czwartek, 28 sierpnia 2014

Zajdel 2013 - powieści

Nominowane opowiadania za mną, przyszła pora na powieści. Jak wcześniej, swoją z oczywistych względów pominęłam i skupiłam się na pozostałych. Oto garść wrażeń po lekturze:

1. O „Sezonie burz” już pisałam, teraz będzie krótka powtórka:  no więc nadal nie wiem, czy to jest dobra książka, czy nie. Znaczy, pod pewnymi względami niewątpliwie jest: czyta się ją lekko i z ciekawością (czyli tak, jak się powinno czytać rozrywkową przygodówkę), niektóre sceny potrafią rozbawić, inne wzruszyć, a całość przywołuje miłe wspomnienia powrotu do czasów, kiedy człowiek po raz pierwszy zachwycał się sagą. Gdyby z powieścią na takim poziomie przyszedł do wydawnictwa debiutant, prawdopodobnie zostałby przyjęty z otwartymi ramionami. Jednak to nie jest książka debiutanta, a Andrzeja Sapkowskiego i jak na tego autora „Sezon burz” jest... może nie tyle słaby (do „Żmii” mu daleko), co jednak słabszy niż inne wiedźmińskie teksty. Fabuła jest literackim Frankensteinem pozszywanym z różnych kawałków, godnych zapamiętania onelinerów nie ma wiele, humor czasem lata niebezpiecznie blisko ziemi (te pierdzące strażniczki, auć), zaś sam główny bohater momentami sprawia wręcz antypatyczne wrażenie – choć to ostatnie być może jest celowym zabiegiem, skoro akcja „Sezonu...” dzieje się przed „Wiedźminem”, czyli w czasach, kiedy Geralt nie był jeszcze tak ludzki jak w późniejszych opowiadaniach czy sadze. Tak czy inaczej: nie jest to mój zajdlowy faworyt, ale jeśli wygra, płakać nie będę.

2. Z „Holocaustem F” miałam chyba największy problem, bo z hard SF z różnych powodów mi nie po drodze. Mówiąc uczciwie: po prostu czasem (często?) mam problem ze zrozumienie tekstów z tego gatunku. „Holocaust” nie jest wyjątkiem, choć wydaje mi się – powtarzam, WYDAJE SIĘ – że jednak mniej więcej zrozumiałam, o co w nim chodzi. Co ciekawe, gubić się zaczęłam nawet nie tyle w technicznych szczegółach, co w całym tym religijnym mambo-jambo, którego im dalej w fabułę, tym było więcej. Niemniej to, co ogarnęłam, mi się podobało. Jeśli chodzi o czynnik „Wow, ale to fajnie wymyślone!”, książka zostawia konkurencję daleko w tyle, wyobraźnia autora, rozmach wizji, doprecyzowanie tego wszystkiego – to naprawdę robi niesamowite wrażenie. Niektóre sceny same w sobie warte są Zajdla, inne z kolei trochę przynudzają (nie bijcie, ale nigdy nie lubiłam bitew, jedyną, jaka kiedykolwiek mi się podobała, była bitwa pod Brenną u Sapkowskiego). Zabrakło też trochę, sama nie wiem, może uczuć? W każdym razie jakoś nie potrafiłam przejąć się losami głównego bohatera. Może dlatego, że facet jest tak kompletnie inny i z mojego punktu widzenia „nieludzki”, że trudno się w niego wczuć, choć z drugiej strony taki np. Watts potrafi opisywać równie „nieludzkich” bohaterów w sposób zdecydowanie bardziej emocjonujący, więc jednak się da. Trudno mi oceniać tę książkę, co nie zmienia faktu, że spora część mnie chciałaby, żeby „Holocaust F” wygrał – byłoby to docenienie czegoś nowego i świeżego na polskim rynku, a to, jak myślę, byłoby z korzyścią zarówno dla nagrody, jak i dla powieści.

3. „Cienioryt” z kolei kojarzył mi się z jednej strony z „Trzema muszkieterami” a z drugiej z „Fechmistrzem”. Nie znam się jakoś specjalnie na powieściach płaszcza i szpady, ale na tyle, na ile mogę się wypowiadać, książka w konwencję wpisuje się idealnie: jest tu i potoczysty, gawędziarski styl, jest gorący klimat Serivy (wzorowanej na miastach hiszpańskich), jest wreszcie główny bohater, mistrz szpady, który najlepsze lata może i ma za sobą, ale wciąż jest przeciwnikiem, którego nie należy lekceważyć. A do tego autor dodaje element oryginalny, jakim jest pomysł na świat, który dzieli się z grubsza na „nasz”, słoneczny, oraz na świat cieni, który nie do końca jest odbiciem tego pierwszego. Z tego podziału wynikają specyficzna magia, powieściowa intryga, a nawet poniekąd relacje międzyludzkie (zetknięcie się dwóch cieni w słońcu skutkuje pomieszaniem osobowości i wspomnień osób cienie rzucających). Fajnie to wszystko jest wymyślone i fajnie napisane – gdyby istniała kategoria „rozrywka sprawiająca przy czytaniu mnóstwo radości” „Cienioryt” byłby zdecydowanie moim pierwszym kandydatem.

4. Przyznaję, unikałam jak mogłam czytania „Szczęśliwej ziemi”, nie dlatego, że twórczość autora jest taka zła, tylko wręcz przeciwnie, jest aż za dobra – bo głównym celem autora jest chyba wpędzenie nieszczęsnych czytelników w depresję i Łukaszowi świetnie to wychodzi. W każdym razie ja po lekturze każdej kolejnej jego książki czuję się trochę tak, jakby przejechała po mnie ciężarówka, i ostatnia powieść nie jest wyjątkiem. Tak, to jest znakomita literatura, o rząd długości (albo i więcej) lepsza niż reszta nominowanych tekstów. Nie, nie oznacza to, że „mi się podobała”, nie jestem pewna, czy takie określenie w ogóle ma jakikolwiek sens w kontekście twórczości tego autora (co swoją drogą prowokuje pytanie, czy czytanie powinno być przyjemne i po co czytać coś, co zamiast przyjemności sprawia ból – ale to inny temat). Teraz w ramach instynktu samozachowawczego usiłuję o „Szczęśliwej ziemi” zapomnieć. Ale nie sądzę, żeby mi się udało.

Jeszcze się zastanowię, ale najprawdopodobniej głosować będę tak:

  1. Szczęśliwa ziemia
  2. Cienioryt
  3. Holocaust F
  4. Sezon burz

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Dwie recenzje "Światów równoległych" + The Strain

Mamy już dwie recenzje "Światów równoległych", obie na szczęście pozytywne. :-)

Pierwszą można przeczytać na portalu Poltergeist.

A drugą w magazynie Fahrenheit.






A w najnowszym odcinku The Strain...
Łowca wampirów uświadamia swoją dzielną drużynę, że nie muszą latać od domu do domu z mieczem i obcinać wąpierzom głowy – wystarczy, że uśmiercą Mistrza, a wtedy wampiryczna zaraza sama wygaśnia. Ok, to ma niewątpliwie więcej sensu, ale czemu facet wpadł na to dopiero TERAZ? Miał kilkadziesiąt lat na to, żeby się przygotować do walki i rozsądny plan wymyśla w ostatniej chwili, po tym, jak najpierw upierał się przy idiotycznym?
Pozytywni bohaterowie tradycyjnie doznają okresowych napadów amnezji (raz pamiętają, że mają dowody na poparcie tego, że nie są bandą wariatów, raz nie), zasada „olej ciało, łap mordercę” nadal działa – wampir uśmiercony przez Gusa najwyraźniej leży na ulicy i nikt się nim nie przejmuje, podczas gdy Gus siedzi w ciupie. Ok, luz, przyzwyczaiłam się.
Zastanawiam się też, po co właściwie wampiry upierają się przy usunięciu ciała akurat Redferna, skoro do tej pory w Nowym Jorku takich zmutowanych zwłok powinno być już całkiem sporo (wąpierze się rozmnożyły, a nie są jakieś super-trudne do zabicia). Ale czego się można spodziewać po Złych, którzy w celu podbicia Ameryki sprowadzili niepotrafiące przekraczać płynącej wody wampiry akurat do Nowego Jorku? Nie do dowolnego większego miasta w środku USA, tylko właśnie do Nowego Jorku, który – niespodzianka, niespodzianka – leży częściowo na wyspach oddzielonych od kontynentu rzekami, a więc jest naturalnym miejscem, w którym można zatrzymać rozprzestrzenianie się zarazy.
Tradycyjnie też dostajemy kolejne sceny, w których człowieka opowiadającego o zagrożeniu uznaje się z marszu za wariata. Wyobraźmy sobie np. taką sytuację: do córki przychodzi spanikowana matka, mówiąc, że w domu, gdzie pracuje jako niania, zalęgło się Straszliwe Zło i że w związku z tym ona zabrała stamtąd dzieci i nie zamierza więcej domu się zbliżać. Jaka jest na coś takiego możliwa reakcja?
a)      Córka uznaje matkę za wariatkę, olewa ją i pcha się z dzieciakami do wyżej wymienionego domu.
b)      Córka wierzy matce, uzbraja się przeciwko Straszliwemu Złu i leci po księdza.
c)      Córka co prawda nie wierzy w Straszliwe Zło, ale uznaje, że w domu najprawdopodobniej faktycznie dzieje się coś niedobrego i w związku z tym jest ostrożna, nie pcha się tam z dzieciakami, tylko na początek idzie sprawdzić, co i jak w towarzystwie np. paru silnorękich sąsiadów albo coś w tym rodzaju.
Nie wymagam od bohaterów seriali reakcji b (to byłaby przesada), niemniej c wydaje mi się dość rozsądną opcją – zwłaszcza jeśli o zagrożeniu opowiada ktoś, kogo nie mamy powodów uznawać za wariata. Tymczasem bohaterowie The Strain ze zdumiewającą regularnością wybierają wersję a. Rozumiem, że robienie z postaci idiotów ułatwia scenarzystom pracę, ale bez przesady.

(nawiasem mówiąc, córka niani, jakkolwiek głupia, była także zdecydowanie najładniejszą dziewczyną w serialu i za zamordowanie jej tak szybko twórcy mają u mnie sporego minusa) 


wtorek, 19 sierpnia 2014

Ostatnio obejrzane 2

 Obejrzałam początek "Extant", serialu, w którym znajdziemy między innymi: tajemniczą ciążę z kosmosu, duchy na stacji kosmicznej, dziecko-robota w stylu małego Damiena oraz niezbędne w tego typu produkcji spiski&sekrety. Brzmi znajomo? Powinno, bo "Extant" to kompilacja motywów przewijających się przez film czy literaturę, łatwo doszukać się inspiracji "Dzieckiem Rosemary" czy swojskim "Solaris". I to nawet niespecjalnie mi przeszkadzało, ograne wątki mogą być ciekawe, jeśli je dobrze napisać i potem nakręcić. Ale z tym jest problem, bo niby dzieją się tu straszne rzeczy, ale atmosfery zagrożenia jakoś się nie czuje. Nie ma klimatu, który w serialu z pogranicza SF i grozy jest tak ważny. I dialogi, bardzo niedobre dialogi, zwłaszcza w scenach małżeńskich/rodzinnych pani astronautki i jej męża. Banalne, nijak nie poruszające - a jest ich naprawdę dużo. Ostatecznie jednak gwoździem do trumny okazała się główna bohaterka. Lubię Halle Berry, ale na tę postać najwyraźniej nikt nie miał pomysłu i ten brak momentami aż boli. Kobieta wygłasza adekwatne do sytuacji kwestie, czymś tam się martwi i czegoś się boi, ale jest w tym wszystkim tak absolutnie płaska, że bardziej już chyba nie można. I nie jest to wina aktorki, raczej scenariusza. Drugoplanowe postaci lekarki czy współpracownicy męża mają w trzech scenach więcej życia i charakteru niż główna bohaterka przez trzy odcinki. Mimo całego mojego zamiłowania do tajemnic - zdecydowanie nie.

A w moim ulubionym ostatnio "The Strain" kolejne dziwności. Mianowicie:
FBI aresztuje faceta na podstawie filmiku z kamery (ciągnął po korytarzu worek z ciałem, czy może samo ciało, już nie pamiętam), nie kłopocząc się przy tym takimi detalami jak np. szukanie rzeczonych zwłok, zbadanie ich, sprawdzenie, jak właściwie delikwent zginął itd. NO BO PO CO.

Aresztowany też się nie popisuje: podczas przesłuchania mógłby powołać się na świadków, którzy wiedzą, jak w rzeczywistości wyglądało "zabójstwo" (hint: zamordowany zmutował w wąpierza i zaatakował), może pokazać filmik z sekcji, na którym widać, że ofiara raczej człowiekiem już nie była, może w końcu odesłać agentów, żeby sami sobie te zwłoki obejrzeli. Niczego takiego nie robi, bo... eee... musi wypełnić rolę standardowego Niewinnie Prześladowanego Bohatera, czy coś w tym rodzaju. Chyba.

Czy w USA jest tak niski poziom zaufania do służb publicznych? Serio pytam, bo opcja "dzieje się coś dziwnego/groźnego - dzwoń po policję" nikomu nie przychodzi tu do głowy. Jakiś potwór wpada do domu opieki i morduje staruszków? Radź sobie sam. W kanałach spotykasz monstra? Radź sobie sam. Twoi współpracownicy zostają napadnięci i zamienieni w wampiry? Radź sobie sam. Ktoś zaatakował twojego kolegę z pracy? Radź sobie sam. Idt.

Do kobiety przychodzi ex-mąż i ostrzega, żeby uciekała wraz z dzieckiem z miasta, bo lada moment wybuchnie tu straszna zaraza. Ok, facet może i nie był najlepszym mężem świata (stąd ex), ale - jeśli dobrze zrozumiałam - nie miał też wcześniej skłonności do fantazjowania i ogólnie był raczej normalny, wypadałoby więc przynajmniej go wysłuchać. Tymczasem kobieta faceta olewa i jeszcze ma pretensje, że straszy ją i dziecko. Aha, facet to główny bohater, epidemiolog, podobno dobry w swoim zawodzie. Ale kto by tam wierzył epidemiologowi jak gada o zarazie, prawda?

Zdziwniej i zdziwniej, jak powiedziała Alicja.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Ostatnio obejrzane


Prawo Murphy’ego odcięło mnie od kolejnego odcinka „The Strain”, więc cierpię, albowiem zaczęłam odczuwać coś w rodzaju niezdrowej fascynacji tym serialem. Znaczy, intryguje mnie, jakim cudem wysokobudżetowa produkcja sygnowana przez znanego (i dobrego) reżysera może być AŻ TAK źle napisana. Jak na razie widzieliśmy sceny, w których:
  1. 1. Główny bohater wychodzi na lotnisku do prasy oraz rodzin/znajomych ofiar feralnego lotu, po czym oznajmia, że w samolocie umarło dwieście ileś tam osób, a cztery przeżyły – i NIKT spośród tłumu, nawet zrozpaczony ojciec małoletniej pasażerki, nie zapyta o NAZWISKA ocalonych. Nawiasem mówiąc, czy ktoś ma pomysł, skąd ojciec małej Francuzki miał to wielkie zdjęcie córki? Na co dzień je ze sobą nosi czy jak?
  2. Autopsję ofiar prawdopodobnie Najbardziej Tajemniczej Epidemii Ostatnich Czasów przeprowadza JEDEN samotny facet (rzekomo po to, żeby uniknąć przecieków do prasy – gratuluję zaufania do współpracowników, dr Goodweather). Oczywiście tylko z podstawowym zabezpieczeniem, bo czemu nie, przecież zaraza, która w kilka sekund zabiła 200 osób nie może być aż tak groźna, prawda? A jak wycięte serce jednego z nieboszczyków zacznie się ruszać, to oczywiście trzeba je złapać i podnieść do twarzy, żeby lepiej widzieć, co za licho. Taaa...
  3. Mała Francuzka, rzekomo zmarła lub ocalona, ale chwilowo w kwarantannie (jak wspominałam, jej ojciec nie kłopotał się pytaniem, do której z dwóch grup córeczka należy) wraca w środku nocy do domu, sama. Dziwnie się przy tym zachowuje i wygląda raczej niezdrowo. Czy jej ojciec myśli sobie: „Cholera, zwiała ze szpitala, trzeba ją tam jak najszybciej zawieźć z powrotem”? Albo choć: „Zadzwonię i dowiem się, co jest grane”? Ależ skąd, po prostu cieszy się, że dziewczynka jest w domu i szczęśliwy robi jej naleśniki.
  4. Z kostnicy znikają ciała, co bohaterowie kwitują „Pewnie zabrało je wojsko” i nikt więcej nad tym problemem nie łamie sobie głowy.
  5. Po mieście krąży grupa zombiakowatych wąpierzy i nikt niczego podejrzanego nie zauważa. W Nowym Jorku jest sporo dziwaków, owszem, ale gość z rozciętą klatką piersiową i żebrami na wierzchu chyba nawet tam rzucałby się w oczy?
  6. Trójka ocalonych urywa się z kwarantanny, wraca do domów i przez następnych kilka dni usilnie stara się ignorować coraz wyraźniejsze oznaki jakiejś mocno nietypowej choroby. Ja już dawno wisiałabym na klamce, błagając, żeby mnie z powrotem przyjąć na oddział, ale widać Amerykanie twardzi są i nawet odpadające genitalia nie robią na nich wielkiego wrażenia.
  7. Lekarze „nie są w stanie odnaleźć” ocalonych, mimo iż jeden z nich przebywa we własnym domu, obok którego zresztą koczuje prasa. Pozostali też się przecież nie ukrywają...
  8. Żona po powrocie do domu zastaje martwego psa i szczerzącego zęby męża przykutego łańcuchem w stodole (najwyraźniej w ostatnim przebłysku rozumu przykuł się sam, żeby nie skrzywdzić rodziny). Czy dzwoni po pogotowie/jakiekolwiek inne służby? Ależ skąd, zamiast tego wpycha do stodoły niesympatycznego sąsiada, żeby mąż mógł go zjeść.
  9. (chyba moja ulubiona scena) Jeden z ocalonych przebywa w szpitalu, gdzie jako ofiara Najbardziej Tajemniczej Epidemii Ostatnich Czasów ma – jak się domyślam – fachową opiekę, podłączany jest do różnych bajeranckich urządzeń itp. W międzyczasie w mężczyźnie zachodzą zmiany: płuca oraz inne organy wewnętrzne ulegają atrofii, wykształcają się nowe narządy, odpadają genitalia itp. A co odnotowują lekarze? PACJENTOWI WZROSŁA GORĄCZKA.
  10. Główny bohater ma w ręku dowody na to, że DZIEJE SIĘ COŚ DZIWNEGO I GROŹNEGO – od tajemniczego robala począwszy, a na zwłokach zombiaka/wąpierza skończywszy, jednak z przyczyn mi nieznanych nie używa ich, żeby zapewnić sobie pomoc służb, które, powiedzmy, pomogłyby mu zamknąć miasto, wyłapać zakażonych i tym samym uchronić świat przed zagładą. Zamiast tego doktor planuje... właściwie co? Chodzić wraz z uzbrojonym w miecz staruszkiem od domu do domu i urzynać osobiście głowy zarażonym? Szczerze mam nadzieję, że jednak nie...
Edit: punkt 9 - obejrzałam raz jeszcze ten kawałek, bo przeczucie mnie tknęło, że coś mogło mi umknąć, i faktycznie - jest tam mowa, że pacjentowi w środku coś się poprzestawiało, ale nie wiadomo właściwie, co. Zwracam więc twórcom honor, a przynajmniej część honoru, bo ta gorączka w zestawieniu z odpadającymi genitaliami nadal brzmi cokolwiek komediowo.
Ponadto obejrzałam czwarty sezon „The Killing”, co może wydawać się dziwną decyzją, skoro pierwszy widziałam do połowy, a drugiego i trzeciego w ogóle. Jednak czwarty daje się w zasadzie oglądać jako osobna całość (w zasadzie, bo do zrozumienia potrzebny jest niewielki spojler, co wydarzyło się pod koniec trzeciego) i co więcej, najnowszy sezon w porównaniu z tym, co widziałam wcześniej, wypada całkiem pozytywnie. Jedynka wydawała mi się strasznie rozwodniona i przez to pozbawiona napięcia, czwórka jest krótsza, bardziej kameralna, a dzięki temu bardziej zwarta, ma dobre tempo, fajny klimat i dość ciekawą intrygę (piszę to, mimo iż odpowiedzi na dwa najważniejsze pytania udało mi się samodzielnie odgadnąć). Podoba mi się, jak bardzo rozedrgani i zaszczuci są w tym sezonie bohaterowie (ładnie pokazano, jak sypie się w takiej sytuacji psychika), podoba mi się produkująca sadystów i psychopatów szkoła wojskowa, a także wszechobecna pochmurna pogoda podkreślająca jeszcze nastrój ogólnej beznadziei. Nie podoba mi się za to wątek z matką głównej bohaterki oraz nadmiernie przeciągnięta końcówka, na tyle zresztą odstająca klimatem od reszty, że momentami serio myślałam, że to tylko czyjś sen. Generalnie jednak wrażenia na plus.

A w kinie „Strażnicy Galaktyki” – nieprzemęczające mózgu patrzydło z mnóstwem humoru i genialnie wykorzystaną muzyką. Gdyby tylko fabuła była odrobinkę bardziej skomplikowana i/lub oryginalna, a postacie mniej kliszowate... I uprzedzając wszelkie zarzuty – nie, idąc na ten film, nie spodziewałam się Bergmana, po prostu chciałabym, żeby twórcy tego typu produkcji od czasu do czasu zamiast „bawić się schematami” po prostu... no nie wiem, trochę poza te schematy wyszli? Z drugiej strony przyznaję, że w tym przypadku zabawa wychodzi bardzo fajnie, akcja mknie do przodu, żarty bawią, a bohaterowie dają się lubić, więc jest tu wszystko, czego człowiek wymaga od letniej rozrywki. Z drobnych zastrzeżeń: wszystkie odrobinę poważniejsze sceny (te nagłe deklaracje przyjaźni, ech) są strasznie wymęczone i nieprzekonujące, na szczęście nie ma ich dużo, a jeśli już się pojawiają, szybko zostają złamane dowcipem, który wychodzi twórcom zdecydowanie lepiej.



piątek, 1 sierpnia 2014

Sierpniowe aktualności

Ósmego i dziewiątego sierpnia będę na warszawskiej Avangardzie. W piątek o 16:00 zapraszam na pierwszą godzinę warsztatów, które prowadzę razem z Agnieszką Hałas (albo, bądźmy uczciwi, Ignite prowadzi ze mną), a w sobotę o 17:00 na dalszy ciąg warsztatów oraz o 18:00 na dyżur autorski.
Więcej informacji o konwencie tutaj.

Osoby, które chciałyby wziąć udział w warsztatach, mogą wysyłać na adres anneke(małpa)poczta.onet.pl do 6 sierpnia krótkie teksty (fragmenty bądź szorty), do 10 tys. znaków, które zostaną omówione podczas spotkania/spotkań. Można też przyjść z tekstem na warsztaty albo przyjść bez tekstu - tak po prostu.

Ponadto z radością informuje, że jest kolejny numer NOL-a, w nim opowiadania:
Mateusz P. Barczyk - Zdefiniowałem pustkę
Szymon Gonera – Lilly
Katarzyna Rupiewicz – Sąsiadka
Andrzej Trybuła – Polowanie na Fritza Langa

Zapraszam do czytania & komentowania!

Poza tym staramy się, żeby nasza antologia "Światy równoległe" miała także wersję ebookową - prace nad nią trwają.