzona była żona? Rozumiem, że scenarzyści chcieli w ostatnich scenach skonfrontować Epha oraz jego przemienioną ex, ale naprawdę można było doprowadzić do tego spotkania na mnóstwo innych, sensowniejszych sposobów, zamiast ciągnąć łańcuch tak idiotycznych zachowań.
Dodajmy do tego raczej kuriozalną Ostateczną Rozgrywkę z wąpierzami (no, prawie ostateczną, będzie przecież drugi sezon) oraz budzące nerwowy chichot próby dodania dramatyzmu poprzez pokazywanie, jak pod wpływem Traumatycznych Wydarzeń bohaterowie popadają w nałogi, a otrzymamy w rezultacie jeden z najgorszych seriali, jakie zdarzyło mi się widzieć: źle napisany, z kiepskimi efektami specjalnymi (Mistrz wygląda jak przerośnięty goblin zrobiony z plasteliny przez obdarzonego mroczą wyobraźnią przedszkolaka) i absolutnie pozbawiony napięcia. Dlaczego coś takiego zostało przedłużone na drugi sezon – nie mam pojęcia, ratuję się jedynie myślą, że być może część widzów ogląda „The Strain” tak, jak ja, tzn. dla czystej radochy zobaczenia czegoś, co jest tak niewiarygodnie złe.
A w drodze na Copernicon obejrzałam sobie do końca porzucony niegdyś „Helix”. I jak to czasem zmienia się perspektywa, bo po „The Strain” „Helix” wcale nie wydaje się taki kiepski. Jasne, fabuła składa się głównie z klisz, a bohaterowie-naukowcy zachowują się momentami, jakby grali w „Prometeuszu”, ale i tak do poziomu „The Strain” temu daleko. Ponadto „Helix” wygrywa tym, że – abstrahując od poziomu scenariusza – jest całkiem nieźle zrealizowany. Znaczy, jeśli twórcy „Helixa” wymyślą sobie malowniczo-straszną scenę, to ta scena niezależnie od jej sensowności zazwyczaj faktycznie jest malowniczo-straszna, podczas gdy próby robienia tego samego w „The Strain” kończą się co najwyżej głupawką u widza. Można sobie testowo porównać dwie sceny: otwierającą z „Helixa” oraz jedną z ostatnich z pierwszego odcinka „The Strain” (tę w kostnicy, z wstającymi ciałami). Obie oparte są na tym samym pomyśle skontrastowania radosnej muzyczki z horrorową akcją, ale o ile w „Helixie” daje to naprawdę fajny creepy efekt, o tyle w „The Strain”, gdy ożywione wąpierze rzucają się na patologa, wygląda to tak, że całości brakuje tylko podpisu „group hug”.
„Helix” w ogóle ma dobrze dobraną muzykę i jest ładny, powiedzmy, kolorystycznie (te chłodne wnętrza i dla kontrastu czerwone ubrania epidemiologów), efekty komputerowe za to wypadają kiepsko, ale na szczęście nie ma ich dużo. W dół ciągną też powiązania między bohaterami i zwroty akcji jak z brazylijskiej telenoweli oraz stosowne do tego dialogi, nie wspominając już o tym, że wszyscy (może z wyjątkiem Hiroshiego) mają osobowości płaskie jak deski do prasowania. Pod tym względem wolę jednak „The Strain”, bo Eph to postać co prawda koncertowo skopana, ale przynajmniej mająca na starcie jakiś potencjał, który gdzieś tam w nielicznych momentach przebłyskuje, podczas gdy dr Farragut nigdy żadnego potencjału nie miał, facet od początku pomyślany był jako przerośnięty skaut, mówiący frazesami i zbolałą miną wyrażający troskę o wszystkich wokoło. Czy warto serial oglądać? Moim zdaniem nie, chyba że ktoś naprawdę bardzo lubi horrory i naprawdę nie ma nic lepszego do zrobienia – u mnie zadziałały oba te czynniki.
Ponadto obejrzałam pierwszy odcinek „Gotham” i daleka jestem od zachwytu. Na komiksach się co prawda nie znam (przeczytałam w życiu cały jeden), więc może czegoś nie łapię, ale kurczę, przecież ten serial niewiele różni się od dowolnej produkcji typu „nowy glina w skorumpowanym mieście” – widziałam to wiele razy i naprawdę nie mam ochoty po raz kolejny, niezależnie od tego, czy w tle plącze się małoletni Batman, czy nie. Ukłonem w stronę komiksu jest tu, jak mniemam, fakt, że charaktery postaci są rysowane bardzo grubymi kreskami – jak ktoś jest zły, to niemal karykaturalny, jak dobry, to tak, że szlachetność mało mu uszami nie wycieka. Starałam się polubić Gordona, naprawdę, bo generalnie jestem zwolenniczką miłych facetów, ale po prostu się nie dało, gość jest tak nudny, że oczy mi się na sam jego widok zamykały. Poza tym drętwe dialogi, zero wzruszeń (przy morderstwie rodziców Batmana nic we mnie nie drgnęło), a jeśli chodzi o fabułę... no, jakaś tam jest, ale jak dotąd nie znalazłam w niej nic ciekawego. Może potem się rozkręca, nie wiem.

Na szczęście jest jeszcze „Homeland”, który po resecie w postaci pozbycia się Brody’ego (nareszcie!) chyba złapał drugi oddech, bo zaczyna się bardzo fajnie – zwłaszcza scena wywlekania z samochodu robi spore wrażenie. Poza tym Carrie tradycyjnie ma problemy, jest egocentryczna i raczej... nieszczególnie sympatyczna (co nie zmienia faktu, że i tak ją lubię), a Quinn dla odmiany nietradycyjnie zaczyna się łamać, co jest o tyle dziwne, że wcześniej kreowany był na faceta, na którym zabijanie nie robi większego wrażenia. Nie rozumiem więc, czemu akurat teraz, ale niech tam, jest interesująco, a to najważniejsze.

poniedziałek, 6 października 2014

Copernicon oraz Imladris

Byłam ostatnio na dwóch konwentach: Coperniconie oraz Imladrisie. Copernicon, oprócz tego, że odbywa się w absolutnie uroczym Toruniu, okazał się bezkonkurencyjny w kwestii opieki nad autorami. Kiedy przyjechałam, organizatorzy już dzwonili z pytaniem, czy potrzebuję transportu z dworca (powiedziałam, że nie, ale troskę doceniłam), w hotelu czekała osoba pomagająca przy akredytacji (bo akredytacja dla autorów była właśnie w hotelowym holu, co eliminowało konieczność stania w kolejce), sam hotel okazał się bardzo elegancki, a jakby tego wszystkiego było mało, przed poszczególnymi punktami programu do uczestników dzwonił ktoś z organizatorów z pytaniem, czy o swoich punktach pamiętają, czy nie trzeba ich do sali zaprowadzić itp. :). Poczułam się jak prawdziwy VIP i momentami miałam wręcz napady paniki (Ratunku! Co ja tu robię, to wszystko jest dla znacznie lepszych autorów niż ja!).
Do teraz uczucia mam mieszane, bo z jednej strony było mi cholernie przyjemnie, a z drugiej wciąż gryzie mnie sumienie, bo generalnie jestem zwolenniczką tego, żeby autorzy brali udział w konwentach jak wszyscy inni uczestnicy, tzn. płacili normalnie za akredytację, noclegi i przejazd. Wiem, wychodzę w tym momencie na hipokrytkę, ale co poradzę, że pieniędzy nie mam, a pokusie bycia na konwencie czasem trudno się oprzeć. Chyba mam słaby charakter albo coś... :(
Drugim konwentem był Imladris, kameralny, podobny nieco w stylu i klimacie do konwentów sprzed dziesięciu lat, co obudziło we mnie sentymentalne wspomnienia. A z drugiej strony było tam parę ciekawych nowych rozwiązań, np. rozsyłane mailem kody, które trzeba było wydrukować i pokazać przy wejściu, dzięki czemu proces akredytacji zajmował tyle, co zeskanowanie kodu plus wydanie plakietki oraz programu. Bardzo dobry pomysł.
Nie jestem natomiast pewna, co myśleć o spotkaniach autorskich na wzór worldconowych, tzn. nie publiczność na sali i autor przepytywany przez prowadzącego, tylko swobodna rozmowa przy stoliku z grupą 5-10 osób. W przypadku autorów wygadanych to pewnie fajny pomysł, ale jeśli nieśmiały, małomówny autor trafi na nieśmiałych, małomównych uczestników takiego spotkania... powiedzmy, że było to dziwne i nieco surrealistyczne przeżycie („No, powiedz coś!” Chwila niezręcznego milczenia: „Nie, ty coś powiedz” :-) Na szczęście moi dyskutanci, oprócz tego, że introwertyczni, okazali się też grupą przeuroczych, bardzo sympatycznych ludzi, więc wspomnienia mam generalnie pozytywne – ale drugi raz chyba na takie spotkanie namówić się nie dam.
Rewelacyjnym pomysłem okazało się też, żeby do paneli brać nie tylko autorów, ale po prostu fanów, którzy na danym temacie się znają, w rezultacie czego w niektórych dyskusjach nie było ani jednego szerzej znanego nazwiska, za to uczestnicy naprawdę wiedzieli, o czym mówią. To jest tak proste i genialne, że zastanawiam się, jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł. Czemu organizatorzy innych konwentów tak bardzo upierają się, że dyskutować muszą przede wszystkim autorzy? Znaczy, ok, znane nazwiska pewnie przyciągają większą publiczność, niemniej dobieranie panelistów z klucza wyłącznie autorskiego prowadzić może do tego, co przeżyłam swego czasu na Dniach Fantastyki, kiedy to grupa osób twardo zgadywała odpowiedzi na pytania w rodzaju: „Dlaczego w polskich legendach bardzo popularny jest motyw diabła”. I jeśli ktoś chciałby w tym momencie zapytać, co ja właściwie na Imladrisie robiłam w panelu o kolonizacji światów, to informuję, że nic, byłam tam przez przypadek (wiem, moja wina, mogłam powiedzieć organizatorom, że się na tym kompletnie nie znam). Moi dwaj dyskutanci, PWC oraz Toudi, z których żaden pisarzem nie jest, okazali się o niebo bardziej kompetentni.

piątek, 3 października 2014

Domenic Jordan w wersji audio :)

4 listopada nakładem wydawnictwa Storybox ukaże się audiobook "Diabła na wieży", a miesiąc później, 2 grudnia, audiobook "Zabawek diabła". Okładki na załączonych obrazkach - Domenic Jordan wygląda na nich co prawda trochę jak chory na gruźlicę Dorian Gray, ale kruki za to są ładne. ;>



środa, 1 października 2014

Październikowe aktualności

3 października będę w Kędzierzynie Koźlu na Nocy z Fantastyką, która zaczyna się o godzinie 17:00, a kończy o 19:00 (jak widać, krótka ta noc ;). Spotkanie odbędzie się bibliotece, w filii nr 5 przy ulicy Damrota 32. Poza mną będą jeszcze Michał Cholewa, Frantiska Vrbenska (czeska autorka fantastyki) oraz Elżbieta Gepfert i Piotr W. Cholewa. Więcej informacji tu.
A następnego dnia, w sobotę, wybieram się do Krakowa na Imladris.
Będę na następujących punktach programu:
14:00 - 14:30 - spotkanie autorskie
15:00 - 15:30 - spotkanie z laureatami nagrody im. Janusza A. Zajdla
17:00 - 18:00 - panel: Kolonizacja nowych światów

Poza tym kończę książkę, kryminał bez elementów fantastyki. Jak już go napiszę, będę się zastanawiać, co z nim dalej zrobić.