piątek, 10 października 2014

Serialowo - październikowo

Po kilku odcinkach, które były przede wszystkim nudne, a na drugim miejscu dopiero głupie, już myślałam, że nie doczekam się w finale moich ulubionych facepalmowych motywów. Na szczęście ostatni odcinek pod tym względem nie zawiódł, albowiem gdyż:
Po pierwsze dowiadujemy się z niego, że dziesięcioletnie mniej więcej dziecko w czasie wampirzej apokalipsy najbezpieczniejsze będzie u boku ojca, który zmierza właśnie do gniazda krwiopijców, żeby zabić ich Mistrza. W rezultacie tego mały dostaje srebrny mieczyk i instruowany jest, jak obciąć komuś głowę. Taaa...
Po drugie dowiadujemy się, że wystarczy wyrzucić z balkonu jedną osobę i już wampiry w Nowym Jorku mogą hasać spokojnie, nikt nie wprowadzi stanu wyjątkowego, kwarantanny ani nic, bo reszta świata tradycyjnie miasto olewa.
Po trzecie wspomniany dzieciak, rzekomo inteligentny oraz nad wiek dojrzały, udaje atak astmy, żeby wrócić do potencjalnie niebezpiecznego domu po pozostawiony tam album ze zdjęciami. Po co mu on, nie wiadomo, wcześniej chłopak nie wydawał się przesadnie sentymentalny czy przywiązany do starych fotek, ale taki już urok tego serialu, że postaci robią nie to, co wynikałoby z ich charakteru, tylko to, co pozwala popchnąć do przodu fabułę.
Po czwarte tatuś chłopaczka oczywiście symulowanym atakiem astmy się przejmuje i leci do domu po inhalator (czy takie urządzenie nie powinno być dostępne w pierwszej z brzegu aptece?), potem oczywiście zabiera dzieciaka do środka, zamiast powiedzieć coś w rodzaju: „Ok, ja ci ten inhalator przyniosę, a ty poczekaj w samochodzie”, zaś kiedy orientuje się, że dziecku chodziło o zdjęcia, zajmuje się... ich oglądaniem, zamiast brać nogi za pas. Nikogo chyba nie zdziwi, że właśnie w tej chwili wpadnie do domu zwampirzona była żona? Rozumiem, że scenarzyści chcieli w ostatnich scenach skonfrontować Epha oraz jego przemienioną ex, ale naprawdę można było doprowadzić do tego spotkania na mnóstwo innych, sensowniejszych sposobów, zamiast ciągnąć łańcuch tak idiotycznych zachowań.
Dodajmy do tego raczej kuriozalną Ostateczną Rozgrywkę z wąpierzami (no, prawie ostateczną, będzie przecież drugi sezon) oraz budzące nerwowy chichot próby dodania dramatyzmu poprzez pokazywanie, jak pod wpływem Traumatycznych Wydarzeń bohaterowie popadają w nałogi, a otrzymamy w rezultacie jeden z najgorszych seriali, jakie zdarzyło mi się widzieć: źle napisany, z kiepskimi efektami specjalnymi (Mistrz wygląda jak przerośnięty goblin zrobiony z plasteliny przez obdarzonego mroczą wyobraźnią przedszkolaka) i absolutnie pozbawiony napięcia. Dlaczego coś takiego zostało przedłużone na drugi sezon – nie mam pojęcia, ratuję się jedynie myślą, że być może część widzów ogląda „The Strain” tak, jak ja, tzn. dla czystej radochy zobaczenia czegoś, co jest tak niewiarygodnie złe.
A w drodze na Copernicon obejrzałam sobie do końca porzucony niegdyś „Helix”. I jak to czasem zmienia się perspektywa, bo po „The Strain” „Helix” wcale nie wydaje się taki kiepski. Jasne, fabuła składa się głównie z klisz, a bohaterowie-naukowcy zachowują się momentami, jakby grali w „Prometeuszu”, ale i tak do poziomu „The Strain” temu daleko. Ponadto „Helix” wygrywa tym, że – abstrahując od poziomu scenariusza – jest całkiem nieźle zrealizowany. Znaczy, jeśli twórcy „Helixa” wymyślą sobie malowniczo-straszną scenę, to ta scena niezależnie od jej sensowności zazwyczaj faktycznie jest malowniczo-straszna, podczas gdy próby robienia tego samego w „The Strain” kończą się co najwyżej głupawką u widza. Można sobie testowo porównać dwie sceny: otwierającą z „Helixa” oraz jedną z ostatnich z pierwszego odcinka „The Strain” (tę w kostnicy, z wstającymi ciałami). Obie oparte są na tym samym pomyśle skontrastowania radosnej muzyczki z horrorową akcją, ale o ile w „Helixie” daje to naprawdę fajny creepy efekt, o tyle w „The Strain”, gdy ożywione wąpierze rzucają się na patologa, wygląda to tak, że całości brakuje tylko podpisu „group hug”.
„Helix” w ogóle ma dobrze dobraną muzykę i jest ładny, powiedzmy, kolorystycznie (te chłodne wnętrza i dla kontrastu czerwone ubrania epidemiologów), efekty komputerowe za to wypadają kiepsko, ale na szczęście nie ma ich dużo. W dół ciągną też powiązania między bohaterami i zwroty akcji jak z brazylijskiej telenoweli oraz stosowne do tego dialogi, nie wspominając już o tym, że wszyscy (może z wyjątkiem Hiroshiego) mają osobowości płaskie jak deski do prasowania. Pod tym względem wolę jednak „The Strain”, bo Eph to postać co prawda koncertowo skopana, ale przynajmniej mająca na starcie jakiś potencjał, który gdzieś tam w nielicznych momentach przebłyskuje, podczas gdy dr Farragut nigdy żadnego potencjału nie miał, facet od początku pomyślany był jako przerośnięty skaut, mówiący frazesami i zbolałą miną wyrażający troskę o wszystkich wokoło. Czy warto serial oglądać? Moim zdaniem nie, chyba że ktoś naprawdę bardzo lubi horrory i naprawdę nie ma nic lepszego do zrobienia – u mnie zadziałały oba te czynniki.
Ponadto obejrzałam pierwszy odcinek „Gotham” i daleka jestem od zachwytu. Na komiksach się co prawda nie znam (przeczytałam w życiu cały jeden), więc może czegoś nie łapię, ale kurczę, przecież ten serial niewiele różni się od dowolnej produkcji typu „nowy glina w skorumpowanym mieście” – widziałam to wiele razy i naprawdę nie mam ochoty po raz kolejny, niezależnie od tego, czy w tle plącze się małoletni Batman, czy nie. Ukłonem w stronę komiksu jest tu, jak mniemam, fakt, że charaktery postaci są rysowane bardzo grubymi kreskami – jak ktoś jest zły, to niemal karykaturalny, jak dobry, to tak, że szlachetność mało mu uszami nie wycieka. Starałam się polubić Gordona, naprawdę, bo generalnie jestem zwolenniczką miłych facetów, ale po prostu się nie dało, gość jest tak nudny, że oczy mi się na sam jego widok zamykały. Poza tym drętwe dialogi, zero wzruszeń (przy morderstwie rodziców Batmana nic we mnie nie drgnęło), a jeśli chodzi o fabułę... no, jakaś tam jest, ale jak dotąd nie znalazłam w niej nic ciekawego. Może potem się rozkręca, nie wiem.

Na szczęście jest jeszcze „Homeland”, który po resecie w postaci pozbycia się Brody’ego (nareszcie!) chyba złapał drugi oddech, bo zaczyna się bardzo fajnie – zwłaszcza scena wywlekania z samochodu robi spore wrażenie. Poza tym Carrie tradycyjnie ma problemy, jest egocentryczna i raczej... nieszczególnie sympatyczna (co nie zmienia faktu, że i tak ją lubię), a Quinn dla odmiany nietradycyjnie zaczyna się łamać, co jest o tyle dziwne, że wcześniej kreowany był na faceta, na którym zabijanie nie robi większego wrażenia. Nie rozumiem więc, czemu akurat teraz, ale niech tam, jest interesująco, a to najważniejsze.

1 komentarz:

  1. W dalszych odcinkach "Gotham" sie nieco rozkręca a i Jim nie jest AŻ TAK słodko-pierdzący... liczę jednak, że nie zmienią go w zwykły procedural, tylko z przerysowanymi łotrami w środku.

    OdpowiedzUsuń