piątek, 17 października 2014

Niektórzy klasycy powinni zostać zapomniani?

Nie ukrywam, że przeczytałam tę książkę głównie dlatego, że nawiązania do niej pojawiły się w serialu „True Detective”, który to serial bardzo mi się podobał. I przyznaję też, że od początku miałam złe przeczucia, bo Chambers to niby klasyk, ale jakiś taki... przykurzony i nieco zapomniany. Do sławy Poego czy Lovecrafta mu daleko i po lekturze właściwie się temu nie dziwię.
Z czterech luźno ze sobą powiązanych opowiadań składających się na „Króla...” podobało mi się tylko pierwsze, w którym autor całkiem zgrabnie wygrywa motyw niewiarygodnego narratora. Niepewność, co tu jest prawdą, a co wytworem chorego umysłu faktycznie nadaje tekstowi fajny rys niepokoju, choć i tu już widać, że Chambers ma skłonność do wrzucania w historię elementów z czapy. Takim elementem są zaaprobowane przez rząd komory śmierci dla samobójców (jakaś historia alternatywna?) – pomysł sam w sobie bardzo dobry, szkoda tylko, że niepowiązany z resztą opowieści.
Drugie opowiadanie jest chyba najsłabsze – i żeby nie być gołosłowną, spróbuję je streścić. Otóż jest sobie czwórka przyjaciół: trzech artystów i dziewczyna, w tym jeden z artystów z dziewczyną tworzą parę i mieszkają ze sobą (chyba) bez ślubu, co jak na koniec XIX wieku jest bardzo śmiałym rozwiązaniem. Artysta ten jest jednocześnie zdolnym chemikiem, który odkrył właśnie roztwór zamieniający żywe organizmy w marmurowe rzeźby i teraz z nim eksperymentuje, zamieniając kwiaty, rybki czy królika. W pewnym momencie dziewczyna artysty wyznaje, że tak naprawdę kocha nie jego, tylko drugiego artystę, który jest jednocześnie narratorem całej historii i z tego wyznania (???) aż dostaje ciężkiej gorączki. Artysta-narrator wcześniej czuł do dziewczyny miętę, ale teraz dręczą go wątpliwości, mówi o jakichś zobowiązaniach (nie wiem, nie ogarniam, wszystko to jest irytująco mętne) – w każdym razie wychodzi na to, że z jakiegoś powodu nie chce/nie może tej miłości odwzajemnić. Przy okazji artysta-narrator też się rozchorowuje (wtf???), a kiedy odzyskuje przytomność, trzeci artysta z paczki mówi mu, że ten pierwszy oraz dziewczyna nie żyją: ona rzuciła się do basenu z roztworem i zamieniła w rzeźbę (bo ukochany jej nie chciał? diabli wiedzą...), on natomiast strzelił sobie w serce. Tym sposobem artysta-narrator zostaje spadkobiercą kumpla, zaś trzeci artysta ma sny, które w założeniu miały zapewne budować atmosferę Niepokoju i Tajemnicy. Po czym artysta-narrator przyjeżdża do odziedziczonego domu, gdzie się okazuje, że zamienione w rzeźby istoty, w tym dziewczyna, wracają do życia, the end. Końcówka – w zasadzie przecież szczęśliwa – nijak ma się do wcześniejszych prób sugerowania jakiegoś zagrożenia, a psychika postaci (zwłaszcza narratora i dziewczyny) jest iście księżycowa, to dramat z życia Marsjan, gdzie zrozumienie, czego ci ludzie nawzajem od siebie chcą i jakie motywacje nimi kierują, przekracza zdolności przeciętnego Ziemianina. Aha, zapomniałabym, jest jeszcze tytułowy „Król w Żółci”, książka, którą w pewnym momencie czyta narrator i która nic wspólnego z resztą fabuły nie ma.
Podobnie mętne jest opowiadanie trzecie – narrator tradycyjnie czyta „Króla...”, czuje niepokój, idzie do kościoła, żeby „doznać ukojenia”, tam zaczyna go prześladować dziwny organista, na końcu zaś... eee... przed bohaterem otwiera się brama do świata z czytanej książki? Chyba. Też jest to mętne, ale opowiadanie od biedy broni się, ponieważ jest krótkie i na upartego wszystkie te niejasności można wytłumaczyć po prostu tak, że kiedy człowiek przeczyta „Króla...” to zaczynają się wokół niego dziać dziwne rzeczy.
Niestety, wyjaśnienie to nie działa w przypadku opowiadania czwartego, gdzie bohaterowie też oczywiście czytają „Króla...”, ale dopiero pod sam koniec, gdy „dziwne rzeczy” hulają już na całego. Znowu ucieknę się do streszczenia. Otóż jest sobie malarz, który pewnego dnia, malując modelkę, widzi przez okno pracowni odrażającego z wyglądu człowieka. Zaraz potem jego obraz psuje się, nabierając dziwnych barw, a modelka opowiada sen, jaki kiedyś miała – w tym śnie odrażający człowiek (nawiasem mówiąc, stróż z pobliskiego kościoła) powoził karawanem, zaś w trumnie leżał żywy jeszcze malarz. Wkrótce narrator dowiaduje się, że paskudny cieć jest czymś w rodzaju żywego trupa (odpadają mu palce, jak mocniej ścisnąć), a modelka wyznaje bohaterowi miłość. On co prawda zainteresowany specjalnie nie jest (rozpoznajemy schemat, prawda?), ale całuje ją jakoś tak odruchowo i ma nadzieję, że dziewczyna się znudzi, zanim dojdzie do poważniejszych deklaracji. Potem sam malarz ma sen z karawanem, dziewczyna daje mu w prezencie znalezioną gdzieś broszę z dziwnym symbolem, zaś bohater słyszy w głowie pytanie: „Czy znalazłeś już Żółty Znak?” Następnie oboje czytają „Króla w Żółci” i wpadają na to, że Żółtym Znakiem jest właśnie brosza – jednak jest za późno, po broszę przychodzi cieć-zombi, dziewczyna umiera (chyba ze strachu, bo innego powodu jako żywo nie ma), zombie jak to zombie zaczyna się rozkładać, a bohater-narrator, po spisaniu rzeczonej historii, również szykuje się na śmierć – i też nie wiadomo właściwie, czemu. Z wrażenia? Z imperatywu narracyjnego?
Nie pytajcie, kim właściwie był gnijący stróż, czemu akurat ci bohaterowie, a nie dowolni inni dostali „Żółty Znak”, o co chodziło ze snem o pogrzebaniu żywcem (żadna z postaci w ten sposób nie skończyła) itp. Opowiadanie to kilka „strasznych” motywów wrzuconych w tekst bez większego ładu i składu, po czym zlepionych pretekstową fabułą, akcję popychają do przodu zbiegi okoliczności oraz bezsensowne zachowania postaci, a całość zdecydowanie bardziej irytuje ogólną mętnością, niż niepokoi. Jeśli chodzi o grozę, polecam Poego albo Lovecrafta, Chambersa można sobie darować – chyba że ktoś, jak ja, jest fanem serialu.

  

2 komentarze:

  1. Dzień dobry, Pani Aniu. Czy w tym roku będzie Pani obecna na Targach Książki w Katowicach? Bo bardzo chciałabym dostać Pani autograf, a Katowice niedaleko i mogłabym tam być.
    Proszę o odpowiedź.

    Pozdrawiam.

    Patrycja

    OdpowiedzUsuń