piątek, 7 listopada 2014

Rzeki Londynu

W ramach ożywienia bloga wklejam recenzję, która ukazała się w Esensji. :)

„Rzeki Londynu” miały być niesamowitym odkryciem, oryginalnym urban fantasy i przede wszystkim znakomitą książką – tak przynajmniej twierdzili znajomi, polecający mi pierwszy tom cyklu Bena Aaronovitcha. Tymczasem powieść lekko rozczarowuje, bo jest – no cóż – tylko dobra.

Być może to kwestia wygórowanych oczekiwań, trudno jednak ich nie mieć, kiedy człowiek przed lekturą nasłucha się ochów i achów, a potem okazuje się, że książka nie dorasta do otaczającego ją rozgłosu. Ciekawe zresztą, ile w tym rozgłosie autentycznego zachwytu czytelników, a ile pracy speców od reklamy? Bo tym, co dziwi mnie najbardziej, jest nawet nie fakt, że rzesze ludzi uznały tę powieść za rewelacyjną – to w końcu rzecz gustu, lecz fakt, że „Rzeki Londynu” niczym szczególnym się nie wyróżniają, można więc zapytać: dlaczego właściwie ta książka, a nie inna z tego samego gatunku?
Owszem, tym razem główny bohater nie jest prywatnym detektywem, tylko zwyczajnym (na początku przynajmniej) policjantem, co daje okazję do zaprezentowania kilku zabawnych scenek „z codziennego życia stróżów prawa”. Dość nietypowym dla gatunku akcentem jest również fakt, że Peter Grant ma ciemny odcień skóry – miło, że ktoś wreszcie sobie przypomniał, iż Londyn to wielokulturowy tygiel. Trudno jednak uznać to za wielką oryginalność, zwłaszcza że wszystkie pozostałe elementy idealnie wpisują się w konwencję – mamy więc miasto, w którym obok ludzi egzystują istoty z legend oraz istnieje magia (z jakiegoś powodu to prawie zawsze jest Londyn – co to miejsce w sobie ma?), śledztwo, sporo humoru oraz połączenie wątku kryminalnego z, powiedzmy, wątkiem przygodowym.
Wszystko to zostało naprawdę dobrze napisane, Aaronovitch, nawet jeśli nie jest genialnym autorem, na pewno jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Problem w tym, że ja to już czytałam, zazwyczaj w lepszym wydaniu. Być może nie dużo lepszym, ale jednak lepszym.
Peter Grant niewątpliwie daje się lubić, lecz Harry Dresden zajmuje w moim sercu pierwsze miejsce, fabuła „Rzek Londynu” jest całkiem ciekawa, niemniej intrygi Mike’a Careya wciągają bardziej, stolica Wielkiej Brytanii w wersji „magicznej” została ładnie pokazana (wielkie brawa za scenę, w której bohater podróżuje w przeszłość miasta), jednak wolę Londyn z powieści Kate Griffin, klimat… Ok, z klimatu „Rzek Londynu” rozliczać nie będę, bo Aaronovitch wyraźnie stawia bardziej na humor – niemal co drugie zdanie to jakiś dowcip, najczęściej udany. Może dlatego właśnie książka cieszy się tak wielkim powodzeniem?
Problem być może tkwi również w tym, że jestem fanką kryminałów, a tymczasem „Rzeki Londynu”, choć wątek śledztwa jest na ich kartach bardzo ważny, pisane są bardziej jak przygodówka. Autor – celowo czy też nie, nie potrafię powiedzieć – rezygnuje z podkreślania tajemniczości zbrodni, zaś niektóre kwestie wyjaśniają się zdecydowanie zbyt szybko i zbyt łatwo, zanim czytelnik zdąży się nimi poważniej przejąć. Brutalnie mówiąc: moim zdaniem w wątku morderstwa nie ma wystarczającej dozy napięcia. To niekoniecznie musi być wadą, urban fantasy z natury balansuje na granicy powieści detektywistycznej oraz przygodowej – ja akurat wolę, kiedy więcej jest tej pierwszej, ale wielu czytelników preferuje drugą opcję.
Wygląda więc na to, że jedynym zarzutem, jaki mogę postawić „Rzekom Londynu” jest to, że nie są aż tak dobre, jak się spodziewałam. Cóż, reklama co prawda pomaga w sprzedaży, ale czasem niespodziewanie zwraca się przeciwko wydawcom, bo takie rozczarowanie trudno potem czymś zrekompensować. W moim przypadku skutek był taki, że choć wrażenia po lekturze pierwszego tomu miałam generalnie pozytywne, po drugi jeszcze nie sięgnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz