sobota, 28 czerwca 2014

"Miasto w zieleni i błękicie" w BookRage ;)

Wystartowała właśnie kolejna edycja BookRage, a w niej moja pierwsza książka, czyli "Miasto w zieleni i błękicie". Powieść co do której, nie ukrywam, mam trochę mieszane uczucia - z jednej strony duży sentyment (wiadomo, była pierwsza), z drugiej wiele rzeczy pewnie teraz napisałabym inaczej... Niemniej liczę, że wciąż mimo takich czy innych (ewentualnych) niedociągnięć jest to książka, która może sprawić czytelnikom odrobinę radości. ;)

Zachęcam do kupowania i czytania. ;)

czwartek, 26 czerwca 2014

nominacje do nagrody im. Janusza A. Zajdla

Wrzucam listę utworów nominowanych w tym roku do nagrody - nie ukrywam, poniekąd dlatego, że znalazły się tam dwa moje opowiadania plus jedna książka, mogę więc popławić się w samozadowoleniu. ;)

Kategoria powieść:
Anna Kańtoch - "Przedksiężycowi", tom III
Łukasz Orbitowski - "Szczęśliwa ziemia"
Krzysztof Piskorski - "Cienioryt"
Andrzej Sapkowski - "Sezon burz"
Cezary Zbierzchowski - "Holocaust F"

Kategoria opowiadanie:
Michał Cetnarowski -"Cyberpunk" ("Rok po końcu świata")
Anna Kańtoch - "Człowiek nieciągły" ("Pożądanie")
Anna Kańtoch - "Okno Myszogrodu" ("Rok po końcu świata")
Paweł Majka - "Grewolucja" (Nowa Fantastyka 05/2013)
Piotr Mirski - "Drobnoustroje" (Nowa Fantastyka 09/2013)
Marcin Podlewski - "Edmund po drugiej stronie lustra" (Nowa Fantastyka 12/2013)
Wojciech Szyda - "Popiołun" (FWS 03/2013, "Rok po końcu świata")

Wszystkim, którzy mnie nominowali, bardzo dziękuję. Tym zaś, którzy nominowali innych autorów też dziękuję - za spełnienie obywatelskiego obowiązku wobec fandomu. :-)

środa, 25 czerwca 2014

Światy równoległe już są!


...czyli antologia opowiadań naszej sekcji dostępna jest już w internetowej księgarni wydawnictwa Solaris. Obok okładka (dementujemy plotki, jakoby przedstawiała owoc zdrożnej miłości ewoka oraz Wookiego - to mefert ;). Zbiorek zawiera następujące teksty:

Michał Cholewa - "Echo"
Katarzyna Rupiewicz - "Aquarta"
Szymon Gonera - "Jugs"
Anna Głomb - "Z popiołów"
Małgorzata Binkowska - "Kopalnia wody"
Marcin Pawełczyk - "Mefert"
Andrzej Trybuła - "Ludzki demon"
Iwona Surmik - "Zaraza"
Katarzyna Kubacka - "Hotel „Alabama”"
Helena Strokowska - "Jako aniołowie"
Anna Kańtoch - "Sztuka porozumienia"

Niżej w ramach promocji i na zachętę wrzucam fragment opowiadania "Sztuka porozumienia" - ten z detektywem i blondynką. ;)


Sztuka porozumienia


Kiedy wszedłem, już na mnie czekała – spowita w półmrok bladoskóra postać na tle panoramicznego okna, za którym ciemniała powoli Kopuła. Odwróciła się w moją stronę miękkim, kocim ruchem, suknia w kolorze błękitnego lodu zafalowała wokół zgrabnych nóg. Włosy też miała jasne, niemal białe. Jak duch albo Królowa Śniegu, która niespodziewanie zjawiła się w moim biurze.
Zamknąłem drzwi, podkręciłem światło i spróbowałem przybrać profesjonalny wyraz twarzy. Rzadko człowiek ma okazję przyjmować tak piękne klientki, choć mnie – z oczywistych względów – zdarza się to częściej niż innym.
– Witam – powiedziałem. – W czym mogę pomóc, pani...? – Celowo zawiesiłem głos, ale mój niespodziewany gość albo nie zrozumiał aluzji, albo nie miał zamiaru się przedstawić. Z różnych powodów stawiałem na to drugie.
– Naprawdę powinien pan zainwestować w lepszą sekretarkę, panie Delamere. Ten automat w poczekalni potrafi tylko powtarzać: „Proszę czekać” i „Podać kawę?”.
Jak na możliwości starej Susie to i tak było sporo – moja pracownica zazwyczaj ogranicza się do przecierania biurka albo mało zrozumiałego rzężenia.
Rzuciłem kapelusz na stolik i posłałem w kierunku blondynki niezobowiązujący uśmiech.
– Przyjechała pani sama? To niebezpieczna dzielnica, zwłaszcza dla kobiet. Zwłaszcza teraz.
Przyglądała mi się przez chwilę, jakby sprawdzała, czy nie żartuję, a potem wzruszyła ramionami.
– Chodzi o morderstwa Brązowego Kapelusza? Niech pan da spokój, to nigdy nie było bezpieczne miasto. Nie tylko dla kobiet.
Skinieniem głowy przyznałem jej rację. Zresztą tak tylko sobie mówiłem, bez szczególnej troski. Wcale mi nie zależało.
– Nawiasem mówiąc – wypomniała blondynka – obiecanej kawy nie dostałam. Nie, proszę się nie kłopotać, i tak jestem już spóźniona. Może po prostu przejdziemy do rzeczy?
Nie miałem zamiaru parzyć kawy, ale nie chciałem też wyprowadzać nowej – i w tej chwili jedynej – klientki z błędu. Zgodziłem się więc, że owszem, czemu nie, możemy przejść do rzeczy, i wskazałem kanapę, która najlepsze lata miała za sobą, podobnie jak całe wyposażenie biura.
Usiadła, zakładając nogę na nogę i prezentując doskonałą linię łydki. Gapiłem się przez chwilę bez specjalnego poczucia winy – jej ciało zostało stworzone do tego, by się na nie gapić. Nie omieszkałem przy tym zauważyć, jak mocny stanowimy kontrast: ja, o skórze czarnej niczym sumienie diabła, i ona, ideał skandynawskiej piękności. Pasowalibyśmy do siebie jak noc do dnia, jak krem czekoladowy do waniliowego ciastka – i nie mówcie mi, że nie potrafię być romantyczny.
– Chcę, żeby odnalazł pan dla mnie pewną dziewczynę. – Sięgnęła po papierośnicę, obracała ją przez chwilę w szczupłych palcach, a potem zrezygnowanym ruchem wsunęła z powrotem do torebki. – Ma pan włączoną sieć?
Skinąłem głową, a ona przesłała mi zdjęcie, które pojawiło się w lewym górnym rogu pola widzenia. Mógłbym prześledzić połączenie, złamać kod i sprawdzić, z jakiego konta wysyła wiadomość, jednak – z oczywistych powodów – nie wypadało mi tego robić.
Ściągnąłem zdjęcie niżej, tak aby mieć je przed oczami. Zrobiono je dwa dni wcześniej; było ziarniste i niezbyt wyraźne, w tle widziałem coś, co wyglądało jak przeszklone drzwi do biurowca – w poprzek biegł napis, lecz ktoś rozmazał go komputerowo, tak że nie potrafiłem przeczytać ani literki. Sprytne. Jednak nie wystarczająco sprytne, abym nie umiał rozpoznać kadru z monitoringu. Schwytana w oko kamery dziewczyna miała szesnaście-siedemnaście lat i wyglądała jak konspiratorka z tanich filmów: czujny wyraz twarzy, kaptur bluzy nasunięty na czoło tak nisko, że ledwo widać oczy. Na ramiona spływały jej kręcone ciemne włosy, cerę miała śniadą. Włoszka? Hiszpanka? Stawiałem na to pierwsze – ta ciepła, miękka uroda przywodziła na myśl rozciągnięte na wzgórzach oliwkowe gaje i dziewczęta, które flirtują, oparte o ramy rowerów, podczas gdy wiatr podwiewa im letnie sukienki. Jak mówiłem, bywam romantykiem, mam też słabość do klasycznej literatury i oglądam zdecydowanie zbyt dużo starych filmów, nie tylko SF. Najdziwniejsze jednak było, że brunetka na zdjęciu wydała mi się w pewien sposób znajoma, niczym ktoś z odległej przeszłości, kogo pamięta się jak przez mgłę. Zamrugałem, ale wrażenie nie znikło, choć nadal nie potrafiłem nigdzie umiejscowić tej dziewczyny. Może spotkałem ją kiedyś przelotnie, a może była podobna do jakiejś znanej aktorki czy celebrytki.
– Nie wie pani, jak ona się nazywa?
– Nie, to po prostu nastolatka, która wzięła coś, co do niej nie należało. Chcę, żeby pan tę rzecz odebrał. To nic szczególnego, zwyczajny zapis na dyskietce. I od razu mówię: może pan darować sobie próby odczytania. I tak nie zrozumiałby pan, o co chodzi, bo to sprawy interesujące jedynie dla bardzo wąskiego kręgu.
Dla kogo ta kobieta pracowała? Ubrana była elegancko, szczerze mówiąc – zbyt elegancko jak na tę dzielnicę i jak na biuro prywatnego detektywa, którego nie stać na nowy model sekretarki. Dlaczego nie poszukała kogoś w centrum, w znacznie większych agencjach?
Wątpliwości musiałaby odbić się na mojej twarzy, bo blondynka wyjaśniła:
– Nie zależy nam na ukaraniu dziewczyny, jedynie na odzyskaniu naszej własności i przede wszystkim na dyskrecji, a o to łatwiej, jeśli o wszystkim wie jak najmniej osób. Pana poleciła mi znajoma; podobno dobrze radzi pan sobie ze znajdowaniem osób, które nie chcą zostać znalezione. I nie jest pan zwolennikiem narracji, prawda?
– Nie jestem zwolennikiem ładnych kłamstw, owszem.
– Kogoś takiego właśnie mi potrzeba. – Uśmiechnęła się, mrużąc oczy, w których miała nieokreśloną obietnicę. Większość facetów w tym momencie byłaby gotowa wybić głową dziurę w suficie, byleby dobrać jej się do majtek. Ja nie. Może za dużo takich uśmiechów widziałem, a może zwyczajnie byłem już za stary. – Poza tym to prosta sprawa, dziewczyna zrobiła głupstwo, żadna z niej profesjonalna złodziejka.
Skinąłem powoli głową. Argumenty brzmiały rozsądnie, jednak miałem nieodparte wrażenie, że tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. Bo podstawowa różnica między dużymi a małymi agencjami detektywistycznymi wygląda tak, że te pierwsze, z uwagi na częste kontrole, muszą ściśle trzymać się przepisów, podczas gdy drugie... Powiedzmy, że zarówno mnie, jak i moim kolegom po fachu zdarza się od czasu do czasu przymykać oko na takie czy inne prawne subtelności. Czy blondynka tego właśnie oczekiwała?
– Weźmie pan to zlecenie? – Pochyliła się w moją stronę, tak iż bez najmniejszego problemu mogłem w głębokim dekolcie dostrzec zarys piersi.
Chciałbym w tym miejscu napisać, że długo wahałem się przed podjęciem decyzji, rozważając wszystkie za i przeciw, a niewinna buzia ciemnowłosej nastolatki poruszyła moje sumienie. Prawda wyglądała jednak tak, że od dwóch miesięcy zalegałem z czynszem, a poza tym zdawałem sobie sprawę, że jeśli odmówię, moi koledzy nie będą mieli skrupułów, by przejąć zlecenie.
            Wyglądało na to, że dziewczyna o włoskiej urodzie weszła właśnie między wilki, a ja byłem jednym z nich.

Wakacyjne fotki z Sycylii


Santo Stefano di Camastra, czyli urocze miasteczko, w którym był hotel
widok z hotelowego okna - super się zasypia przy szumie morza ;)

katedra w Cefalu - jak widać zbudowana tuż przy zboczu góry

kawałek katedry w Palermo (niewielki)

widok z Etny, z wysokości jakichś 2 tys. metrów n.p.m.

jak wyżej ;)

Taormina - widok z góry

Taormina - widok na knajpę, w której podobno bywała Liz Taylor z Richardem Burtonem ;)


sobota, 21 czerwca 2014

Książkowo - czerwcowo


Kolejna książka, którą mogłabym określić słowem „dziwna”. Już samo połączenie nastoletniego zauroczenia i słodko-gorzkich wspomnień z młodości z dosadną momentami cielesnością (Eugenides nie ma oporów przed opisywaniem zużytych tamponów czy pocałunków smakujących zjedzoną na obiad brukselką) wystarczy, żeby uznać powieść za dość nietypową, a to przecież nie wszystko. Jest tu jeszcze narrator zbiorowy (grupa chłopców zafascynowanych siostrami-samobójczyniami z sąsiedztwa), jest parę scen ocierających się o surrealizm, jak martwe jętki, które pokrywają w pewnym momencie ulicę. Autor miesza tragedię z czarną komedią, grozę i seksualne napięcie z groteską, gra na różnych, czasem bardzo odmiennych emocjach – i robi to tak doskonale, że aż trudno uwierzyć, że to debiut. Polecam.

Od czego by tu zacząć... Może od tego, że blurb, w którym z faktyczną treścią powieści zgadza się jakieś 50% informacji, przynosi wydawnictwu wstyd? Czy może od tego, że pracując przy tej książce, nie popisał się ani redaktor niemiecki ani polska korekta – ten pierwszy przepuścił dialog, w którym jedna osoba odpowiada nie na to, co powiedziała druga, ale na to, co opisane było w narracji, Polacy natomiast dorzucili hojnymi rękami garść literówek. Najgorsze jednak, że książka jest straszliwie wręcz przegadana, jakakolwiek akcja zaczyna się na 100 stron przed końcem, wcześniej literalnie NIC się nie dzieje: bohaterowie chodzą, gadają, wspominają dawne czasy, ktoś się w kimś kocha – bo to nie żaden thriller tylko obyczajówka z zabarwieniem romansowym. A kiedy już pada pierwszy (i jedyny trup) fabuła zaczyna niebezpiecznie przypominać przygody młodych detektywów (gang złodziei jachtów, serio?). Czemu więc to przeczytałam? Bo Link mimo wszystko potrafi dość sprawnie pisać, portrety postaci oraz ich wzajemne relacje wychodzą jej co prawda strasznie łopatologicznie (bohaterowie wielokrotnie analizują nawzajem swoje osobowości i to, co do siebie czują), ale przekonująco. Inna rzecz, że właściwie wszyscy są tu albo antypatyczni, albo przynajmniej lekko irytujący – ale może takie było zamierzenie autorki... Tak czy inaczej, raczej odradzam.

Urokliwe, aczkolwiek nie ukrywam, że po wszystkich zachwytach, jakie słyszałam na temat tej książki, spodziewałam się jednak czegoś troszkę lepszego. Aaronovitch ma bardzo lekki styl, niektóre porównania to wręcz perełki dowcipu, podobała mi się też specyficzna „londyńskość” tej książki, ale już fabuła, nie dość że niespecjalnie pomysłowa, to jeszcze popychana naprzód głównie dzięki zdumiewającej domyślności głównego bohatera, mogłaby być lepsza. Trudno przy tym nie porównywać „Rzek...” do innych magiczno-miejskich powieści – i w zestawieniu z takim np. Careyem czy Butcherem Aaronovitch wypada jednak słabiej, choćby dlatego, że obaj autorzy, jakby to powiedzieć... potrafią grać na różnych rejestrach emocjonalnych? Znaczy, owszem, są dowcipni, ale potrafią też napisać kawałek wzruszający czy pełen grozy (to ostatnie to głównie Carey), podczas gdy Aaronovitch w zasadzie przez cały czas pisze na jednej nucie kryminalno-czarodziejskiej przygodówki z przymrużeniem oka – niby więc dzieją się tu straszne rzeczy (małe dziecko wyrzucane z okna), ale człowiek (tzn. ja konkretnie) niespecjalnie się tym przejmuje. Z drugiej strony może właśnie o to chodziło, więc nie należy jakoś szczególnie się czepiać, a w kategorii niezobowiązujące czytadło „Rzeki Londynu” naprawdę wypadają dobrze.

Na 99% już tę książkę kiedyś czytałam, bo poszczególne wątki i postaci wyglądały podejrzanie znajomo, na szczęście jednak nie pamiętałam aż tyle, żeby miało mnie to pozbawić przyjemności z lektury. Zaletą prozy Susan Hill jest fajnie wykreowany klimat i wiarygodne postaci, co ciekawe, w większości ciepłe i sympatyczne, co zdecydowanie różni Hill od skandynawskich autorów kryminałów, którzy lubują się w tworzeniu postaci odpychających. Szkoda, że "W labiryncie..." to nie tyle kryminał, co mix obyczajówki i kryminału, bo takie literackie kundle bywają problematyczne i nie inaczej jest w tym przypadku. Jak na obyczajówkę cały ten obraz małomiasteczkowej społeczności jest jednak dość sztampowy, jak na kryminał za mało tu napięcia, zwłaszcza w środkowej części, intryga jest prościutka, a "zaglądanie do głowy" seryjnego mordercy wypada strasznie powierzchownie. Całość jest więc najwyżej taka sobie, choć przeczytać można.

Sama nie wiem, co o tej książce myśleć... Czytało się dobrze, bez znużenia, mimo iż tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Podobał mi się też specyficzny nastrój niepokoju obecny we wszystkich, nawet z pozoru spokojnych i radosnych scenach, podobali się  bohaterowie (choć główna zaczęła w pewnym momencie irytować) oraz "wstawki psychoterapeutyczne", czyli zapisy z sesji, jakie bohaterka prowadzi ze swoimi pacjentami. To chyba najbardziej oryginalny i najciekawszy element powieści, widać zresztą, że autorka (jedna z autorek, znaczy) wie, o czym pisze. Ale sama fabuła jest strasznie sztampowa, to kolejna wariacja na temat "prześladowania z zemsty" i nic więcej. W sumie więc jednak rozczarowanie, choć może kiedyś przy okazji się skuszę na dalsze części.

Książka napisana jakoś tak trochę od niechcenia, mam wrażenia: sporo dialogów, skąpe opisy... Niemniej, jest to powieść napisana od niechcenia przez bardzo zdolnego autora, bo przy całym swym minimalizmie (może zamierzonym?) ma mnóstwo uroku. Na początku jest zabawnie, potem już mniej, z wyraźną nutą niepokoju - w obu konwencjach Camilleri czuje się bardzo swobodnie. Być może jest to błahostka, może książka nie zapada jakoś szczególnie w pamięć - ale szczerze chciałabym, żeby niektóre teoretycznie poważniejsze w tonie książki były napisane z takim wdziękiem i lekkością pióra.

Nie mam jakoś przekonania do polskich kryminałów. Za dużo w nich sensacji, a za mało klimatu, fabuły też najczęściej są... takie sobie. Na tym tle "Farma lalek" wyróżnia się pozytywnie, pomimo tego, że też jest to raczej sensacja niż nastrojowy kryminał z tych, które lubię. I fakt, że autor napchał tu trochę za dużo wątków, fakt, że tożsamości jednego z "głównych złych" bez większego problemu można się domyślić, zaś bohater, Jakub Mortka, nie jest zbyt oryginalną postacią (do kompletu cech sztampowego gliny brakuje mu bodaj tylko problemu alkoholowego). Ale jakoś mnie to wszystko przekonało; może dzięki dobremu reasearchowi (widać, że autor wie, o czym pisze), może zwyczajnie dzięki temu, że Chmielarz ma talent i nawet ryzykowne pomysły potrafi podać tak, że dobrze się to czyta. Polecam.


niedziela, 15 czerwca 2014

Przedksiężycowi a filozofia bohemy artystycznej

Jako ciekawostkę - i za zgodą autorki, oczywiście - wrzucam tekst pewnej bardzo sympatycznej dziewczyny, którą poznałam na krakowskim Smokonie.  "Konstrukcja..." powstała w ramach pracy rocznej, co, nie ukrywam, bardzo mi pochlebia, a dla czytelników mojej radosnej twórczości poniższe porównanie myślę, że może być interesujące (proszę tylko pamiętać, że praca powstała przed wydaniem trzeciego tomu).

Poniżej parę słów od autorki:

Mam na imię Marlena i studiuję komparatystykę literacką w ramach MISH na UJ. Do "Przedksiężycowych" mam stosunek sentymentalny - poleciła mi ich najlepsza przyjaciółka, kiedy byłam na pierwszym roku studiów i to z nią dzieliłam fascynację Lunapolis. Im bardziej zagłębiałam się w uniwersum, tym więcej widziałam podobieństw między światem Przedksiężycowych, a okresem Belle époque... Nie mogłam się powstrzymać - uczyniłam z tego skojarzenia temat mojej pracy rocznej i zajęłam się na poważnie szukaniem powiązań. A oto efekty.

Marlena Sułkowska

Temat:  Konstrukcja świata  w Przedksiężycowych Anny Kańtoch a filozofia bohemy artystycznej końca XIX wieku


                                                                                                                                         I.                       Historia i czas – porównanie

Ważnym czynnikiem wpływającym na kształtowanie się oblicza kulturowego końca XIX wieku było jego tło historyczne. Belle epoque nosiła takie miano, gdyż była postrzegana jako czas pokoju i stabilizacji, z którego, według obiegowej opinii,  Europa mogła korzystać do woli, wirując w takt walca. Z drugiej strony jednak w powietrzu wisiała groźba katastrofy. Nie tylko militarnej, ale wręcz końca świata, związana z lękiem przed końcem stulecia i wszystkimi tego końca skutkami. Groźba zagłady wymuszała na społeczeństwie, by korzystało z dobrodziejstw życia jeszcze bardziej rozpaczliwie, co prowadziło do rozwinięcia idei hedonizmu, równolegle do kultu śmierci.
Jest to obraz typowy, generalizujący i ocierający się o stereotyp. Jednak właśnie do tego należy się odwołać,  by wywoływać w odbiorcy wyraźne skojarzenia, szczególnie, gdy tworzymy utwór nie tylko niebędący wiernym odtworzeniem historii danego okresu, ale wchodzący w obręb kultury popularnej. Wyraźnie widać to na podstawie sporej części pozycji fantasy, umieszczających akcję powieści w czasach mających przywodzić na myśl średniowiecze, przedstawiając ten okres albo w odsłonie baśniowej, albo skrajnie mrocznej i zacofanej, kopiując wielokrotnie sposób wzorowania się na medium aevum i utarte schematy – ostatecznie pozycje te bardziej przypominają siebie nawzajem, niż samo historyczne średniowiecze.
Anna Kańtoch zdaje się sięgać jednak do zupełnie innego okresu – kojarzonego głównie z nurtem steampunku. Akcja tego typu powieści jest jednak na ogół osadzona w konkretnym miejscu, zmodyfikowanym jedynie o fantastycznonaukowe zdobycze techniki parowej. Szczególną popularnością cieszy się tu oczywiście wiktoriańska Anglia – przykłady można mnożyć, poczynając od klasyki gatunku Wehikuł czasu, autorstwa Herberta George’a Wellsa (dla którego świat wiktoriański nie był stylizacją, a rzeczywistością), na współczesnych realizacjach, jak Aparatus Andrzeja Pilipiuka, kończąc -  i nawet, gdy akcja dzieje się w innym miejscu, to często jest ona punktem odniesienia.
Akcja Przedksiężycowych nie rozgrywa się w żadnym sprecyzowanym miejscu na mapie świata czy osi czasu – lecz w metropolii o nazwie Lunapolis. Jest ona prawie samowystarczalnym wszechświatem, a co z tym idzie – wolnym od wojen i konfliktów zewnętrznych. W mieście panuje kult sztuki – artystami są nie tylko malarze czy poeci, ale też kucharze, garbarze, inżynierowie czy nawet… mordercy. Wiąże się to bezpośrednio z nastrojami schyłkowymi, i to o wiele bardziej, niż w okresie przełomu XIX i XX wieku, kiedy to obawy przed końcem świata czy raczej zmierzchem cywilizacji pozostawały jedynie w sferze przeczuć, bez konkretnego źródła zagrożenia.
Mieszkańcy są bowiem ostatnim pokoleniem przed Przebudzeniem – końcem obecnego świata i początkiem kolejnego, do którego wejdą nie ci najbardziej moralni czy nawet najmocniej wierzący w Przedksiężycowych – tajemniczych bogów – lecz ci, którzy okażą się najbardziej utalentowani i w swoim talencie – oryginalni. Przebudzenie zbliża się etapami, które wyznaczają Skoki – wówczas miasto przenosi się na kolejny poziom, wraz z tymi mieszkańcami, którzy według Przedksiężycowych zasłużyli na zbliżenie się do zbawienia. Ci, którzy są zbyt mało utalentowani, pozostają „na dole”, w kopii Lunapolis, która jednak zaczyna szybko niszczeć, gdzie szerzą się choroby, pożary, nieszczęśliwe wypadki. To świat zapomniany przez bogów – a właściwie światy, bo każdy kolejny Skok generuje kolejną odrzuconą rzeczywistość. Świadomość pozostania w tyle jest tragiczna, ale staje się też pretekstem do zabawy - Lunapolijczycy mają świadomość, że muszą chwytać dzień, a bliskość Przebudzenia idealnie oddaje nastroje dekadenckie – malarz Finnen, jeden z głównych bohaterów i narrator części powieści, mówi o tym wprost:

Marnotrawstwo energii?? Z pewnością, lecz nikt z nas nie użyłby takiego określenia. Byliśmy ostatnim (albo niemal ostatnim) pokoleniem, więc dlaczego miałyby nas martwić wyczerpane zasoby? […] Rzecz w tym, iż w Lunapolis było wszystkiego za dużo[…].

Nieważne, czy bohaterowie wierzą w Przebudzenie jako zbawienie dla nielicznych wybranych, czy wbrew wierzeniom uważają je za zagładę wszystkich ludzi – świadomości końca nie da się odrzucić.



                                                                                                                              II.                       Miasto, społeczeństwo, ideologia
1. Miasto górne

Najlepsza charakterystyka Lunapolis zawiera się w zdaniu: To było Lunapolis, miasto, gdzie rozsądek zawsze ustępował przed morderczą koniecznością sztuki. Tyczyło się to nie tylko Skoków, ale przede wszystkim organizacją miasta "górnego", w którym wszystko było urządzone z myślą o artystach - z jednej strony zapewniać miało nastrój sprzyjający natchnieniu, z drugiej troszczyć się do najbardziej podstawowe potrzeby mieszkańców, by mogli się skupić na rozwijaniu własnych talentów. Na pierwszy rzut oka ma być miastem idealnym, pięknym, bogatym, pozbawionym wad – od wielu literackich utopii różni je to, że z założenia ma brakować w nim tego, czego ofiarą one padały – monotonii i uniformizacji. Przypomina tym krainę opisywana przez Baudelaire'a w Paryskim splinie:

Prawdziwa Kokania, kraina, gdzie wszystko jest piękne, bogate, spokojne i godne, gdzie zbytek ma ład za zwierciadło; gdzie życie jest wystawne i słodko się nim oddycha; gdzie nieład, zgiełk i niespodzianka nie mają prawa pobytu; gdzie szczęście zaślubiło ciszę; gdzie nawet kuchnia, tłusta i pikantna, pełna jest poezji (…).
Na błyszczących boazeriach albo złoconych skórach połyskujących ciemnym bogactwem żyją dyskretnie malowidła, błogie, ciche i głębokie jak dusze artystów, którzy je tworzyli. Blaski zachodu, przesiane przez piękne tkaniny albo wysokie rzeźbione okna podzielone ołowiem na małe kwatery, barwią bogato salę jadalną i salon. Meble są ogromne, niezwykłe, dziwaczne; jak subtelne dusze – zbrojne w zamki i skrytki. Zwierciadła, brązy, tkaniny, srebra, fajanse grają tajemniczą i niemą symfonię; a ze wszystkich sprzętów, ze wszystkich zakamarków, ze szpar szuflad i fałd tkanin płynie jakiś osobliwy zapach, jakiś zew Sumatry, który jest duszą komnat.

Wszystko w tej krainie jest oryginalne, szlachetne, symboliczne, ma odzwierciedlać dusze mieszkańców w najdrobniejszym szczególe – tak, jak w najdrobniejszym szczególe obmyślili je Przedksiężycowi. Ich polecenia dotyczyły  kwestii sztuki we wszystkich jej aspektach - nawet sposobu, w jaki miały być oświetlane domy mieszkańców miasta:

 (…)latarnie gazowe na zewnątrz, na dworze lub w wielkich salach Archiwum i uniwersytetu, a w zwyczajnych mieszkaniach tylko blask Księżyca bądź świetlikowe lampy, gdyż zdaniem Przedksiężycowych jedynie te dwa źródła światła potrafiły podkreślić piękno wnętrz.

Podkreślenie piękna stawało się ważniejsze niż  wydajność czy użyteczność – tak samo było w przypadku detali architektonicznych, jak mechanizmy i rury,  znajdujące się na zewnątrz budynków, zamiast być ukrytymi pod murami. Działo się tak dlatego, że ich twórcy znaleźli sposób, by stały się one ozdobą :

Niektóre z rur doprowadzały do mieszkań ciepłą wodę lub gaz, inne odprowadzały nieczystości, ale były też i takie, które nie służyły niczemu prócz tego, by z pozostałymi elementami stworzyć ten jeden jedyny, niepowtarzalny wzór.

W mieście sztuki nie mogło zabraknąć kawiarni i kawiarnianego życia, wokół którego w XIX wieku  wyrosło zjawisko cyganerii. Choć wówczas była to przystań artystów niezrozumianych przez społeczeństwo, a w Lunapolis każdy przejaw dekadencji był hołubiony przez ludność, to  i tam struktury bohemy się pojawiają – przykładem może być grupa przyjaciół Finnena:

Przed Skokiem było ich ośmioro - wszyscy młodzi, wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu obdarzeni artystycznymi talentami. Razem pili, dyskutowali do rana i przechwalali się miłosnymi podbojami, wspierali nawzajem i przyjaźnili.

By jednak mieć możliwość poświęcać tyle czasu zajmowaniu się sztuką mieszkańcy posiadali wiele rozwiązań, które miały usprawnić ich życie i pozwolić sobie na niemartwienie się codziennością. Jednym z takich wynalazków były Hale. To miejsca, do których wagoniki kolejki dowoziły jedzenie dla mieszkańców – za darmo. Jak to relacjonował Finnen:

Produkty te pochodziły z prowincji, z miejsc, gdzie nie mieszkał już żaden człowiek(...) Wszystko to było darmowe, płacić trzeba było dopiero za posiłki sporządzone przez kucharzy artystów. Przerzucenie podstawowych obowiązków na maszyny pozwoliło nam w pełni oddać się sztuce oraz nauce - i nie był to kaprys, lecz konieczność. Zdobywanie pożywienia czy inne niezbędna prace przez wiele lat hamowały nasz rozwój, a zgodnie z życzeniem Przedksiężycowych musieliśmy się doskonalić.

Można traktować tych mechanicznych jako jedynie roboty, stworzone po to, by pracować za Lunapolijczyków, ale można też zastanowić się, czy nie jest to przedstawienie ludzi – zwykłych, szarych obywateli, którzy mają za zadanie wykonywać swoje prozaiczne, trudne lub po prostu poniżające prace zamiast jednostek uprzywilejowanych – do tych rozważań jeszcze wrócimy.
Mechaniczni posiadali wiele zadań, między innymi należało do nich zajmowanie się zmarłymi (lub częściej – zamordowanymi). Nie polegało ono na grzebaniu ich, lecz na odtransportowaniu do dzielnicy zwanej Kwartałem Kandrisa, gdzie oczekiwali oni na Skok, który zabierał ze sobą nie tylko jednostki mało utalentowane, zepsute przedmioty czy zwykłe śmieci, ale też zwłoki.

2. Miasto dolne

Miasto lśniło czystością, jak zawsze po Skoku. W przeszłości został cały brud, kurz i śmieci.

Wielką bolączką artystów przełomu wieków były rzesze filistrów - ludzi, którzy byli zbyt przyziemni i małostkowi, by docenić ich sztukę, dorobkiewiczów i racjonalistów, szary tłum. W Lunapolis ten problem został rozwiązany - tych, którzy nie mieli dość talentu, czekał wyrok zesłania do dolnych światów. W ten sposób priorytety zostały odwrócone - znikał konflikt między tym, czy człowiek powinien zostać artystą, iść za swoim talentem i robić coś oryginalnego, czy raczej poświęcić się zawodowi, który przyniesie zysk. To pierwsza opcja stawała się jedynym sposobem zabezpieczenia na przyszłość, bo dzięki halom nie było szans, by komukolwiek zabrakło na chleb, a koniec czasów zbliżał się wielkimi krokami. Czy raczej - Skokami.
Skoki zapewniały izolację mieszkańców górnego świata od tego, co brzydkie, brudne i niegodne. Pogodzenie sie z tym faktem było dla mieszkańców Lunapolis wygodniejsze, niż branie na siebie odpowiedzialności za tych, którzy jeszcze niedawno byli ich sąsiadami, znajomymi, czy nawet rodziną, o czym dobitnie świadczy fakt, że, choć można było podróżować między wymiarami:

Z wind czasowych rzadko korzystano, bo rodziny ludzi zabranych przez Skok wolały z wyprzedzeniem uznać swych krewnych za zmarłych, a wycieczki w przeszłość dla przyjemności wyszły z mody.

Jak widać, nędza dolnego świata też mogła być inspirująca - lecz w granicach "przyzwoitości", mieszczących się w ramach kultu śmierci, charakterystycznego tak dla wielu Lunapolijczyków, jak i dekadentów.
Przyjrzyjmy się, w jakich słowach opisuje swoją sytuację jedna z osób, które nie przeskoczyły:

Zostaliśmy odrzuceni (…). Giniemy od zepsutego jedzenia, od zimna, chorób, które na górze wcale nie są śmiertelne, od wypadków i ognia. Tutaj najdrobniejsze skaleczenie jest śmiertelne, bo rany nie goją się, tylko gniją (...) Zabija nas entropia, roz...umiesz? E... entropia i staty...styka.

Entropia i pech to racjonalne wytłumaczenie ich nieszczęścia, warto jednak zwrócić uwagę na samą konstrukcję pięter świata. Warstwowa budowa świata także znajduje swe odbicie a literaturze tamtego okresu - w poezji szczególnie często pojawia się motyw "odrzuconych światów" - nie jednego, a wielu. Wynik zamiłowania do hiperbolizacji czy odbicie wiary w wielość uniwersów? Znajduje sie to i u Micińskiego (Uciekajcie od światów konających!), Ignacego Dąbrowskiego (runęły w przepaść światy ), Franciszka Piko Mirandoli (niech mi się zdaje, że się światy palą!) i w sztandarowym Dies irae Kasprowicza. Tutaj pojawia się to stwierdzenie wielokrotnie: Światy pochłania nieprzebyty muł,/ światy, od bożych odepchnięte bram,  ale także światów bezmiary czy pytanie A cóż powstanie ponad nicościami / gdzie ongi były światy. Tu pojawia się też motyw odrzucenia, odepchnięcia od boskich bram - to odebranie szansy na Przebudzenie. Choć… czy na pewno komukolwiek uda się go dostąpić..?
Ani Paryż, ani żadna ze stolic sztuki tamtego okresu nie miała dwóch poziomów, jak Lunapolis, ale w utworach zdarza sie autorom nakreślać wyraźną granicę między światem arystokracji - zarówno społecznej, jak i artystowskiej - a biedotą. Nie tylko w poezji, czego przykładem jest wiersz Asnyka Szkic do pejzażu współczesnego, ale też w prozie. jak w Paryskim splinie Baudelaire'a.
Połowa utworu opisuje ogród, który przypomina miniaturę Lunapolis - w którym znajdują się najznamienitsze jednostki: wytworne damy, poeci, artyści - jest on przedstawiony jak dzieło sztuki sam w sobie - każdy zna dokładnie swoją rolę, którą musi odegrać, by obraz był idealny - piękny, ulotny i pełen niedomówień. Romanse opierają się na eterycznych grzeszkach, nawet smutek musi być estetyczny, a tęsknota za Nirwaną też jest elementem konwenansu - Jest im niezbędny wśród marzeń przesytu / Gorzki, trujący nicestwa narkotyk. Podkreślona zostaje elitarność grupy :

I płynie myśli subtelny aromat,
Wyszlachetniony w cieplarnianej szkole,
Przystępny tylko dla wybranych gromad,
Odczuwających nastrój i symbole.

            Zwróćmy uwagę, że szlachetność myśli i wrażliwość na piękno jest wystarczającym argumentem za tym, by grupa znajdowała sie we wspaniałym ogrodzie - jest tak niezależnie od tego, czy persona liryczna przytacza te cechy z ironią, czy nie.
Druga część wiersza opisuje to, co dzieje się przy bramie ogrodu - czyli społeczeństwo światów odrzuconych. Tłumy opisywane jako brudne, niesforne zgraje, zazdrosne o szczęście dam i poetów. Złorzeczą oni artystom, przeklinają ich sztukę i hipokryzję - bardzo charakterystyczna jest postawa opisana w słowach

lubicie ludzką wzruszać się niedolą,
gdy ja widzicie w książce lub na płótnie -
ale was rany nasze nie zabolą

Był np. Lunapolijczyk, który latał na mechanicznych skrzydłach nad wymierającymi światami, robiąc im i ich mieszkańcom zdjęcia, ponieważ jak twierdził – należy się im pamięć. Ale o pomocy humanitarnej nie myślał. Choć z drugiej strony to łączyłoby się z dużym ryzykiem -  nienawiść tych, którzy nie przeskoczyli, a także świadomość, że nie mają już nic do stracenia, popychała ich do atakowania przybyłych, nawet, jeśli przynosili leki i jedzenie.
Co jeszcze bardziej charakterystyczne dla Lunapolis - krzyki i złorzeczenia nie docierały do adresatów, którzy "toną w lubieżno-mistycznej ekstazie" – tak, jak Lunapolijczycy, zajęci własnymi perwersjami, nie chcieli myśleć o pozostawionych w przeszłości.
U Baudelaire'a podobny kontrast jest ukazany w słowach:

Wszędzie radość, zarobek, rozpasanie; wszędzie pewność jutrzejszego chleba, wszędzie gwałtowne, szalejące życie. Tutaj absolutna nędza, na domiar ohydy, nędza wystrojona w błazeńskie łachmany, których kontrasty podyktowała nie sztuka, lecz potrzeba. On się nie śmiał, ten nędzarz! Nie płakał, nie tańczył, ni gestykulował, nie nawoływał; nie śpiewał żadnej piosenki, ani wesołej, ani żałosnej, o nic nie prosił. Stał niemy i nieruchomy. Już zrezygnował, już abdykował. Jego los się dopełnił.

Rezygnacja, dopełnienie losu - w narracji brak jakiegokolwiek współczucia dla człowieka, zamiast niego znajdujemy tam podkreślenie ohydy i nędzy. Podobny brak uczuć można zaobserwować w tekście Baudelaire’a mówiącym, że  Istnieje pewna piękna kraina, gdzie chleb nazywają ciastkiem" - opisuje on sytuację, kiedy narrator podarował żebrzącemu dziecku kromkę chleba, rozbawiony, że chłopiec nazywa ją ciastkiem - jednak dar został zmarnowany na skutek bratobójczej walki chłopca z innym małym żebrakiem , aż kromka całkiem się pokruszyła. Chłopcy nie są opisywani jak ludzie – na ich określenie używa się słów stwór, dzikus - i nawet, jeśli narrator mówi na koniec, że to zdarzenie go zasmuciło i nie mogło dać spokoju, to ostatecznie i tak zachowuje od niego wygodny dystans.
Podobnie jest w przypadku zorganizowanego w Lunapolis balu w konwencji Przeszłości. Niektórzy uważali go za niesmaczny, ale bardziej groteskowe były określenia „uroczy” i popieranie idei pamięci o Przeszłości, by natychmiast z powrotem rzucić się w wir zabawy. Inni, bardziej zblazowani, narzekali na brak oryginalności takiej inicjatywy – jeśli bal miał coś komukolwiek uświadomić, to poniósł porażkę. Jeżeli miał być objawieniem sezonu – prawdopodobnie odniósł sukces.

                                                                                                                                        III.                       Stosunek natura - kultura

 Kraj osobliwy, przewyższający wszystkie inne, jak Sztuka przewyższa Naturę; kraj, gdzie Natura jest przekształcona przez marzenie, poprawiona, upiększona, przetworzona.

To kolejny fragment opisu Kokanii ze Splinu Baudelaire'a - prowadzi do zastanowienia się, jak młodopolski stosunek do Natury i Kultury odzwierciedla się w wizji Kańtoch. Co do tego, że sztukę mieszkańcy Lunapolis cenili wyżej, niż naturę, nie ma wątpliwości, nie znaczy to jednak, że się nią nie inspirowali - kiedy wymienione zostają gatunki zwierząt, które jeszcze w Lunapolis żyją (psy, króliki, lisy, łasice, owce, karłowate świnie, niewielkie małpy), pojawia się stwierdzenie:

Wszystkie są zbyt cenne, by pozwolono im żyć, a potem zestarzeć się i umrzeć, dlatego gdy tylko podrosną, zmienia się je w dzieło sztuki.

Zarówno potrawy z nich przygotowane, jak i ubrania z ich skóry, są dziełami sztuki, nawet zwierzęca osobowość się nie marnuje - zostaje przeniesiona do mechanicznego ciała, by mogła przeżyć dłużej i dłużej dostarczać rozrywki ludziom i być przez ludzi sterowana. W Lunapolis jest więc piękne  tylko to, co nosi na sobie znamiona ludzkiej ingerencji. Mimo to Finnen opisuje swoją fascynację - jako dziecka - gołębiami przywożonymi przez kolejkę

(…) gołębie, całe, razem z piórami, delikatnymi pazurkami i oczkami jak czarne paciorki. Fascynowały mnie, bo w Lunapolis nie było prawdziwych ptaków, tylko mechaniczne.

Nie bez znaczenia pozostaje jednak fakt, że jest to opinia dziecka, potraktowana z perspektywy czasu z dużym dystansem. Lunapolijczycy mieli do Natury stosunek podobny, jak dekadenci końca XIX wieku, dla których była ona synonimem słabości i posłuszeństwa ślepej sile, wyrzeczeniem się człowieczeństwa opartego na ludzkich wytworach, do których przecież należy najdonioślejsza wartość – Sztuka. Rośliny były piękne, gdy zostały przedstawione na obrazie czy płaskorzeźbie, zwierzęta posiadające własną wolę i ciało były niebezpieczne, ale te kontrolowane przez animatorów były już arcydziełem.
Odrzucenie natury wiązało się u dekadentów z kultem hedonizmu i perwersji, poszukiwaniem coraz to nowych doznań. Jednak o ile w tamtych czasach działania te były tępione przez strażników obyczajów, jest kojarzone ze stanem filistrów stanowiących przecież większość społeczeństwa, podczas gdy mniejszość uzasadniała zrzucenie gorsetu moralności nową filozofią, to w Lunapolis były na porządku dziennym. Wszak, jak twierdzi Maja Ossowska: Świadomość, iż o wartości jego rozstrzyga talent i tylko talent, stwarza w artyście lekceważenie etyki społecznej. Narrator nie tylko nie rozgranicza w żaden sposób zachowań hetero- i homoseksualnych, ale też pisze beznamiętnie o pedofilii czy kazirodztwie. We wstępie do Próchna Jerzy Paszek przywołuje koncepcję psychoanalityka Ottona Ranka, który przywoływał kompleks incestu jako centrum życia instynktownego artysty, skłonnego w odróżnieniu do jednostek mniej utalentowanych do większych patologii. Kwestia dyskusyjna, na ile można utożsamiać takie skłonności z geniuszem, lub raczej – skutkami ubocznymi geniuszu, lecz faktem jest, że pojawiły się one w powszechnej świadomości. W Lunapolis pojawia się jeszcze inne wytłumaczenie mniej lub bardziej cichego przyzwolenia na tego typu perwersje – dzieci nie rodzą się ze związku kobiety i mężczyzny. Są zamawiane u Duszoinżynierów zgodnie z życzeniem rodziców i, jeśli już mają oni wystarczającą ilość pieniędzy, tylko od dobrej woli dorosłych zależy, czy polecą dać mu geny, które mogą zapewnić talenty potrzebne do Przebudzenia i będą traktować dziecko jak swoje potomstwo, czy każą uczynić z niego idealnego kochanka dla siebie.
Odrzucenie natury wpływa też – co oczywiste – na scenerię, w której rozgrywa się powieść Kańtoch – zgadzającą się w zupełności z wizją Teresy Walas:

(…) siedliskiem dekadenta będzie miasto, tłem – wykwintnie urządzone mieszkanie lub miejska kawiarnia, porą życia – noc rozświetlona sztucznym światłem, kochanką – kobieta stylowa lub prostytutka(…), źródłem najgłębszych przeżyć – dzieło sztuki.


                                                                                                                                                        IV.                       Kwestie talentu
W Lunapolis talent był cnotą obdarzaną największym kultem, choć nie był on darem od bóstw ani Losu - jego zdobycie było zależne  od rodziców lub rodzica, którzy zamawiali swoje dzieci u duszoinżynierów. W zależności od zasobów finansowych mogli dobrać im lepsze i gorsze talenty. Były dwie główne wieże, które zajmowały się duszoinżynierią - Principium, kładące nacisk na rozwijanie jednego talentu i Equilibrium, proponujące posiadanie więcej talentów w bardziej zrównoważonym zakresie. Były także inne, np. Duszoinżynierowie Chaosu, którzy dawali dziecku zestaw przypadkowych genów i zdolności - udawali się do nich głównie rodzice, którzy nie mieli pieniędzy na danie dziecku dobrych genów, jak i bogaci, szukający urozmaicenia – np. Brin Issa, jedna z najbardziej bogatych i wpływowych osób w Lunapolis,  twierdzi, że zamówił córkę Kairę u duszoinżynierów chaosu by wreszcie nie wiedzieć, co wyrośnie z jego dziecka.
Co ciekawe:

Duszoinżynierowie Chaosu mieli najfatalniejsze statystyki w mieście, gorzej radzili sobie tylko nieistniejący Perfecti, którzy dawno, dawno temu uparli się, by tworzyć ludzi doskonałych pod każdym względem.

Doskonałość pod każdym względem była nudna i nie cieszyła się powodzeniem wśród mieszkańców Lunapolis. Głoszono pogląd, że bardziej, niż wszechstronność liczy się znalezienie własnej "niszy" - pośród artystów XIX wieku też pojawiła się potrzeba poszukiwania sposobów na oryginalność i szokowania, by wybić się ze swoją sztuką spomiędzy innych.  Liczyła się także, w myśl rozprawy Cesare Lambroso Geniusz i obłąkanie, „oryginalność” psychiki: Wiesz, szaleństwo jest w cenie, zwłaszcza wśród artystów.
Wiązało się to z przekraczaniem granic i podejmowaniem ryzyka. Np. choć bycie chorym podczas Skoku zwiększa prawdopodobieństwo pozostania w przeszłości, to pewna mieszkanka, przez panującą wówczas modę na umieranie, zaraziła się gruźlicą (chorobą przecież tak charakterystyczną dla artystów XIX wieku) i zmieniając ją w spektakl, czy, jakbyśmy teraz określili – performance, przetrwała kilkanaście Skoków, zanim naprawdę umarła.
Sztuką mogło być wiele dziedzin wytwórstwa czy usług, nie tylko te, które powszechnie się z tym kojarzą - skoro artystami określano też morderców, czyniących ze swoich zabójstw spektakle czy urzędników znających się na czymś, co nie było zupełnie potrzebne społeczeństwu, lecz było wystarczająco oryginalne... Lunapolijczycy najwidoczniej wyznają tezę Henry'ego van de Velde zawartą w rozprawie O syntezie sztuk, w której stara się on przeforsować pogląd , iż nazywanie jakiejkolwiek sztuki niższą, wyższą, przemysłową czy użytkową nie m prawa bytu. Zwraca uwagę na sztukę przemysłową jako zagrożenie dla starej , klasycznie pojmowanej sztuki artystycznej- której wyznawcy, w obawie przed nowością, określają ją niższą. De Velde nazywa artystyczną także budowę maszyn, a artystą - inżyniera, co z pewnością spotkałoby się z aprobatą poddanych Przedksiężycowych - choć stwierdzenie I będzie to dopiero prawdziwe przebudzenie, jeżeli dozwolone nam będzie oglądać miasto, w którym każdy dom wyrazi w pełni czyjś charakter, czyjąś wolę lub czyjeś pragnienie" pewnie  uznaliby za przesadne -oni wszak oczekiwali od Przebudzenia czegoś innego. De Velde zwraca także uwagę na taką funkcję sztuki, jaką jest ozdabianie - na różne sposoby. Trzeba bowiem wyjaśnić, że bycie artystą w dziedzinie, jak nam się wydaje, niewiele mającej wspólnego z artyzmem, sprowadza się jedynie do bycia mistrzem w swoim fachu, ale także do Velde’owskiego „ozdabiania”. Przywołując skrajny przykład dzieła artysty-kata:

Z lewej połowy jego [więźnia – przyp.M.S.] ciała od piersi aż po stopę kat zdarł wąskie paski skóry – i zrobił to tak przemyślanie, że purpurowy wzór odsłoniętego mięsa układał się w rośliny ornament.

W ten makabryczny sposób kat zbliżał się w pewien sposób do sztuki bardziej tradycyjnych „ozdabiaczy”. Podobne ornamenty wykorzystywano bowiem np. w architekturze:

(…)dom pokryty był dziewczęcymi twarzami, każda wysokości polowy piętra. Warkocze ze stalowych prętów, oczy jaśniejące blaskiem gazowych latarni, miękkość policzka zaznaczona wygięciem metalu. (...) Po ścianie wspinały się miedziane łodygi, niosąc ciężar wielkich jak talerze liści i długich, ostrych cierni.

Opisy roślinnych ozdób, długowłosych kobiet, wygięcie metalu sugerujące falistość linii… estetyka Lunapolis zbliża się tutaj do secesji ze wszystkimi tego konsekwencjami, jak dbanie o dekoracyjność przedmiotów codziennego użytku , a co za tym idzie - przyznania rzemiosłu rangi sztuki. Pojawia się też w powieści odniesienie do innego prądu malarskiego drugiej połowy XIX wieku – impresjonizmu:

Finnen malował w pośpiechu, starając się schwytać wrażenie pomarańczowo-czerwonej nierealności nadciągającego Skoku.

na co wskazuje podkreślenie nierealności ulotnej chwili, a także użyte w opisie słowo-klucz: wrażenie.
O artystyczności działań decydowało więc ozdabianie z jednej strony, ale z drugiej pojawiała się jeszcze teatralizacja – nie tylko działań w obrębie zawodu, jak wymyślne scenariusze zabójstw art.-morderców, ale też w życiu, które Lunapolijczycy uwielbiali kreować na wzór dramatyczny. Widać to szczególnie, kiedy są przytaczane przemyślenia głównego bohatera:

Czuł się trochę jak aktor na scenie, często tak bywało i podobała mu się rola, jaką grał. W tkwieniu na zimnie z kimś, kogo ledwo znał, było przynajmniej coś oryginalnego, a Finnen lubił oryginalność.

Przypomina on w takich sytuacjach bohatera Próchna Berenta, aktora Borowskiego, który żyje tak, jakby grał na scenie – nawet odejście od żony jest u niego skutkiem „chłodnej reżyserii”. kreowanie zarówno własnego, jak i cudzego życia, na wzór tragedii choćby, nadaje mu kolorytu cenionego przez dekadentyzm. Mistrzem w kategorii zarówno jednego, jak i drugiego był niewątpliwie Brin Issa, nie tylko przechodzący niezliczoną ilość genozmian czy dokładnie planujący, jakie będzie kilkanaścioro jego dzieci, ale także manipulujący nimi, nawet, gdy już stawały się dorosłe.
Finnen mierzy własną miarą także innych bohaterów – do dramatyzacji życia należy tu jeszcze dodać zamiłowanie do symboliki, wyniesionej z przeczytanych powieści choć to akurat wyraźniej kojarzy się z epoką romantyzmu:

Przekonanie, że podczas Skoku zostanie z tyłu, apotem umrze (...) wydawało się  przefiltrowane przez pryzmat romantycznych lektur, jakby Kaira nie do końca zdawała sobie sprawę, co naprawdę znaczy. To właśnie z lektury wziął się pomysł założenia żałobnej sukni, pomyślał, uśmiechając sie z satysfakcją.

Ogólnie w postawie większości postaci i w wielu prawach rządzących światem przedstawionym pojawia sie tendencja przedkładania tego, co oryginalne, artystyczne i symboliczne nad użyteczność i stabilizację - choć nie obowiązuje to we wszystkich kategoriach życia. Pojawia się opinia, że nieudolny złodziej lub morderca i tak zostałby z tyłu, lepiej więc, by służył społeczeństwu, a z tego przekonania bierze się proceder egzekucji, polegających na zmienianiu pojmanych art-przestępców w mechanicznych - roboty wykonujące najbardziej upokarzające i niegodne zadania.
Sama egzekucja zresztą, choć formalnie nie zabijała, była okrutnym, publicznym widowiskiem. Przestępcy, poddanemu działaniu narkotyków otwierana była czaszka, by za pomocą przewodów przenieść jego osobowość do mechanicznego ciała. Spektakle te, będące popisem zręczności i precyzji kata, cieszyły się dużą popularnością. Byłoby to potwierdzeniem tezy Weissa, że prawa sztuki są bezwzględne, a artyści to ludzie okrutni, pozbawieni skrupułów, którzy sycą się żywą krwią - w imię poszukiwania nowych emocji, mających dać im inspirację.
Wracając jednak do pozycji mechanicznych w społeczeństwie - sprowadza się ona do podziału ludzi na typy, podobnego, jakiego dokonał Wacław Nałkowski w tekście Forpoczty ewolucji psychicznej i troglodyci. Przedstawia on trzy typy troglodytów, którzy tworzą tłum odporny na idee: ludzi-byków, ludzi-świnie i ludzi-drewna, zwane też automatami – to w ich przypadku najmocniej narzuca się skojarzenie z grupami, na jakie dzieli się społeczeństwo Lunapolis, z mechanicznymi. Nałkowski charakteryzuje ich jako „idiotów uczucia”, tych, którzy potrafią znakomicie wykonywać swoją pracę, są uczciwi, więc mogą przysłużyć się społeczeństwu. Przy całej pogardzie dla nich nie odmawia im użyteczności, podobnie jak mieszkańcy Lunapolis godzą się z wygodnym faktem, że mniej utalentowani ludzie zostają sprowadzeni do roli maszyn przeznaczonych do – dosłownie i w przenośni - brudnej roboty:

za moich czasów w Lunapolis nie było prostych robotników, bo nikt taki nie przetrwałby ani jednego Skoku. Istnieli co prawda rzemieślnicy, urzędnicy czy nawet domokrążni sprzedawcy, lecz każdy z nich był albo mistrzem w swoim fachu, albo też posiadał dodatkowe, najczęściej artystyczne talenty. A większość skomplikowanych i zarazem poniżających prac wykonywali zamknięci w metalowych ciałach przestępcy.

Nałkowski nazywa ich wręcz prawidłowo działającymi maszynami - w Lunapolis ta metafora staje się rzeczywistością.
Autor podsumowuje rozważania o automatach porównaniem rozwoju ludzkości do nieustannej walki  i na tej podstawie określa ich jako

ciurów, którzy są wprawdzie pożyteczni przy spełnianiu różnych funkcji obozowych, ale stoją zupełnie poza walką, bo nie posiadają do tego ani impulsu, ani odwagi, ani umiejętności.

Także to znajduje odbicie w świecie Lunapolis. Nie tylko dlatego, że - jak już było wyżej wspomniane – mechaniczni są pożyteczni dla mieszkańców. Kolejnym bowiem ważnym aspektem egzystencji mechanicznych jest fakt, że są wykluczeni z systemu talentów, Skoków i oczekiwania na Przebudzenie. Nie muszą obawiać się pozostania w Przeszłości, ale zbawieni również nie zostają. Można dyskutować, czy – z dwojga złego – lepiej stać się mechanicznym, czy zostać skazanym na Przeszłość. Dziwić może stosunek Lunapolijczyków do tych, którzy znaleźli się w niższych światach, często zimny, obojętny, pełen przekonania, że zasłużyli na ten los – jednak wystarczy spojrzeć ponownie na tekst Nałkowskiego, by dojrzeć, z jaką nienawiścią odnosi się on do filistrów, reprezentowanych między innymi przez ludzi-świnie – nazywa ich wstrętnym, hańbiącym balastem w pochodzie ludzkości, a ich żywiołem nazywa błoto. Bardzo plastycznie przekłada się to na definicję Skoku – choć najczęściej jest on rozumiany w ten sposób, że miasto wychodzi na następny poziom, pozostawiając za sobą tych, którzy na dalsze dążenie do doskonałości nie zasługują. Możne to też jednak działać w drugą stronę – miasto MUSI pozbyć się zbędnego balastu, BY wznieść się wyżej… a przynajmniej taka interpretacja pozwala na zabicie ostatnich wyrzutów sumienia u mieszkańców górnego miasta. Wszak albo oni, albo my!
Ważny dla rozwoju Lunapolis był talent wynalazcy. Choć współczesnym ta dziedzina kojarzy się raczej z mechaniką, to zapominamy, że najważniejszym elementem wynalazczości, który pozwala utożsamiać ją ze sztuką, jest sama genialna wizja. Maria Podraza- Kwiatkowska przypomina, że na przełomie wieków przypominano często, że sztuka należy do dziedziny wynalazku. Dodaje także, że w mitologii wynalazek był zawsze uważany (…) za dzieło skierowane przeciw bogom. Jak to się ma do Przedksiężycowych? Bogowie Lunapolis sprawdzali każdy pomysł wynalazców, a te, które były największym cywilizacyjnym osiągnięciem wyróżniali… i nakazywali zamknąć w Archiwum, by oczekiwały na Przebudzenie, w zamian dając społeczeństwu kolejny Skok. Czy była to faktyczna nagroda, czy raczej środki ostrożności, służące temu, by ludzkość nie wymknęła się spod ich kontroli? W każdym razie żadne z innych dziel sztuki nie miały takiej siły oddziaływania, co czysty, niczym nie skrępowany geniusz.
Właśnie – by stworzyć coś tak genialnego, potrzeba było całkowitego wyzwolenia się z więzów  rzeczywistości. Artyści francuscy, za Baudelaire’em, znaleźli na to sposób, odkrywając „sztuczne raje” – świat używek, jak widać mogący być przydatny także u wynalazców:

Najpierw podaje się wynalazcom narkotyki, dzięki którym mają całe mnóstwo pomysłów. Nic konkretnego, żadnych szczegółowych planów, tylko natłok wizji (...) Potem zmienia się wynalazcom narkotyki, oni się uspokajają, a opiekunowie namawiają ich, żeby skupili się na jednym projekcie, właśnie tym wybranym, i go dopracowali.

To przykład, jak można zaprząc coś tak ulotnego, jak natchnienie – nawet sztucznie wywołane – do machiny korporacji, jakimi przecież były zarówno Archiwum, jak i Wieże. Najwyżsi z artystów zostali sprowadzeni do roli generatorów pomysłów – często, by zapłacić za ten dar pozwalali się okaleczyć, bo przecież na tym stanowisku potrzebowali jedynie mózgu do wymyślania projektów i dłoni do ich zapisania.


Podsumowanie
W kreacji świata przedstawionego w Przedksiężycowych pojawia się wiele podobieństw do rzeczywistości końca XIX wieku, a raczej – sposobu jej postrzegania i przedstawiania. Jednak różnice są znaczne i Lunapolis typową, dekadencką, europejską stolicą nie jest. Nie jest nawet przeniesieniem takiego miasta w świat kreacji fantastycznej czy fantastyczno-naukowej. Kreacja ta może być za to postrzegana jako próba zastosowania w praktyce ideałów stworzonych przez teoretyków sztuki tamtego okresu, przerysowana odpowiedź na pytanie o to, co by było, gdyby w ówczesnym społeczeństwie artyści-dekadenci ustanawiali nie tylko prawa rządzące ludźmi, ale i decydowali o całej konstrukcji rzeczywistości. Gdyby mogli pozbyć się filistrów. Gdyby nie musieli martwić się o rzeczy przyziemne, a sztuka i zabezpieczenie na przyszłość stanowiły jedno. I co by z tego wynikło – bo czy brak sprzeciwu wobec większości  i odebranie artyście możliwości buntu przeciw szarej rzeczywistości nie pociągałoby za sobą buntu przeciw... samej sztuce i jej przedksiężycowym mecenasom, jak to zaczyna się zresztą dziać w drugim tomie powieści? I przede wszystkim – jak okrutna byłaby to utopia...
Dla mnie Lunapolis to przede wszystkim metafora - przedstawiona z bezlitosną dosłownością i rozrośnięta do rozmiarów metropolii.