poniedziałek, 6 października 2014

Copernicon oraz Imladris

Byłam ostatnio na dwóch konwentach: Coperniconie oraz Imladrisie. Copernicon, oprócz tego, że odbywa się w absolutnie uroczym Toruniu, okazał się bezkonkurencyjny w kwestii opieki nad autorami. Kiedy przyjechałam, organizatorzy już dzwonili z pytaniem, czy potrzebuję transportu z dworca (powiedziałam, że nie, ale troskę doceniłam), w hotelu czekała osoba pomagająca przy akredytacji (bo akredytacja dla autorów była właśnie w hotelowym holu, co eliminowało konieczność stania w kolejce), sam hotel okazał się bardzo elegancki, a jakby tego wszystkiego było mało, przed poszczególnymi punktami programu do uczestników dzwonił ktoś z organizatorów z pytaniem, czy o swoich punktach pamiętają, czy nie trzeba ich do sali zaprowadzić itp. :). Poczułam się jak prawdziwy VIP i momentami miałam wręcz napady paniki (Ratunku! Co ja tu robię, to wszystko jest dla znacznie lepszych autorów niż ja!).
Do teraz uczucia mam mieszane, bo z jednej strony było mi cholernie przyjemnie, a z drugiej wciąż gryzie mnie sumienie, bo generalnie jestem zwolenniczką tego, żeby autorzy brali udział w konwentach jak wszyscy inni uczestnicy, tzn. płacili normalnie za akredytację, noclegi i przejazd. Wiem, wychodzę w tym momencie na hipokrytkę, ale co poradzę, że pieniędzy nie mam, a pokusie bycia na konwencie czasem trudno się oprzeć. Chyba mam słaby charakter albo coś... :(
Drugim konwentem był Imladris, kameralny, podobny nieco w stylu i klimacie do konwentów sprzed dziesięciu lat, co obudziło we mnie sentymentalne wspomnienia. A z drugiej strony było tam parę ciekawych nowych rozwiązań, np. rozsyłane mailem kody, które trzeba było wydrukować i pokazać przy wejściu, dzięki czemu proces akredytacji zajmował tyle, co zeskanowanie kodu plus wydanie plakietki oraz programu. Bardzo dobry pomysł.
Nie jestem natomiast pewna, co myśleć o spotkaniach autorskich na wzór worldconowych, tzn. nie publiczność na sali i autor przepytywany przez prowadzącego, tylko swobodna rozmowa przy stoliku z grupą 5-10 osób. W przypadku autorów wygadanych to pewnie fajny pomysł, ale jeśli nieśmiały, małomówny autor trafi na nieśmiałych, małomównych uczestników takiego spotkania... powiedzmy, że było to dziwne i nieco surrealistyczne przeżycie („No, powiedz coś!” Chwila niezręcznego milczenia: „Nie, ty coś powiedz” :-) Na szczęście moi dyskutanci, oprócz tego, że introwertyczni, okazali się też grupą przeuroczych, bardzo sympatycznych ludzi, więc wspomnienia mam generalnie pozytywne – ale drugi raz chyba na takie spotkanie namówić się nie dam.
Rewelacyjnym pomysłem okazało się też, żeby do paneli brać nie tylko autorów, ale po prostu fanów, którzy na danym temacie się znają, w rezultacie czego w niektórych dyskusjach nie było ani jednego szerzej znanego nazwiska, za to uczestnicy naprawdę wiedzieli, o czym mówią. To jest tak proste i genialne, że zastanawiam się, jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł. Czemu organizatorzy innych konwentów tak bardzo upierają się, że dyskutować muszą przede wszystkim autorzy? Znaczy, ok, znane nazwiska pewnie przyciągają większą publiczność, niemniej dobieranie panelistów z klucza wyłącznie autorskiego prowadzić może do tego, co przeżyłam swego czasu na Dniach Fantastyki, kiedy to grupa osób twardo zgadywała odpowiedzi na pytania w rodzaju: „Dlaczego w polskich legendach bardzo popularny jest motyw diabła”. I jeśli ktoś chciałby w tym momencie zapytać, co ja właściwie na Imladrisie robiłam w panelu o kolonizacji światów, to informuję, że nic, byłam tam przez przypadek (wiem, moja wina, mogłam powiedzieć organizatorom, że się na tym kompletnie nie znam). Moi dwaj dyskutanci, PWC oraz Toudi, z których żaden pisarzem nie jest, okazali się o niebo bardziej kompetentni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz