niedziela, 9 listopada 2014

Interstellar

Idąc w sobotę do kina, byłam otwarta na różne możliwości – trochę miałam nadzieję na znakomity film (wiadomo, Nolan), a trochę przygotowywałam się na rozczarowanie (pierwsze opinie, o jakich słyszałam, były raczej chłodne). I po seansie mam mieszane uczucia – „Interstellar” arcydziełem nie jest, ale z drugiej strony nie jest też tak zły, jak mogłyby to sugerować niektóre recenzje.
Poniżej moje wrażenia w punktach.

Warstwa wizualna wypada zdecydowanie na plus (wiem, wszyscy o tym piszą). Znakomite są sceny kosmiczne, ale i te dziejące się na umierającej Ziemi nie pozostają daleko w tyle i mogą zachwycić posępnym pięknem.
Dramatyzm – tu jest pół na pół, bo nie wypalają sceny w zamyśle twórców najbardziej dramatyczne, czyli wszystko to, co wiąże się z wątkiem ojciec/córka. Za bardzo ckliwe to jest, strasznie sztampowe (z nieśmiertelnym „wiedziałam, że wrócisz, bo obiecał mi to mój tatuś”), żeby serio mogło wzruszyć. Niemniej na obrzeżach tego wątku jest parę robiących wrażenie momentów, np. ten, gdy bohaterowie po raz pierwszy na własnej skórze odczuwają skutki dylatacji czasu. Sceny akcji też wypadają całkiem nieźle.
Postacie – film tak bardzo koncentruje się na głównym bohaterze, Cooperze, oraz jego córce, Murphy, że na pozostałych nie starczyło już pomysłu. Dr Mann jest niemal karykaturą, Romilly i Doyle tłem, zaś Amelia Brand to najpierw energiczna, złośliwa pani doktor, a potem jeleniookie dziewczątko wygłaszające natchnionym głosem bzdury o tym, że trzeba zaufać sile miłości czy coś, jakby nagle ktoś podmienił jej osobowość – tyle że nie o podmianę oczywiście chodzi, tylko o to, że to jedna z tych postaci, które nie mając własnego charakteru, zachowują się tak, jak od nich wymaga w danej chwili scenariusz. Ot, w jednej scenie potrzebne było jedno, a w innej drugie i nikt nie zadbał, żeby to się ze sobą jakoś kleiło. Albo syn głównego bohatera – jest, bo pewnie miał być kontrastem do bystrej, niepokornej Murph, ale poza tym to osobowość płaska jak deska, nijaka do tego stopnia, że pod koniec nasz dzielny pilot chyba sam zapomina, że miał jeszcze drugie dziecko. Serio. Znaczy, rozumiem, że więź ojca z córką może być silniejsza niż z synem, zwłaszcza jeśli dziewczynka bardziej rodzica przypomina, jasne, ale żeby o drugie dziecko nawet po powrocie nie zapytać?
Dialogi – niedobre dialogi, bardzo niedobre dialogi. Długie, pretensjonalne, pseudogłębokie, auć.
Naukowość – podobno element „science” jest tu całkiem solidnie zrobiony. Nie wiem, nie znam się, wiem tylko, że zarówno wormhole, jak i obce planety oraz przede wszystkim czarna dziura wyglądają odpowiednio imponująco.
Fabuła – całkiem niezła, jeśli ktoś nastawia się na film rozrywkowy. Szkoda tylko, że główną niespodziankę daje się zdecydowanie za wcześnie przewidzieć, ale niech tam.
Dziury logiczne – są, co ma nie być, ale znowu – nie ma ich więcej niż w przeciętnym rozrywkowym SF, więc jakoś szczególnie nie narzekam.

Zdecydowanie najlepszym elementem zatem jest warstwa wizualna, a najgorszym – dialogi. Reszta waha się od „dobre” poprzez „takie sobie” aż do „słabe, ale w sumie mogło być gorzej”. I średnia wypadałaby całkiem nieźle, gdyby nie to, że poszczególne elementy chwilami nijak do siebie nie pasują. Ot, na przykład motyw „ducha w bibliotece”, który w filmie w stylu Spielberga byłby uroczym pomysłem, w zestawieniu z ambicją »robimy poważne kino „science”« wypada... no głupio jednak trochę. „Interstellar” to taki groch z kapustą: tu próba zrobienia czegoś w stylu „Odysei kosmicznej” i sceny konsultowane z astrofizykiem, tu czysta rozrywka wraz z przypisanymi jej głupotkami oraz szczypta „amerykańskich rodzinnych wartości”, a wszystko to mocno doprawione dialogami jak z telenoweli. Mimo wszystko jednak warto film obejrzeć, choćby dla paru naprawdę pięknych, robiących wrażenie scen.

A na koniec zostawiłam sobie jedną irytację – dlaczego, u licha, w filmie wmawia się nam, że Matthew McConaughey (rocznik 1969) jest równolatkiem Jessiki Chastain (rocznik 1977), hę? W „True Detective” było to samo: Michelle Monaghan (1976) grała żonę Harrelsona (1961), teoretycznie będącą w tym samym wieku co mąż. To jakaś amerykańska fobia, że facet 40+ na ekranie jest OK, ale starszej kobiety już nie można pokazać, bo to przynosi pecha, czy jak?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz