niedziela, 7 grudnia 2014

Constantine, czyli o tym, czemu rozczarował mnie kolejny serial

Od pewnego czasu gryzie mnie sumienie, bo marudzę na różne seriale i marudzę, a tak naprawdę w przypadku większości z nich widziałam pierwszy, góra kilka pierwszych odcinków. Pomyślałam więc, że może gdybym obejrzała więcej, to by mi się spodobało? Zwłaszcza że bywały już precedensy, np. mój ukochany „Hannibal” na początku też mi się wydawał... taki sobie. Oczywiście nie ma sensu, żeby człowiek na wszelki wypadek oglądał wszystko, co mu się nie podoba, bo przy takim założeniu spędziłby życie, męcząc się przed ekranem, niemniej postanowiłam, że przynajmniej jednemu takiemu „niepodobającemu się” serialowi dam szansę i obejrzę tyle odcinków, ile jest dostępnych.
Wybór padł na „Constantine’a”.
To był zły wybór.
Ała.
Po dwóch tygodniach i chyba sześciu piwach wynik starcia wygląda tak:
Dwa pierwsze odcinki obejrzałam w całości, ale to było na początku, więc niewiele z nich pamiętam.
Trzeci próbowałam obejrzeć ze trzy razy, za każdym razem zapominałam, w którym momencie skończyłam, w końcu się poddałam.
Czwarty obejrzałam w całości, uff.
Piąty zaczęłam oglądać, coś mi przeszkodziło, przerwałam i jakoś nie mogłam wrócić.
Z szóstym to samo, tylko tu dotarłam mniej więcej do połowy.
Siódmy patrzy na mnie z wyrzutem... :(
Tak, to jest zły serial. Co więcej, to nie jest serial „tak-zły-że-aż-fajny”, jak „The Strain”. To jest najgorszy rodzaj złego serialu, czyli serial zwyczajnie nudny. Spróbuję poniżej w punktach uporządkować sobie, czemu właściwie nie przypadł mi do gustu. Będzie to nadal nieco nieuczciwe, biorąc pod uwagę, że jednak większości tych odcinków porządnie nie obejrzałam, ale więcej naprawdę nie dam rady...

  1. Problem pierwszy to fabuły poszczególnych odcinków, które są jakieś takie... no, powiedzmy sobie, że są, i to właściwie wszystko, bo niczym się jakoś specjalnie nie wyróżniają. To jestem jeszcze w stanie wybaczyć, rozumiem bowiem, że w czterdziestominutowym odcinku serialu prochu się raczej nie wymyśli.
  2. Problem drugi to efekty specjalnie oraz ogólnie wszystko, co wiąże się z magią, demonami etc., a co wypada trochę obciachowo, trochę nijako, a trochę zabawnie, przy czym nie bardzo wiadomo, czy to jest śmieszność intencjonalna, czy nie. Rozumiem, że to z założenia nie miała być groza (szkoda swoją drogą, w grozie przynajmniej wiadomo, jaki efekt twórcy chcą osiągnąć...), tylko coś w rodzaju przygodówki (?), ale chyba nie o to chodziło?
  3. Problem trzeci to relacje między postaciami. Constantine ma pomocnika, o którym mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie nic powiedzieć, oraz pomocniczkę – ładną dziewczynę, z którą w zamierzeniu twórców chyba powinno go łączyć coś w dwuznacznej relacji niechęć/flirt, wiecie, że niby nie do końca sobie ufają, spierają się, ale jednocześnie w niektórych momentach sprawiają wrażenie, jakby kilka sekund dzieliło ich od wylądowania w łóżku. OK, pomysł nienowy, ale nośny, więc czemu nie – tylko dlaczego to jest tak fatalnie zrobione? Między Constantine’em a Zed nie ma chemii, a ich dialogi sprawiają wrażenie totalnie chaotycznych: w jednej chwili ona ma do niego o coś pretensje, w drugiej patrzy maślanym wzrokiem, bez sensu i żadnego uzasadnienia, ot, jakby jakiś scenarzysta uznał, że „dawno nie było próby flirtu, no to może wrzućmy ją tu”. Nie ma w tym żadnej dynamiki, żadnego napięcia.
  4. Problem czwarty to sam Constantine – w scenariuszu jest to postać raczej sztampowa, z nieodłączną traumą z przeszłości oraz równie nieodłączną bucowatością (teraz jest moda na antybohaterów, co zrobisz). Wiecie, że niby skurwysyn, ale jednak z przebłyskami jakiejś tam przyzwoitości, przy tym to skurwysyństwo jest w dużej mierze deklaratywne, bo – z tego, co obejrzałam i pamiętam – Constantine tylko raz zachowuje się naprawdę jak świnia. Dobry aktor potrafiłby z tego pewnie coś wyciągnąć, ale niestety, serial ostatecznie dobija właśnie gra aktorska, której zazwyczaj się nie czepiam, ale tu zamierzam. Constantine w interpretacji Matta Ryana jest przerysowany, luzacki na granicy karykatury, momentami zachowuje się wręcz, jakby był pijany albo naćpany. Nie wiem, czy to było zamierzone, czy nie, ale tak czy inaczej wyszła postać wyjątkowo irytująca. Nigdy nie byłam wielbicielką Keanu Reevesa i nie uważam filmu z 2005 roku za jakoś szczególnie dobry, ale serio, filmowy Constantine w porównaniu z serialowym to charyzmatyczny, charakterny i dający się lubić facet
Szkoda mi tego serialu. Oryginału komiksowego co prawda nie znam, ale za to bardzo lubię książkowy cykl o Felixie Castorze, który pod wieloma względami jest chyba do „Hellblazera” podobny (co swoją drogą czyni Mike’a Careya geniuszem marketingu – facet dwa razy zarobił na tym samym pomyśle!). Chętnie więc obejrzałabym coś w podobnych klimatach, byle lepiej zrobionego.




2 komentarze:

  1. Niestety, Constantine to taka gorsza wersja Supernatural. To znaczy, wszystko co robi, serial o Winchesterach już ma. Bohater z niewyparzoną gębą. Historie o duchach. Nadchodząca Apokalipsa. Pomoc anioła. O straumatyzowanych głównych bohaterach nawet nie wspominam.
    Może gdyby serial był ekranizacją komiksu byłoby lepiej. A tak, John ma tylko ładniejszy akcent.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem tego samego zdania co poprzedniczka. Supernatural to było coś, to było to, a przy Constantine mam wrażenie, że to tylko taka gorsza, niedorobiona wersja. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń