niedziela, 14 września 2014

Copernicon + The Strain

Jak już pisałam, 19-20 września będę na Coperniconie. A oto mój konwentowy plan:

piątek o 21:00 - panel "Seks w imię fantastyki...?"
sobota o 11:00 - spotkanie autorskie
sobota o 12:00 - panel "Damsel in Distress czy SFP (Strong Female Protagonist)? - o kobietach w literaturze fantasy"
sobota o 13:30 - dyżur autorski
sobota o 14:00 - panel "Fantastyczni idole"
sobota o 15:00 - warsztaty literackie

Jeśli ktoś czuje się zainteresowany, zapraszam!

A tymczasem w ósmym odcinku mojego ulubionego ostatnio „The Strain” bohaterowie zachwycają się, że być może są na dobrej drodze do wynalezienia LEKU na wampiryczną zarazę ponieważ udało im się wyciągnąć robala z ciała zainfekowanego. Co ma jedno wspólnego z drugim, nie wiem. I nie, z tym optymizmem nie poczekali nawet, żeby zobaczyć, czy wyciągnięcie robala cokolwiek dało (hint: nie dało). Poza tym tradycyjnie urządzenia elektroniczne działają, kiedy scenarzystom jest wygodnie, a bohaterowie zachowują się czasem idiotycznie, ale... przyznaję, że nad tym odcinkiem akurat nie mam sumienia się znęcać, bo był najsensowniejszy z dotychczasowych, może dlatego, że najwięcej w nim było akcji, stąd ewentualne głupie zachowania można było wytłumaczyć paniką, stresem etc.
Jednej tylko sceny się czepnę, a mianowicie tej, kiedy Vas strzela do zainfekowanego Jima - w zamierzeniu miało to chyba pokazać, że facet jest twardzielem, który robi to, co trzeba, kiedy inni nie potrafią, nawet jeśli jest to wysoce nieprzyjemne i nawet jeśli potem wszyscy mieliby go znienawidzić (do czasu, oczywiście). Jeśli taka była idea, to sorry, ale nie wyszło, akurat w tym przypadku moja sympatia jest po stronie Epha i Nory, a Vas wychodzi na bezdusznego buca i w dodatku idiotę. Przecież, na litość boską, nie trzeba było Jima zabijać już, teraz, natychmiast, do przemiany w wąpierza było mu daleko (nie wiadomo, ile to trwa, bo serial podaje sprzeczne informacje, ale na pewno nie jest to kwestia minut, a co najmniej godzin, jeśli nie dni). Spokojnie mogli gościa zabrać ze sobą, a decyzję co do jego losu podjąć później, nie mówiąc już o tym, że zarażony, chętny do współpracy człowiek byłby na wagę złota przy próbach ustalenia, jak postępuje zwampirzenie, czy coś może je ewentualnie spowolnić/cofnąć skutki/uratować przyszłe ofiary/cokolwiek.
I nie, zastrzelenie Jima nie przyśpieszało ucieczki całej reszty, bo można się było spodziewać, że kumple stygnącego trupa zareagują raczej histerią/złością (a więc będzie więcej wrzasków zamiast konkretnego działania), a nie stwierdzeniem: „O, zabiłeś naszego przyjaciela, ok, to może chodźmy już stąd.”

W dziewiątym odcinku za to dostałam po głowie stwierdzeniem, że Eph i Nora kochali zmarłego tragicznie Jima Kenta. Nie lubili, tylko kochali, właśnie tak. W pierwszej chwili lekko opadła mi szczęka, w drugiej pomyślałam sobie, luz, widać Amerykanie mają dla słowa „kochać” szersze zastosowanie niż Polacy i określają tak np. sympatię żywioną do kolegi z pracy. Ale nie, bo później Eph oznajmia, że widok robala pod skórą kumpla „był najgorszym momentem jego życia”. Rozumiem, że odejście ukochanej żony zabierającej ukochane dziecko, dokonanie pierwszego w życiu zabójstwa (co z tego, że na zarażonym), tudzież dowiedzenie się, że wampiry istnieją i zamierzają opanować świat, zniósł lepiej. Ok, różni ludzie mogą mieć różne skale traumatycznych wydarzeń, ale jednakowoż trochę się zdziwiłam.
Nawiasem mówiąc, po co właściwie Eph i Nora zostali sami w domu ex-żony Epha? (nie przyjmuję do wiadomości oczywistej odpowiedzi: żeby się mogli ze sobą przespać). Żeby spalić zwłoki Matta? Niby Setrakian gdzieś tam twierdzi, że palenie zarażonych jest konieczne, niby część trupów bohaterowie faktycznie palą, ale też sporą część zostawiają, jak leżą, i nikt się nimi jakoś specjalnie nie przejmuje. Zresztą nawet jeśli musieli te zwłoki spalić i to tak, żeby dzieciak nie widział, mogli to zrobić od razu, wysyłając np. dzieciaka razem ze staruszkiem do samochodu, żeby tam poczekali, podczas gdy reszta zajmie się trupem – wyniesienie na tyły domu i podpalenie jednego martwego faceta nie powinno chyba zająć dużo czasu?
            Tu pojawia się inny problem, a mianowicie, czy te robale po śmierci nosiciela w końcu obumierają czy nie? Bo jeśli nie, jeśli po odcięciu wąpierzowi łba i rozchlapaniu „krwi” robale rozpełzają się, to żadne palenie zwłok nie pomoże, tu trzeba całą chałupę sfajczyć albo przynajmniej porządnie zdezynfekować. A jeśli obumierają, po co palić trupa?
            Ogólnie mam wrażenie, że scenarzyści mają problem jak niektórzy początkujący autorzy, tzn. wymyślają jakąś „fajną” scenę, ale już nie zastanawiają się nad tym, jak sensownie połączyć ją z resztą fabuły, uzasadnienia albo w ogóle brakuje, albo pojawia się jakieś mętne tłumaczenie typu: „Twój ojciec musi zrobić to, co musi zrobić” (co w kontekście przespania się z koleżanką z pracy brzmi przezabawnie).
Niemniej i tak jest lepiej niż w pierwszych odcinkach, może dlatego, że, jak zgaduję, od początku to miała być raczej przygodówka post-apo w stylu „grupa uzbrojonych po zęby sprawiedliwych idzie przez wymarłe miasto, po drodze kopiąc wampirze tyłki”* i kiedy serial wreszcie dotarł do tego etapu, twórcy poczuli się trochę swobodniej. Wcześniej fakt, że pozytywni bohaterowie to epidemiolodzy, tylko ich krępował, bo cały czas trzeba było pilnować, żeby Eph i Nora nie zrobili niczego mającego choć trochę sensu (serial skończyłby się wtedy po trzech odcinkach). Teraz zawód bohaterów w większości sytuacji nie ma znaczenia, ważne jest, że pozytywni mają pistolety na srebrne kule i tak malowniczo obcinają wąpierzom głowy. Mam wrażenie, że od ósmego odcinka serial leci głównie schematami z kina klasy B, np. świeżo upieczony wąpierz w samochodzie-więźniarce nie jest w stanie trafić w „dobrego” gościa, choć ten siedzi naprzeciwko i jest unieruchomiony, ale w znajdującego się znacznie dalej „złego” bez trudu trafia, wystrzeliwując ssawkę przez niewielkie okienko itd. Owszem, nadal to wszystko jest mądre inaczej, ale przynajmniej już tak nie irytuje.
A żeby nie było, że nic mi się w „The Strain” nie podoba, to przyznam, że jestem wielką fanką peruki Coreya Stolla. Te sterczące we wszystkich kierunkach włosy mają... pewien urok. :-)



*Trochę przesadzam, wiem. Ale tylko trochę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz