piątek, 24 stycznia 2014

Serialowo - styczniowo 2

Druga notka serialowa w jednym miesiącu nie świadczy może o mnie zbyt dobrze, na swoje usprawiedliwienie mam jednak to, że tym razem są to seriale albo bardzo krótkie, albo takie, których obejrzałam jeden-dwa odcinki, nie muszę się więc martwić, że oglądam zamiast zająć się czymś sensowniejszyn. Chyba nie muszę...

Trzecia seria „Sherlocka” okazała się najsłabszą z dotychczasowych, co nie znaczy, że jakoś szczególnie złą. Pierwszy odcinek jest fajny i do niego mam najmniej zastrzeżeń, przy drugim miałam mocno mieszane uczucia – z jednej strony to zdecydowanie najzabawniejszy kawałek z dotychczasowych, z drugiej weselną przemowę Sherlocka naprawdę ciężko się ogląda, a całość odebrałam jako takie trochę... rozmienianie dobrego pomysłu na drobne? I wreszcie trzeci odcinek, który wzbudził chyba największe poruszenie, a który mnie akurat się podobał, może dlatego, że nigdy jakąś wielką fanką nie byłam, więc i oczekiwań nie miałam wygórowanych. Niektóre pomysły (prawdziwa tożsamość Mary) odebrałam jako przegięte i niepotrzebne, ale skoro już były, wyszły nieźle. Nielogiczności i nieprawdopodobieństwa? Jasne, są, ale też od „Sherlocka” nigdy nie oczekiwałam realizmu. Największy problem mam oczywiście z końcówką. Nie ze względu na jej wymowę moralną, bo jestem w stanie zrozumieć, czemu Sherlock zrobił to, co zrobił, nie mówiąc już o tym, że dla mnie to nigdy nie była jakoś szczególnie sympatyczna czy pozytywna postać. Pomysł pokazania „ludzkiej twarzy” Sherlocka, który nie radzi sobie ze sprytniejszym przeciwnikiem, popieram jak najbardziej, facetowi zdecydowanie by się przydało, żeby ktoś wreszcie utarł mu nosa, ale na Boga, nie w taki sposób! Tu nie dość, że główny bohater wychodzi na, oględnie mówiąc, mało rozgarniętego (pomysł na załatwienie sprawy ma dobry, ale czas i miejsce wybiera fatalnie), to jeszcze jego wróg wręcz prosi się, żeby ktoś zrobił mu krzywdę. I to ma być ten super-inteligentny złoczyńca? Serio, jeśli już Sherlock miał ponieść porażkę (tak to odbieram), mógł przegrać w lepszym stylu i z lepszym przeciwnikiem.

Z „Doktorem Who” jest trochę jak z paranormalami – niektórzy uwielbiają, a reszta patrzy wzrokiem ogłuszonej łani i pyta niepewnie: „Ale co wy właściwie w tym widzicie?”. Należę do tej drugiej grupy i fenomenu brytyjskiego serialu chyba nigdy nie ogarnę, skusiłam się jednak na obejrzenie "Wód Marsa", bo reklamowano mi je jako coś, co można oglądać jako samodzielną całość. Fabuła jest nawet ciekawa (choć mało oryginalna, bo mocno inspirowana „The Thing” Carpentera) i właściwie niemal do końca ogląda się to nieźle – ale ostatnie minuty to już wielkie „WTF”. UWAGA, SPOJLERY. Rozumiem, że samobójstwo Adelaide miało być tragiczne, bo uratowana kobieta decyduje się strzelić sobie w głowę, żeby ocalić przyszłość, o której mówił Doktor? To bez sensu przecież, jej śmierć może „zainspirować”, jeśli zginie jako bohaterka, ale przecież nie wtedy, kiedy umrze z własnej ręki, i to w wyjątkowo podejrzanych okolicznościach. W takim przypadku trudno oczekiwać, że babcia stanie się wzorem dla wnuczki, raczej chyba przeciwnie. Tragiczny więc może być co najwyżej fakt, że  bohaterka poświęca życie dla czegoś, co jest kompletnie nonsensowne, a i przy podobnym założeniu upierałabym się, że takie... nieprzemyślane posunięcie niezbyt pasuje do szefowej marsjańskiej bazy, która powinna być silną, trzeźwo myślącą w sytuacjach stresowych babą. Pomyślałam też sobie, jak ta końcówka powinna wyglądać, gdyby Adelaide serio chciała osiągnąć efekt, o jaki jej chodziło: po pierwsze, zlikwidować ludzi, którzy wiedzieli o jej powrocie na Ziemię, po drugie, popełnić samobójstwo tak, żeby ciała nie znaleziono, albo ewentualnie ukrywać się do końca życia – wtedy faktycznie mogłaby uchodzić za zmarłą tragicznie podczas misji bohaterkę. Trudne, ale wykonalne, a oglądanie realizacji takiego planu mogłoby być ciekawsze niż cały ten filmo-odcinek. Ale jak wiadomo, ja mam kryminalną przeszłość, więc może i myślę trochę inaczej niż scenarzyści...

Króciutka, bo ledwo trzyodcinkowa (czy coś takiego w ogóle można nazwać serialem?) brytyjska produkcja z Davidem Tennantem w roli utalentowanego, acz pechowego prawnika. A pechowego, bo pewnego dnia trafia na klienta, który... W tym momencie właściwie powinnam zakończyć opis, bo serial składa się z kilku naprawdę niespodziewanych zwrotów akcji i im mniej człowiek wie przed seansem, tym lepiej – napiszę więc tylko, że problemy głównego bohatera wbrew temu, co można by sądzić, zaczynają się nie gdy przegrywa jako obrońca oskarżonego o brutalne morderstwo człowieka, ale wtedy, gdy proces wygrywa...



Nie byłam jakoś specjalnie przekonana do tego serialu, bo ani nie należę do wielkich fanek literackiego oryginału, ani wcześniejsze adaptacje do mnie nie przemawiały, ani nawet nie jestem specjalną miłośniczką epoki, skusiłam się jednak i zostałam pozytywnie zaskoczona. Nie jest to żadne dzieło sztuki, niemniej w kategorii „nieprzemęczające mózgu patrzydło z sympatycznymi postaciami i humorem” sprawdza się nieźle. I fakt, że twórcy szacunku do papy Dumasa za bardzo nie mają, wychodzi produkcji na dobre – np. z niejaką ulgą przyjęłam, że D’Artagnan nie jest już narwanym młodzikiem gotowym rzucać się ze szpadą na każdego, kto na niego (bądź na jego konia) źle spojrzy, serialowy bohater jest bardziej zrównoważony (emocje ponoszą go głównie, gdy chodzi o śmierć ojca, ale to można zrozumieć), a ponadto posiada poczucie humoru. Co ciekawsze, przy wszystkich zmianach w stosunku do oryginału (intryga na razie niewiele ma wspólnego z otwarciem powieści) jest to chyba jedna z bardziej stonowanych adaptacji – bez odczapistycznych pomysłów w stylu sterowców, bohaterów skaczących na linach z wysokich budynków, steampunkowych wynalazków & diabli wiedzą, czego jeszcze. Co, swoją drogą, też zapisuję na plus.

Pora wysiąść z tego pociągu, bo jeśli mniej więcej raz na miesiąc przypominam sobie, że coś takiego w ogóle istnieje i oglądam odcinek, to znaczy, że z serialem jest coś nie tak. I chyba nawet wiem, co – otóż „Sleepy Hollow” to taka lekka, familijna z ducha produkcja, gdzie nikt nawet nie próbuje udawać, że wszystkie te demony itp. są naprawdę groźne, a bohaterów może spotkać poważniejsza krzywda, w rezultacie czego trudno się tu czymkolwiek na serio przejmować, a jednocześnie serialowi brakuje dynamiki, humoru i pomysłowości, które by jakoś ten brak przejmowania się zrównoważyły (znaczy, humor oczywiście jest, ale bardziej na zasadzie dodatku niż głównej atrakcji). Jeśli dodać do tego, że „potwory tygodnia” znikają, zanim człowiek się zdąży nimi porządnie zainteresować, a główna intryga snuje się niemrawo w tle i daleko jej do oryginalności, otrzymamy w rezultacie serial, który – jak dla mnie przynajmniej – już od kilku odcinków trzyma się tylko dzięki temu, że para głównych bohaterów jest ładna i sympatyczna, a to jednak trochę mało.

Oglądając „True Detective”, nie mogłam opędzić od skojarzeń z „Hannibalem”, bo podobieństw jest kilka – od jeleniego poroża na miejscu zbrodni począwszy, a skończywszy na detektywie-introwertyku, który myśli nieszablonowo i podczas pracy miewa halucynacje (choć z innych powodów). Co więcej, oba seriale na swój sposób są „wystylizowane”, choć w „True Detective” widać to głównie w lekko odrealnionej kolorystyce zdjęć, która sprawia, że mimo sporej dozy „życiowego” realizmu, czasem ogląda się to jak zapis jakiegoś wyjątkowo ponurego snu. Jest jednak i sporo różnic – choćby właśnie ów realizm, bo np. pod względem doboru aktorów „True Detective” to produkcja z ducha „europejska” (dla wyjaśnienia: seriale amerykańskie tym się różnią od europejskich, że w tych pierwszych bohaterowie zazwyczaj są ładniejsi, młodsi, lepiej ubrani itp.). Podoba mi się też  gęsty klimat – niby nic się nie dzieje, większość scen to rozmowy albo długie ujęcia pustych pól, a jednak napięcie wyraźnie wisi w powietrzu. Polecam.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Serialowo - styczniowo


Obejrzałam jeden odcinek, oceniam więc trochę niesprawiedliwie, ale naprawdę nie mam ochoty na więcej. „Wiktoriańskie” suknie wyglądają tu bardziej jak kreacje gwiazd na rozdaniu Oscarów (długie, ale za to mocno wydekoltowane), a bohaterowie nawet nie próbują udawać, że są postaciami z XIX wieku. Wiem, że przebieranie współczesnej mentalności w kostium to nic nowego, czasem ma to sens i wychodzi ciekawie, w tym przypadku jednak trudno dopatrywać się w takim rozwiązaniu czegokolwiek poza gigantycznym pójściem na łatwiznę. Do tego banały w dialogach i Mina Harker jako studentka medycyny, co jako pomysł jest fajne, ale serio – dziewczyna chcąca zostać lekarzem w czasach, kiedy uczenie kobiet porównywano do uczenia owiec, naprawdę powinna mieć więcej charakteru. Aha, i żeby tytułowy bohater wypadł sympatycznie, scenarzyści wymyślili, że co prawda Dracula czasem kogoś zagryzie, ale przecież walczy ze złem jeszcze większym, czyli jakimś tam zakonem, który przy okazji polowania na wampiry wykańcza kogo popadnie. Słyszymy o tym głównie od Draculi, na ekranie przedstawiciele zakonu nic przesadnie strasznego nie robią, więc sorry, ale nie czuję się przekonana.

Poznana dzięki falkonowej polecance Lucka & Puszona „Utopia” okazała się moim prywatnym odkryciem. Zakręcona fabuła, klimat trochę jak z Lyncha na kwasie, a do tego przecudna kolorystyka – scen z tego serialu nie sposób pomylić z żadnym innym, wiele kadrów to zresztą niemal gotowe psychodeliczne obrazki do wydrukowania i powieszenia na ścianie. W meandrach intrygi co prawda nieco się w pewnym momencie zgubiłam, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało, bo „Utopia” jest „dziwna” dokładnie w taki sposób, jaki lubię. Szkoda, że nie ma więcej takich seriali...

Drugi sezon trzyma poziom pierwszego, a może nawet jest od niego odrobinę lepszy. Podobało mi się, jak precyzyjnie skonstruowana jest intryga, jak stopniowo zawęża się krąg podejrzanych, a kiedy wydaje się, że wszystko już wiadomo, nagle następuje zwrot akcji. Ponadto motywacja zbrodniarza jest tu chyba bardziej wiarygodna niż w pierwszym sezonie, a główni bohaterowie nadal budzą sympatię, choć w przypadku Sagi jest ona mocno wymieszana z irytacją czy momentami nawet zażenowaniem (serio: oglądanie towarzyskich lapsusów tej kobiety boli), ale ta postać dokładnie taka miała być, więc trudno mieć pretensje.

Rzadko zdarza mi się oglądać coś, co nie jest kryminałem ani fantastyką, ale tym razem się skusiłam i nie żałuję. Świetnie oddane realia lat 50-tych, znakomite postacie (co ciekawe, kobiety generalnie są tu przedstawione w bardziej pozytywny sposób niż mężczyźni) i relacje między nimi, a do tego z wyczuciem potraktowany ryzykowny temat i równowaga pomiędzy powagą (a nawet tragedią) i dyskretnym humorem. Nawiasem mówiąc, w „Masters...” jest bardzo fajna scena, kiedy to pewna lekarka wspomina, że w kafeterii zawsze siedzi sama – no bo nie pasuje ani do innych lekarzy (sami faceci), ani do pielęgniarek. Od razu skojarzyło mi się to z tym nieszczęsnym „Draculą”, w którym studentka medycyny A.D. 1888 nie ma żadnych problemów poza tym, że może oblać egzamin... 

Rany, jak szybko teraz seriale się starzeją. Ten jest z początku XXI wieku, a już widać różnicę. I nie jest to nic konkretnego, raczej zbiór drobiazgów: czołówka, stroje i fryzury, sposób kręcenia poszczególnych scen... Nie żeby było to jakoś szczególnie obciachowe, ale jednak w śledzeniu perypetii bohaterów nie pomaga, zwłaszcza że serial jest nierówny: zdarzają się odcinki całkiem niezłe, a zdarzają i takie, na które lepiej byłoby spuścić zasłonę milczenia. „Babylon 5” tego samego twórcy, choć jeszcze starszy, broni się o niebo lepiej: ciekawszymi postaciami, humorem, a przede wszystkim pełną rozmachu, epicką i wielowątkową opowieścią.

Dałam serialowi drugą szansę i tym razem zaskoczyło. Co prawda nadal nie jestem jakoś szczególnie przekonana do Hannibala (nie ma w tej postaci nic, czego nie widziałabym w dziesiątkach innych thrillerów albo po prostu w pozostałych wykonaniach tej samej roli plus przerażająca w tym facecie może być co najwyżej jego grzywka), a rozgrywka między psychopatą i wrażliwym profilerem raczej mnie niczym specjalnie nie zaskoczy (fabuły „Czerwonego smoka” chyba nie zmienią?) niemniej zrobione jest to na tyle zgrabnie, że daje się oglądać z przyjemnością. Zwłaszcza że „Hannibal” jest uroczy pod względem... eee... plastycznym? Podobają mi się wizje Willa (ten jeleń... :-), a przede wszystkim – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – zwłoki, bo sposoby na pozbawianie bliźnich życia są w tym serialu tyleż cudaczne i mało realistyczne, co malownicze.

niedziela, 5 stycznia 2014

Refleksje o pisaniu 6 cz. 1


To nie będzie notka o tym, jak napisać dobrą książkę czy tym bardziej „bestsellera”. Nie wierzę w uniwersalne recepty. Na sukces literatury składa się tyle czynników, tyle różnych zależności i zmiennych, że nie sposób tego zawrzeć w jakiejś ogólnej „instrukcji”, choćby i najbardziej obszernej. Nie znam ani jednego przypadku, żeby ktoś po przestudiowaniu pozycji „Jak napisać bestsellera” faktycznie takowego stworzył. Jasne, istnieje pewien zbiór porad, które mogą pomóc, ale po pierwsze, zazwyczaj są to wskazówki bardzo ogólne, a po drugie, same w sobie mogą sprawić, że książka będzie lepsza, ale nie przekształcą przeciętnej pozycji w dzieło uwielbiane przez miliony. Zresztą poważnie: gdyby istniał przepis na stworzenie bestsellera, czy pisałabym tę notkę zamiast zażywać rozkoszy wakacji na Karaibach albo w innym fajnym miejscu?

Dzisiaj więc będzie o poradach, ale w specyficzny sposób, tzn. spróbuję przyjrzeć się najbardziej popularnym pod kątem tego, które wydają mi się bardziej, a które mniej sensowne. I które na mnie osobiście działają, a które nie.

Najwięcej rad dotyczy otwarcia, co ma sens, bo początek to obok okładki i blurba coś w rodzaju trzeciej wizytówki utworu, pierwszy kontakt z „dziełem właściwym”, po którym czytelnik czasem decyduje, czy w ogóle jest zainteresowany dalszą lekturą. Dlatego pierwsze zdanie powinno przykuwać uwagę, intrygować, a najlepiej wręcz (pozytywnie) wstrząsnąć. Przynajmniej taka jest teoria. Sama też czasem lubię takie „mocne wejścia”. „Wiedźmin miał nóż na gardle” – czemu nie? Efektowne otwarcie nie jest złe, pod warunkiem, że pasuje do reszty, a autor nie przegina. Bo niestety fetyszyzacja „pierwszego zdania” sprawia, że często zamiast efektowności czytelnik dostaje efekciarstwo, sztukę dla sztuki. Nieraz zdarzało mi się czytać teksty, w których otwarcie było maksymalnie pokręcone, cudaczne i odczapistyczne, a potem leciała już zupełnie zwyczajna akcja, czasem nawet niewiele mająca z początkiem wspólnego. Dlatego bywam nieufna w stosunku do pierwszych zdań, bo one, nawet jeśli faktycznie autorowi wyjdą, niekoniecznie świadczą o jakości całości. A jeśli autor na efektowne wprowadzenie nie ma pomysłu, to lepiej, żeby nie silił się na nie wiadomo co, tylko zaczął od czegoś zwyczajnego.

„Książka powinna zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć”. No dobra, Hitchcock powiedział to o filmie, ale do literatury też można zastosować. A chodzi oczywiście o efektowność już nie tylko pierwszego zdania, ale całego początku. W kryminałach czy thrillerach częstą praktyką jest zaczynanie od sceny morderstwa. Dajmy na to, dziewczyna biegnie przez las, ścigana przez zabójcę, on ją dogania i morduje – a w następnym rozdziale zaczyna się już „właściwa” akcja, czyli śledztwo. Nie lubię takich początków, i to do tego stopnia, że czasem wręcz je pomijam. Robię tak z dwóch powodów. Po pierwsze, tego typu otwarcia mają w zamierzeniu od razu zaangażować czytelnika emocjonalnie, ale niby dlaczego miałby mnie obchodzić los zupełnie obcej dziewczyny? Nie znam jej, autor nie dał mi czasu, żeby ją polubić czy w jakikolwiek się z postacią związać. A po drugie, najczęściej od razu widać, że taki bohater jest przeznaczony do odstrzału, że jego (jej) jedyną rolą jest umrzeć na pierwszych stronach, nie warto więc się nim (nią) przejmować.

Ważne w moim przekonaniu jest coś innego – a mianowicie, żeby w miarę szybko dać czytelnikom zawiązanie intrygi, tak aby wiedzieli, a) kto jest głównym bohaterem oraz b) o czym mniej więcej będą czytać. Nie chodzi o szczegóły, oczywiście, ani broń Boże o zdradzanie zwrotów akcji, tylko ogólne pojęcie, tak żeby potencjalny człowiek po zapoznaniu się z pierwszymi stronami potrafił sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie CHCE przeczytać tę książkę („Chcę wiedzieć, kto zabił X-a”, „Chcę wiedzieć, czy drużynie uda się dotrzeć do celu”). Przy czym zasada ta dotyczy przede wszystkim literatury rozrywkowej, takiej która z założenia mieści się w granicach pewnego gatunku i jest skierowana do miłośników tegoż. Ambitna powieść mainstreamowa może sobie pozwolić na to, żeby dopiero w połowie czytelnik się zorientował, o co w niej chodzi (albo i żeby do końca tego nie wiedział), ale jeśli piszemy „po prostu kryminał” to nie wypada zwlekać z ujawnieniem głównej intrygi, bo ryzykujemy, że zniechęcony czytelnik zwyczajnie rzuci książkę w kąt.

Głównego bohatera na początku trzeba skopać, żeby czytelnik go polubił – nie wiem, kto tę zasadę wymyślił, pamiętam za to, że swego czasu propagował ją w swych felietonach Andrzej Pilipiuk. Coś w tym jest, tzn. faktycznie postacie, którym się wszystko udaje, często raczej irytują niż budzą sympatię. Z drugiej jednak strony fundowanie protagoniście na początek tragedii też nie zawsze jest najszczęśliwszym pomysłem. A to bardzo popularny chwyt, wiele powieści, filmów czy seriali zaczyna się tak, że bohaterowi ginie ktoś z najbliższej rodziny. Osobiście jestem na podobne rozwiązanie uczulona, może dlatego, że kiedyś trafiłam na TRZY pod rząd książki, w których na wstępie główna postać traciła w wypadku żonę oraz dziecko, i do dziś odbieram to trochę jako takie... prymitywne wymuszanie współczucia? W dodatku ten chwyt bywa wykorzystywany jako coś w rodzaju uniwersalnego wytrychu fabularnego, np. kiedy trzeba uwiarygodnić, że bohater rzuca dobrze płatną pracę w mieście i wyprowadza się na zabitą dechami wieś, a leniwemu autorowi nie chce się wymyślać powodu, dla którego szczęśliwy człowiek miałby coś takiego robić. W przypadku świeżo upieczonego wdowca czy wdowy nie ma problemu – piszemy, że wyjechał/a, żeby „uciec od wspomnień”, i gotowe. Chwytu „trauma” używa się także jako zamiennika charakteru. Mnóstwo postaci literackich czy filmowych osobowości nie ma żadnej, za to tragedię w życiorysie mają jak najbardziej. Taką postacią jest np. David Hunter, antropolog sądowy z cyklu Simona Becketta, o którym po przeczytaniu czterech książek potrafię powiedzieć tyle, że: a) jest dobry w swoim zawodzie, b) cierpi, bo – cóż za niespodzianka – w wypadku zginęły jego żona i mała córeczka.

Punkt kulminacyjny powinien następować w ¾ książki – nie wiem, czy akurat ¾, z aptekarską dokładną tego nigdy nie liczyłam, ale owszem, powinien się znaleźć raczej bliżej końca niż początku. Tu dyskutować nie będę.

Aby utrzymać zainteresowanie czytelnika, każdy rozdział trzeba kończyć cliffhangerem – tak i nie, tzn. to naprawdę działa, o czym sama się niedawno przekonałam, bo tego typu książki czyta się zwyczajnie szybciej (człowiek tłumaczy sobie: OK, jeszcze tylko jeden rozdział, bo przecież nie mogę przerwać w takim momencie!). Nie zauważyłam jednak, żebym po lekturze oceniała „cliffhangerowe” pozycje wyżej niż „niecliffhangerowe”, nie kupuję też częściej takich książek ani nie wypożyczam.

W zakończeniu książki powinien być twist – to zależy oczywiście od gatunku, twista w finale spodziewamy się przede wszystkim w zakończeniu kryminałów czy thrillerów. Co ciekawe, występuje tu pewien paradoks: z jednej strony czytelnik twista się spodziewa i jak go nie ma, to jest rozczarowany, a z drugiej, jak twist jest, to człowiek się nim nie przejmuje i nie daje się nabrać, no bo przecież wiadomo było od razu, że będzie (najbardziej jaskrawym przykładem jest chyba twórczość Jeffery’ego Deavera).

Sceny akcji powinno się pisać krótkimi zdaniami, często tnąc tekst na akapity, aby podkreślić dynamikę – o ile z krótkimi zdaniami jeszcze od biedy mogę się zgodzić (choć też nie zawsze), o tyle te cholerne akapity potrafią doprowadzić do szału – w ekstremalnych przypadkach bywa tak, że każde zdanie pisane jest w osobnej linijce, a autor zamiast dynamiki osiąga tyle, że czytelnika od takiej narracji zaczyna boleć głowa.

Dwa zdania długie, jedno krótkie albo dwa krótkie, jedno długie to najbardziej optymalny rytm narracji – jeśli chcemy pisać stylem „przezroczystym” (nie przepadam za tym określeniem, ale niech tam), czyli jeśli język pełni rolę wyłącznie służebną wobec opowieści, to ma trochę sensu, bo faktem jest, że długie, wielokrotnie złożone zdania potrafią zmęczyć (zwłaszcza niedoświadczonego czytelnika, średnio więc się nadają do pisania „prostej rozrywki”), z kolei krótkie sprawiają wrażenie, że autor pisze „jak dla dzieci”; narracja wygląda wtedy niczym posiekana siekierą i na dłuższą metę też męczy. Jednak nikt o zdrowych zmysłach nie będzie przecież liczył, żeby sprawdzić, czy na pewno trzyma „właściwy” rytm, a poza tym zdania krótkie czy długie to tak naprawdę kwestia indywidualnego podejścia i najgorszym, co można zrobić, jest zmuszanie się do pisania w sposób, jaki zupełnie nam nie odpowiada.

W ogóle zmuszanie się do czegokolwiek jest w pisaniu nie najlepszym pomysłem – ale o tym w następnym odcinku.

sobota, 4 stycznia 2014

Kindle


Od 24 grudnia (święta, wiadomo) jestem szczęśliwą właścicielką tzw. kundla, czyli czytnika Kindle, pora więc na małe podsumowanie.

Z początku miałam obawy, że – przyzwyczajona do tradycyjnych książek – będę miała problem z przestawieniem się na Kindle’a. Nic bardziej mylnego, już po jednym dniu e-booki czytało mi się nawet chyba LEPIEJ niż tradycyjną książkę. Czytnik jest leciutki, niewielki, łatwo nim manipulować (np. ustawić odpowiednio, kiedy człowiek przybiera różne pozycje podczas leniwej lektury na tapczanie) i wreszcie odpada problem, jaki mają te wszystkie klejone grube tomiszcza, których nie można porządnie rozłożyć, chyba że brutalnie złamie im się grzbiet. O zalecie, że na czytniku można nosić ze sobą o niebo więcej książek, nawet nie wspominam, bo to oczywistość.

Czytnik ma też wady. E-bookom brakuje zapachu, który kochają wszystkie mole książkowe; tradycyjne książki mają też swoją indywidualność: ładną albo brzydką okładkę, różne rozmiary, kształty czy rodzaje papieru, podczas gdy e-booki nie istnieją jako przedmioty i zostają sprowadzone praktycznie do samej treści. W elektronicznej książce trudniej też zajrzeć na tył okładki (żeby np. przeczytać blurba), zerknąć do spisu treści czy znaleźć fragment, który czytało się wcześniej – w papierowej zazwyczaj robi się to na prostej zasadzie "pamiętam, że to było gdzieś w 1/3 grubości", na czytniku trzeba się przeklikać przez ileś tam stron albo wpisać w wyszukiwarkę jakieś charakterystyczne słowo, co też zajmuje czas.

Mam też kilka uwag ogólnych, ani na plus, ani na minus. Otóż na początku wydawało mi się, że z czytnika czytam szybciej – ale no właśnie, chyba tylko mi się wydawało, bo wrażenie po jakimś czasie znikło. Po drugie: przez jakiś czas miałam trochę creepy poczucie nierzeczywistości. Jakbym czytała nie tyle książkę, co jej ducha – i co ciekawe, dotyczyło to nie tylko fizycznej (nie)obecności przedmiotu, ale też treści. Powieściowe wydarzenia były... mniej realne, a jednocześnie w pewien sposób niepokojące, trochę jak sen, którego nie pamięta się dobrze, ale który cały czas siedzi z tyłu głowy, drażni i uwiera. Na szczęście to też szybko minęło.

Za to zostało mi na razie poczucie obcowania nie z oryginałem, a z kopią (ciekawe, czy przejdzie, kiedy przeczytam coś, co zostało wydane tylko w wersji elektronicznej). Skutek ma to taki, że kiedy na czytniku np. następuje niezrozumiały przeskok akcji, to moją pierwszą myślą nie jest „autor się walnął/ja się zagapiłam i czegoś nie załapałam”, tylko „o, coś się zgubiło podczas kopiowania”. I dotyczy to e-booków jak najbardziej oficjalnych, wydanych przez wydawnictwo razem z wersją papierową.

Zauważyłam również, że wobec e-booków mam mniejsze wymagania niż wobec książek tradycyjnych, łatwiej mi przełknąć niedoskonałości stylu czy nawet błędy. Wynika to pewnie z tego, że wcześniej w wersji elektronicznej czytałam głównie opowiadania do Esensji albo teksty na sekcję literacką i przyzwyczaiłam się do myśli, że to takie „wersje surowe”, przedredakcyjne, nie należy więc przesadnie się czepiać.

To ostatnie, mam nadzieję, też przejdzie, bo inaczej mogę mieć problem z pisaniem recenzji z e-booków. ;-)

środa, 1 stycznia 2014

Książkowo - styczniowo


W odstępie kilku dni przeczytałam dwie książki, które pod pewnymi względami są podobne. Obie to kryminały stawiające przede wszystkim na zagadkę i na mozolne jej rozwikływanie poprzez rozmowy z podejrzanymi, w obu elementy sensacyjne znajdują się drugim planie (W „Łowcy szczurów” jest ich trochę na początku i na końcu, w „Wołaniu kukułki” nie ma prawie wcale), zaś sama intryga jest dość prawdopodobna i nieprzekombinowana. A jednocześnie jaka różnica! „Łowca szczurów” jest przeciętnym czytadłem, z gatunku tych, które czyta się szybko i równie szybko o nich zapomina, „Wołanie kukułki” natomiast to precyzyjnie skonstruowana opowieść w najlepszym stylu angielskich kryminałów. J.K. Rowling (kryjąca się pod pseudonimem, ale i tak już wszyscy wiedzą, że to ona) jak najlepsi w tym gatunku tworzy niesamowite napięcie właściwie z niczego. Banalne na pozór drobiazgi (z kim rozmawiała ofiara przed śmiercią, co zapisała na niebieskiej kartce, która potem gdzieś zniknęła, itp.) wygrane są tak, że czytelnik obgryza palce z
niecierpliwości, byle tylko dowiedzieć się, jakie będzie rozwiązanie. Plus należy się też Rowling za głównego bohatera, który oczywiście jest „facetem po przejściach”, co opisane zostało z jednej strony wiarygodnie, a z drugiej bez przesadnego epatowania ponurością. „Wołanie kukułki” to dobra równowaga dla skandynawskich kryminałów, w których zagadka schodzi na drugi plan, bo autorów bardziej interesują społeczno-obyczajowe obserwacje. Albo których autorom zależy głównie na tym, by po lekturze człowiek pochlastał sobie żyły. W „Wołaniu kukułki” znajdziemy i ciekawy portret świata „wyższy sfer” i sporo „ciemnych stron życia”, ale tak naprawdę najważniejsza jest frajda, jaką ma czytelnik, kiedy wraz z bohaterem dociera do rozwiązania zagadki.


Przeczytałam, bo Cintryjka dała tej książce 2 punkty na dziesięć i chciałam się przekonać, po pierwsze, czy faktycznie to jest takie kiepskie, a po drugie, jeśli jest, to co czytelnicy w takiej literaturze widzą („Córka...” pierwotnie została opublikowana na portalu dla pisarzy-amatorów, ale miała tyle odsłon, że powieścią zainteresował się wydawca). I tradycyjnie już, jak przy „Zmierzchu” oraz większości paranormali, po lekturze poczułam się bezradna jak dziecko, bo nadal nie mogę pojąć, czemu ludzie ekscytują się takimi kawałkami. I nie chodzi już nawet o to, że „Córka...” jest kiepska (choć też), ale o to, że jest to produkt najdoskonalej, absolutnie przeciętny i sztampowy – począwszy od żywcem zerżniętego z dzieła pani Meyer początku (nowa dziewczyna w szkole spotyka trzymające się na uboczu, dziwaczne, ale cudownie pięknie rodzeństwo), poprzez miłość instant, która polega na tym, że chłopak i dziewczyna zakochują się w sobie, choć nawet się nie znają (takie zauroczenia oczywiście się zdarzają, ale rzadko wynika z tego miłość na całe życie – a tu proszę) aż do ulubionych przez nastolatki scen z przypadkowym wpadaniem na ukochanego czy omdlewaniem w jego silnych ramionach. Dodajmy do tego fakt, że niby jest tu jakaś akcja fantastyczno-przygodowa, ale główna bohaterka i jej psiapsiółki zajmują się głównie plotkowaniem o chłopakach, a „kumple z paczki” służą wyłącznie do bycia „kumplami z paczki”, bo autorka zapomniała, że drugoplanowym postaciom przydałby się jakiś charakter, i odróżnia się ich wyłącznie po imionach. Zresztą, co mówić o drugoplanowych bohaterach, skoro pierwszoplanowi też żadnej osobowości nie mają. Całość sprawia wrażenie, jakby to napisała szesnastolatka, która naczytała się paranormali i koniecznie chciała stworzyć coś podobnego. Serio, w internecie jest mnóstwo opowiadań i całych powieści z pomysłem i fabułą na podobnym poziomie, „Córka...” wyróżnia się na ich tle jedynie tym, że jest lepiej napisana (nie żeby DUŻO lepiej...) – i naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tym portalu nie było niczego sensowniejszego.

Zaczyna się ciekawie, bo od brutalnego podwójnego morderstwa w placówce opiekuńczej dla nastolatek z problemami, potem książka przekształca się w coś w rodzaju akcyjniaka (poszukiwania podejrzanej o zabójstwo dziewczyny), potem przez chwilę miałam wrażenie, że to będzie opowieść o mrokach okaleczonej psychiki, ale nie – nagle następuje zwrot akcji, w którym wielką rolę odgrywa pewne wydarzenie z przeszłości oraz eee... coś w rodzaju ducha? (celowo piszę mętnie, żeby nie spojlerować). I trudno mi ten zwrot akcji ocenić: z jednej strony sam pomysł mi się podoba, z drugiej oświecenie, jakiego w pewnym momencie doznaje detektyw, bierze się tak bardzo z sufitu, że bardziej już chyba nie można. A następnie mamy już standard, czyli dość naciąganą motywację zbrodniarza oraz efekciarski finał. Da się czytać, ale niewiele więcej.

Skusiłam się, bo to kryminał, którego akcja rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, do których z przyczyn oczywistych mam spory sentyment. Trzeba przyznać, że autor albo dobrze tamte czasy  pamięta, albo solidnie przyłożył się do researchu, bo rok, kiedy telewizyjnym hitem była „Niewolnica Isaura”, jest jak żywy – jakimi samochodami wtedy jeżdżono, jaką kawę pito, co było w sklepach, a co nie... Więcej nawet, autor posuwa się do precyzyjnego opisywania, jakie kolory miały butelki z piwem i jak wyglądały naklejki „zastępcze” na oranżadę. I tu zaczyna się problem, bo o ile na początku taka maniacka dokładność może być nawet fajna, o tyle w którymś momencie zaczyna irytować. Ćwirlej nie potrafi np. napisać normalnie, że w mieszkaniu była lodówka, tylko musi od razu wymienić jej markę. To samo dotyczy telewizorów, magnetofonów, głośników, a nawet niewinnych długopisów – jakby koniecznie chciał się pochwalić, że zna producentów wszystkich sprzętów codziennego użytku z tamtego okresu. Bonusowo dostajemy jeszcze tłumaczenie, czym były bony PKO, a czym Peweksy, jak wyglądał handel, kiedy niemal wszystko było na kartki oraz tłumaczenie, że dawniej stówa była czerwona i z portretem Waryńskiego. Serio? Drugim konikiem autora jest, zdaje się, praca w milicji – poczytamy więc sobie o funkcjonariuszach robiących nalot na melinę po to, żeby zgarnąć nielegalną wódę i ją później wypić, o milicjantach zdradzających tajemnice służbowe SB czy o panujących na komisariacie stosunkach między „młodymi” a „starymi”. I znowu – wszystko to jest wiarygodne i nawet ciekawe, ale gdzieś w tym ginie to, co miało być treścią książki, czyli śledztwo. Ostatecznie sprawa dwóch zamordowanych kobiet wyjaśnia się właściwie przypadkiem, bo milicja przez cały czas idzie fałszywym tropem (co więcej takim, o którym od początku WIE, że jest mało prawdopodobny), a autor pod koniec musi uciekać się do  najbardziej wkurzającego chyba chwytu, czyli do „spowiedzi zbrodniarza”, który osobiście tłumaczy czytelnikom, czemu zabijał, bo inaczej nie mielibyśmy pojęcia, o co chodziło. Całość więc jest moim zdaniem bardzo nierówna, bo tło wypada bardzo dobrze, za to sama intryga raczej słabo. Choć dodatkowy mały plus przyznaję za wytłumaczenie, czemu morderca obcinał ofiarom głowy...

Pomysł ograny w tysiącach filmów i książek – z jednej strony mamy ofiarę, z drugiej super-cwanego (oczywiście do czasu) stalkera, który z ukrycia niszczy jej życie aż wreszcie nieszczęśnica zaczyna podejrzewać u siebie chorobę psychiczną. Aby taką historię uprawdopodobnić, autor ułatwia sobie życie, czyniąc ze swojego psychola np. świetnego hakera, a ofierze każąc zlekceważyć kwestię zmiany zamków po tym, jak ukradziono jej torebkę z kluczami. Za to finał przynosi satysfakcję, która w pewnej mierze wynagradza sztampowość pomysłu i nikłe prawdopodobieństwo.

Styczniowe aktualności

W pierwszy dzień nowego roku pora na garść aktualności:

W "Zabawkach informacyjnych" pojawiło się zdjęcie z zeszłorocznego Pyrkonu, autorstwa Sławomira Okrzesika. Widoczną na ręce hennę malowała Joanna "Cyd" Petruczenko.

Tuż po świętach wystartowała strona NOL-a, czyli Nieoficjalnego Obiektu Literackiego (kwartalnik sekcji literackiej ŚKF). Znajdzie się na niej nie tylko elektroniczna wersja papierowego pisma, ale też różne wiadomości o sekcji literackiej i jej członkach. Zapraszam do odwiedzania. ;)

Kończymy powoli prace nad zbiorem opowiadań, w którym znajdą się teksty m.in. Michała Cholewy, Anny Głomb, Iwony Surmik oraz Jakuba Ćwieka (mam nadzieję...). I mój, oczywiście. Planowana data wydania: wiosna 2014.

Policzyłam sobie przeczytane w 2013 roku książki i wyszło mi, że było ich 60. Nie jest to wynik zbyt imponujący, ale poza tym czytam też sporo rzeczy niewydanych (teksty na sekcję literacką, opowiadania przysyłane do Esensji). Gdyby to wszystko podliczyć, dociągnęłabym pewnie do jakichś 70.

W najnowszym numerze Nowej Fantastyki pojawiły się recenzje trzeciego tomu "Przedksiężycowych" (autorstwa Tymoteusza Wronki) oraz "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu" (autorstwa Michała Cetnarowskiego). Dobrze też oceniony został drugi tom "Science fiction po polsku", w którym znalazło się moje opowiadanie.