sobota, 26 kwietnia 2014

Nominacje do Żuławi 2014



Miło mi poinformować, że tom 2 i 3 "Przedksiężycowych" (zbiorczo) otrzymały nominację do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Całość zaś nominacji - podana za Katedrą - wygląda tak:

"Szczęśliwa ziemia" - Łukasz Orbitowski
"Przedksiężycowi" t. 2 i 3 - Anna Kańtoch
"Holocaust F" - Cezary Zbierzchowski
"Cienioryt" - Krzysztof Piskorski
"Sezon burz" - Andrzej Sapkowski
"Gambit Wielopolskiego" - Adam Przechrzta



sobota, 19 kwietnia 2014

Serialowo - kwietniowo

Tym razem nie będzie o "Hannibalu" (może napiszę coś więcej, jak się skończy sezon i będzie mi się chciało), tylko o "Grze o tron" oraz "The After". Od "Gry..." właśnie odpadłam. UWAGA, SPOJLERY BĘDĄ. Więcej nie mogę, mam dość. I nie chodzi o to, że części z przewijających się tam postaci nawet nie jestem w stanie zapamiętać, bo tych najważniejszych dla akcji poznaję bez większych problemów, ale o to, że ci wszyscy ludzie tak bardzo, absolutnie nic mnie nie obchodzą. Serio, z kilkudziesięciu (!) głównych i trochę mniej głównych bohaterów, tylko CZWORO jest w stanie wzbudzić we mnie JAKIEKOLWIEK emocje. Lubię Tyriona i Jaimiego (nic oryginalnego, wiem) oraz, co dziwne, Sansę - przy czym przy tej ostatniej nawet nie tyle obchodzi mnie jej los, co mam wrażenie, że MÓGŁBY mnie obchodzić, gdyby dali dziewczynie trochę więcej czasu ekranowego, bo to imho postać z potencjałem. Poza tym oczywiście nie cierpię Joffreya i nie ukrywam, że dwa pierwsze odcinki najnowszego sezonu obejrzałam wyłącznie dlatego, że wiedziałem, że wreszcie umrze. Jak na mój gust trochę za szybko to poszło, mógłby się pomęczyć dłużej, ale w sumie i tak czuję się usatysfakcjonowana i mogę resztę serialu sobie darować.

Poza tym obejrzałam jeszcze pilota "The After", nowego serialu Chrisa Cartera (tego od mojego ukochanego X-files). Sam pomysł - w sumie ok, choć oryginalnością nie grzeszy, ale bohaterowie są strasznie sztampowi (czy ten Irlandczyk naprawdę musi kląć w KAŻDYM zdaniu?), a całość, zwłaszcza w końcówce, sprawia nieodparte wrażenie horroru klasy B, a może i C. Ponieważ jednak horrory lubię, to pewnie obejrzę jeszcze parę odcinków. No co, każdy ma jakieś słabości...

czwartek, 10 kwietnia 2014

Fantastyka 2013 - plebiscyt

Na portalu Katedra pojawiła się kolejna edycja plebiscytu, w którym czytelnicy wybierają najlepsze fantastyczne książki, opowiadania, wydawnictwa, imprezy itp. minionego roku.  Wśród nominowanych pozycji znalazły się trzy mojego autorstwa: drugi i trzeci tom "Przedksiężycowych", opowiadanie "Okno Myszogrodu" oraz młodzieżowa "Tajemnica Diabelskiego Kręgu". Nie żebym jakoś szczególnie zachęcała do głosowania... chociaż w sumie, co mi tam, jak ktoś czytał i mu się podobało, to czemu nie. :> A z innej beczki: bardzo mnie cieszy obecność wśród nominacji "Arkadii" oraz opowiadania Radka Raka "Dziewczyna z kartofliska", mam nadzieję, że na nominacje zajdlowe też się załapią.
Poza tym jestem łosiem, bo zagłosowałam niezalogowana, przez co pozbawiłam się możliwości wzięcia udziału w losowaniu, ale to szczegół. Zresztą i tak bym pewnie nic nie wygrała, kiedyś dostałam "Drooda" i tym samym wyczerpałam chyba limit szczęścia w katedralnych plebiscytach.


Książkowo - kwietniowo

Głupio mi trochę przyznawać się do czytania tej książki. Głupio, bo nie ukrywam, że o ile malarstwo Zdzisława Beksińskiego lubiłam zawsze, o tyle Tomaszem zainteresowałam się dopiero po jego śmierci - co być może nie świadczy o mnie najlepiej. Jest jednak coś nieodparcie fascynującego w relacji tych dwóch indywidualności, w zestawieniu dwóch żyć zakończonych dwiema tragediami. Starszy Beksiński na ojca nie nadawał się zupełnie (i zdawał sobie z tego sprawę), młodszy natomiast żył we własnym, filmowym świecie, bo ten realny jedynie go unieszczęśliwiał. Zresztą obaj przy wszystkich różnicach byli do siebie podobni - z jednej strony niesamowicie utalentowani, inteligentni ludzie, z drugiej - zależni od innych i nieradzący sobie z drobiazgami, które przeciętnemu człowiekowi nie sprawiają problemów. Książka pokazuje obu w sposób wyważony, bez poszukiwania taniej sensacji, a za to z niesamowitą faktograficzną dokładnością.

Odcinanie kuponów, czyli "ludzie kochają Hannibala, więc sprzedajmy im go jeszcze raz". Mogę wybaczyć Harrisowi, że wymyślając fabułę, poszedł po linii najmniejszego oporu (O czym mogę napisać? Noo... Hannibal jest ścigany i próbuje skontaktować się z Clarice?) Ale nie wybaczę kilku innych rzeczy. Na przykład tego, że gdzieś między "Milczeniem owiec" a "Hannibalem" Harris najwyraźniej zakochał się we własnej kreacji. Hannibal, owszem, nadal jest potworem, ale jakże wspaniałym, eleganckim i wyrafinowanym! Opisy tytułowego bohatera, jego upodobań, żarcia, wypaśnych samochodów, sztuki, jaką się interesuje itp. zajmują całkiem sporą część książki i wywołują we mnie podejrzenia, że autor niezdrowo się tym wszystkim podnieca. A gdyby to nie wystarczyło, Harris dowala jeszcze przeciwników Hannibala, którzy oczywiście są gnidami, żeby na ich tle nasz bohater lepiej wyglądał. Krendler powinien nosić na plecach napis "tego gościa masz nienawidzić, drogi czytelniku" a Mason Verger to groteskowa karykatura odpychającego złoczyńcy: gwałciciel dzieci, kazirodca, dręczyciel zwierząt i zwyrodniały sadysta w jednym... Czekałam jeszcze na informację, że kiedy był mały, to z upodobaniem kopał małe słodkie kaczuszki. Harris tak bardzo bardzo chce, żebym lubiła Lectera, a nie lubiła tych, którzy chcą go skrzywdzić, że momentami jest to naprawdę żenujące i budzi we mnie przewrotną chęć pokibicowania Vergerowi. Na wątek Clarice lepiej spuścić zasłonę milczenia - żal, że tak fajnie wykreowana w "Milczeniu owiec" postać kończy z wymienioną całkowicie osobowością. Naprawdę ciężko znaleźć mi w tej książce jakieś plusy - może jedynie Margot i Barney jakoś tam bronią się jako postaci, które potrafią wzbudzić jeśli nie sympatię, to przynajmniej odrobinę zrozumienia. A co ciekawe, ze wszystkich książek Harrisa, jakie dotąd czytałam, ta pod pewnymi względami jest najbliższa serialowi: te groteskowo-surrealistyczne sceny ze świniami i rozkrzyżowanym Lecterem, przerost malowniczego efekciarstwa nad ogólnie pojętym realizmem czy czarny humor - wszystko to wydaje się właśnie trochę jak z wyobraźni Fullera. Tyle że serial ma swój specyficzny wdzięk, a książka... książka, szczerze mówiąc, jak dla mnie jest zwyczajnie idiotyczna.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę to o książce Wita - ale, kurczę, obśmiałam się podczas lektury jak norka. To chyba najzabawniejsza powieść, jaką przeczytałam w ciągu ostatnich paru miesięcy - choć przy okazji jest to też książka lekko (a może i bardziej niż lekko...) przerażająca. Dokładna recenzja w Miesięczniku ŚKF-u.






Taki już mój pech - sięgam po zdobywczynię Nike, żeby samej sobie udowodnić, że nie tylko same kryminały i fantastykę czytam, po czym trafiam na grozę pełną gębą. Co zresztą ładnie pokazuje, jak bardzo sztuczne są gatunkowe podziały. "Ciemno, prawie noc" poziomem "fantastyczności" i nie różni się niczym od powieści, powiedzmy, Łukasza Orbitowskiego, który na naszym poletku regularnie jest nominowany do Zajdla. No ale przecież nie może być tak, że w ambitnej serii W.A.B. wydaje się fantastykę, więc wydawca asekuruje się, pisząc, że autorka "używa narzędzi horroru do opisu polskiej rzeczywistości". Nie wiem, czego się spodziewałam przed lekturą -chyba stężenia depresyjnych okropności, po których nie będę potrafiła się pozbierać, tymczasem książka wcale nie jest taka straszna. I mam wrażenie, że to bardziej kwestia nie tego, CO się pisze, ale JAK. Wspomniany Orbitowski pozornie radosną scenę potrafi opisać tak, że człowiek ma ochotę wpełznąć pod biurko i pociąć się bułką, u Bator natomiast, owszem, horroru jest mnóstwo, ale jest też ciepło, jest humor, są dobrzy ludzie, a przede wszystkim jest nadzieja. Zresztą cała ta sztafeta przekazywanego z pokolenia na pokolenie zła (gwałty, kazirodztwo, pedofilia, molestowanie, morderstwa i zabijanie zwierząt - coś pominęłam?) jest celowo przesadzona, tak że nie sposób jej traktować zupełnie serio. "Ciemno, prawie noc" jest jak zły sen, który trzeba prześnić do końca, żeby obudzić się oczyszczonym. Podoba mi się zresztą interpretacja tej książki jako swoistego zejścia w podświadomość, żeby tam zmierzyć się z koszmarami dzieciństwa. Podoba mi się też, jak genialnie autorka balansuje na granicy różnych konwencji: groteska, humor, horror, kryminał, powieść obyczajowa itp. Jedyne, do czego mogłabym mieć zastrzeżenia, to przekombinowany momentami styl. Wszystkie te neologizmy (skąd prości bohaterowie mają taką inwencję językową?), czy dialogi przypominające bełkotliwy strumień świadomości - nie wiem, czy miało to obrazować "jak ludzie mówią naprawdę", ale jeśli tak, to wyszło mało przekonująco.

Na pyrkonowym stoisku z przecenionymi książkami kupiłam sobie "Spadającą kobietę" (miała ciekawy opis) oraz właśnie "Opowieść podręcznej", czyli klasyczną feministyczną antyutopię, pokazującą jak mogłyby wyglądać Stany, gdyby władzę przejęła tam skrajnie prawicowa i religijna dyktatura wojskowa. Przy tym jest to antyutopia bardzo "kobieca" (cudzysłów, bo takie stereotypowe rozróżnienia bywają zwodnicze), a więc skupiona nie na wielkiej polityce, walce w ruchu oporu itp. tylko na uczuciach i codziennych drobiazgach. Nie ma tu - z kilkoma wyjątkami - jakichś szczególnie drastycznych scen, cierpienie bezimiennej bohaterki jest zdecydowanie bardziej psychiczne czy duchowe niż fizyczne: brak dotyku, zwyczajnej rozmowy, doprowadzająca do szaleństwa nuda (nie wolno jej czytać ani mieć żadnych innych rozrywek), czy wreszcie najgorsze, czyli pamięć o przeszłości - to jej najwięksi wrogowie. Co ciekawe, Atwood wcale nie gloryfikuje czasów sprzed rewolucji, jakby chciała powiedzieć: owszem, to chore czasy, ale czasem lekarstwo okazuje się gorsze od choroby.

...oraz trzy kolejne książki z serii, czyli "Punkt Borkmanna", "Powrót" i "Kobieta ze znamieniem". Wszystkie cztery przeczytałam jednym ciągiem, co jest pewnym dowodem na umiejętności pisarskie Nessera. Akcja potrafi wciągnąć, styl (mimo pewnych zastrzeżeń, o których potem) jest na tyle sprawny, że czyta się z przyjemnością. Przy tym szwedzki autor żadnej Ameryki nie odkrywa, jego kryminały to dość typowi przedstawiciele gatunku: jest tu starzejący się i miewający swoje humory komisarz, który jak każdy klasyczny detektyw wyjaśnia wszystko pod koniec książki i ani chwili wcześniej, są jego współpracownicy, którzy służą głównie do tego, żeby bohater miał na czyim tle błyszczeć, są wreszcie tajemnicze zbrodnie. Pod tym względem wyróżnia się część czwarta, która jest nie tyle kryminałem, co thrillerem, bo od początku znamy mordercę, a i jego motywacja żadną tajemnicą nie jest. Co ciekawe, nie ma w tych książkach jakoś szczególnie rozbudowanego tła społeczenego, choć kryminały skandynawskie z tego właśnie słyną - akcja właściwie mogłaby rozgrywać się w dowolnym innym kraju. Z zastrzeżeń natomiast: niektóre fragmenty wydały mi się przegadane (powtarzające się mętne rozważania o przeznaczeniu czy wzorach), a poza tym, zwłaszcza w pierwszym tomie, coś mi w czasie lektury zgrzytało. Nic konkretnego, po prostu wrażenie, że czasem w narracji są dziwne skoki albo w dialogach odpowiedzi nie do końca pasują do pytań. Jeden przykład, który udało mi się wyłowić:
- Czy zrozumiała pani to tak, że Eva Ringmar ucieszyła się, że to właśnie pani tam przyszła, a nie ktoś inny?
- Tak, dokładnie.
- A kto to mógłby być?
- A czy mogłaby to być więcej niż jedna osoba?
- Ma pan na myśli oskarżonego?
- Tak.

Czy tylko ja rozumiem z tego dialogu, że w książce oskarżony występuje w więcej niż jednej osobie?

Dorzucam do zestawienia trochę nieuczciwie, bo przeczytałam tylko do połowy - i to pomimo, że na początku bardzo mi się podobało, głównie ze względu na warstwę koncepcyjno-wizualną. Każda scena tutaj to inspiracja dla niesamowitego, oniryczno-surrealistycznego obrazu, a całość aż prosi się, żeby sfilmował to ktoś o wyobraźni twórców "Miasta zaginionych dzieci" (nastrój jest trochę podobny, choć kolorystyka inna, w "Cyrku nocy" zdecydowanie dominują czerń i biel). Jednak im dalej, tym bardziej czegoś mi brakowało - może po prostu emocji? Bohaterowie sprawiają wrażenie biernych, bezwolnie godzących się ze swoim przeznaczeniem jak kukiełki. Co ma sens i zgadza sie z ogólną koncepcją, ale też sprawia, że kiedy niesamowitość powieściowego świata przestała mnie zadziwiać, okazało się, że tak naprawdę nie mam po co czytać dalej, bo losy poszczególnych postaci i zakończenie całej tej historii zwyczajnie mało mnie obchodzą.

wtorek, 8 kwietnia 2014

wtorek, 1 kwietnia 2014

Kwietniowe aktualności

3 kwietnia w ramach 37 Radomskiej Wiosny Literackiej wezmę udział w spotkaniu, które odbędzie się o 13:00 w Bibliotece Głównej, przy ulicy Piłsudskiego 12 - oczywiście w Radomiu.
Więcej szczegółów tu.

O wznowieniu "Trzynastego anioła" (okładka obok) już pisałam, teraz tylko przypominam. Poza tym nasza sekcyjna antologia jest już PRAWIE gotowa, prawie oznacza, że brakuje nam jeszcze tylko jednego opowiadania, które do tej pory nie wróciło z redakcji - ale mam nadzieję, że jak ubłagam autora, to się spręży i tekst dośle...
Mój tekst, który w zbiorku się znajdzie, ostatecznie będzie nosił tytuł "Sztuka porozumienia" (mieszam, wiem, ale tak już mam).

Ponadto niżej podaję listę konwentów oraz imprez, na których będę w tym roku:
27 - 29 czerwca - Seminarium ŚKF
18 - 20 lipca - Avangarda
5 - 7 września - Polcon
13 - 14 września - Asucon
19 - 21 września - Copernicon
21 - 23 listopada - Targi Książki w Katowicach

Gdyby ktoś miał ochotę spotkać się i pogadać, zapraszam!