wtorek, 12 sierpnia 2014

Ostatnio obejrzane


Prawo Murphy’ego odcięło mnie od kolejnego odcinka „The Strain”, więc cierpię, albowiem zaczęłam odczuwać coś w rodzaju niezdrowej fascynacji tym serialem. Znaczy, intryguje mnie, jakim cudem wysokobudżetowa produkcja sygnowana przez znanego (i dobrego) reżysera może być AŻ TAK źle napisana. Jak na razie widzieliśmy sceny, w których:
  1. 1. Główny bohater wychodzi na lotnisku do prasy oraz rodzin/znajomych ofiar feralnego lotu, po czym oznajmia, że w samolocie umarło dwieście ileś tam osób, a cztery przeżyły – i NIKT spośród tłumu, nawet zrozpaczony ojciec małoletniej pasażerki, nie zapyta o NAZWISKA ocalonych. Nawiasem mówiąc, czy ktoś ma pomysł, skąd ojciec małej Francuzki miał to wielkie zdjęcie córki? Na co dzień je ze sobą nosi czy jak?
  2. Autopsję ofiar prawdopodobnie Najbardziej Tajemniczej Epidemii Ostatnich Czasów przeprowadza JEDEN samotny facet (rzekomo po to, żeby uniknąć przecieków do prasy – gratuluję zaufania do współpracowników, dr Goodweather). Oczywiście tylko z podstawowym zabezpieczeniem, bo czemu nie, przecież zaraza, która w kilka sekund zabiła 200 osób nie może być aż tak groźna, prawda? A jak wycięte serce jednego z nieboszczyków zacznie się ruszać, to oczywiście trzeba je złapać i podnieść do twarzy, żeby lepiej widzieć, co za licho. Taaa...
  3. Mała Francuzka, rzekomo zmarła lub ocalona, ale chwilowo w kwarantannie (jak wspominałam, jej ojciec nie kłopotał się pytaniem, do której z dwóch grup córeczka należy) wraca w środku nocy do domu, sama. Dziwnie się przy tym zachowuje i wygląda raczej niezdrowo. Czy jej ojciec myśli sobie: „Cholera, zwiała ze szpitala, trzeba ją tam jak najszybciej zawieźć z powrotem”? Albo choć: „Zadzwonię i dowiem się, co jest grane”? Ależ skąd, po prostu cieszy się, że dziewczynka jest w domu i szczęśliwy robi jej naleśniki.
  4. Z kostnicy znikają ciała, co bohaterowie kwitują „Pewnie zabrało je wojsko” i nikt więcej nad tym problemem nie łamie sobie głowy.
  5. Po mieście krąży grupa zombiakowatych wąpierzy i nikt niczego podejrzanego nie zauważa. W Nowym Jorku jest sporo dziwaków, owszem, ale gość z rozciętą klatką piersiową i żebrami na wierzchu chyba nawet tam rzucałby się w oczy?
  6. Trójka ocalonych urywa się z kwarantanny, wraca do domów i przez następnych kilka dni usilnie stara się ignorować coraz wyraźniejsze oznaki jakiejś mocno nietypowej choroby. Ja już dawno wisiałabym na klamce, błagając, żeby mnie z powrotem przyjąć na oddział, ale widać Amerykanie twardzi są i nawet odpadające genitalia nie robią na nich wielkiego wrażenia.
  7. Lekarze „nie są w stanie odnaleźć” ocalonych, mimo iż jeden z nich przebywa we własnym domu, obok którego zresztą koczuje prasa. Pozostali też się przecież nie ukrywają...
  8. Żona po powrocie do domu zastaje martwego psa i szczerzącego zęby męża przykutego łańcuchem w stodole (najwyraźniej w ostatnim przebłysku rozumu przykuł się sam, żeby nie skrzywdzić rodziny). Czy dzwoni po pogotowie/jakiekolwiek inne służby? Ależ skąd, zamiast tego wpycha do stodoły niesympatycznego sąsiada, żeby mąż mógł go zjeść.
  9. (chyba moja ulubiona scena) Jeden z ocalonych przebywa w szpitalu, gdzie jako ofiara Najbardziej Tajemniczej Epidemii Ostatnich Czasów ma – jak się domyślam – fachową opiekę, podłączany jest do różnych bajeranckich urządzeń itp. W międzyczasie w mężczyźnie zachodzą zmiany: płuca oraz inne organy wewnętrzne ulegają atrofii, wykształcają się nowe narządy, odpadają genitalia itp. A co odnotowują lekarze? PACJENTOWI WZROSŁA GORĄCZKA.
  10. Główny bohater ma w ręku dowody na to, że DZIEJE SIĘ COŚ DZIWNEGO I GROŹNEGO – od tajemniczego robala począwszy, a na zwłokach zombiaka/wąpierza skończywszy, jednak z przyczyn mi nieznanych nie używa ich, żeby zapewnić sobie pomoc służb, które, powiedzmy, pomogłyby mu zamknąć miasto, wyłapać zakażonych i tym samym uchronić świat przed zagładą. Zamiast tego doktor planuje... właściwie co? Chodzić wraz z uzbrojonym w miecz staruszkiem od domu do domu i urzynać osobiście głowy zarażonym? Szczerze mam nadzieję, że jednak nie...
Edit: punkt 9 - obejrzałam raz jeszcze ten kawałek, bo przeczucie mnie tknęło, że coś mogło mi umknąć, i faktycznie - jest tam mowa, że pacjentowi w środku coś się poprzestawiało, ale nie wiadomo właściwie, co. Zwracam więc twórcom honor, a przynajmniej część honoru, bo ta gorączka w zestawieniu z odpadającymi genitaliami nadal brzmi cokolwiek komediowo.
Ponadto obejrzałam czwarty sezon „The Killing”, co może wydawać się dziwną decyzją, skoro pierwszy widziałam do połowy, a drugiego i trzeciego w ogóle. Jednak czwarty daje się w zasadzie oglądać jako osobna całość (w zasadzie, bo do zrozumienia potrzebny jest niewielki spojler, co wydarzyło się pod koniec trzeciego) i co więcej, najnowszy sezon w porównaniu z tym, co widziałam wcześniej, wypada całkiem pozytywnie. Jedynka wydawała mi się strasznie rozwodniona i przez to pozbawiona napięcia, czwórka jest krótsza, bardziej kameralna, a dzięki temu bardziej zwarta, ma dobre tempo, fajny klimat i dość ciekawą intrygę (piszę to, mimo iż odpowiedzi na dwa najważniejsze pytania udało mi się samodzielnie odgadnąć). Podoba mi się, jak bardzo rozedrgani i zaszczuci są w tym sezonie bohaterowie (ładnie pokazano, jak sypie się w takiej sytuacji psychika), podoba mi się produkująca sadystów i psychopatów szkoła wojskowa, a także wszechobecna pochmurna pogoda podkreślająca jeszcze nastrój ogólnej beznadziei. Nie podoba mi się za to wątek z matką głównej bohaterki oraz nadmiernie przeciągnięta końcówka, na tyle zresztą odstająca klimatem od reszty, że momentami serio myślałam, że to tylko czyjś sen. Generalnie jednak wrażenia na plus.

A w kinie „Strażnicy Galaktyki” – nieprzemęczające mózgu patrzydło z mnóstwem humoru i genialnie wykorzystaną muzyką. Gdyby tylko fabuła była odrobinkę bardziej skomplikowana i/lub oryginalna, a postacie mniej kliszowate... I uprzedzając wszelkie zarzuty – nie, idąc na ten film, nie spodziewałam się Bergmana, po prostu chciałabym, żeby twórcy tego typu produkcji od czasu do czasu zamiast „bawić się schematami” po prostu... no nie wiem, trochę poza te schematy wyszli? Z drugiej strony przyznaję, że w tym przypadku zabawa wychodzi bardzo fajnie, akcja mknie do przodu, żarty bawią, a bohaterowie dają się lubić, więc jest tu wszystko, czego człowiek wymaga od letniej rozrywki. Z drobnych zastrzeżeń: wszystkie odrobinę poważniejsze sceny (te nagłe deklaracje przyjaźni, ech) są strasznie wymęczone i nieprzekonujące, na szczęście nie ma ich dużo, a jeśli już się pojawiają, szybko zostają złamane dowcipem, który wychodzi twórcom zdecydowanie lepiej.



2 komentarze:

  1. Też oglądam "The Strain" - i mam niemalże identyczne wrażenia. Tam jest tyle głupot i nielogiczności, że mi ciśnienie skacze. Co do Twojego punktu piątego. A może nowojorczycy są już tak przyzwyczajeni do różnego rodzaju "wkrętów", że myślą o zombiakowatych wąpierzach jako o kolejnym Youtubowym "pranku":) Kurczę, a zaczynało się bardzo obiecująco i klimatycznie.

    Chyba sobie na razie dam spokój z serialem i może przeczytam książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze mówiąc, to tych wszystkich nielogiczności, których jest w "The Strain" od groma nawet nie zauważałem, bo... Serial jest tak nudny, że od razu mnie uśpił.

    OdpowiedzUsuń