czwartek, 31 lipca 2014

Dallas '63


To chyba jedyna z nowszych książka Kinga, której nie przeczytałam od razu po premierze: nigdy nie byłam wielką fanką ani thrillerów politycznych, ani podróży w czasie, a w wykonaniu tego autora wolę zdecydowanie horrory. A jednak kiedy zobaczyłam powieść na półce w bibliotece, nie  oparłam się i wypożyczyłam. I w sumie jestem zadowolona, mimo iż uczucia po lekturze, tradycyjnie, mam dość mieszane – nie wiem, czy to dlatego, że King faktycznie ostatnio słabiej pisze, czy ja staję się bardziej marudna, może zresztą jedno i drugie.
„Dallas '63” składa się z trzech osi, wokół których kręci się fabuła. Po pierwsze oczywiście oś „polityczna”, czyli próby powstrzymania Lee Harveya Oswalda – ten właśnie wątek wydał mi się najmniej interesujący, może po prostu dlatego, że nie działa na mnie ani mit „szczęśliwej Ameryki”, w której po zabiciu prezydenta wszystko poszło nie tak, ani do Kennedy’ego jakiegoś wielkiego sentymentu nie mam. Cóż, w końcu nie jest to historia mojego kraju.
Drugą oś można nazwać „obyczajową” – tu King opisuje to, co od lat lubi opisywać najbardziej, czyli życie małych miasteczek. Mamy więc szkolne potańcówki, przedstawienia teatralne, mecze – wszystko z przełomu lat 50-tych i 60-tych. To są momentami bardzo urokliwe kawałki, tyle że strasznie przegadane. Widać, że autor ma sentyment do tamtych czasów, co czasem jednak szkodzi zamiast pomagać. Odchudzenie wszystkich tych wątków o jakieś 100, może nawet 200 stron wyszłoby powieści na dobre.
I wreszcie oś trzecia, „nadprzyrodzona” – jak dla mnie najciekawsza, mimo iż najmniej wyeksponowana. Po prostu lubię horrory, a budowanie atmosfery zawsze było mocną stroną Kinga. Ten ładnie wygrany niepokój, kiedy okazuje się, że w przeszłości powtarzają się pewne sceny/dialogi/nazwiska, czy tajemnica człowieka ze zmieniającą kolor kartką – tego typu elementów dla odmiany mogłoby być więcej.
Poza tym pozytywnie zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: humor – parę scen jest naprawdę zabawnych (moja ulubiona to edukacja małego gazeciarza w duchu komunistycznej równości), a Kinga dotąd nie podejrzewałam o szczególnie wyostrzony dowcip. Po drugie: romans – nie jest to najbardziej fascynująco opisane uczucie męsko-damskie ever, ale jak na tego autora (wątki miłosne u Kinga są zazwyczaj strasznie drętwe) i tak wyszło nieźle, nawet troszkę się wzruszyłam na koniec.
A z drobiazgów – główny bohater, urodzony w 1976 roku, czyli mój rówieśnik, po przeniesieniu do roku 1958 nie ma najmniejszego problemu z przestawieniem się z komputera na maszynę do pisania, a potem nawet na pisanie piórem! Podziwiam! Gdyby mnie ktoś teraz kazał pisać ręcznie, zapłakałabym się na śmierć. Zresztą, facet w ogóle podejrzanie dobrze sobie radzi jak na kogoś, kto bez żadnego przygotowania wylądował w czasach dzieciństwa swoich rodziców, ale niech tam, i tak mi się podobało. Gdyby nie nadmuchana objętość, powiedziałabym nawet, że to najlepsza z wydanych ostatnio książek Kinga.

czwartek, 24 lipca 2014

O twórczości Joe Alexa słów kilka


Nadal piszę książkę i nadal mam w związku tym kryzys czytelniczy, czyli mogę czytać albo wyłącznie teksty nieangażujące mózgu (który zajęty jest przetwarzaniem informacji, ile mi jeszcze trupów do końca zostało), albo to, co czytałam już wcześniej. Na tej zasadzie sięgnęłam wczoraj po „Śmierć mówi w moim imieniu” Joe Alexa i przy okazji przypomniałam sobie, jak bardzo książki tego autora wkurzały mnie, kiedy byłam młodsza. I nadal mnie wkurzają, co nie przeszkadza temu, że przeczytałam wszystkie, i to z przyjemnością. Brzmi dziwacznie, wiem, i nawet budzi we mnie niejakie poczucie winy wobec pisarza, bo z jednej strony za każdym razem, kiedy w jakiejś dyskusji pojawia się to nazwisko (tzn. Joe Alexa, autora kryminałów, nie Macieja Słomczyńskiego, tłumacza), zaczynam marudzić, a z drugiej wszystkie jego powieści mam i wszystkie sprawiły mi podczas lektury naprawdę sporo frajdy. 
Spróbuję więc może w ramach uczciwości uporządkować moje wrażenia w punktach.

Co mi się nie podoba w kryminałach Joe Alexa:
  1. Główny bohater, który jest tak koszmarną Mary Sue, że przebija go pod tym względem chyba tylko Rapsodia z cyklu Elizabeth Haydon – ta, która była cudownie piękną kurtyzaną-dziewicą. Detektyw amator Joe Alex (zbieżność z pseudonimem autora nieprzypadkowa i również charakterystyczna dla zjawiska Mary Sue) jest superinteligentny, przystojny, majętny, znakomicie wyćwiczony w sztukach walki, lubiany i poważany absolutnie przez wszystkich, a uwielbiany wręcz przez czytelników – jest bowiem świetnym pisarzem, i to w dodatku ot tak, od niechcenia. Ma też, jakżeby inaczej, odpowiednio doskonałą dziewczynę, pannę Karolinę (czemu Karolinę, a nie Caroline? Inne imiona jakoś nie są spolszczone). Karolina w zależności od potrzeb jest albo genialnym młodym naukowcem, albo słodkim i nieszczególnie bystrym stworzonkiem – znaczy, inteligencja włącza jej się głównie wtedy, kiedy mówi o swojej pasji, czyli archeologii. Nie wiem czemu, ale OK, to przynajmniej JEST jakaś konkretna cecha charakteru, czego nie daje się powiedzieć o Benie Parkerze, przyjacielu-policjancie głównego bohatera, który jest tak absolutnie nijaki, że po przeczytaniu ośmiu książek (nie pamiętam, czy występował we wszystkich, ale w większości tak) nie jestem w stanie o facecie powiedzieć NIC. 
Nawiasem mówiąc, związek Alexa z Karoliną też wygląda cokolwiek dziwnie. Oboje są niewątpliwie dorośli, a przy tym na tyle „nowocześni”, żeby być parą, nie biorąc ślubu, a jednocześnie z niewiadomych dla mnie powodów ukrywają to, że ze sobą sypiają, niczym czające się przed rodzicami nastolatki. Ukradkiem przekazują sobie klucze do mieszkania, Karolina rumieni się na samą sugestię, że miałaby spędzić u Alexa noc itd. Nie ogarniam. Czy lata sześćdziesiąte były okresem, kiedy z jednej strony wypadało „być razem” bez ślubu, a z drugiej nie wypadało się przyznawać, że to „bycie” wiąże się też z seksem? Serio się zastanawiam.
  1. Papierowe postaci – bohaterowie są albo nijacy, jak wspomniany już Ben Parker, albo obdarzeni jedną, góra dwiema charakterystycznymi cechami, które co prawda jakoś ich tam wyróżniają, ale bynajmniej nie dodają tym literackim tworom życia.
  2. Książki Joe Alexa to klasyczne kryminały w stylu Agathy Christie, co oznacza, że główny nacisk położony jest na intrygę, za to wszystko pozostałe (realia społeczne itp.) pozostają na drugim planie – całość jest więc króciutka, z ledwo naszkicowanym tłem. Tyle że Agatha Christie umiała przy całej tej oszczędności sprawić, że człowiek miał wrażenie czytania o autentycznych miejscach i ludziach, podczas gdy Joe Alex pisał, jakby Anglię znał wyłącznie z książek/filmów, i to nie najwyższych lotów... Hm, może tak właśnie było? Bo podczas lektury nieustannie wydawało mi się, że te wszystkie wiejskie rezydencje/eleganckie mieszkania to teatralne dekoracje, które obsługa wynosi, kiedy tylko przewracam stronę. Christie zresztą potrafiła wplatać w swoje książki różne charakterystyczne drobiazgi (np. powojenny czarnorynkowy handel), dzięki którym człowiek rozpoznawał, kiedy właściwie rozgrywa się akcja. Inaczej u niej zachowywali się bohaterowie w latach dwudziestych-trzydziestych, a inaczej, powiedzmy, pięćdziesiątych, inne mieli problemy, inaczej wyglądały stosunki społeczne itp. U Joe Alexa wszystkie te straszliwe zbrodnie mają miejsce w sztucznie wykreowanej przestrzeni, jakiejś „idealnej i ponadczasowej”, a jednocześnie wypranej z wszelkiego indywidualizmu Anglii.
  3. Koszmarnie pretensjonalne tytuły. „Powiem wam, jak zginął” czy „Zmącony spokój Pani Labiryntu” są jeszcze w miarę OK, ale „Piekło jest we mnie”? „Śmierć mówi w moim imieniu”? „Jesteś tylko diabłem”? Poważnie??? Nawiasem mówiąc, w wieku lat jedenastu napisałam opowiadanie pod takim właśnie tytułem („Jesteś tylko diabłem”) i wówczas wydawał mi się ów tytuł wstrząsająco mroczny i niewątpliwie zachęcający do czytania. Teraz już się nie wydaje. ;)
  4. Ogólny snobizm. Alex z Karoliną nie mogą np. pójść do kina na jakiś fajny rozrywkowy film – muszą iść do teatru, i to na sztukę Ionesco. Nikt tam nie czyta niczego poniżej klasycznej poezji, nikt też nie ogląda telewizji. Ba, telewizory w aleksoświecie chyba w ogóle nie istnieją, jest tylko dość lekceważona prasa... 
  5. To, co mnie wkurza najbardziej, czyli pogarda dla czytelników kryminałów. Bo, jak już wspomniałam, Joe Alex-postać z książek Joe Alexa-pisarza jest również autorem, opisującym sprawy, które rozwiązał jako detektyw amator. Joe Alex-postać pisze przy tym te swoje rewelacyjnie sprzedające się powieści z wyraźnym lekceważeniem – ot, taka sobie chałturka, wstukiwana na maszynie lewą ręką między zupą a drugim daniem, bo choć kryminały to rozrywka dla durnego ludu, jakoś zarobić na chleb trzeba. Nietrudno przeprowadzić analogię i dojść do wniosku, że identyczny stosunek do swoich czytelników ma Joe Alex-pisarz. A nawet gdyby nie miał, nawet gdyby to była tylko perspektywa wyłącznie Joe Alexa-postaci – cóż, sugerowanie, że ludzie, dzięki którym stać cię na elegancki apartament w Londynie, są bandą głąbów, wydaje się cokolwiek niegrzeczne, a czytelnicy kryminałów niekoniecznie chcą przeczytać w kryminale, że mają zły gust i tak właściwie to powinni poczytać sobie coś ambitniejszego.

Co mi się podoba w kryminałach Joe Alexa:
1. Intrygi. Można im zarzucić przekombinowanie, owszem, jednak to cecha charakterystyczna tego podgatunku (Christie też tak miała), a te akurat są ciekawie wymyślone i poprowadzone. Jest to jeden jedyny element, który naprawdę przypadł mi do gustu. Więcej nawet, który spodobał mi się na tyle, że byłam w stanie może nie tyle zapomnieć, co przynajmniej na czas lektury przymknąć oczy na wady. Czy wobec tego warto dziś jeszcze Joe Alexa czytać? Moim zdaniem tak, aczkolwiek z zastrzeżeniem, że sporo rzeczy w tych książkach może – zwłaszcza dziś, kiedy kryminały po prostu inaczej się pisze – mocno irytować. 

wtorek, 22 lipca 2014

The Strain


Penny Dreadful było światełkiem w tunelu i przywróciło mi wiarę w seriale. Niestety, zaraz potem nacięłam się na pierwsze dwa odcinki „The Strain” i znowu, cholera, musiałam zacząć kręcić nosem. Oceniam przy tym – z góry zaznaczam – sam początek, czyli „pierwsze wrażenie”, które moim zdaniem jest raczej negatywne. Nie wiem, może potem się coś zmieni i ostatecznie serial okaże się rewelacyjny (pytanie, czy ja będę dalej oglądać...).
„The Strain” to serial na podstawie serii, której pierwszą część swego czasu recenzowałam w Esensji. I owszem, jak w starym dowcipie – książka była lepsza. Miała zgrabniej zbudowany klimat i dłużej utrzymywała tajemnicę „co właściwie stało się w samolocie”. Ok, można argumentować, że marudzę, bo czytałam wcześniej powieść i dlatego tajemnica nie była dla mnie żadną tajemnicą, ale podczas lektury też od początku wiedziałam, że „to wampiry” (wydawca raczył zdradzić w blurbie), jednak przyjemność ze śledzenia historii miałam znacznie większą. W serialu paskudny wąpierz ze ssawką pojawia się już w pierwszym odcinku i jest pokazany na tyle dokładnie, żeby widz nie miał wątpliwości z kim/czym ma do czynienia.
Poza tym serial cierpi na to, co w dużej mierze było też wadą książki, czyli pomieszanie „biologicznych” oraz „ludowych” wyjaśnień fenomenu wampiryzmu. Miało to w założeniu odświeżyć formułę – zamiast krwiopijców, którzy boją się krzyża czy czosnku i umierają od wbicia w pierś kołka, otrzymalibyśmy po prostu zaatakowanych nieznanym wirusem ludzi. I sam pomysł mi się podoba, serio. Ale wykonanie już mniej, bo w serialu „tradycyjne” elementy wampiryzmu też jak najbardziej istnieją: jest powiewający pelerynką (albo eee czymś pelerynopodobnym) złowrogi Mistrz, jest stara trumna z ziemią, miecz „na wampiry” czy motyw przekraczanie rzeki. A sądząc po książce, będzie podobnych elementów znacznie więcej. W rezultacie otrzymujemy coś w rodzaju mariażu poczciwej opowiastki o nieumarłych, jak sprzed stu lat, z hollywoodzką  produkcją o wybuchu epidemii. Taki „Dracula” ożeniony z „Epidemią”, rozumiecie.
Kłopot w tym, że obie te historie po połączeniu wcale nie tworzą nowej jakości, zwłaszcza że i w jednej, i w drugiej mnóstwo jest sztampowym elementów. Mamy więc starca, który jako jedyny zdaje sobie sprawę z zagrożenia i potrafi je zwalczać, ale oczywiście inni biorą go za wariata (do czasu, jak mniemam), głównego bohatera, który jest tak zaabsorbowany ratowaniem ludzkości, że cierpi na tym jego małżeństwo, chciwe władze, które chronią własne tyłki zamiast myśleć o dobru ogółu itp. Poszczególne sceny (ożywiające w kostnicy trupy) też jakby skądś znamy. Jakby tego było mało, bohaterowie w imię popchnięcia naprzód akcji zachowują się czasem... delikatnie mówiąc, niezbyt mądrze. Ludzie, którzy przeżyli w samolocie atak tajemniczego patogenu, mimo ewidentnie nienajlepszego samopoczucia koniecznie chcą wracać do domów, choć rozsądek nakazywałby raczej pozostanie w szpitalu i serię szczegółowych badań; nad ciałami ofiar tegoż ataku pracuje w kostnicy jeden lekarz, w dodatku niemal bez zabezpieczeń (ma tylko rękawiczki) – a patogen nie dość, że jest nieznany, to jeszcze zabija w ciągu kilku zaledwie sekund (przynajmniej lekarz ma święte prawo w to wierzyć).
I w sumie nie czepiałabym się jakoś strasznie – rozumiem, że w serialu czasem trudno jest uniknąć klisz czy głupoty bohaterów uniknąć. Ale nawet to da się podać z jako takim wdziękiem, a właśnie wdzięku w „The Strain” próżno szukać. Bohaterowie wygłaszają stosowne do okoliczności kwestie, Mistrz macha ssawką i wygląda groźnie, a świeżo przemienione wampiry plączą się w tle – niby wszystko jest ok, tyle że nie ma w tym życia, trudno się kimkolwiek przejąć czy kogoś polubić. Ot, taka typowa produkcja telewizyjna. I jasne, widziałam znacznie gorsze seriale, ale szczerze wątpię, czy można to zaliczyć „The Strain” na plus.  

piątek, 18 lipca 2014

Zajdel 2013 - opowiadania


Jak co roku postanowiłam przeczytać nominowane do nagrody im. Janusza A. Zajdla teksty i wybrać najlepszy. Są tam też moje dwa opowiadania, ale tych nie potrafię ocenić – nie uważam, że są lepsze, nie uważam, że są gorsze, po prostu nie mam pojęcia, jak prezentują się na tle pozostałych. Niech inni się o to martwią, ja na siebie i tak nie będę głosować (tak, wiem, macie na to tylko moje słowo :P), spokojnie więc je pominęłam i zajęłam się resztą, a oto moje wrażenia:

„Cyberpunk” – pierwsze wrażenie: „Jakim cudem osoba, która pół dnia spędza przed podłączonym do internetu komputerem, nie rozumie połowy używanych przez autora słów???”. Drugie wrażenie: „Rany, chyba jednak załapałam, o co chodzi!!!”. Trzecie wrażenie „Nigdy nie uda mi się napisać takiego tekstu :(((”. Trudno, z własnym antytalentem w kwestiach technologiczno-przyszłościowo-okołocyberpunkowych się pogodziłam, a opowiadanie bardzo mi się podobało. Fakt, Cetnarowski nie mówi może niczego przesadnie odkrywczego, komuś może też przeszkadzać brak fabuły (mnie nie przeszkadzał, zresztą akurat brak fabuły tu pasuje), ale, kurczę, JAK to jest napisane. Na poziomie stylistycznej sprawności, naginania języka do swoich potrzeb oraz ogólnej znajomości Słów, O Których Nie Miałam Nawet Pojęcia, Że Istnieją Cetnarowski jest rewelacyjny, serio zazdroszczę.

„Grewolucja” – też cyberpunk i też podczas lektury podgryzała mnie zazdrość, że „Ja nigdy czegoś takiego nie napiszę”. No nie napiszę, takie życie. Tym razem dla odmiany fabuła jest, w dodatku bardzo wciągająca, a i wizja przyszłości wydała mi się ciekawsza od tej zaprezentowanej przez Cetnara. Całość jest fajnie napisana, z dramatycznym nerwem, malowniczo-strasznym światem i sympatycznym bohaterem. Jeden z moich faworytów, zdecydowanie.





„Drobnoustroje” – mam problem z interpretacją tego opowiadania, bo niby można je zrozumieć na poziomie czystej fantastyki (Magda z wątku freelancera oraz Magda-pielęgniarka to różne kobiety, lecz o podobnym genotypie, obie zapłodnione przez Obcych, obie roniące za sprawą machinacji ginekologa oraz renegata-kosmity), ale znacznie bardziej pasuje mi interpretacja, że wątek SF to rojenia chorującego na schizofrenię bohatera, który załamał się po tym, jak jego dziewczyna poroniła w dramatycznych okolicznościach. Tak czy inaczej – duży plus za gęsty, „horrorowy” klimat oraz przekonujących bohaterów i relacje między nimi.

„Edmund po drugiej stronie lustra” – było kiedyś takie opowiadanie (krótka powieść?) Sheckleya (??? kurczę, nie pamiętam) w którym/której bohater przylatuje na planetę przestępców, gdzie wszystko jest na odwrót – należy być nie dobrym, tylko złym, premiowane jest mordowanie się nawzajem, a jeśli ktoś nie lubi przemocy, to chodzi do psychiatry, który „pomaga mu pozbyć się zahamowań”. Opowiadanie Marcina Podlewskiego opiera się na bardzo podobnym pomyśle, z tym że polski autor wypada lepiej, bo przynajmniej pomyślał nad kwestią:„Co musiałbym dodać, żeby taki świat w ogóle miał szansę funkcjonować”. Stąd pomysł statystyk, które trzymają społeczeństwo w ryzach i nie pozwalają ludziom pozabijać się nawzajem. Inna rzecz, że jeśli przyjrzeć się bliżej, i statystyki wiele sensu nie mają, no bo skoro niskostatystyczny utłukł wysokostatystycznego, to przecież tym samym udowodnił, że jest od niego silniejszy, cwańszy, bardziej bezwzględny itp. (cechy pożądane w tym świecie), powinien więc być nagrodzony, a nie ukarany, nie? To jest zresztą główny zarzut, jaki mam do tego tekstu – wszystko wygląda fajnie, ale jeśli poskrobać wierzchnią warstwę, okazuje się, że to tylko literacki konstrukt, w dodatku niezbyt wiarygodny, w rezultacie czego trudno dramatem głównego bohatera się przejąć. Na plus za to drobiazgi: ludzie życzący sobie nawzajem „złego dnia”, czy przymiotnik „piekłotycznie” oraz ogólna sprawność narracyjna – mogę sobie narzekać, ale czytało się znakomicie.

„Popiołun” – podchodziłam jak pies do jeża, bo czytałam wcześniej parę opowiadań tego autora i miałam wrażenie kompletnego rozmijania się naszych wrażliwości literackich. Tymczasem „Popiołun” okazał się chyba najbardziej pozytywnym zaskoczeniem tegorocznych nominacji. To tekst pod wieloma względami bardzo w moim guście, ten dziwaczny i jednocześnie niesamowicie malowniczy świat, ta atmosfera dekadenckiego końca i mitologiczne odwołania – wszystko zaliczam zdecydowanie na duży duży plus. A jednak muszę też pomarudzić... Po pierwsze, przyznaję bez bicia, że nie ogarnęłam całej tej intrygi z prowokacją wobec Ptakolca oraz podstępnym zmuszeniem Feniksa do ostatniej walki. Może zbyt tępa jestem, może nieuważnie czytałam (głównie w autobusach i tramwajach, fakt) – jeśli będę miała czas, spróbuję przed Polconem przeczytać jeszcze raz i może wtedy coś mi zaświta. Po drugie, dla odmiany warstwa mitologiczno-symboliczna jest wyłożona metodą „kawa na ławę”, o tym, że Feniks i Szpulka to dwa „filary” podtrzymujące istnienie miasta, autor mówi otwartym tekstem i to wielokrotnie, jakby nie dowierzał inteligencji czytelników. Ale ok, przyznaję, że po porażce, jaką odniosłam w starciu z intrygą, słowo „łopatologia” zamiera mi na ustach, bo – piszę to bez ironii – jest całkiem możliwe, że znowu czegoś nie załapałam. Tak czy inaczej, w moim odczuciu „Popiołun” to chyba najlepszy, najciekawszy tekst, a już na pewno najbardziej klimatyczny i zapadający w pamięć. Jeszcze się zastanowię, ale na razie kolejność głosowania wygląda tak:

  1. Popiołun
  2. Grewolucja
  3. Cyberpunk
  4. Drobnoustroje
  5. Edmund po drugiej stronie lustra  

czwartek, 17 lipca 2014

Penny Dreadful


Ha! Pierwszy od zakończenia „Hannibala” serial, który naprawdę mi się spodobał (popularnonaukowego „Kosmosu” nie liczę, bo to zupełnie inna bajka). Nazywa się „Penny Dreadful” i z opisu wygląda na coś w rodzaju „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” (dr Frankenstein, Dorian Gray itd. walczą z ponadnaturalnym złem w wiktoriańskim Londynie) w rzeczywistości jednak to bardziej... bo ja wiem? kilka wybranych motywów literackich, całkiem zgrabnie splecionych tak, że przypominają właśnie przeniesioną na ekran dziewiętnastowieczną powieść groszową. W każdym razie przygodówki jest tu niedużo, główni bohaterowie niekoniecznie tworzą „drużynę” (np. Dorian ma zupełnie osobny wątek), a wszystkie odcinki składają się w jedną całość, tak iż trudno je oglądać osobno. Jest klimatycznie, krwawo i dramatycznie, choć nie zawsze z dużym sensem, jest też większość elementów kojarzonych popularnie z epoką wiktoriańską, a więc: wampiry, wilkołaki, seanse spirytystyczne, moda na egiptologię, narkotyki, kolonie, podróżnicy i odkrywcy, gdzieś w tle przemyka oczywiście Kuba Rozpruwacz. Dodatkiem „współczesnym” za to jest spora ilość seksu – gdzie pisarze dziewiętnastowieczni musieli uciekać się do niedomówień (ktoś ma wątpliwości, że Dorian Gray był biseksualny?), tam dzisiejsi twórcy idą na całość. Co prawda połączenie „Draculi”, „Portretu Doriana Graya” oraz „Frankensteina” może budzić niejakie wątpliwości, choćby dlatego, że ta ostatnia powieść to inna, wcześniejsza epoka, ale wyszło zaskakująco dobrze. Podobało mi się, że wszystkie te motywy nie są wrzucone w fabułę tak całkiem na pałę, na zasadzie dodawania kolejnych przemielonych tysiąc razy przez popkulturę elementów, tylko ktoś zadał sobie trud, aby te ramotki przeczytać, w rezultacie czego w serialu znalazły się nie tylko ciekawe nawiązania (Kaliban), ale wręcz bezpośrednie cytaty z powieści czy poezji. Zresztą ładny „literacki” język, uzupełniany gęsto o swojskie „fuck”, to kolejna zaleta „Penny Dreadful”.
Wszystko to nie znaczy bynajmniej, że serial pozbawiony jest wad. Fabuła rozwija się leniwie i momentami trochę jakby scenarzyści sami nie wiedzieli, dokąd z tym wszystkim jadą, niektóre wątki są naprawdę interesujące (Vanessa + sir Malcolm oraz ich tajemnicza przeszłość), a niektóre nieszczególnie (tułaczka monstrum Frankensteina). W dodatku do pewnego stopnia rozczarowały mnie postacie. Na początku byłam nimi zachwycona, bo w pierwszych odcinkach twórcy bardzo zgrabnie, w jednej scenie czy dialogu, potrafili pokazać, kto jest kim, jaki ma charakter itd. Ale potem prawdopodobieństwo – nawet z poprawką na fantastykę – zaczęło się sypać. Np. potwór Frankensteina to właściwie dwie różne osoby. W teatrze kojarzy się trochę z Upiorem Opery (mieszkający w podziemiach zalotnik-obsesjonat – kolejny zresztą „wiktoriański” motyw), a trochę z Lennym z „Myszy i ludzi” (nieśmiały, łagodny siłacz, który bez oporów daje się terroryzować słabszym od niego, ale bystrzejszym facetom). W towarzystwie dr Frankensteina natomiast jest pewny siebie, doskonale wie, czego chce i do celu dąży dosłownie po trupach, bo morduje z zimną krwią i bez wyrzutów sumienia. Ok, wiem, że w różnych okolicznościami ludzie różnie się zachowują, ale bez przesady, to wygląda niemal tak, jakby po przekroczeniu progu teatru, bohater zostawał poddany praniu mózgu.
Wątpliwości budzi również Ethan Chandler, którego z początku uważamy „jedynie” za pozbawionego skrupułów rewolwerowca z tajemnicą z przeszłości (właściwie wszyscy mają tu tajemnice...), a który w późniejszych odcinkach okazuje się kolejno: czułym kochankiem, biseksualistą, hobbystycznym, lecz nader skutecznym (!) egzorcystą oraz wilkołakiem. Trochę za dużo grzybków w tym barszczu, zwłaszcza że z wszystkich tych rewelacji jedynie chyba wilkołactwo zostało wcześniej zasygnalizowane, reszta pojawia się znienacka dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebna, i – jak w przypadku seksu Ethana z Dorianem czy wspomnianych egzorcyzmów – znika, kiedy potrzebna być przestaje. A propos Doriana: jakoś nie mogłam się przekonać do tej postaci, tym razem nie z powodu tego, jak została napisana, ale z powodu aktora, który ani nie jest specjalny ładny czy przystojny, ani za bardzo charyzmy nie ma, trudno mi więc było zrozumieć, czemu wszyscy tak bardzo chcą mu się wpakować do łóżka. Uznałam jednak, że to trochę jak z Hannibalem, tzn. trzeba po prostu przyjąć na wiarę, że Facet Jest Pociągający i dalej było łatwiej. Zresztą, jakiekolwiek miałabym zastrzeżenia, wynagradza je w pełni Eva Green, która nie tylko jest piękna, ale w dodatku wygląda tak, jakby się urodziła, żeby chodzić w tych wszystkich (pseudo)wiktoriańskich kieckach. Nie marudzę więc, tylko czekam na drugi sezon.           

wtorek, 15 lipca 2014

Człowiek z wyspy Lewis


Nie wiem, czy to ja jakaś ostatnio marudna się zrobiłam, czy po prostu mam pecha, ale co sięgam po książkę, która ma być „fajną wakacyjną rozrywką”, to jestem rozczarowana. Nesbo mnie zawiódł, Wayward Pines zawiodło, King okazał się niezły, ale nic więcej... Teraz przyszła pora na „Człowieka z wyspy Lewis”, drugą część szkockiej trylogii Petera Maya. Pierwsza („Czarny dom”) podobała mi się głównie ze względu na niesamowitą scenerię Hebrydów oraz klimat – jedno i drugie tak dobre, że byłam w stanie wybaczyć pewne fabularne niedociągnięcia. Teraz już nie jestem, bo klimat klimatem i sceneria scenerią (oba nadal bardzo na plus), ale od kryminału wymagam jednak czegoś więcej. Fabuła w „Człowieku z wyspy Lewis” rozwija się jak w „Czarnym domu”, czyli dwutorowo, mamy bowiem śledztwo w teraźniejszości oraz retrospekcje z przeszłości. W „Czarnym domu” były w tym jakieś elementy kryminału – kombinowanie na podstawie dowodów, zaskoczenie pod koniec, kiedy okazywało się „kto zabił”. W „Człowieku z wyspy Lewis” takie „podążanie za śladami” można znaleźć jeszcze w wątku „teraźniejszym”, tyle że nie chodzi o znalezienie sprawcy zbrodni, a o odkrycie prawdziwej tożsamości jednego z podejrzanych, co w żaden sposób ciekawe nie jest, bo przecież my, czytelnicy, świetnie wiemy, kim facet jest – z drugiego wątku, tego retrospekcyjnego. W nim autor po prostu opowiada pewną fabułę, wydarzenie po wydarzeniu, w pewnym momencie dochodzi do sceny morderstwa, opisuje, kto kogo zabił i tyle... Żadnych mylnych tropów, żadnej dedukcji, żadnego zaskoczenia. Dobra, wiem, nie każdy kryminał musi być od razu jak powieści Agathy Christie, ale „Człowiek z wyspy Lewis” to po prostu obyczajowo-romansowa powieść z trupem w tle, a nie tego oczekiwałam.  

wtorek, 8 lipca 2014

"Pięć dziwnych nocy..." bonusowo w BookRage

Nominowane do nagrody im. Grabińskiego opowiadanie "Pięć dziwnych nocy wigilijnych" w wersji czytnikowej dołączyło bonusowo do najnowszego pakietu BookRage, zyskując przy okazji bardzo ładną okładkę.
Może ktoś się skusi? ;)

sobota, 5 lipca 2014

Wayward Pines


Naiwna jestem i wciąż mimo licznych przykrych doświadczeń życiowych na pewne reklamowe hasła reaguję, śliniąc się niczym pies Pawłowa. Na przykład tajemnicze zwłoki na wrzosowisku. Albo mroczny klimat, albo – jak w tym przypadku – historia w stylu Twin Peaks oraz Archiwum X. Uwielbiam oba seriale, jakże więc miałabym nie przeczytać czegoś, co do nich nawiązuje? Tyle że „Wayward Pines. Szum” z X files mają wspólnego tyle, że jest tam tajemnica i są agenci, a z Twin Peaks, że akcja toczy się w „dziwnym miasteczku”. Trochę jakby mało... Poza tym książce zdecydowanie bliżej do wszystkich tych filmowych czy powieściowych horrorów, w których nieświadomy niczego bohater przybywa do miasteczka, gdzie mieszkańcy są kosmitami/robotami/wampirami/wstaw co chcesz. On próbuje zorientować się, co jest grane i zawczasu nawiać, oni chcą go albo przerobić na jednego ze „swoich” albo zabić. Znamy to, prawda? Jest to dokładnie ten schemat, przynajmniej przez większą częścią książki, bo końcówka to już czyste SF, które z „klimatem Twin Peaks” nic wspólnego nie ma. Niemniej, czyta się to w sumie nieźle, a raczej czytałoby się, gdyby nie koszmarna maniera pisania każdego zdania w nowej linijce. Serio, wtf? W scenach akcji jeszcze bym zrozumiała, bo komuś (autorowi, znaczy) może się zdawać, że to dodaje tempa czy dramatyzmu, ale pisać tak zwyczajne OPISY? Wychodzi z tego np. coś takiego:
Jego pokój, numer 226, znajdował się w końcu korytarza.
Otworzył drzwi, wszedł, zapalił światło.
Wystrój dało się określić jako folkowy.
Dwie marnie wykonane typowe sceny westernowe.
Kowboj na wierzgającym rumaku.
Grupa pracowników z rancza skulona wokół ogniska.
Pomijając już ogólnie nie najlepszy styl – w takiej formie się tego czytać nie da. Na szczęście są tu też fragmenty pisane względnie normalnie, dzięki którym jakoś dobrnęłam do końca. Finał... powiedzmy, że na plus, bo odpowiedź na pytanie „o co tu właściwie chodzi” nawet mi się podobała, choć i tu można się do tego i owego przyczepić (dlaczego niby nadzieję ludziom miałoby dawać życie w miasteczku-więzieniu, a odbierać ją – życie w niebezpiecznym świecie przyszłości?). Pomysł mimo niejakiego braku oryginalności jest więc całkiem ok, za to wykonanie kuleje. 
A serial na podstawie tego, jeśli go wreszcie puszczą, też pewnie obejrzę. Cóż, jestem słabym człowiekiem. ;)

czwartek, 3 lipca 2014

Nominacje do nagrody Grabińskiego + (skromnie) SFinks

Właśnie się dowiedziałam, że opowiadanie "Pięć dziwnych nocy wigilijnych" zostało nominowane do Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za rok 2013. Nie ukrywam, że trochę mnie to zdziwiło, ale dziękuję. ;)

Pozostałe nominacje tutaj.

Poza tym w plebiscycie SFinks jestem odpowiednio na piątym oraz ósmym (w kategorii opowiadanie) oraz czwartym i piątym (powieści) miejscu.

Całkiem nieźle. ;)))


Książkowo - lipcowo

Zmieniam trochę formułę wpisów o książkach - teraz zamiast kilku krótkich notek będzie jedna-dwie dłuższe. Mam wrażenie, że tak będzie chyba sensowniej...
Na pierwszy ogień idą nowy King oraz nowy Nesbo.

Stephen King najbardziej znany jest oczywiście jako twórca horrorów, ale zdarza się, że od czasu do czasu sięga do innych gatunków: fantasy, sf, czy wreszcie – to ostatnie najrzadziej – do historii pozbawionych elementów fantastycznych. To właśnie przypadek „Pana Mercedesa”, reklamowanego hasłem „King napisał kryminał” – co nie jest prawdą, bowiem najnowsza powieść Króla Horroru to raczej thriller czy może po prostu sensacja. Kryminał wymaga zagadki, w „Panu Mercedesie” od początku wiemy „kto zabił”, a tytułowy bohater-morderca jest postacią równorzędną wobec bohatera-detektywa. Obserwujemy więc rozgrywkę dwóch osobowości: z jednej strony pogrążony w depresji emerytowany gliniarz, któremu niespodziewany list od poszukiwanego mordercy daje powód do życia, z drugiej zaś psychopatyczny dwudziestokilkulatek, który raz już zabił i teraz zamierza zrobić to ponownie.
Przy czym obie główne postaci są dość sztampowe. Bill Hodges to typowy „twardy” glina z nosem do rozwiązywania skomplikowanych spraw, który – jakżeby inaczej – w pracy radzi sobie znacznie lepiej niż w życiu osobistym (rozwód to kolejna klisza). Podobnie typowy jest Brady Hartfield, wyobcowany i jednocześnie uwikłany w niezdrową relację z matką-alkoholiczną. Niemniej King potrafi sprawić, że wszystkie te stereotypy ożywają w czasie lektury. Podobnie jest z postaciami drugoplanowymi – nie są zbyt oryginalne czy głębokie, ale autor kilkoma zgrabnie dobranymi zdaniami nadaje im rys wiarygodności.
Problem mam na dobrą sprawę jedynie z Holly: z jednej strony jest to najciekawsza, najmniej szablowa, a już z pewnością najsympatyczniejsza postać, a z drugiej, jest to też niestety jedyna bodaj bohaterka, w którą mimo szczerych chęci nie jestem w stanie uwierzyć. Bo wyobraźmy sobie czterdziestopięcioletnią kobietę, cierpiącą na bliżej niesprecyzowane, ale poważne problemy psychiczne, mieszkającą wciąż z rodzicami, praktycznie niezdolną do samodzielnego życia (jedyną pracę, jaką kiedykolwiek miała, szybko straciła), funkcjonującą wyłącznie dzięki codziennej dawce leków, nienawidzącą widoku zwłok, bojącą się ludzi itp. I otóż ta właśnie kobieta, wrzucona w sam środek pościgu za szalonym wielokrotnym mordercą, okazuje się znakomicie sobie radzić! „Problemy” Holly pojawiają się i znikają jak na zawołanie w zależności od potrzeb fabuły – czasem są, a czasem nie ma, BO TAK. Sorry, panie King, ale coś tu nie gra.
Na szczęście to chyba jedyna poważniejsza wpadka. Pozostałe elementy książki stoją już jeśli nie na dobrym, to przynajmniej na przyzwoitym poziomie. Owszem, fabuła to po prostu kolejna wariacja na temat pojedynku dobrego gliny ze złym zabójcą, czyli coś, co widzieliśmy w tysiącach filmów. Owszem, w końcówce brakuje zaskoczenia, bo przy tak sztampowym pomyśle, kiedy wszystkie pionki są już rozstawione na planszy, pozostaje w pewnym momencie tylko tradycyjne pytanie „kto zwycięży” (nie żeby odpowiedź na nie była szczególnie trudna...). Ale i tak całość jest zgrabnie napisana i nawet finał wypada lepiej niż końcówka „Doktora Sen”, w którym ostateczne starcie sił dobra i zła ciągnęło się i ciągnęło, podczas gdy czytelnik przysypiał z nudów.
     Jeśli natomiast chodzi o mniej poważne niedociągnięcia – przyznaję, że nie do końca przekonuje mnie warstwa językowa tej książki. Nie od dziś wiadomo, że King lubi bawić się słowami, poszczególne postaci mają u niego swoje charakterystyczne powiedzonka czy indywidualny styl mówienia. Zazwyczaj wychodzi to opowieści na dobre, choć zdarza się, że autor zapędzi się za daleko (jak w absolutnie okropnej „Historii Lisey”) i wtedy wszystkie te językowe łamańce, zamiast dodawać wiarygodności, tylko irytują. W „Panu Mercedesie” bardzo sztucznie brzmi „murzyński” slang, jakim czasem posługuje się nastoletni przyjaciel głównego bohatera – co zresztą z dużym prawdopodobieństwem jest winą nie tyle autora, co tłumacza. Podobnie w przypadku listu od mordercy – w oryginale może i wygląda on, jakby pisał go człowiek „inteligentny i oczytany”, ale po polsku zdania w rodzaju „obawiałem się Spontanicznej Ejakulacji” mogą wzbudzić co najwyżej uśmiech politowania czy ewentualnie napad głupawki. Nie wspominając już o tym, że napisanie „sprafca” zamiast „sprawca” to zdecydowanie nie jest błąd, który mógłby zrobić ktoś, kto generalnie z ortografią sobie radzi, taka osoba mogłaby pomylić „rz” z „ż” czy „h” z „ch”, ale nie „f” z „w”, na Boga! Czepiam się, wiem, bo przecież rozumiem, że tłumacz nie miał dużego pola do manewru, a jakoś ten błąd musiał przełożyć.
Hm, właśnie przyłapałam się na tym, że łatwiej mi wymieniać wady tej książki niż zalety – i to pomimo, że uczucia po lekturze mam raczej pozytywne. Nie wiem, czemu, może dlatego, że wady są konkretne i indywidualne, podczas gdy zalety są wspólne dla każdej dobrej książki z gatunku popularnych czytadeł (wiarygodne postaci, fakt, że „czyta się łatwo”). Tak czy inaczej „Pana Mercedesa” trudno za uznać za wybitne osiągnięcie Kinga, gdybym miała wymieniać najlepsze książki tego autora, najnowsza nie znalazłaby się nawet w pierwszej dwudziestce. Niemniej jak na lekką sensację jest to rzecz warta polecenia, zwłaszcza na wakacje, kiedy człowiekowi nie chce się za bardzo wysilać mózgownicy, a i brak oryginalności podczas plażowej lektury nie przeszkadza jakoś szczególnie.

Coś mam przeczucie, że będzie to pierwsza książka Nesbo, której nie zdołam dokończyć. A zaczęło się nieźle, bo od ucieczki z więzienia Sonny’ego, zawodowego kozła ofiarnego (w zamian za narkotyki przyznawał się do cudzych przestępstw), który dowiedziawszy się, że zmarły ojciec jednak nie był skorumpowanym gliną, pragnie pomścić jego śmierć i jednocześnie odnaleźć prawdziwego „kreta”, działającego w szeregach policji. Nie jest to może zawiązanie akcji wstrząsająco oryginalne, ale wystarczy, żeby zaciekawić, zwłaszcza że norweski autor pisze bardzo sprawnie. Już na początku jednak coś mnie tknęło – oto bowiem uzależniony od heroiny Sonny ot tak, z dnia na dzień zrywa z nałogiem. Bez żadnej pomocy z zewnątrz i to w środowisku, gdzie bezustannie mu tę heroinę proponują. W tym momencie mój kołek do zawieszania niewiary lekko zatrzeszczał, ale niech tam, może chłopak z natury taki twardy jest, niech będzie.
Dalej jednak wątpliwości było coraz więcej. Sonny aresztowany został tuż po osiągnięciu pełnoletności i przesiedział w więzieniu kilkanaście lat – a więc praktycznie spędził tam całe swoje dorosłe życie. Świata za kratami nie zna zupełnie i ma problemy z takimi drobiazgami jak meldowanie się w hotelu, zakup komórki czy nawet płacenie za taksówkę. Nie przeszkadza mu to jednak absolutnie wodzić za nos całej miejscowej policji oraz całego lokalnego przestępczego świata. Bo tak. Sonny bez trudu pokonuje uzbrojonych gangsterów (autor próbuje tłumaczyć to tym, że chłopak jako nastolatek był zapaśnikiem, ale co to ma do broni palnej?), mści się, ratuje sieroty i rozkochuje w sobie piękne dziewczyny. Serio. Takie połączenie Chrystusa z Batmanem na odwyku, rozumiecie. W tym momencie zaczęłam powoli wymiękać, ale gwoździem do trumny okazał się wątek romantyczny, a właściwie dwa takie wątki. 
Jeden to wspomniana już miłość Sonny’ego oraz pracownicy ośrodka dla narkomanów. Miłość z przeszkodami, albowiem dziewczyna ma narzeczonego, którego podobno kocha – Bóg jeden wie, dlaczego, skoro chłopak od pierwszego pojawienia się w książce chodzi z przyklejoną na czole kartką „Buc i cham, do szybkiego zastąpienia przez prawdziwą miłość”. Oczywiście przyszła teściowa to zołza, zapatrzona w synusia i pomiatająca naszą piękną bohaterką, a żeby stereotypowy wizerunek był pełen, autor funduje nieszczęsnej kobiecie w pakiecie nietwarzową fryzurę, która postarza, zamiast odmładzać – bo przecież klisza „zła teściowa” z założenia żadnych pozytywnych cech nie przewiduje, prawda?
Nie lepiej prezentuje się drugi romansowy wątek, czyli miłość starego gliniarza i jego młodej ślepnącej żony – ona jest mu bezwarunkowo oddana, on zrobi wszystko, żeby tylko ocalić jej wzrok. Ja rozumiem, że w życiu zdarzają się różne tragedie, w tym i ślepota też, i naprawdę nie chcę się nabijać – ale to jest napisane tak, że człowiek ma nieodparte wrażenie obcowania z przedwojennym  melodramatem. Innego określenia nie znajduję. Co więcej Nesbo chyba przyszło do głowy podobne porównanie, ponieważ w pewnym miejscu przywołuje granego przez Chaplina włóczęgę i ślepą kwiaciarkę. Nie wiem, gdzie podziała się charakterystyczna dla tego autora umiejętność pisania o skomplikowanych uczuciach i związkach, może na czas pisania tej powieści wzięła sobie urlop?
Wszystko, co napisałam powyżej, nie znaczy bynajmniej, że „Syna” nie da się czytać. Wręcz przeciwnie, Nesbo ma rzemiosło opanowane do tego stopnia, że potrafi sprzedać nawet kompletne głupoty. Ja przeczytałam gdzieś do 70% procent (Kindle, nie wiem, jak to przeliczyć na strony) i co prawda poziom irytacji momentami wzrastał niebezpiecznie, ale mimo wszystko chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Aż w pewnym momencie z powodów ode mnie niezależnych musiałam lekturę przerwać i przyznam szczerze, że po tej przerwie nie mam najmniejszej ochoty do niej wracać. Nie wiem, może robię tej książce krzywdę, może w zakończeniu są jakieś niesamowite twisty, które zmieniłyby moja ocenę – ale zwyczajnie nie chce mi się zmuszać, żeby się o tym przekonać.

wtorek, 1 lipca 2014

Lipcowe aktualności

W lipcu - z uwagi na brak konwentów - zamiast aktualności będzie przypomnienie o tym, co już się dzieje.

A więc po pierwsze wydaliśmy - nareszcie! - nasz sekcyjny zbiorek, czyli "Światy równoległe". Książka jest do kupienia wysyłkowo poprzez księgarnię internetową Solaris albo - UWAGA! - osobiście w księgarni "Strefa Książki" na terenie Simply Market w Katowicach przy ulicy Panewnickiej 141.
Wkrótce dostępna będzie wersja e-bookowa, zbiorek będzie można też nabyć przy okazji różnych konwentów na stanowisku Solarisu.
Gdyby ktoś się skusił, będę wdzięczna za podzielenie się wrażeniami po lekturze.




Poza tym w najnowszej edycji BookRage znalazło się "Miasto w zieleni i błękicie", czyli moja debiutancka książka. Cały pakiet nosi nazwę "Wiedźmy i czarodziejki", pozostałe książki to dwa tomy opowiadań o babuni Jagódce Anny Brzezińskiej, dwa tomy cyklu Feliksa W. Kresa oraz "Salamandra" Grabińskiego.
Zachęcam do kupowania, a ekipie BookRage'a przy okazji gratulujemy zdobycia Śląkfy w kategorii "Wydawca Roku".